15 - tyle minut czytania

Trochę z racji potrzeb zawodowych, trochę z ciekawości własnej, staram się mieć oczy otwarte i wiedzieć jakie nowe serwisy / gadżety / usługi pojawiają się w użyciu. Żaden ze mnie early adopter, najczęściej wystarcza mi samo „aha, jest taki serwis” i nie ma we mnie imperatywu „musisz tam mieć konto”. Przy czym jesienią zeszłego roku zbyt często słyszałem „Wicie, TikTok jest naprawdę spoko” oraz, „Wicie, nie zrozumiesz”, żeby to zlekceważyć. Opór wewnętrzny miałem wielki, ale trzeba było spróbować. Żeby choć trochę być na bieżąco. 

Rzekomo boom na TikToka jest wielki. W lutym 2019 można było przeczytać o wielkim fenomenie, milionach (dokładnie sześciu milionach) pobrań, które miały świadczyć o tym, że to wielki zwycięzca serc, umysłów i komórek Polaków. Ta liczba robi wrażenie, choć jak się zerknie w zestawienie Gemiusa za grudzień 2019, to TikTok nie pojawia się wśród top 20 aplikacji w Pl. Co oznacza z jego popularnością jest ciut mniej kolorowo. Tylko… czy to aby na pewno ma znaczenie?

Tego wpisu możesz odsłuchać, bo autor lubi bawić się w radio

Słówko o TikToku

TikTok to aplikacja rodem z Chin, która w 2017 ruszyła na podbój zachodnich rynków przejmując i łącząc się z „musical.ly”. Początkowo była to komórkowa wersja „mini playback show”, pozwalająca na ekspresję swojego udawanego śpiewania do podkładu popularnych piosenek. Z czasem pojawili się tam rozmaici twórcy w sposób bardzo kreatywny wykorzystujący dostępną, 15 sekundową przestrzeń wideo. Dziś na TikToku można znaleźć zbudowane z 15 sekundowych fragmentów seriale, skecze, lekcje, life’hacki czy rozmaite tutoriale. 

Wszystko to już gdzieś widzieliśmy. Na swój użytek (zapewne całkiem błędnie) przyjmuję, że jest to połączenie Instagramu (bo hashtagi, bo publiczność treści), Snapchata (bo aplikacja przede wszystkim wideo) i Vine’a (bo mocno ograniczony czas wymusza kreatywność przekazu). Nic szczególnie spektakularnego, ale akurat ten koktajl funkcjonalności został doprawiony popularnością muzyki i podbił serca publiczności. Aha, głównie młodej, bardzo młodej publiczności. 

TikTok jest też, w założeniach, nieco bardziej autentyczny od swoich starszych kolegów. Facebook – tu mnie widzą rodzice, znajomi, szkoła, trzeba się pilnować. Instagram – wszyscy wiemy, że to świat poddany filtrowaniu do tego stopnia, że przestajemy wierzyć w jego autentyczność. Twitter to sami nudziarze.

TikTok miał być remedium na te wszystkie bolączki. Wolność, lekkość, autentyczność. Muzyka i… akcja!

Jak mi na TikToku

Postanowiłem rzucić okiem. Przez tydzień (z haczykiem) aplikacja dostawała kilkanaście moich minut dziennie, żebym mógł sprawdzić czym to się je. Początki były trudne, bo TikTok – jak podpowiadali bardziej doświadczeni ode mnie użytkownicy – musi się mnie nauczyć (o tym będzie jeszcze słówko). Dzięki temu z całego morza treści wyławia dla mnie to, co uzna za najciekawsze dla mnie. Pokazuje wszystkiego po trochę, badając na czym dłużej zawieszę wzrok, co polubię, jaki twórca mnie zainteresuje.

No to się uczymy… patrzymy w trendy, patrzymy w „dla Ciebie”. Ważna rzecz – Na TikToku jako odbiorca mamy ograniczoną liczbę akcji, które możemy podjąć. Możemy

  • oglądać dany materiał do znudzenia (jest zapętlony),
  • polubić dany materiał,
  • przejść na profil twórcy (i zaobserwować go),
  • przeskoczyć do następnego materiału,
  • wrócić do wcześniej obejrzanego materiału.
  • skomentować dany materiał (jakoś nie miałem śmiałości).

