Kategoria: Tygodniówka 2020

  • Suma wszystkich (moich) strachów

    Ponieważ od jakiegoś czasu zerkam nieśmiało w stronę inwestowania (na miarę swoich możliwości), zderzam się / stykam się raz po raz z takim stwierdzeniem, że wybierając / tworząc swoją strategię inwestycyjną muszę ją przygotować tak, aby była ona zgodna z moim profilem ryzyka.

    Pozornie wydaje się to dość proste , ponieważ można dość łatwo wskazać, że ci, którzy od ryzyka stronią, powinni trzymać się gdzieś między zakopaniem gotówki zamienionej np w złoto w ogródku pod Jaworem lub dębem, a trzymaniem ich na koncie ROR, oszczędnościowym lub lokacie. Ci którzy ryzyko ujeżdżają pasjami powinni przyglądać się z bliska bukmacherce, rynkowi forex, kryptowalutom lub inwestowaniu z wykorzystaniem dźwigni, lewara czy innych bardziej wyszukanych narzędzi finansowych.

    Grupie po środku zostaje składanie swojego portfela z obligacji (państwowych lub korporacyjnych), akcji, postępowanie zgodnie z zasadą dywersyfikacji i trzymanie się bardzo długiego horyzontu czasowego (aby swoje cuda mógł zdziałać niewielki nawet procent składany).

    Inwestorom podpowiada się, aby swoje strategie budowali mając na uwadze, czy będa mogli wytrwać w jej założeniach także wtedy, gdy czas będzie dla nich mniej sprzyjający, lub gdy rynek zacznie swój ostry zjazd w dół (na ostry podjazd niemal wszyscy czekają bo są przekonani, że na to właśnie są gotowi). I warto się liczyć z tym, że na każdego inwestora przyjdzie czas (a przyjdzie czas na Ciebie 🎵).

    Tylko skąd taki inwestor ma wiedzieć, na co jest gotowy, a kiedy sytuacja doprowadzi do tego, że będzie miał musiał zmienić bieliznę, rzucić to wszystko w cholerę i zakwestionować wszystkie swoje dotychzasowe decyzje? I czy w ogóle można się na to przygotować? Bo…

    Rozważanie na temat tego, jak zareaguję kiedy moje inwestycje będą o 5 / 10 /15 / albo i 20% warte mniej dziś niż były warte wczoraj są absolutnie czczą rozrywka i jedynie naiwnym eksperymentem myślowym. Tym bardziej że na to się nie sposób przygotować. Żadne gry, żadne przyglądanie się notowaniom, żadne „inwestowanie na sucho” nie oddaje fikołków, na które wykonuje człowiek, kiedy zainwestuje / wyłoży na stół / parkiet własne pieniądze (por. jak zmienia się gra w Monopoly, kiedy grasz prawdziwą gotówką).

    Doświadczam tego (myślenie, wątpliwości) choć rynek, w który wchodzę jeszcze nie zaczął przypominać rollercostera, a i mój wkład jest na razie ograniczony. Już teraz, choć kupuję jedynie fundusze ETF i w głowie mam przede wszystkim bardzo długi termin (o ile wytrwam i przeżyje), to nie raz zastanawiam się czego nie rozumiem i gdzie popełniam błąd. Gdzie nadużyta będzie moja niewiedza i naiwność.

    Chciałem w tym miejscu umieścić, cytat, ale nie mogę go znaleźć, a tym bardziej jego autora, więc koniec końców mogę go „przekręcić” i sobie przypisać.

    Ryzykiem jest wszystko to, o czym nie pomyślałeś analizując ryzyko.

    Dla mnie jest to tym bardziej że kiedyś bardzo dobry – w moim odczuciu – rekruter wśród wielu celnych uwag o mnie powiedział:

    Pan nie bierze pod uwagę ryzyka

    Co zaskoczyło mnie o tyle, że mam wrażenie że jedyne co widzę, dostrzegam i na co zwracam uwagę, to ryzyko. Po prostu czasem umiem podjąć decyzją pomimo tego, że ryzyko widzę. Choć, rzecz jasna, mówię tylko o tym ryzyku którą jestem w stanie dostrzec. Tylko kiedy decyzja została podjęta to – wydaje mi się – ryzyko już uwzględniłem.

    Pytanie, czy na każde ryzyko możemy się przygotować i przewidzieć. Oczywiście, w tym miejscu wjeżdża Nassim Taleb na czarnym łabędziu, i mówi, żeś naprawdę niewiele widział i będzie miał cholera rację.

    No ale, panie premierze, jak żyć jeśli w inwestowaniu najważniejsze jest psyche, to powiedz mi proszę, jak się przygotować na sytuację w której

    After the crash of 1929, stock prices started to rise, increasing by 30% by 1931. The crash of 1932 was completely unexpected and the worst in the twentieth century. It drove stock prices down by 89%. If you had $1,000 invested in the Dow on September 3, 1929, it would have gone down to $109 by July 8, 1932.

    Tao of Charlie Munger

    Na samą myśl żołądek zwija mi się w supeł i ssie kciuka. Od środka.

    Z jakim pytaniem Cię mogę zostawić na koniec, spytam – jakie ryzyko starasz się zneutralizować i skąd wiesz, czy wybrates/aś najlepszą do tego taktykę?

    Także tak… Nie ma za co i życzę Ci spokojnej nocy.

  • Po krótkiej przerwie – tygodniówka #1.2023

    1. Jak to jest zaczynać tygodniówkę po prawie rocznej przerwie? Cóż.. pozornie dość prosto. Od postawienia pierwszej jedynki, kropki a potem pierwszego znaku. Z kilku znaków powstają pierwsze słowa i zdania, czasem pytania. Pisanie wszystkich kolejnych tygodniówek zaczyna się dokładnie tak samo. Najpierw nie ma nic, a potem powoli, słowo po słowie powstaje coś. Z niczego.

      Co w tym zatem pozornego? Bo pisząc tę tygodniówkę czuję ciężar wszystkich nienapisanych tygodniówek, pewnego rodzaju porażkę wynikającą z tego, że tygodniówki przestały powstawać. Czuję znajomy ciężar, który pojawi się wraz z wysłaniem tej i czuje lęk przed tym, że nie napiszę kolejnej.

      To może jednak lepiej nie pisać, udać że ta myśl – napiszę to znow – się nigdy nie pojawiła? Pewnie lepiej, pewnie łatwiej. A jednak znowu piszę, znowu wysyłam. Tygodniówka znowu nadaje.

    2. Próbowałaś/eś kiedyś nie odzywać się przez jeden dzień? Nawet nie mówię – nie komunikować, ale po prostu nie wypowadać ani jednego słowa. Zrobić sobie coś na zasadzie "ślubu milczenia" przez 24h.

      Ja próbowałem, jako nastolatek, sprowokowany przez odmawiającą posłuszeństwa krtań. Niewiele z tego ćwiczenia pamiętam, oprócz tego, że nie udało mi się wytrwać. Jak się okazuje jest łatwiej jest nic nie jeść przez 24h i powtórzyć to tydzień później, niż nie odzywać się przez jeden dzień.

      Nie wiem czy to ma coś wspólnego z tym, że jesteśmy zwierzętami stadnymi, nie wiem czy to po prostu potrzeba komunikacji, czy chęć wykrzyczenia do świata 'Ej! Tu jestem, słuchaj mnie!".

      Z moim pisaniem jest jak z tym "ślubem milczenia". Nie umiem nie pisać. Nie umiem się nie wyrażać. Mogę się zaklinać, mogę się zarzekać, mógę sobie obiecywać, a koniec końców znowu siadam i piszę. Myślę o pisaniu. Myślę zdaniami, myślę akapitami, myślę punktami tygodniówki. Trochę patrzę na świat tygodniówką, dokonując selekcji – o tym bym napisał, a o tym nie…

    3. Tak… ta dzisiejsza tygodniówka trochę już ze mną jest. Pojawiła się razem z kilkoma rzeczami zauważonymi w internecie i myślą – ej, podzieliłbym się tym z ludźmi… z tymi mniej i bardziej znajomymi. Zwrócił im na to uwagę, zaciekawił tym, co mnie zaciekawiło.

      Kolejną powracającą myślą było to otwierające tygodniówkę pytanie – jak się ją zaczyna i jak się z tym czuję. Mieszane uczucia.

    4. Jak to jest, że słuchając podcastu Lexa Friedmana poświęconemu giełdom krytpowalut, ale też instytucjom, zaufaniu i przekrętom, pojawia się we mnie refleksja związana z demokracją? Bo rzecz jasna (?) myślę trochę o demokracji. I jestem chyba przerażony jej słabością. Tu nawet nie chodzi o to, że to nie jest doskonały system, tylko to, że on jest zdecydowanie zbył łatwo deformowalny przez nasze, ludzkie słabości. To nie są wyjątkowe słabości naszego kraju, naszego społeczeństwa, ale

      — dygresja.. właśnie usłyszałem PING mojego pomodoro które powiedziało – piszesz już 20 minut… a ja po prostu byłem ciekawy, czy zdołam zacząć —

      Ale skoro ten system trzeszczy w trochę dojrzalszych (politycznie) społeczeńśtwach, to trochę martwię się tego, co przed nami. Scott Galloway zauważył (w jeszcze innym podcaście) że inne kraje mają w zwyczaju brać przykład z Ameryki i przeszczepiać na swój grunt te dobre i te trochę gorsze tradycje. Co z kolei oznacza, że z jednej strony możemy zrozumieć, że trzeba zmienić władzę, co z kolei tej ustępującej władzy wcale nie musi się to spodobać, i tak jak zadymę robił Trump, tak jak zadymę zrobił Bolsonaro, tak – to już moja obawa – zadymę może chcieć zrobić obecnie rządząca w PL koalicja, jeśli uda się ich pożegnać. A równocześnie, to że uda się ich oderwać od stołka, nie oznacza jeszcze, że to poprawi naszą polityczną sytuację.

