Miesiąc: lipiec 2010

  • Being Down Under – Kilka zdjec z Surfers Paradise…

    Dzis bedzie jeszcze mniej czczej pisaniny niz zwykle. Niech przemowia obrazki….

    [nggallery id=11]

    Jesli by to kogos interesowalo, wszystkie zaprezentowane zdjecia zostaly wykonane niezawodnym i niemal wszystko majacym Nikonem D90

  • Slowotworstwo…

    Pracobiorca – czasem pracownik – ten co bierze prace i bierze place…

    Pracodawca – ten co prace daje i za prace placi…

    Tak chyba jest w normalnym kraju, normalnych firmach…

    A moze to jak z legendami – niby jest w tym ziarnko prawdy, ale dzialo sie to bardzo dawno temu, za gorami, za lasami, w swiecie, gdzie byly takze krasnoludki…

  • Being Down Under – Zwierzyniec w uniwersyteckim parku?

    Prosba byla o wiecej miejskiego info… coz, nie bardzo mam poki co okazje poznawac te miejskie australijskie zwyczaje, chociaz moze i te uda mi sie poznac. Na razie chodze i podgladam zwierzatka… A – co ciekawe – nie trzeba wiele szukac, zeby zrobic zdjecie, ktore w Europie wymagaloby nielada wyczynow. Rzecz ktora w australi ma niewatpliwe znaczenie to rozmiar. Wszystko tu maja duze, albo bardzo duze a najchetniej w rozmiarze XXL. Zoo w ktorym bylismy w zeszla niedziele – olbrzymie. Plaza – najwieksza na swiecie, park przy uniwersytecie tak wielki, ze mozna sie kilka razy zgubic, samochody – oczywiscie wielkie z jeszcze wiekszymi silnikami. Yes, size is that, what matters. Nawet otylych tu maja tak wielkich, ze amerykanie by sie nie powstydzili… a co do zwierzatek, to miedzy ludzmi ktorzy wlasnie wyszli na popoludniowe polezenie w parku mozna spotkać:

    [nggallery id=12]

    Nieustajaco i niezmiennie wszystkie zdjecia tu przedstawione zostaly zrobione niezawodnym i prawie wszystko majacym Nikonem D90.

  • Being Down Under – nieco inne muzea

    W dzisiejszej notce: Rzut oka na miasto. Bo takie widoki robia wrazenie…

    Jesli chodzi zas o aspekty kulturalne… Postanowilismy dowiedziec sie czegos wiecej o Australii i dlatego wlasnie wybralismy sie do muzeum. Trzy pietra poznawania roslinek, chrzaszczow, zolwiow, kangurow, samochodow, rowerow (ciekawy eksponat – rower strazacki dla czterech ratownikow (w podwojnym tandemie 2×2 [prawie 4×4 :D] – z przyczepka pomiedzy i wezem ciagnietym za soba…) jesli nie potraficie sobie tego wyobrazic – zerknijcie do galerii na końcu posta.

    Co dalej… Dalej byly tez wypchane zwierzatka, weze w formalinie, materialy audiowizualne i wszstko to, czego w muzeum mozna sie spodziewac. Czego sie nie spodziewalismy? Mikroskopow dostepnych dla kazdego. Tak wlasnie – sa stanowiska, do ktorych zwiedzajacy moze sobie podejsc, i obejrzec w doskonalym powiekszeniu muche, motyla, mrowke czy jakiegos innego owada, a jak sie wykaze odpowiednia pomyslowoscia, to nawet wlasna obraczke moze sobie kilkadziesiat razy powiekszyc. Wszystkie rysy widac:P

    Sa tez monitory, na ktorych mozna ogladac to, co nad czym siedza pracownicy badawczy muzeum. Taka troszke permanentna inwigilacja. Sa tez stanowiska przeznaczone specjalnie dla dzieci – na trzech pietrach sa postumenty, na ktorych mozna odrysowac rozmaite ksztalty, a po obejsciu calej wystawy ma sie przed soba caly kilkunastoelementowy rysunek. Frajde sprawia to nawet nieco dojrzalszym zwiedzajacym.