Jeszcze mniej miałem śmiałości do tego, żeby wrzucać tam coś od siebie.

Treści możemy odkrywać przez szukajkę w serwisie i przez trendy, głównie skupione wokół wybranego hashtagu. Wędrując po hasztagu widzimy różnych wykonawców / użytkowników, którzy pokazują swoją wersję danego „gagu” / „scenki”, co sprowadza się do tego, że widzimy wciąż to samo, podmieniają się tylko twarze. 

McDonaldyzacja treści, czyli Fast Media równie treściwe, co fast food

Może tydzień to za mało, może nie znalazłem treści, która by mnie wciągnęła w ten serwis na poważnie. Może przeraziło mnie troche to, jakimi treściami mnie częstuje i nie miałem ochoty przekopywać się przez to poszukując wartych zachodu perełek. 

Miałem wrażenie dość dużej wtórności. Zbyt wiele materiałów tworzonych w myśl zasady „to ja zatańczę to, co zatańczyły dziesiątki przede mną”, albo „to wykorzystam ten sam motyw, który już królował na YouTube (np. wrzucanie mentosów do coli)”. Nie znalazłem (nie szukałem) tam treści orginalnej, po którą chciałbym wracać, która byłaby istotą odpalania aplikacji.

Miałem odczucie… bardzo prostego zajmowania głowy. TikTok dostarcza mi treść idealną do podróży komunikacją miejską. Taką, którą można zabić trochę czasu stojąc w kolejce do kasy, albo zająć kilka minut przed spaniem. Treść niewymagająca wiele (jeżeli cokolwiek) od widza, której można chwilę poświęcić. Choć ta chwila – ze względu na to, co serwuje i jak to serwuje aplikacja, staje się zgodnie z zamysłem twórców coraz dłuższa. 

Swoja drogą, można by to porównać do mechanizmów hazardowych. Mózg lubi wierzyć, ze już za chwilę już za momencik dostanie coś w formie nagrody, Najbardziej się uzależniamy od oczekiwania (nawet bardziej niż od wygranej – patrz „Siła Nawyku” – Charles Duhig). Obietnica tego, że już następny materiał będzie super, jest ważniejsza od tego, żeby był. Stara dobra zasada polityki – jak się dobrze obieca, to nie trzeba dotrzymywać;-)

Czy to znaczy że na TikToku nie ma wartości?

Wartości tu bywają. No przecież że bywają:

Wszystko zależy od tego, po co na daną platformę wchodzimy (co jest istotą obecności tam, a co miłym, niezapowiedzianym odkryciem). Na ile łatwo nam to coś znaleźć i czy przypadkiem gdzieś indziej nie ma tego samego, choć już lepiej podanego. Dodatkowo, formuła 15 sekund naśladownictwa jest (niech mi wybaczą wszyscy tworzący i niech mnie pokarze Bóg Internetu małymi zasięgami za bluźnierstwo) troszkę łatwiejsza i mniej wymagająca w produkcji, niż tworzenie czegoś w bardziej rozbudowanej formule. Są, no jasne że są wyjątki, ale niestety sparzyłem się mając nadzieję, że ktoś kto ładnie wygląda na TikToku, będzie miał cokolwiek do powiedzenia choćby na YouTube. 

Czy to źle? Czy wszystko musi nieść wartość? 

Kiedy podzieliłem się tymi uwagami z ludźmi, którzy TikToka bronią, patrzyli na mnie wzrokiem absolutnie nierozumiejącym o co mi chodzi. Pytali, czy binge watching TikToka różni się czymkolwiek od binge watchingu youtube’a czy Netflixa. Czy skoro mam wątpliwości wobec wartości w krótkim wideo tiktokowym, to jaką wartość dostrzegam w wieloodcinkowych serialach rodem z Ameryki. Bardzo dobre pytanie. 

To pewnie ma coś wspólnego z moim myśleniem o czasie. Pisałem już, że trwonimy go niesamowicie, że inni chcą na nim zarabiać i doskonalą się w tym. Pisałem też o tym, że w moim odczuciu to jest dla nas szkodliwe, a TikTok jest po prostu kolejnym, coraz bardziej doskonałym do tego narzędziem. Twórcy aplikacji i serwisów społecznościowych lepiej od nas kapitalizują nasz czas. To niesie ze sobą nie zawsze przewidziane i rozpoznane konsekwencje. Dlaczego?