    5. I tu wracam do kwestii demokracji. Sięgnąłem po książkę "O demokracji" Roberta Krasowskiego i jest to tak wymagająca ode mnie lektura, że na chwilę (zapewne dłuższą) odłożyłem ją na półkę. Ale to co z niej dotychczas zrozumiałem to to, że władza ma to do siebie, że chce się jej więcej. Że jednymi celami osoby, która władzę posiada jest – utrzymać władzę i zdobyć więcej władzy. I będzie to robić, tak długo jak nikt go (personifikuję, ale to może dotyczyć także grupy ludzi) nie powstrzyma. Ale ten "zdobywca" musi być powstrzymany siłą instytucji, a nie siłą, bo w przeciwnym razie mamy przewrót, a nie demokrację. A zdobywców dookoła nas jest wielu. Dokładnie to zrobił Putin (porównajcie z Wowa, Wołodia, Władimir), czy Orban (patrz: Węgry na nowo).

      Jeśli posiadana władza, pozwala Ci na zdobywanie więcej władzy, to – jeśli nie będziesz mieć skrupułów, albo nie zostaną wdrożone odpowiednie zabezpieczenia – ją zdobędziesz. Porównaj Polska 2015-2022.

    6. Wiem, że odkrywam koło na nowo, i że to wszystko już było w "O tyranii". Do mnie po prostu dopiero po czasie docierają pewne przeczytane / usłyszane rzeczy i uderzają wtedy z siłą kilku kilogramowego młotka, co kończy się nie tylko siniakami, ale i oglądaniem wielu gwiazdek.
    7. Na dziś, wydaje mi się że odpowiedzą na zakusy władzy jest skuteczne jej rozproszenie. Właśnie po to jest nam trójpodział władzy, właśnie po to są wzajemnie się kontrolujące instytucje, aby nie było możliwe zebranie całej władzy w rękach jednej grupy, bo to kończy się źle. Nie dlatego, że Ci ludzie są źli, ale dlatego, że bezkarność rozzuchwala. Kiedy nie ma ryzyka, człowiek pozwala sobie na więcej i więcej i więcej. I nie ma hamulca. I nie jest rozwiązaniem zmiana tego, kto jest u władzy, konieczne jest przestrojenie systemu. Co z jednej strony wydaje mi się absolutnie niemożliwe (bo kto normalny wygrywając pełną pulę będzie się samoograniczał) z drugiej strony, udało się obalić komunizm… i zmienić Polskę na bardziej normalny (co nie oznacza łatwy dla wszystkich do życia) kraj. I tego potrzebujemy.

      Rozproszenia kompetencji i wzajemnego patrzenia sobie na ręce. Wymuszania kompromisu. Bez szukania drogi na skróty, bo ta choć pięknie brzmi, zdaje się prowadzi na manowce. Bo najgorsze co może się stać, to to, że po zmianie władzy nic się nie zmieni.

      [ping]

    8. Równocześnie, to jest kontrintuicyjne, zwłaszcza dla wszystkich polityków. Dla nich jedynym sposobem na zwycięstwo jest móc więcej będąc większym, twardszym, bardziej drapieżnym. Najpierw musisz wygrać władzę w swoim gronie i zmusić swoich najbliższych ludzi do tego, żeby cię słuchali. Potem razem z nimi, zdobyć większą władzę. A jedynym sposobem na to jest znowu – bycie bardziej agresywnym, bezwzględnym, drapieżnym. I kiedy już jesteś na szczycie szczytów miałbyś to wszystko oddać?
      Puk puk
    9. Tak, takie właśnie rzeczy mi przychodzą do głowy kiedy słucham podcastu o kryptowalutach.
    10. Giełda, kryptowaluty… i heurystyki.. Nasze skojarzenie z giełdą jest takie, że coś co tam jest notowane, ma wartość i ma przynieść zysk. Tylko że są dwa rodzaje giełd (przynajmniej dwa rodzaje – zapewne za bardzo upraszczam). Giełda papierów i giełda towarów. Giedła papierów to miejsce w którym możemy nabyć część przedsiębiorstwa, które z kolei wypracowuje zysk.

      Na podstawie wypracowanego zysku, określana jest wartość firmy. Im lepiej firma pracuje (jest bardziej efektywna, wytwarza lepsze produkty, sprzedaje więcej produktów) – jej wartość rośnie, co z kolei przekłada się na wzrost wartości wartośći (kocham język polski) udziału. Firma ma problemy, wartość spada, wartość udziału spada. Co prawda, zdaje się, że w ramach najprzeróżniejszych pomysłów mądrych ludzi, nagle przestaliśmy wyceniać wartość firmy na podstawie bieżącego dochodu, a zaczęliśmy oceniać wartość firmy na podstawie jej potencjału, aby móc odpowiednio wcześnie przewidzięć ile będzie warta.

      Jest też drugi rodzaj giełd – giełdy towarów. Np. kwiatów, albo ropy. Albo złota. I tam sprzedawany jest produkt / surowiec, z pomocą którego coś jest wytwarzane. Sam surowiec może być więcej warty, ale też on sam z siebie nic nie wytwarza.

      Pytanie, albo dwa – na jakim rodzaju giełdy powinniśmy znaleźć złoto i na jakim będą kryptowaluty i tokeny? Czy kryptowalucie bliżej do akcji, czy do tulipana?

    11. Te z kolei pytania przyszły mi do głowy kiedy zacząłem oglądać the Plain Bagel i kiedy dał mi w prosto nos filmem wyjaśniającym dlaczego inwestowanie nie uczyni mnie bogatym, najprawdopodobniej.

      Bo z wieloma rzeczami już się pogodziłem. Że nie będę przedsiębiorcą, że nie będę spekulantem, żę chyba nie ciągnie mnie do bycia hazardzistą i na loterii też jakoś nie gram. Nie mam wiedzy, ani doświadczenia, ani pieniędzy, ani umiejętności aby być aktywnym graczem giełdowym.

      Co więcej, od jakiegoś czasu zgromadzona wiedza pozwala mi zaufać koncepcji ETFow i zachęca do odkładania części środków właśnie w to narzędzie, choć z drugiej strony cały czas zastanawiam się, gdzie i kto mnie tu wykiwa. Założeniem ETFów jest – przy maksymalnie niskich kosztach odwzorowywać dynamikę rynku (poprzez posiadanie udziałów w każdym z podmiotów obecnym na danym rynku). Dzięki temu – przynajmniej tak mówi teoria – można z pewnym ryzykiem (oby malejącym wraz z długością inwestycji) – osiągać – jak w przypadku S&P500 zwrot z inwestycji na poziomie 10%.

      Chyba, że mówimy o roku 2022 wtedy mamy blisko -20% zwrotu rocznego. Taki właśnie ze mnie inwestor.

    12. Tylko że, dokładnie tak jak pokazuje Plain Bagel, te 10% rocznie wymaga dużo czasu. Zwłaszcza, że zwykle nie jesteśmy bogaci na starcie. Ale gdybyśmy tak mogli zainwestować 10k dolarów na 10% to ile czasu byśmy potrzebowali aby one urosły do miliona?

      Zanim jednak podam wynik, jeszcze jedno smutne spostrzeżenie. To że coś ma zwrot średnioroczny 10% nie oznacza, że tyle koniec końców będziemy mieć zwrotu (bo podatki, bo inflacja, bo opłaty), więc – tu autor podpowiada, przyjmij zwrot na poziomie 5.4% (aua) i poczekaj… Inwestycja 10k bagatelka… 87 lat. Nie wiem jak Tobie, mnie się to raczej nie uda.

    13. A gdybyśmy tak zaczęli dosypywać coś do tych wyjściowych 10 tysięcy? Np. 250 dolarów co miesiąc. Wtedy nasza duża bańka jest nasza już za… Inwestycja 10k +250niecałe 53 lata. Lepiej… cholernie długo, no ale jednak lepiej. Ale wciąż nie jest łatwo.

      No dobra… Spinamy poślady, odkładamy 1650 dolarów miesięcznie i już po…Inwestycja 10k + 1,6k 25 latach mamy upragnioną bańkę.

      Z drugiej strony, te zgromadzone środki pozwoliłyby (teoretycznie) żyć potem za 4% wartości foreva… czyli jakieś 40 tysięcy dolarów rocznie. Aleternatywnie możemy liczyć na ZUS. Bo ZUS na nas liczy.

    14. Z drugiej strony… to wszystko funkcja czasu. Najlepszy moment na posadzenia drzewa był 20 lat temu, a drugi najlepszy jest dziś. Dlatego.. nawet jeśli nie zostanę bogaty, może coś zostanie dla innych i im będzie łatwiej? Mateusz! Łapy precz. Gorąco polecam do poczytania Psychology of Money, Just Keep Buyingi Little book of common sense Investing.
    15. I jeszcze jednym zdziwieniem się podzielę – wszystko co czytam mówi mi, że cholernie trudno jest pobić rynek (czyli osiągnąć lepszą stopę zwrotu niż to co osiąga rynek). Zwłaszcza, ze nie chodzi o jednokrotne pobicie rynku, tylko o powtarzalne w czasie osiąganie wyników lepszych niż rynek. Przez nie tygodnie, miesiące czy nawet lata, ale dekady.