    Wiele eksponatow jest do pomacania, do zabawy, do wlasnego doswiadczania. Mozna na przyklad poczuc sie jak nietoperz – przymierzajac i machajac skrojonymi na wzor nietoperzowych skrzydel. Jest okazja aby porownac sie do najwyzszego czlowieka w historii (2.7m), najwyzszej kobiety (2,3m) ale tez hobbita (1m). Mozna sobie obejrzec czaszke walenia, ktory choc mial przed soba jeszcze troche dorastania, leb mial o przekatnej 4 metrow… i tak dalej, i tym podobne…

    Najwieksza przyjemnosc czekala nas jednak w muzeum techniki. Kilkadziesiat stanowisk kazde traktujace o jakims zjawisku techniczno fizycznym. Mozna bylo zrobic burze w rurze, ZOBACZYC fale dzwiekowa (na wodzie), bawic sie z roznokolorowym cieniem, sprawdzic jak dlugosc ramienia wplywa na latwosc w podnoszeniu ciezarow, przekonac sie, ze gramofon musi miec okreslona predkosc katowa, zmierzyc sie w pojedynku biegowym z gepardem, zobaczyc jak pracuje nasz szkielet kiedy jedziemy na rowerze, stac sie przewodzicielem pradu…

    Poczytac brailem, zagrac w trojwymiarowe kolko i krzyzyk, wejsc do tunelu ktory zaburza orientacje, polozyc glowe na polmisku z jabluszkami, dowiedziec sie, jak szybko leci wyrzucona pilka, uslyszec konkretna czestotliwosc, dotknac pioruna i wreszcie poczuc sie jak dziecko…

    Jesli ktos tylko bedzie mial okazje – polecamy. Zabawa przednia. Caly dzien mozna tam spedzic i szalec, szalec, szalec…

    Wszystkie zdjecia wykonane niezmiennie niezawodnym Nikonem D90 ( i za ta reklame naprawde nikt mi nie placi…)

    [nggallery id=19]

  • Being Down Under – Brisbane, miasto kontrastow

    Nie pamietam dokladnie, czego spodziewalem sie jadac do Australii. Poza kangurami, koalami i takimi tam. Nie, nie podejrzewalem, ze czas zatrzymal sie w miejscu, ale tez nikt nie powiedzial mi, zeby spodziewac sie krajobrazow iscie amerykanskich. Tyle tylko, ze – przynajmniej w centrum – wiezowce mieszaja sie z architektura starsza…

    Od razu – tytulem wstepu i wyjasnienia – australijczycy chca miec swoje patio, wiec kazdy woli mieszkac we wlasnym domku, a nie w bloku. Efekt? Miasta rozciagaja sie na dziesiatki kilometrow w niskiej zabudowie. I – nie powiem – wyglada to wcale ladnie.

    Druga rzecz… Czytaliscie w Pustyni i w Puszczy? No pewnie, ze czytaliscie. Pamietacie na jakim drzewie, a raczej w jakim drzewie chowali sie Stas i Nel? No pewnie, ze w Baobabie. A czy ktos z was wie, jak taki Baobab wyglada? Bo to ni cholery do naszego debu nie podobne…

    Przed chwila pisalem cos o wiezowcach w centrum, wydaje mi sie, ze slowa nie calkiem oddaja rozmiar i skale tego, co oni tu sobie „wyhodowali”. Tak wiec w galerii znajdzie się też panoramka na centrum z South Bank (czyli z poludniowego brzegu tego czegos co tu plynie, najprawdopodobniej, Brisbane River)

    Jak dobrze widzieliscie, maja tu rzeczke. Skoro jest rzeczka, sa i ptaki. A skoro sa ptaki, a ja mam aparat, to zaczelo sie wielkie polowanie… Sa takie ptaszki, ktore wolaly dac drapaka, niz dac sie zlapac na matrycy…

    Byly tez takie, co bez krepacji chcialy pokazac sie w calej swojej mewiej okazalosci. A skrzydla panie, to maja z tamtad, tam…

    Wreszcie, zeby nie bylo ze uganiam sie tylko za tymi, co maja biale skrzydelka, cos mniejszego, i jakze bardziej kolorowego.. i to w zieleni…

    Ale tez, warto czasem pokazac jakas scenerie z oddali, tak aby ujac nieco wiecej w kadrze, gdyz wlasnie tam, kryc moze sie cos ciekawego…

    [nggallery id=20]

    Nie wiem czy kogos to interesuje, ale zdjecia i filmy zostaly wykonane niezawodnym Nikonem D90;]

  • Being Down Under – z wizyta w australijskim zoo

    Gdyby komus przyszlodo glowy wybrac sie w okolice Brisbane, polecam wybranie sie do lezacego nieopodal (jedyne – jak na ten kontynent, to jedyne 100 kilometrow) Zoo. Kilkugodzinny spacer bedzie obfitowal w naprawde fantastyczne widoki, w czasie przechadzki mozna spotkac:

    [nggallery id=13]

    A krokodyl – ten ze zdjęcia potrafi bardzo groznie zaatakować…

    Nie wiem czy kogos to interesuje, ale zdjecia i filmy zostaly wykonane niezawodnym Nikonem D90;]

  • Being Down Under – dzien pierwszy

    Nie lubie australijskiego internetu. Wkurza mnie. Wlasnie zjadl mi wpis, gdzie bylo nieco o australijskim internecie, mewach, oceanie, jetlagu i o tym, dlaczego pisze bez polskich znakow… Coz… to zamiast marudzenia i wspominkow, bedzie kilka zdjec.

    Odkad pojawilo sie jedzenie, mewy staly sie naszymi najlepszymi przyjaciolmi. Najpierw pojawila sie delegacja powitalna…

    Mewy Gold Coast Australia

    Mewia delegacja

    W miare uplywu czasu towarzystwo sie zlatywalo..

    Mewy Gold Coast Australia

    Przepraszam, czy tu karmia?

    W koncu mewy uznaly, ze czas na wyklad…

    Mewy Gold Coast Australia

    Po wykladzie, byly zajecia praktyczne:
     

    A kiedy sie znudzily, przypomnialy nam, dlaczego Hitchcock ptakami straszyl…

    Mewy Gold Coast Australia

    Malo groznie wyglada? To zobaczcie film…

    Poki co przetwarza go YouTube, ale coz… byffa i tak.

    I, zeby nie bylo, ze tylko takie ptactwo tu maja…

    Mewy Gold Coast Australia

    Nie wiem czy kogos to interesuje, ale zdjecia i filmy zostaly wykonane niezawodnym Nikonem D90;]

  • Getting Down Under – dzien 0

    To będzie długi dzień. Cholernie długi. Dość powiedzieć że zaczął się wczoraj o 17, a skończy jutro koło południa, a i to przy dobrych wiatrach. Wydawałoby się, że kiedy człowiek nic nie robi, w końcu albo czeka na samolot, albo czeka aż ten samolot doleci tam, gdzie człowiek zdąża, to się nie męczy. Ostatecznie jak bardzo męczące może być siedzenie? Otóż bardzo. A im dłużej człowiek czeka, tym bardziej się męczy i tym bardziej go ta podróż nuży. Co prawda, kiedy się już doczeka, to powinno się okazać, że ten cały wynikający z NICzego 'wysiłek’ był tego wart.. To się jednak dopiero okaże.

    Pisałbym po kolei, ale nie jest łatwo pokusić się o spójny, logiczny opis wydarzeń, kiedy głowa twierdzi, że jest godzina 11, zegary przekonują że jest 16, a tyłek mówi że nie na najmniejszego znaczenia to, która jest godzina, ważne że jemu – tyłkowi znaczy – jest ciężko i niewygodnie. A perspektywa kolejnej 'wysiedzianej doby’ przyprawia o dodatkową porcję niechęci.

    Pierwsza obserwacja… Między lotniskiem we Frankfurcie a tym w Bangkoku różnica jest mniejwięcej taka, jak między wysokiej klasy mercedesem, a tajską wersją automobilu. Tzn, są pewne podobieństwa. Są terminale, samoloty i obsługa, ale kiedy spróbować z tego dobrodziejstwa skorzystać, cóż.. Wtedy właśnie pojawiają się subtelne różnice. W Niemczech, nawet jeśli nie wiesz nic, nie znasz języka i tak naprawdę marzysz tylko o tym, aby znaleźć własny lot – wszystko wydaje się proste. Z punktu A idziesz do punktu B, wiedziony strzałkami opisanymi 'hey człowieku idący z A do B! Twoja droga jest TU’; a jak nie skumasz, to masz wokół siebie ludzi, którzy chętnie pomogą.