TikTok i treść, którą nam pokazuje 

Wspomniałem, że użytkownik głównie ogląda zaserwowaną mu treść i główną akcją jest przejście do następnego filmiku. Nie ma znanych z YouTube „polecanych” ani „zobacz także”. Jest natomiast narzucone przez automat „patrz tu”. A Ty siedzisz i oglądasz, albo przewijasz do następnego materiału, i do następnego materiału, i do następnego. Aż trafisz na coś, co przez chwilę przykuje Twoją uwagę, a jak nie, to znowu przewijasz. Dziwnie przypomina mi to pstrykanie pilotem, przeskakując po 172 kanałach oferowanych przez kablówkę. Tak bardzo jesteśmy rewolucyjni.

Ale to jest coś więcej. Algorytm dobiera treść na podstawie zachowania odbiorcy, co niesie za sobą dwie konsekwencje.

1) Dobiera treść, która aplikacji zagwarantuje, że zostaniesz z nią jeszcze chwilę. Jeszcze kilka sekund, a najlepiej kolejne i kolejne i kolejne. Jak wampir chętnie wyssie wszystko co masz do zaoferowania. Podobno jest do tego stopnia skuteczna, że przy próbie wyjścia z aplikacji, proponuje Ci jeszcze jeden materiał, tym razem taki, który _musisz_musisz_musisz_ zobaczyć. Sprytne.

Napisałem podobno, ponieważ nie zauważyłem tego osobiście. Albo jestem nieczuły na takie sugestie, albo jestem przyzwyczajony do niezamykania aplikacji, tylko wyjścia do ekranu głównego..

2) im lepszy będzie algorytm i im skuteczniej dobierze treści, które chcesz konsumować tym efektywniej będzie wzmacniał Twoją bańkę i przekonywał Cię że świat jest taki, jakim go widzisz w komóreczce. To jest groźne, szkodliwe tak dla poszczególnych użytkowników jak i całych społeczeństw. A ktoś miał jakieś problemy z filtrami na insta… 

Co z tego? Jak to ma szkodzić?

Nie mamy pojęcia, co to zrobi z naszymi nastolatkami, zwłaszcza w dłuższym terminie. Jak się będzie kształtowała ich seksualność, kiedy „na życzenie / na żądanie” i bez żadnych ograniczeń będą mieli do wglądu zachowanie otwarcie erotyczne, które ze względu na natężenie będą odbierali jako normę. Nikt z nimi na ten temat nie porozmawia, no bo kto? Rodzice? Duh. A może szkoła? A nie, czekaj, mamy dwie lekcje religii bez jednej lekcji wychowania seksualnego, żeby naszej młodzieży nie deprawować jego mać. Także, seksualność podkręcona w Photoshopie wyniesiona do potęgi McDonalda. Brrr..

Mnie martwi oddanie decyzji „co powinienem obejrzeć / wiedzieć” algorytmowi. Skoro mogę to zrobić na poziomie rozrywki, to mogę to zrobić także na poziomie informacji. Może to służyć tworzeniu propagandy i programowaniu społeczeństw.

Jest jeszcze jeden aspekt tego wszystkiego. W dobie globalizacji algorytmy są też globalne. Gdzieś za wielką wodą albo za wielkim kontynentem siedzi ktoś i decyduje, jakie treści powinny być troszkę bardziej dostępne, troszkę bardziej akceptowane. A które lepiej nieco bardziej schować. Pokażmy ludziom trochę więcej seksu, a trochę mniej tolerancji. Albo pokażmy więcej negatywnych emocji. Albo trochę bardziej prześmiewczo wybraną grupę demograficzno-etniczną. Żadne przestawianie wajchy, jedynie / aż regulacja tego, co oglądamy.

Nikt nie rozumie jak te algorytmy działają, ani za nie nie odpowiada. Nikt z nas nie ma wpływu na to jak są skonfigurowane i jak są przestawiane. Wiemy jedynie, że służą zarobkowi wybranej grupie akcjonariuszy i nikt nie ma na celu naszego dobrostanu. I na deser – nie ma osób za te algorytmy odpowiedzialnych. Przecież to platformy, a nie media. A że to platformy o zasięgu globalnym…

Więc… skąd czerpiesz informacje?