      Najlepsi (ale serio top of the top) mają uśredniony wynik na poziomie 20-30% zwrotu rocznie i biografie, które mówią, że po po kilkunastu godzinach pracy na giełdzie, w swoim wolnym czasie czytają raporty spółek do śniadania, podwieczorku i kolacji, a własne dzieci oglądają tylko wtedy, kiedy potkną się o nie na schodach.

      Czyli można? Można… tylko za jaką cenę. No dobra, a gdzie zdziwienie?

    16. Jestem członkiem klanu finansowych ninja pod wezwaniem Michała Szafrańskiego, gdzie Michał przekonuje do mądrego podejścia do finansów, pracy, życia etc. Pokazuje kierunki dla większości ludzi (bo mało kto ma czas i wiedzę i pieniądze aby próbować ogrywać rynek), a równocześnie Michał od czasu do czasu informuje – wpadło mi takie zlecenie, wpadło mi takie zlecenie, wpadło mi takie zlecenie… Czyli – najmądrzejsze jest pasywne inwestowanie, ale ja jednak sobie poiinwestuję aktywnie. Mi zajęło jakieś półtora roku żeby skumać – to że Michal tak robi, nie oznacza, że ja muszę tak robić i nie ma na nic złego w tym, że nigdy (jak długo zachowam zdrowy rozsądek) tak robił nie będę. Bo zawsze kiedy pojawia się taka rozmowa – to jest moja strategia i patrzcie mili, tak robi mądrzejszy od was (fakt nie złośliwość) to mam (miałem?) poczucie straty, a poczucie straty jest tym, co zachęca do wskoczenie na ten niebezpieczny wagonik, podróż którym (ponieważ za mało wiem i umiem) z dużym prawdopodobieństwem skończy się źle.
    17. Żeby nie było że wszystko jest złe, paskudne i przed nami tylko złe rzeczy. Pa to: Co krzywdziło ludzkość (kliknięcie w obrazek uruchomia animację) źródło: https://ourworldindata.org/grapher/number-of-deaths-from-natural-disasters

      Tak, w jakiś przedziwny sposób to mnie właśnie uspokaja.

    18. Że ludzkość to jednak sprytne bestie i dobrzy obserwatorzy: Tej fali już nic nie zatrzyma... prawie
    19. Ich twarze brzmią znajomo… Takie małe nagromadzenie talentu
    20. Tancerze: Tancerze
    21. I jeszcze mały koncert na małym biureczku pewnego Belga: Stromae tiny desk
    22. I to tyle na koniec tej pierwszej, tegorocznej tygodniówki. Trzymaj kciuki, żebyśmy przeczytali się za tydzień. Albo 10.
    23. I punkt nadprogramowy – w miarę możliwości, dajcie szansę serialowi Severence / Rozdzielenie na Apple TV, choć to serial dla tych co się lubią bać niepokoić.
  • Rzecz o inflacji – Tygodniówka #4.2022

    Szaleństwem jest robić cały czas to samo i liczyć na inny rezultat – te słowa przypisuje się Einsteinowi. Nawet jeśli to nie on tę myśl sformułował, wypada się z tym zgodzić. W związku z tym, że chciałbym, aby Tygodniówka uczyła bawiąc, pomyślałem – tym razem spróbuję trochę inaczej. Spróbuję wziąć jakiś temat i troszkę się mu przyglądnąć głębiej.

    Temat wybieram – wybacz – na podstawie mojej ciekawości i mojej niewiedzy, ponieważ chciałbym się czegoś o tym temacie dowiedzieć, zrozumieć go lepiej, odpowiedzieć trochę na moje własne pytania. I dlatego właśnie, na pierwszy ogień biorę sobie inflację.

    1. Ten temat pojawia się ostatnio nader często, jest nawet pomysłowy polityczny Mateusz, który próbuje przypisać jej pochodzenie zjawiskom od niego niezależnych (biedny ten Mateusz, taki to premier co to nic nie może i za nic nie odpowiada i nawet prezentuje się trochę nie najlepiej). Ale znowu wjechałem w niepotrzebną polityczną dygresję.

    Zwykle "inflację" poznajemy z wiadomości / newsów, kiedy pod koniec miesiąca GUS podaje wyliczenia dotyczącego tzw "szybkiego szacunku wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych" gdzie informuje, że ceny w kończącym się miesiącu wzrosły (lub spadły) względem analogicznego miesiąca poprzedniego roku. Zwykle tu pojawia się jakaś wartość procentowa okraszona (zwłaszcza ostatnio) komentarzem – przyspieszyła, to niebezpieczne, to oznacza wzrost cen dla konsumentów, to niebezpieczne dla gospodarki i powinniśmy spodziewać się działań ze strony rządu i / lub rady polityki pieniężnej.

    Jestem dziwnie spokojny, że w telewizji publicznej jest to podawane jako sukces, a w razie czego, to i tak wina Tuska fur Deutschland.

    1. Ok, informacja przyjęta, tylko za bardzo nie wiem co dalej. Bo, nie wiem czy wiecie, inflacja w Polsce sobie rośnie nie od miesiąca czy dwóch, ale ciut dłużej

    wykres inflacji

    1. Więc inflacja rośnie i rośnie, straszy i straszy, człowiek ją jakby czuje, ale wciąż trochę bardziej przez intelekt, niż przez portfel. Przynajmniej pozornie.

    W tym miejscu, zapewne muszę wziąć poprawkę, że nie jestem statystycznym Polakiem, i może być tak, że ktoś inny już te wzrosty odczuwa dużo bardziej, a ja jestem szczęśliwcem, co z kolei mocno może moją percepcję zaburzać.

    Z drugiej strony, raz za razem słyszę, że wszystko wokół drożeje. I energia i paliwo i żywność. I nawozy (więc żywność). I materiały budowlane – zreszta też nie od wczoraj, bo już w roku 2021 słyszałem o tym, że surowce (stal, pcv, miedź) drożały z dnia na dzień. Natomiast ponieważ na co dzień stali czy miedzi (i ich pochodnych) nie kupuję, nie buduję nic, ani nic nie remontuję, to troszkę dzieje się to obok mnie. Niemniej jednak, czuję, że się czai.

    1. Z resztą, z tym wskaźnikiem też jest tak, że on nie mówi o tym co będzie, tylko o tym co jest. Podawana przez GUS wartość nie mówi o tym, żę jak jutro pójdziesz do sklepu, to ceny będą wyższe o 12 procent, tylko o tym, że rzeczy które kupowałeś w tym miesiącu były (średnio) o 12 procent wyższe, niż rok temu. Potwierdza (lub nie) Twoje doświadczenie i odczucie, a nie przepowiada co Cię spotka. Przynajmniej nie bezpośrednio. Więc trochę nie rozumiem tej ekscytacji szybki szacunkiem.

    2. Zanim spróbuję odpowiedzieć na swoje pytania o inflacji, spróbuję napisać co o inflacji wiem.

      • inflacja jest pewnego rodzaju… wskaźnikiem zdrowia gospodarki. Jest źle, gdy jest za niska, jest źle gdy jest zbyt wysoka.
      • za niska inflacja to sytuacja, w której wskaźnik jest poniżej zera (to tak zwana delfacja).
      • wysoka, to taka powyżej 5%. Koło 10% zaczyna się robić (podobno) niebezpiecznie.
      • problemem z tą wysoką inflacją jest to, że nikt nie ma ochoty jej zbijać (bo to nie jest polityczne złoto, zbijanie jest problemem, przez jakiś czas jest korzystna), a ona z kolei lubi się wyrwać spod kontroli. Kiedy jej się to uda, mogą się zacząć poważne kłopoty (ale jakie… no tego jeszcze nie wiem)
      • zbijanie inflacji trwa i zmniejsza się ją przede wszystkim wykorzystując stopy procentowe – podnosząc je w tym celu. Stopa procentowa to parametr, który pozwala określić jak tanio lub jak drogo pożycza się pieniądze (między bankami, przez przedsiębiorstwa i przez Kowalskich). Inflacja karmi się tanim pieniądzem i nadmierną konsumpcją. Chcesz ją zmniejszyć – ludzie muszą zacząć kupować mniej.
      • Kłopot w tym, że kiedy pieniądza jest na rynku mniej (czyli kredyty są droższe) gospodarka się trochę dławi (przedsiębiorcy przestają mieć możliwość łatwych inwestycji i trudniej im zatrudniać ludzi, a z drugiej strony muszą ponosić koszty zaciągniętych wcześniej zobowiązań, które też mogły wzrosnąć i mogą się zacząć kłopoty).
    3. No dobrze, to wszystko wiem. Tylko mam też wrażenie, że z tej wiedzy niewiele wynika. Nie wiem, czego się spodziewać. Nigdy tego nie doświadczyłem (och, szczęśliwe dziecko lata) i zupełnie nie wiem co przed nami. Nie chodzi mi też o to, czy mogę się jakkolwiek przed tym uchronić (nie mogę, to jak próbowanie uchronienia się przed klimatem, możę być trudno). Niemniej jednak… chciałbym być bogatszy o jakieś prognozy.
      Co bym chciał wiedzieć?