    Nie to, że Tajowie nie mają takich znaków i takiej ochoty niesienia pomocy zbłąkanym turystom. Rzecz w tym, że trudno im ufać… I znowu nie chodzi o to, że źle im z oczu patrzy, tylko oni jacyś tacy są sami nieprzekonani do tego, co mówią. Dość że z angielskim są raczej na bakier (odezwał się rozwydrzony europejczyk) to jeszcze mają swoje pomysły na wszystko. Co jest argumentem aby wejść do strefy bezcłowej? Boarding pass? Skądże, znacznie cenniejszy jest wydruk przypominający bilet, choć nieweryfikowalny. A próba zadania pytania o miejsce czekania na odlot, złożonego z więcej niż 6 angielskich słów kończy się rozbieganym wzrokiem pełnym niepokoju… No i jak tu się nie martwić, czy bagaż doleci tam, gdzie dolecieć powinien…

    Obserwacja druga – najlepszym komplementem dla kobiety jest prośba o wylegitymowanie się przy próbie zakupu alkoholu… Co prawda będzie się boczyć, ale za to w sercu miast krwi popłynie miód. Moja próba wytłumaczenia Stewardowi, że to moja własna, osobista żona spaliły na panewce, a jedynym argumentem skłonnym go przekonać był paszport. Odjął kobiecie 9 lat… Gdyby któryś silnik odmówił posłuszeństwa, moglibyśmy polecieć na energii jaką wzbudził ten prosty zabieg komplementacyjny…

    Wreszcie… Po raz pierwszy doświadczyłem mitycznego 'overbookingu’. Na dwie godziny przed odlotem, załoga poinformowała, że przewoźnik sprzedał więcej biletów niż ma miejsc i szuka Ochotników, którzy w zamian za coś więcej niż uścisk dłoni pilota zgodzą się na zmianę połączenia. I co ciekawe, ochotników było wielu… W sumie się nie dziwię, skoro za taką 'drobną’ uprzejmość można było zyskać voucher na śniadanie, jakiej upominki i – bagatelka – 600€. My się na to rozwiązanie nie załapaliśmy. I nie to, że nie próbowaliśmy. Po prostu naszych lotów nie opłacało im się przestawiać… Cóż… C’est la vie.

    Wnioski. Na lotnisku czas płynie wolniej, człowiek męczy się szybciej, a nawet jeśli uda mu się gdzieś przyczaić i zdrzemnąć, to nawet ten sen jest jakiś taki… Ulotny. No nic – najwyższy czas przestać marudzić. Trzeba twardym być, nie miętkim i przetrwać. No nic, do przeczytania, do jutra.

  • Getting down under – dzień -1

    Ten rok staje się bardzo, ale to bardzo podróżniczy. Po styczniowej wyprawie do Hurghady, czas wybrać / wyrwać się gdzieś dalej.. Dużo dalej. Tak daleko, że dalej wybrać się ciężko.

    Na dzień przed wyjazdem stają przed człowiekiem dziwne pytania i nader dziwnie merdają pytajnikami. Co ze sobą zabrać, a nawet istotniejsze – czego ze sobą nie brać. Co będzie potrzebne, a co lepiej kupić na miejscu i wreszcie kwestia kluczowa – jak te wszystkie rzeczy spakować, aby zmieścić się w limicie 20stu kilogramów. Co samo w sobie nie jest rzeczą łatwą, a gdy współpodróżnikiem jest piękna kobieta, która ma swoje potrzeby – ubraniowo-butowo-kosmetyczne, staje się to niemal niewykonalne.

    Noc przed wylotem można też snuć plany – czego spodziewam się po podróży, co planuję z niej przywieźć i czy na pewno mam wystarczająco dużą kartę pamięci w aparacie… Na wszelki wypadek chyba dokupię jeszcze jedną…

    Noc przed wylotem zastanawiam się, jak uda mi się przetrwać najbliższe 72 godziny, ponieważ zapowiadają się trzy bardzo męczące doby… No cóż, w końcu pierwszy raz będę usiłował dostać się na najprawdziwszy koniec świata…

    Noc przed podróżą czas na przegląd zabieranego sprzętu. Laptop zostaje na miejscu. Co jak co, ale jeśli tylko jest to możliwe, to wolę oszczędzić sobie dodatkowych 3kilogramów. W podróż zabieram więc niemal wszystko mający telefon, którym znacznie łatwiej pisze się takie wpisy, niż na pięknie grającym produktem nadgryzionego jabłka. Po prostu są takie sytuacje, w których aż chce się krzyknąć klasyczna qwerty rulez!

    Noc przed podróża człowiek ma ostatnią okazję aby wyspać się we własnym łóżku. I właśnie wtedy żona proponuje, że może by się tak jednak przepakować raz jeszcze…

    No cóż, przetrwamy… Mam nadzieję… Póki co jednak, Australio gotuj się! Nadchodzimy!