To jedno z pytań, które zadaję sobie od lat – skąd czerpać wiedzę o otaczającym mnie świecie? Z Telewizji? Wolne żarty. Z radia? Może, ale i ono jest tendencyjne Zatem z Internetu? Z portali informacyjnych… cóż, miałem wątpliwości czy to dobre źródło kiedy rezygnowałem z gazety, która już kilka lat temu walcząc o oglądalność stawała się coraz bardziej clickbaitowa, chcąc dorównać onetowi czy WP. A właśnie, dzięki WP wszyscy wiemy, że wiarygodność i rzetelność nie są w XXI wieku cnotami serwisów informacyjnych. Nie tylko zrobią wszystko, żebyś kliknął, to jeszcze kiedy mają coś napisać rzetelnego, stworzą artykuł laurkę na zamówienie polityczne. W tym miejscu wylewa się ze mnie rzyg. 

Czuję się w tej przestrzeni głupi. Mój przyjaciel mówi – musisz czytać prasę. Tygodniki. Czasem siegnąć po Newsweeka, czasem po Wprost, czasem po Do rzeczy. Po pierwsze, nie mam na to czasu (wymówka), po drugie nie lubię musieć wyśrodkowywać opinii bazując na opiniach skrajnych. Po prostu czuję się przez obie strony opluwany, co zobrzydza mi jakąkolwiek lekturę. 

Jedynym dziennikiem, po który sięgam, jest Dziennik Gazeta prawna, najczęściej po piątkowe / weekendowe wydanie, a i to nieregularnie. Cały czas szukam rozwiązania, godząc się z tym, że będzie ono mocno, mocno, mocno niedoskonałe. Stosuję miks RSSów, ludzi obserwowanych na TT, newslettery.

Podróż do przeszłości, czyli tekst, który zacząłem pisać niemal 10 lat temu. 

Tak, to nie jest pierwszy raz kiedy się z tą myślą biję, wtedy pisałem tak:

Jakiś czas temu pokusiłem się o tekst że dobrze by było ten Internet posprzątać. Nawet pojawiło się od tego czasu pewnie kilka pomysłów jak to zrobić, jak sobie poradzić z zalewem spamu, bzdur i całej reszty. Przez chwilę nawet wydawało się, że odpowiedzią może być FB (ale nim nie jest, o czym też pisałem). Odpowiedzią miały być też rozmaite cuda współczesnej algorytmiki, które na podstawie tego co czytają / publikują Twoi znajomi albo osoby, które obserwujesz na dowolnym portalu społecznościowym, tworzą dedykowany magazyn z tymi właśnie treściami. Tymi treściami miała zarządzać tytułowa „kuracja” (od kurator), a użytkownikowi miało być lepiej, łatwiej i przyjemniej.

Te magazyny wyglądają ślicznie i cacanie. Taki np. Flipboard na iPady (a zapewne i inne tablety też). I sięga się po nie raz… potem drugi… ewentualnie trzeci, a potem znikają tam gdzieś w otchłani aplikacji i stron. Za dobre są, za śliczne, za dużo mogą.

Poza tym, algorytmy kuracji jednak daleko mają do doskonałości.

Tekstu, przyznaję z rumieńcem wstydu, nigdy nie skończyłem. Wtedy wydawało mi się, że rozwiązaniem mogą być RSSy, ale to rozwiązanie, które choć już dojrzałe i sprawdzone, nie trafiło pod strzechy. Nadal w nie wierzę i chętnie z niego korzystam, to raczej masowych sukcesów mu nie wróżę. Co więcej, wymagają też pewnej dyscypliny i regularnego przeglądania tego, co w rss’ach piszczy, bo inaczej ginie się w nadurodzaju treści.

Rozwiązanie?

Jedna opcja jest taka, że może ta cała informacja i bycie na bieżąco jest nam, ludzkości, niepotrzebne. Może to tylko zawracanie głowy, z którego nikomu nic nie przychodzi. Nie mnie oceniać, czy będziemy szczęśliwsi mniej wiedząc, nie musząc wiedzieć, nie musząc rozumieć, nie przejmując się niewiedzą. Może tak będzie łatwiej, prościej.

Druga opcja jest taka, że potrzebujemy skorzystać z innego, już znanego w historii rozwiązania. 