      • czy to co wiem o inflacji się zgadza
      • jakie są następstwa takiej inflacji jak mamy obecnie
      • czy jest coś, czego się wystrzegać?
      • kto może oberwać, kto może zyskać?
      • Co mam / co mogę z tym wszystkim zrobić?

    Co to jest ta inflacja?

    1. Wg ebooka przygotowanego przez GUS

    Inflacja jest procesem zmian cen w całej gospodarce.

    Jest też wyjaśnione, że inflacja jest związana mocno z pieniądzem, od momentu, w którym pojawił się pieniądz, takie bliźniaki. Wynika to z tego, że inflację można rozumieć nie tylko jako proces zmian cen, ale – co wydaje mi się nawet ważniejsze – proces utraty wartości przez pieniądz – czyli to że wartość 100 złotych dziś jest inna niż była 10 lat temu i zapewne będzie znacząco inna za 10 lat. To nie dotyczy tylko złotówki, to zjawisko dotyczy absolutnie każdej waluty.
    Znalazłem kalkulator który pozwala sprawdzić, jaka jest relacja 1 dolara w 1922 roku a obecnie.
    Kalkulator

    Czyli musimy się pogodzić z tym, że inflacja jest nieunikniona i oznacza zmianę wartości nabywczej pieniądza. Niektórzy nazywają to ukrytym podatkiem, bo – he he – w jakimś stopniu na inflację wpływa pośrednio i bezpośrednio – państwo. Po pierwsze jako znaczący podmiot gospodarczy, po drugie jako podmiot mający ogromny wpływ na warunki rozwoju biznesu w danym kraju, wreszcie jako podmiot mający możliwość drukowania pieniądza.

    1. Skoro jesteśmy przy drukowaniu pieniędzy – to jeden z trzech elementów wpływających na inflację. Tu jest cały ciekawy film o tym zjawisku, a ja postaram się wyciągnąć to, co z niego zrozumiałem. Elementy wpływające na inflację to:

    • wzrost kosztów produkcji – przedsiębiorcy zależy na zysku i na sprzedaży produktów, ale musi też pozyskać i dostarczyć surowce do swoich fabryk, a potem wyprodukować towar i dostarczyć go do sprzedaży. Na cenę surowców wpływają m.in – koszt wydobycia, koszt transportu, koszty energii. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że w ostatnich latach mamy światowe problemy logistyczne, ograniczenia w dostępnej sile roboczej, i globalizację, gdzie ktoś kichający w Brazylii odbija się czkawką w Warszawie.
    • wzrost zapotrzebowania – na surowce, na produkty, na usługi. Jakoś tak się składa, że kiedy pojawiają się problemy na produkcji, to nagle towar/ surowiec którego jeszcze nie dawno było pod dostatkiem, nagle jest bardziej pożądany (bo jest niezbędny do dalszej produkcji). Przedsiębiorcy chcą zagwarantować sobie dostawy, ale dostawca z kolei widzi że ma możliwość podniesienia cen – to dla niego okienko na zwiększenie przychodu, więc cena rośnie. Im bardziej czegoś chcemy, i im więcej ludzi tego chce, i im mniej tego jest, tym droższe się to staje. Prawie jak NFT.
    • Dodruk pieniądza… ten dosłowny (czyli ile pieniędzy państwo – jedyne które ma prawo to zrobić) wpuści do obiegu. Ponieważ pieniądz (banknot, moneta) nie jest w żaden sposób przywiązany do posiadanego przez państwo majątku (kiedyś pieniądz był reprezentantem kruszcu, czyli łatwiej przenieść papier o wartości kilograma złota, niż kilogram złota, ale to było kiedyś…), to ktoś w państwie może stwierdzić – potrzebujemy pieniądza, kontrolujemy pieniądz, to możemy go zrobić więcej z powietrza. Co może pójść źle?
    • ale jest też dodruk umowny – państwo ma sposób na określenie, jak łatwo pozyskać jest pieniądz od banku (czyli ustalając stopy procentowe). Chodzi o to, że za część wysokości odsetek każdego kredytu jest determinowana przez Państwo i może w ten sposób regulować, czy kredyt pozyskać jest łatwo (tanio), czy trudniej (drożej). Tani kredyt pomaga przedsiębiorcom inwestować (bo łatwiej im zarobić więcej, niż muszą oddać). Też trochę ułatwia konsumentom, bo łatwiej im sięgać po własne zachcianki odraczając ich spłatę. Nieszczęście polega na tym, że nie ogarniamy tych procentów, ale to temat na zupełnie inny wątek.

    Czy inflacja zawsze jest zła?

    1. Inflacja jest nieunikniona, ale czy każda inflacja inflacji równa?
      No więc.. nie. Mamy kilka rodzajów inflacji.

      • łagodna inflacja – nie przekraczająca 3% w skali roku. Między innymi dlatego taki jest (statusowy?) cel inflacyjny NBP 2.5%. Wtedy gospodarka się rozwija, wzrost cen jest przewidywalny, utrata wartości pieniądza jest "ogarnialna".
      • krocząca inflacja – to jest moment, w którym zaczyna się robić mniej wesoło. Inflacja wchodzi na poziom między 3 a 10%. Oznacza, że gospodarka się przegrzewa. W krótkim okresie można powiedzieć, że wszyscy są zadowoleni, bo próbując wyprzedzić ceny zaczynają kupować "na zapas", co z kolei zwiększa zapotrzebowanie, co z kolei prowadzi do podniesienia cen, co z kolei prowadzi do zwiększenia zapotrzebowania (bo rośnie inflacja). Ale wciąż jeszcze mamy pieniądze i one mają jakąś wartość. Problem w tym, że to prowadzi do problemów, ponieważ wynagrodzenia nie będą dotrzymywać kroku, przez co towary mogą stać się dla ludzi niedostępne. To dobrze – bo to konsumpcja nakręca inflację. To źle, bo to oznacza, że coraz większą grupę ludzi nie stać, na rzeczy, których potrzebują.
      • Galopująca inflacja – to ta powyżej 10%. Problemy stają się poważne. Coraz trudniej dotrzymać kroku rosnącym cenom. Pieniądz i oszczędności tracą wartość. Inwestorzy zaczną szukać bardziej przewidywalnych rynków. Zarządzający państwem będą tracić wiarygodność, kiedy ludzie poczują, że stać ich na mniej niż jeszcze chwilę temu, że towarów zaczyna być mniej niż było, i że ogólnie żyje się gorzej.
      • Hiperinflacja – do tej pory rozmawialiśmy o inflacji mierzonej rok do roku. Historia zna natomiast przykłady, kiedy ceny rosły o 50% lub więcej w skali miesiąc do miesiąca. I to już jest gruby problem. Dobra wiadomość? To miało miejsce tylko 20 razy na świecie w ostatnim stuleciu, w tym 4krotnie w Europie zachodniej.
        Co się wtedy dzieje? Co do zasady… pieniądz (banknot) staje się papierkiem bez wartości, niezależnie od tego ile tych papierków zgromadzisz. Trudno jest cokolwiek kupić, bo cokolwiek sprzedasz dziś, to za ile to sprzedasz nie pozwoli kupić Ci tego samego jutro. Waluta przestaje istnieć, a ludzie zaczynają się posługiwać zewnętrzną walutą, która jeszcze ma jakąś wartość.

    Dobrze opisane przykłady hiperinflacji znajdziesz w tym artykule

    1. Ta hiperinflacja to potrafi nastraszyć. Niewyobrażalna jest. Przy czym jest to zjawisko rzadkie, bo jak przy każdej pięknej katastrofie musi w jednym miejscu zbiec się wiele czynników. Takie czynniki jak wojna, pandemia, nieodpowiedzialne zachowanie fiskalne i nagły rosnący popyt.

    2. Fun fact. Nie wiem czy wiesz, ale w historii USA jest taki okres, który oni nazywają "wielką inflacją". To okres między rokiem 1965 a 1982. Jak sądzisz, jaka była wartość tej inflacji w "szczycie"?
      obrazek inflacja us
      troche mi sie zrobiło ciepło.

    3. Co się robi, kiedy inflacja rośnie?

      "In order to stop inflation you have to have the government spend less and print less. That’s the only way you are going to stop inflation, that’s the one and only cure."
      (Milton Friedman)

    Chciałbym zobaczyć nasz rząd, który to robi. Na ten moment robią co mogą, aby opóźnić moment, kiedy… wybaczcie, ale "jebnie". Jebnie. Te wszystkie tarcze, które wymyślają, są – obawiam się – podawaniem aspiryny na malarię. Może i pozwoli pożyć chwilę dłużej, ale nie rozwiązuje w najmniejszym stopniu problemu. Nie naprawia gospodarki, nie buduje planu na przyszłość. Jest pudrowaniem… nie, nie trupa, tylko chorego, zamiast go leczyć. Malujemy trawę na zielono, zapominając, że słońce i tak ją wypali.

    No ale zdaje się, że właśnie Adam Jaszczomp Glapiński został wybrany na drugą kadencję prezesa NBP. Facepalm.

    Oni bardzo nie chcą tego zrobić, ale jak było przytoczone w filmiku w punkcie 8, państwo może nie mieć termometru aby zbadać temperaturę, ale to mu nie przeszkadza w tym, by paść.

    1. Musimy pamiętać o tym, że państwo może też manipulować wskaźnikiem inflacji (chcąc uspokoić społeczeńśtwo i przekonać ich okłamać obywateli, że wcale nie jest tak źle jak im się wydaje). Tylko że to też ma krótkie nogi, bo niezależnie od tego, ile razy w telewizji publicznej powtórzą, a na bannerach podkreślą że jesteśmy w kraju mlekiem i miodem płynącym, to… nie będzie ani tego mleka, ani tego miodu.

    2. Na moje rozumienie, czy nam się to podoba czy nie, to co nas czeka (i to już przy tym, poziomie inflacji, jaki obecnie mamy w Polsce), to recesja. Bo możemy uciekać do woli, ale po prostu wchodzimy w trudniejszy czas. Czas którego my nie znamy, ale znają nasi rodzice i nasi dziadkowie. My dopiero będziemy się go uczyć. To nie jest nic nowego, tak działa gospodarka. Jeśli jesteś już w tym miejscu tygodniówki i jeszcze nie masz dość, to gorąco polecam Ci to wideo jak działa ekonomia

    3. Kto obrywa od inflacji? Obrywają najbiedniejsi, bo stają się jeszcze biedniejsi. I oni też oberwą w czasie recesji i będzie im trudniej z tego wyjść. Będzie mniej pracy, a ich umiejętności nie ułatwią im się w tym odnaleźć.

    Obrywają Ci, którzy mają jakieś oszczędności (zwłaszcza w walucie, której inflacja dotyka), bo to co sobie zgromadzili traci wartość.

    I co teraz?

    1. Dzięki Wit, bardzo mnie tym wszystkim uspokoiłeś. Co mam teraz zrobić?
      Hehehehe.. Nie wiem. Wiem czego nie robić – nie próbuj teraz oszukiwać inflacji. Tzn nie podejmuj działań, nie kupuj rzeczy (papierów, zasobów) które mają być cudownym remedium antyinflacyjnym. Po pierwsze, istnieje duże prawdopodobieństwo, że się na tym nie znasz, po drugie istnieje duże ryzyko, że stracisz na tych ruchach więcej, niż na inflacji. To zły pomysł.

    2. Jest to wszystko tym trudniejsze, że w tym momencie inflacja nie jest problem tylko w PL, ale to problem globalny. Gdzie nie przyłożysz ucha, tam piszczy i trzeszczy. Wszędzie inflacja rośnie (choć nie wszędzie tak spektakularnie jak w PL). Trzeba też pamiętać, że inne gospodarki są (wydają się być) zdrowsze i bardziej realne – mam tu na myśli to, że mogą one sobie lepiej z tym czasem recesji poradzić. Bo z recesji wychodzi się pracą, a nie socjalem.

    3. Znalazłem takie podpowiedzi

      • Dywersyfikuj. To z kolei wynika z teorii inwestowania (nie wiem czy pamiętasz, kiedyś robiłem sobie taki kurs na Coursera) – chodzi o to, aby rozłożyć możliwie maksymalnie ryzyko, tj rozłożyć swoje oszczędności i inwestycje w takie miejsca, w ktorych ryzyka nie są ze sobą powiazane. Bo jeśli są, to co to za dywersyfikacja… Cała istota dywersyfikacji opiera się na założeniu, że nie wszystko jebnie równocześnie.
      • Inwestuj w siebie – inwestuj w umiejętności, których nikt Ci nie odbierze, a którymi będziesz mógł zarobić w przyszłości. Bądź konkurencyjny na rynku. Licz na siebie. W tym jednym zakresie – bądź preppersem. Albo rób coś dla siebie.

    • miej ważny paszport.
    1. Kończę ten temat. Jestem bardzo ciekaw, jak CI się podobała taka, trochę inna tygodniówka. Czy była dla CIebie interesująca? Czy dowiedziałaś / dowiedziałęś sie czegoś więcej? Bardzo liczę na Twoje pytania i Twoje komentarze.

    2. Troszkę na osłodę i chcąc zwrócić Ci uwagę na to, jak pięknie jest dookoła:

    3. I pomyślęć, że wszyscy kiedyś byliśmy piękni i młodzi. Albo przynajmniej młodzi.

    1. w wartości edukacyjnej – trochę podpowiedź o co chodzi z masażem serca. Nigdy tak o tym nie myślałem

    2. Trochę się też z Tobą podzielę co robię, kiedy nie piszę przeraźliwie długiej tygodniówki…
      Not great, not horrible
      Not great, not horrible. O mojej przygodzie z pianinem pisałem pod koniec zeszłego roku

  • Znów mam Ci coś do powiedzenia – Tygodniówka #41*.21

    1. Jak gdyby nigdy nic, jak gdybym nie zniknął na kilka tygodni, zacznę od tego, co w tym tygodniu, w tym „numerze*” tygodniówki wydaje mi się najważniejsze. Zacznę od piosenki, której tekst został określony, w usłyszanym przeze mnie wywiadzie (o którym za chwilę), jako jeden z najwybitniejszych tekstów polskiej kultury:
    1. Zaczynam od tego właśnie, bo przesłuchawszy tej piosenki kilka razy w ciągu ostatnich dni, chcę Ci zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, jest wcale niemała szansa, że jest ktoś, dla kogo Ty właśnie jesteś „lekiem na całe zło”. Jesteś dla kogoś tak właśnie ważny, tak właśnie bliski, tak właśnie potrzebny.

      To cenne jest. To powinno, tak myślę, pielęgnować w nas wartość, ludzkość.
    2. Po drugie, (choć punkt to trzeci), chcę Ci podpowiedzieć abyś, jeśli masz w swoim świecie kogoś takiego, kto jest Twoim lekiem, przypomniała / przypomniał mu / jej o tym. Najlepiej tak bardzo wprost, znajdź chwilę, znajdź przestrzeń i podziel się tym. Niech to będzie Wasz wspólny czas. Myślę, że potrzebujemy tego. Ciepła, czułości, bliskości. Róbmy ludziom dobrze.
    3. Tu znajdziesz wywiad do którego się odnosiłem. To rozmowa, którą widziało / słyszało chyba bardzo mało osób, (wnoszę po liczbie wyświetleń na yt). To… wydaje mi się dobra rozmowa, nieidealna, ale… dobra. Naiwnie myślę, że to może być pierwszy znak, że może coś się w naszej przestrzeni / rzeczywistości zacznie zmieniać. Oj, naiwnie myślę…
    4. W moje ręce wpadła ostatnio lista 68 dobrowolnych porad. Lubię takie zestawienia, choć zdecydowanie traktuję je jako ciekawostki, a nie jako prawdy objawione. Jeden z punktów przytoczonych na tej liście to „Zaufaj mi, nie ma żadnych „ich”.

      (Inna z porad / podpowiedzi które tam znalazłem i zapamiętałem, to „Entuzjazm dodaje 25 punktów IQ” – brzmi bardzo nienaukowo, ale jakże zasadnie).

      No właśnie, nie ma żadnych „ich”, sa tylko „Ci z nas, którzy”… (cholera, pisałem o tym w drugiej, historycznie drugiej tygodniówce).
    5. Wracając do rozmowy – ona zdecydowanie nie wyczerpuje wątków podziału, ale jest kolejnym ziarenkiem, które może zachęcić na do tego, abyśmy jednak zrozumieli jedno – musimy rozmawiać. Musimy szukać punktów wspólnych. MY musimy znajdować punkty wspólne. Nie możemy oczekiwać że ktoś zrobi to za nas, że przyzna nam rację i powie nam „Wy byliście oświeceni”.

      To będzie chyba w tym wszystkim najtrudniejsze, bo wszyscy zakładamy, że zanim zaczniemy rozmawiać o przyszłości, oczekujemy że ktoś do nas przyjdzie i nas przeprosi. I że zrobi to z przekonaniem, a nie dla świętego spokoju (żeby było zabawniej, w sobotę, kiedy napisałem ten słowa, Donald Tusk zatweetował. Gorzej, nawet jak przyjdzie i przeprosi to bedziemy zapewne spodziewać się (i wypatrywać) tego momentu, kiedy znowu będzie znowu mógł / mogła nam wypomnieć że „wtedy, a wtedy zrobiłeś to a to i dlatego nic z tego”.

      (Dopisek poniedziałkowy – już można przeczytać, że twit Tuska był nie dość i że to przede wszystkim atak, a nie przeprosiny i że się nie pokajał wystarczająco… oesuuuuu).

    Było to dawno, dawno temu, Twój prapraprapraprapraprapradziad zjadł naszemu prapraprapraprapraprapradziadowi pterodaktyla. I dlatego nie możemy być razem.

    1. Oj nie łatwo nam będzie, bo są w narodzie rachunki krzywd, i dopóki ich nie wyrównamy, dopóki nie rozliczymy, dopóki ich żywym ogniem nie wypalimy, nie możemy być razem (jako społeczeństwo, rzecz jasna). Tak sobie myślę, że jakby mi ktoś taką przyszłość wieścił, to będąc u władzy, zrobiłbym zapewne wiele, żeby wiedział, że on się tego nie doczeka, a im bardziej prawdopodobne owo rozliczenie (o wypalaniu nie wspominając) by było, tym bardziej bym wierzgał i tym bardziej sięgał po wszelkie sztuczki i kruczki aby tego przykrego losu uniknąć.