Kurator treści

O tym zapewne powstanie notka, ale aby cut story short, moim zdaniem czeka nas kryzys mass mediów, jakie znamy. Dla tych, dla których to istotne, których interesują fakty, a nie fake newsy, którzy chcieliby wiedzieć a nie być karmionymi medialną papką, to będzie miało znaczenie i pociągnie za sobą konsekwencje.

Nie mamy i nie będziemy mieć czasu aby wiedzieć wszystko i wszystko samodzielnie sprawdzać. Pomysłu oznaczania przez serwisy społecznościowe oceny „wiarygodności informacji” nie uważam za szczęśliwy. Miejmy na uwadze, że nawet gdy wiemy, że jakaś informacja jest błędna to i tak wpływa to na nasze rozumowanie. Kiedy będziemy mieli styczność z bzdurami / kłamstwami i tak będziemy pod ich wpływem. Więc lepiej taką ekspozycję ograniczać.

Tak dochodzimy do momentu, w którym będziemy potrzebowali zaufać ludziom. Wybrać jednostki, które będą strażnikami naszej wiedzy. Którzy swoją osobą będą gwarantować jakość treści, jaką do nas wpuszczamy. 

Zaufanie, jako waluta przyszłości, to nie tylko tytuł książki Michała Szafrańskiego, ale też opis tego, co nas czeka. Na zaufanie się pracuje, zaufanie niestety można łatwo stracić, ale dlatego będzie cenne i warte zachodu. Dojdziemy do tego, że będziemy płacić jednostkom za to, że przeprowadzą selekcję wiadomości i będziemy od nich otrzymywać pewną esencję. Tak powstanie nowy zawód. Kiedyś redaktor naczelny, wkrótce kurator treści.

Moi kuratorzy

Na tej podstronie wymieniam ludzi, których od jakiegoś czasu czytam i obserwuję. Uważam ich za cenne, powtarzalne źródło wiedzy. Nie pokrywają całego spektrum informacji, nie informują mnie o wszystkim, ale… są moim punktem zaczepienia i ewentualnym powodem do podrążenia tematu. 

Bartek Pucek, Rafał Agnieszczak, Scott Galloway, Michał Kreczmar, coraz bardziej cenię też „Piknik na skraju głupoty”. To ludzie mi w zasadzie obcy, a jednak pomagają mi troszkę lepiej rozumieć świat. Subskrybuję ich newsletter, obserwuję na FB, ponieważ treści, którymi się dzielą, są w moim odczuciu wartościowe. I… ciągle mam trochę przestrzeni na kolejnych, których warto znać i czytać / oglądać. 

Pomóż mi, podziel się w komentarzu swoimi kuratorami. Daj proszę znać skąd czerpiesz wiedzę o świecie, kto Tobie tłumaczy rzeczywistość. Skąd dowiadujesz się o tym co warto wiedzieć. 

To nie koniec eksperymentowania.

W najbliższych tygodniach chcę sięgać po nową książkę co tydzień i pisać coś na kształt dziennika… W tym ostatnim przypadku rozważam opcję publiczno prywatną, uznając że trochę co innego powinno wpaść w świat prywatny, trochę co innego skłonny jestem udostępniać w domenie publicznej. To rozgraniczenie wymaga czasu więc… jestem tu ostrożny. Nie mam ochoty zrobić sobie krzywdy. Mam ochotę próbować nowych rzeczy i na nowe // inne się otwierać. Taki mój sposób na radzenie sobie z bańką komfortu i trwania w tym co znane. 

Jeśli zatem jesteś ciekaw / ciekawa jakie to przyniesie efekty – zostaw maila, zasubskrybuj podcast lub polub Niecodziennego na Facebooku i będziesz z moimi potyczkami na bieżąco;-)

Kilka wpisów z podobnej tematyki:

Ilustracja: Kon Karampelas on Unsplash

2 komentarze do “Tik tok i zawód przyszłości

Podyskutujmy

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Może skusisz się na wiadomości ode mnie?Jeśli zainteresował Cię ten wpis, zostaw swój email i bądźmy w kontakcie.

Otrzymasz jednego maila w tygodniu, publikowaną w piątki tygodniówkę. Oraz niecodziennego maila od czasu do czasu;-)

Dlaczego proszę Cię o email? Poznaj moje argumenty »