      Nie da się docelowo uniknąć? Może da się opóźnić? Każdy jeden dzień wart jest uchwycenia. Mam wrażenie, że metoda „na przedawnienie” może być równie skuteczna co metoda na wnuczka.
    2. W tej rozmowie pobrzmiewa – „ale wy nas wcześniej bardziej”, oraz „ale nie zapominajmy o…”. Naród historyków jak nic. Skąd wobec tego moja nadzieja? Skąd naiwność że może być lepiej? Ano stąd, że w ogóle zaczynamy rozmawiać i zaczynamy siebie zapraszać, aby tego kogoś drugiego choć spróbować usłyszeć. Może… aż nie wierzę że to napiszę, może… może zaczyna nas uwierać wygoda naszej własnej banieczki i może zaczynamy dostrzegać że jest ona fałszem podszyta i że nie czeka nas nic dobrego? Nie… to na pewno nie to. Wychodzi na to, że nie ma jednego dobrego powodu, dla którego moja nadzieja miałaby prawo się tlić. Cóż, widać chwytam się każdego promyczka, każdej brzytwy, która pozwala uwierzyć, ze jednak możemy ze sobą rozmawiać. Że to tędy droga. Że w sytuacji trudnej znajdziemy sposób, by się naszą tolerancją na nietolerancję wykazać. Bardzo bym tego chciał, choć próbując spojrzeć na to racjonalnie, to niemal nieprawdopodobne. Jedyne co pozostaje, to pamięć o tym, że nie umiemy w prawdopodobieństwo, racjonalność ani czarne łabędzie.
    3. A kiedy już stracę resztki nadziei, to co mi pozostanie? W co się wtedy będę bawić? Może… Lego? Właśnie… czy wiesz, dlaczego Lego? Nazwa pochodzi od duńskiego zwrotu „leg godt” który oznacza „graj dobrze”. Dziś będzie troszkę o Lego właśnie.
    4. Zapewne wiesz, że Lego to założona w 1932 roku firma, która w ostatnich latach przeżywa ogromny renesans, ale… niecałe 20 lat temu, w roku 2003 wcale nie wyglądało to tak kolorowo.
    1. Niby nie było źle, ale nie była to pełnia rozkwitu. Wspominam o tym przede wszystkim dlatego, że nie całkiem zdajemy sobie sprawę jak wiele może się wydarzyć w ciągu 20 lat. Jak będąc „średniakiem” można zostać „gigantem”, a będąc gigantem można zaliczyć nieprawdopodobny zjazd (porównaj z finansową i sportową sytuacja Barcelony, klubu, którego nazwa dla chyba wszystkich kibiców na świecie oznaczała przede wszystkim „potęga” i „sukces”.)
    2. Z tym Lego to niezwykłe jest to co ludzie potrafią z nim zrobić. I nie chodzi mi tylko o te rzeczy, które zaprojektowali sobie certyfikowani i opłacani konstruktorzy. Obczaj na przykład maszynę do pisania z Lego..
    1. Żeby było jeszcze zabawniej, tego (tzn takich maszyn do pisania) jest więcej. Na ten przykład jedna jest tu
    2. Mnie natomiast do zbierania szczęki z podłogi skłonił gość, który robi rzeczy niezwykłe z bardzo prostych elementów Lego, przy okazji sprawiając, że klocki jęczą, krzyczą i drżą…

    albo to:

    1. Swoją droga nie wiedziałem, że jak donoszą użytkownicy pod jednym z filmów, brązowe klocki lego mają tendencję do pękania…
    2. Ponieważ tygodniówki nie było dłuższy czas i mam trochę zaległości, to wrócę historii z początku września, kiedy przy okazji paraolimpiady Michał Pol zamieszczał na swoim Twitterze poruszające historie paraolimpijczyków, jak choćby ta:
    https://twitter.com/Polsport/status/1433388761195319298
    1. To jest w ogóle niesamowite, jak w zupełnie nieprawdopodobnych okolicznościach potrafią powstawać rzeczy wielkie, inspirujące, dodające otuchy… jak choćby sztuka, która powstaje w piekle kobiet:
    Obraz autorstwa Shamsia Hassani (jak klikniesz w obrazek, to zobaczysz więcej jej prac)
    1. A kiedy myślimy sobie, że takie rzeczy dzieją się tylko gdzieś daleko od nas, i my nic na to poradzić nie możemy, to pamiętajmy o tym, że na naszą skalę także nasz świat, ten zachodni, postępowy, europejski jest także niełatwy dla kobiet…
    1. Że mało, że jestem tendencyjny, że w ogóle o co mi chodzi? No to proszszsz… jeszcze taka kampania, którą zapewne musiałaś / musiałeś widzieć (choć nie na naszych ulicach, a na naszych socialach) i… gdyby nie pokazywała / nie dotykała prawdy, to przecież by nie była potrzeba…
    1. I żeby dopełnić jeszcze tego obrazka pięknego świata, w którym żyjemy… czy wiesz że w roku 2021 zanotowaliśmy jedną z największych w historii dziur ozonowych?

    Że zacytuję jeden z komentarzy – byłem przekonany że to akurat jeden z tych kłopotów i problemów, które już rozwiązaliśmy. No więc jednak nie. Jak się okazuje, jako ludzkość jesteśmy znakomici w generowaniu nowych wielkich problemów, które znakomicie wyrzucają z naszej uwagi i świadomości wcześniejsze nierozwiązane problemy. Brawo my.

    1. Tym bardziej (taką zastosuję niewyszukaną klamrę) potrzebujemy ludzi, którzy sprawią, że będzie nam ciut lżej. Bądźmy też tymi ludźmi, którzy ułatwiają świat innym. Co nam szkodzi.

    * tak, wiem, numeracja rozjechała się totalnie..

  • Tygodniówka musi być. Długa? #29.21

    Tygodniówka musi być. Długa? #29.21

    1. Ok, sierpień się kończy, a tygodniówki jak nie było, tak nie ma nie było. Nie mam pojęcia czy tęskniłaś / tęskniłeś ale… niewygodnie mi z tym brakiem. Tym bardziej, że nie robiłem żadnej zapowiedzianej przerwy wakacyjnej. Zamilkłem. Jak speszona nastolatka, albo zawstydzony prawiczek. Albo… dobra, dość porównań. Po prostu dałem ciała. I naprawdę chodziło mi po głowie (znowu) żeby złożyć broń (i pióro… i klawiaturę na kołek odwiesić) ale równocześnie pozbierałem kilka ciekawych rzeczy, kilkoma się z nimi (w tak zwanym międzyczasie) z ludźmi podzieliłem i wychodzi na to, że jeszcze tym razem mam więcej do napisania, niż przemilczenia. Dlatego wracam. Taką chcę Ci oddawać tygodniówkę – pisaną z przekonaniem, że mam Ci coś do powiedzenia.
    2. Tygodniówkę piszę, bo chcę Ci pokazać rzeczy, na które trafiłem celowo lub przypadkiem i które uważam za warte chwili Twojego czasu. I haczyk polega na tym, że jak tygodniówki nie napiszę, to Ci ich nie pokażę i to mnie gryzie nawet bardziej, niż wyrzut z nienapisania podlany wewnętrznym nieprzekonaniem do pisania tygodniówki. Mam też wrażenie, że zapędziłem się w kozi róg myślą – tygodniówka będzie dobra, kiedy będzie miała trzydzieści punktów. Głupie myślenie. Tygodniówka ma szansę być dobra, kiedy trafia na Twoją skrzynkę, jak nie trafia, to nie może być żadna wcale. Nienapisane tygodniówki się nie liczą. Więc zapewne tak długo, jak będę miał coś do pokazania, tak długo będę tygodniówkę pisał. Choć równie dobrze może to być tygodniówka raz na pół roku. Oby jednak nie.
    3. Jest kilka problemów związanych z pisaniem po przerwie. Także tych prozaicznych.. numeracja mi się sypła. Kiedyś było prosto – numer tygodniówki = numer tygodnia. A teraz? Przecież nie będę „zawyżał” licznika. Nie lubię takich rozjazdów.
    4. Zacznę od życzenia, które składam Tobie, ale tak naprawdę chciałbym tego życzyć absolutnie każdemu. Życzyć wolności. Przy czym nie mam na myśli wolności penitencjarnej, ale tej codziennej związanej z wolnością podejmowania decyzji życiowych. Wolności rozumianej jako przyznane sobie prawo, do odmówienia zrobienia rzeczy, która nie jest zgodna z naszą moralnością, bez ryzykowania swoim (lub swojej rodziny) bytem. Taka wolność, którą pięknie zobrazowało kiedyś Lotto (będące niezmiennie podatkiem od głupoty)
    1. Skąd mi się to życzenie wolności wzięło? I czemu akurat teraz? To smutny wniosek polityczny. Bo trochę nie rozumiem, jak można w wolnym (jeszcze) kraju, będąc posłem na sejm przykładać rękę do ograniczenia wolności w szczególności mediów. Ja rozumiem, że władza nie lubi jak się jej patrzy na ręce, ale nie rozumiem przeświadczenia władzy, że może rzeczywistość demolować. Tu jest lista posłów, którzy zagłosowali za poprawką, która ma skłonić telewizję do bycia posłuszną
    1. Z jednej strony, co już pisałem, im dłużej patrzę na politykę ostatnich lat, tym bardziej zaczynam rozumieć XVIII wieczne rozbiory. Bo tu nie chodzi o to, że sąsiedzi nasi tacy byli mocarni i na Polskę dybali okrutnie. To my mamy skłonność do bycia śmiesznym narodem z wydumanym ego zatrącającymi umiejętność współpracy, bo nam się należy i ma być po naszemu. W Europie już nauczyliśmy wszystkich wszystkiego, teraz będziemy wszystkiego uczyć Amerykanów. A potem będziemy zdziwieni, dołączając do wszystkich innych zdziwionych.
    2. Dlatego właśnie życzę przede wszystkich posłom wolności, bo nie umiem sobie wyobrazić, ile trzeba by zapłacić wolnemu, rozsądnemu człowiekowi za przykładanie ręki do odbierania wolności innym. I dlatego tez posłowie powinni być majętni (pewnie powinno ich być także mniej) żeby „poseł” to był ktoś, żeby umiał coś, żeby coś sobą reprezentował, a nie był chłystkiem którego można kupić za kilka tysi. Wtedy będziemy bylibyśmy dużo mądrzejszym narodem. Niedoczekanie Wit, niedoczekanie.
    3. Przechodząc do rzeczy ważniejszych, bo bardziej Ciebie i mnie mogących dotknąć. Impulsem, który zaczyna cały wątek, była wiadomość z 31 lipca, że ktoś wszedł w posiadanie danych osobowych i nagrań z infolinii Taurona. Żadna to nowa sytuacja, firmy dzielą się przecież na te shakowane i te, które dopiero zostaną „wycieknięte”. Istnieje więc duża szansa, że Twoje dane są już w mniejszym lub większym stopniu dostępne dla chcącego je znaleźć. Z jednej strony chroni Cię to, że danych i potencjalnych ofiar jest więcej, niż złoczyńców, więc może zginiesz w tłumie, ale… czy to aby wystarczająca reakcja?
    4. Wit, Wit, Wit… no i co z tego, że będą mieli moje dane? No co z tego? Na koncie mam niewiele, tajemnic nie mam żadnych (do tajemnic za chwilę dojdziemy), co mi zrobią? Mogą, na przykład pożyczyć sobie na Ciebie pieniądze. Czyli zabrać Ci pieniądze, nawet jeśli ich nie masz. Czy masz pewność, że nikt tego nie robi? Polecam i podpowiadam sprawdzenie dwóch usług – alerty BIK albo bezpieczny pesel; czy to wystarczy? Jak ktoś się uprze, to nie, ale to troszkę jak z alarmem samochodowym, dodatkową blokadą, immobilizerem albo trochę trudniejszymi do sforsowania drzwiami lub zamkiem. Zawodowiec sobie poradzi, chodzi o to, aby dać mu pod rozwagę poszukanie łatwiejszego celu.
    5. Zła wiadomość jest taka, że jak na razie, to przestępcy są coraz sprytniejsi, sprawniejsi, bardziej pomysłowi, o czym świadczy choćby nowy pomysł na zdobywanie zaufania swoich ofiar, tu znakomicie przedstawione to przez Dawida Myśliwca,

    a równocześnie firmy mają naprawdę luźne podejście do tych spraw… bo wiecie, Taurona nie trzeba było hakować, dane sobie po prostu… leżały. Smuteczek.

    1. A jeśli myślisz, że Ciebie to nie dotyczy, to dwie osoby z grona moich znajomych w ostatnim czasie zetknęły się zarówno z niespodziewanym alertem Bik związanym z niezałozonym kredytem, oraz dostali telefon o działu bezpieczeństwa banku celem potwierdzenia dziwnej transakcji. Bądź, proszę, czujny.
    2. Jeszcze słówko prywatności. Pamiętam jak w czasach wczesnego liceum śmiałem w klasie powiedzieć / zwrócić uwagę że „telefon komórkowy to narzędzie pewnej inwigilacji”, na podstawie którego będzie można nas bardzo swobodnie trackować (jeśli nie te słowa, to ten sens). Zostałem potraktowany tak, jak traktuje się życzliwego ale niegroźnego wariata. Fast forward kilkanaście lat później i oto w nieodległej Ameryce „outują” księdza na podstawie komercyjnie dostępnych danych aplikacji, z której korzystał.
    1. Straszne są te czasy, w których żyjemy. Straszniejsze będą czasy, w których żyć przyjdzie kolejnym pokoleniom.
    2. Marketing potrafi obudzić gorycz. A im szczytniejsze idee bierze sobie na sztandary, tym więcej niesmaku pozostawia, kiedy zostaje zdemaskowany. Od kilku lat byłem zachwycony akcją „Fearless girl” – o czym zresztą pisałem już kilka razy, jestem zachwycony tą małą statuetką. A potem trafiam na znakomite wystąpienie Marka Ritsona

    i tam taki fragment (od 16:58) i okazuje się, że State Street, autor tej symbolicznej akcji z marca 2017, musiał w październiku tego samego roku zapłacić 5 milionów dolarów ugody za nierówność zarobków uzależnioną od płci. UGH.

    1. Czas na tę część tygodniówki, którą także bardzo lubie, bo oto moje małe zachwyty – wybieg, który jest cholernie pozytywną emocją
    1. Jak Galileusz widział księżyc w 1609 roku?

    Tu możesz zobaczyć inne rysunki księżyca z XVII wieku, w tym także autorstwa Jana Heweliusza

    1. Malowanie pikselami w rzeczywistości… bo w sumie, to dlaczego nie. I można choćby tak

    więcej takich obrazków na Instagramie autora.

    1. Nie da się ukryć, otamatone ma talent.

    Równocześnie, na moje oko to hiszpańskie wersje popularnych programów telewizyjnych są… inne – zerknij choćby na hiszpańską wersję Masterchefa;

    1. A co ja robiłem, kiedy nie pisałem tygodniówki?
    • Robiłem zdjęcia
    • Malowałem (po numerkach)
    • Szkicowalem kroplę
    • Krzywdziłem ukulele
    1. A jeszcze od czasu do czasu pokornie obrywam w szachy. I, żeby było zabawniej – i zupełnie niespodziewanie, zacząłem czytać książkę o otwarciach szachowych. No przecież że zło. Tym bardziej, że cały czas niewiele z tego rozumiem. I nie tylko dlatego, że jest po angielsku.
    2. Trafiłem też na niepoprawny politycznie i już zawieszony podcast pt. Zen Jaskiniowca. Jestem pod wrażeniem bezpośredniości przekazu, zaskakuje mnie czasem (domniemana?) zbieżność z tym co myślałem, pisałem i nagrywałem sam w 2017 roku. Słuchając go – tu drobna uwaga, dużo więcej ciekawych treści znajduję na początku podcastu, niż w jego późniejszych odsłonach – parę razy miałem momenty kiedy budził się mój Mroczny Pasażer i… to niosło ze sobą energię. Energię, która zachęca do tego by się wkurzyć, by siebie i swoje postawić w centrum i o siebie i o swoje zawalczyć. Mam wrażenie, że do paru nagrań będę wracał. Zobaczymy, czy zobaczymy się z pasażerem, czy znowu pójdzie spać.
    3. Również od Rafała Mazura usłyszałem o koncepcji „Lista 5 zwycięstw” którą próbuję sobie wdrożyć. Z jednej strony podoba mi się opcja potraktowania projektu czy też codzienności jako gry (nawet zastanawiam się, czy mogę z „subskrypcje.pl” zrobić wewnętrzną grę – podzielić zadanie na levele, levele na poszczególne challenge i rozdziały, i cierpliwie sobie xpić, aby móc zmierzyć się z tym bossem… kusi mnie ta wizja). Z drugiej podoba mi się nie tyle uczynienie z każdego dnia gry, ile jasne określenie priorytetów i sprawdzenie, czy udaje się je dowieźć. Codziennie.
    4. Równocześnie boję się tego, czy to aby nie jest kolejna wersja „jesteś zwycięzcą”. Choć z drugiej strony, każdego psychologa można by pod to – gusła – posądzić. A przecież pomagają ludziom… i do różnych ludzi trzeba docierać w różny sposób… więc może nawet jeśli jest to chłyt materkingowy, to póki działa, nie będziemy koniu w odgłos paszczą zaglądać.
    5. W ubiegłym tygodniu miałem też swoje kilkanaście sekund widoczności na linkedin), które zaowocowały kilkoma zaproszeniami, przez co mój linkedin (i treści, które na nim widzę) się zmienia. Ciekawe co z tego wyniknie. Równocześnie jest to dobra okazja do tego, żeby przypomnieć tekst – Jak lepiej wykorzystać LinkedIn do szukania pracy choć prawdę powiedziawszy, nieskromnie powiem, że ten tekst można rozciągnąć także na inne pola – w skrócie – jeśli czegoś od kogoś chcesz, to nie zakładaj że on będzie poświęcał swój cenny czas, na zrozumienie Twojej potrzeby / Twojego pomysłu, jeśli nie zadbasz o to, żeby to było dla niego ciekawe i wartościowe 'od pierwszego momentu’. Nie jesteśmy aż tak ciekawi, żeby ktoś się nami nadmiernie interesował.
    6. Czy… ja właśnie wydałem na siebie wyrok i dobrze by było, żeby tygodniówka pojawiła się także za tydzień?

  • Tygodniówka #27.21 w trakcie mistrzostw pisana

    1. Wiem, znowu popełniłem przerwę w pisaniu. Mógłbym się tłumaczyć, że czas który normalnie bym poświęcił na tygodniówkę (lub na cokolwiek innego) poświęcam na ogarnianie typera na Euro; I niestety nie jest to zabawa bezobsługowa, bo – pewnie trochę ze względu na format i „usprawnienia” które wymyślam i wdrażam, wymaga ona pewnie około dwóch godzin w każdym dniu meczowym. Mniej więcej tyle czasu zajmuje mi administracja, aktualizacja wyników, przygotowywanie treści maila, przygotowanie danych do personalizacji maila i cała reszta małych i dużych rzeczy.
    2. To co z mojej strony jest niezmiernie fajnego w typerze to to, że mogę go sobie rozwijać. Lubię sprawczość pt – dziś wymyślam, dziś wdrażam, w najgorszym razie zepsuję (trochę chojraczę, czuję dużą odpowiedzialność, żeby w czasie turnieju wszystko działało jak powinno), a przy okazji się uczę.

      Wspomniałem o personalizacji… chodzi o to, że pomyślałem że w tym roku będę nękał graczy codziennymi mailami z przypomnieniem jakie są mecze do obstawienia. Potem uznałem, że fajnie by było te maile uzupełnić o to, co podpowiadają bukmacherzy, potem uznałem, że byłoby spoko, gdyby w treści znalazła się też informacja jak komu poszło. I tu zaczęły się schody.
    3. Wszystko dlatego, że system o który gra jest oparta to jest WordPress + wtyczka do typowania, która nie uwzględnia mailingów. Miałem jakąś wtyczkę do tego, ale przy tygodniówce zacząłem korzystać z mailerlite i tak już zostało, więc maile do graczy lecą z MailerLite. I wszystko pięknie, mogę sobie dodać pole „imię” i ono pięknie działa, ale samo imię to żadna personalizacja. A czy da się jakoś aktualizować wyniki…

      No cóż, da się, tylko do tego trzeba skorzystać z Google Sheets i aplikacji zapier, która na całe szczęście łączy się z Mailerlite. Więc teraz ten jeden mail, który każdy użytkownik dostaje, to jest wcale nie mało dłubania po mojej stronie i jeszcze upewniania się, czy wszystko co zrobiłem zadziałało dobrze, czy jednak mam trochę „bugów” do poprawienia. Się uczę się.
    4. Żeby pokazać o co chodzi i jak to działa.

    Biorę to

    robię trochę szacher macher z wynikami przygotowując to

    i w efekcie dzięki magii Zapiera otrzymuję to (i to otrzymują wszyscy gracze):

    Zastanawiam się, czy dążę do tego, żeby ludzie przestali wchodzić na stronę, bo wszystko dostają podane ładnie na maila… Cały czas mi się wydaje, że tak jest wygodniej.

    A czy będzie personalizacja w tygodniówce? Nie sądzę… ale jeśli będzie zasadna, to czemu nie.

    1. Po co ja o tym wszystkim piszę? Nie narzekam, nic z tych rzeczy. Jedynie zauważam, że zajmuje mi to więcej czasu niż byłbym skłonny przyznać. Równocześnie jest to dowód na wymówkę pt. „Nie mam czasu na newsletter.pl„.

      Cholera – jak się okazuję mam czas, tylko trwonię go na strasznie dużo małych rzeczy (pisałem już o tym – Czas to pieniądz, uważaj na kieszonkowców i Czas to pieniądz, nie rozmieniaj się na drobne);

      Nawet przeszło mi przez myśl „chcę i ogarnę te newslettery, ale muszę odpuścić tygodniówkę” tylko że… to nie tak działa. Tygodniówka tygodniówką, newslettery newsletterami. Obie wymagają różnego podejścia. Newslettery to śmierć od tysiąca cięć, wymaga regularnego dodawania treści. Tygodniówka – wymaga tego, żeby siąść na tyłku i ją napisać.
    2. Wspominałem już kiedyś, że jest taka zacna aplikacja StoopInbox do newsletterów (de facto osobna skrzynka na którą newslettery wpadają). Wygodna rzecz, tylko autentycznie przygniotła mnie ilość newsletterów na które jestem zapisany, co z kolei oznacza, że najlepsze nawet narzędzie wymięka, bo element białkowy nie ogarnia tego, na co się zapisał.

      Wniosek – muszę ograniczyć liczbę otrzymywanych maili także tam, ale próba „to wypiszę się z tych, których nie czytam” nie zadziałała. Czytaj – kilka odłączyłem, ale to wciąż było za mało, żeby dało zauważalny efekt. Więc teraz jestem w trybie „zostawię tylko te, które na pewno chcę czytać”. Zobaczymy, czy tym razem się uda.
    3. A co z Subskrypcje.pl? Cóż… też są w trybie kilkumiesięcznego „on hold”. A równocześnie, ostatnio wpadł w moje łapki ciekawy raport o tym, jaki jest rynek i jakie są trendy subskrypcyjne, a na forum KFN widziałem wątek w którym użytkownicy dzielą się tymi usługami, za który warto jest płacić co miesięczny abonament. Co oznacza, że mam treść, którą warto by było wykorzystać i napisać wpis lub dwa pod tamtym adresem.
      Mam treść, ale ponieważ dokupiłem domenę z błędem (subskrybcje.pl) więc to prawie to samo, prawda?
    4. Zrobiła mi się strasznie długa dygresja wstępna. Przechodząc zatem do pierwszej myśli tygodniówki, czy ten Internet to aby na pewno dobra rzecz? Czy przypadkiem świat bez Internetu nie byłby lepszy? I nie do końca chodzi mi o mój prywatny świat, nie mam pojęcia co bym robił, gdyby nie było Internetu, szeroko rozumianego digitalu. Nie wiem jakbym zarabiał na życie, gdyby nie powszechna potrzeba „digitalizierung”. Więc ja byłbym bardzo w lesie.
      Ale skoro świat nie kręci się wokół mnie, to.. wracam do pytania, czy przypadkiem świat bez Internetu nie byłby lepszy?
    5. Z jednej strony Internet daje wolność, daje dostęp do nieprzebranych zasobów wiedzy, daje możliwość niemal darmowego kontaktu z ludźmi rozsianymi po całym świecie. Dzięki Internetowi możemy się uczyć od najlepszych specjalistów z dowolnej dziedziny z całego świata, weryfikować informacje, odkrywać niesamowitych ludzi ich niezwykłe pasje i niesamowite projekty. Internet pozwala też się łączyć w małe i duże grupki zupełnie obcych sobie ludzi, których czasem łączy jakaś idea albo jakaś chęć, aby potem wspolnie wspierać najprzeróżniejsze inicjatywy – te czysto biznesowe ale też te charytatywne. Wniosek – Internet jest super i daje nam bardzo dużo. Nie próbuję tego kwestionować, ale… Zysk jaki nam daje Internet, nie jest całkiem czysty.
    6. Z samej natury rzeczy Internet daje nam popalić nawalając na nas nieustającą lawinę informacji wszelakich. Ogromna ilość bodźców, którą nasz umysł próbuje ogarnąć, wyłapać w niej nie tyle to, co ważne i wartościowe, ale to co słodkie lub niebezpieczne. Ale ten ciągły szum i ilość napierających zewsząd danych nas męczy i gubi. Za dużo możliwości i wyboru nie pomaga. Przy czym gdyby to była jedyna bolączka Internetu, w dłuższej perspektywie znaleźlibyśmy jakieś blokery.
    7. Zapewne to tylko wrażenie, ale – nie tylko na moje oko – Internet przyspiesza zmiany, jakie zachodzą w bardzo realnej rzeczywistości. Te dobre i te złe.

      Internet dzięki algorytmom, które są skonfigurowane tak, aby zwiększać zyski, ogłupia nas. Łapie naszą uwagę kotkami, pieskami, głupotkami, które są takie cudowne i takie słodziutkie, że nie umiemy sobie tego odmówić. Co gorsza, w efekcie cała reszta rzeczy wydaje się trudniejsza i nie tak atrakcyjna. Rozleniwiamy naszą głowę i wcześniej nam się odechciewa robić rzeczy ciut bardziej wymagające. Może nie powinienem generalizować, może to tylko mnie ogłupia i rozleniwia…
    8. Oddaliśmy prywatność. Dzięki temu że wszystko jest ze wszystkim połączone i rejestrowane, można dość łatwo dojść gdzie ktoś jest, z kim ktoś jest, z kim rozmawia. Jeszcze niekoniecznie o czym, ale te metadane pozwalają na ogromne i doskonałe analizowanie naszego zachowania (chyba już linkowałem o rozmowie Sekielskiego z przedstawicielem fundacji Panoptykon).
    9. Natomiast największym problemem wydaje mi się to, że zupełnie nie ogarniamy tego, że ktoś może wykorzystać całe dobrodziejstwo Internetu przeciwko nam. Że podchwytując trendy świata poznawanego przez memy i niusiki zacznie nam dewastować rzeczywistość fakenewsami, półprawdami i rozmywaniem wszelkiej autentyczności. Że nakarmimy ponad wszelki rozsądek wszystkie głupie teorie a potem będziemy musieli mądrze kiwać głową i mówić – to też jest nasze społeczeństwo, nie możemy ich wykluczać. Głupotę bym akurat wykluczał. Schlebianie głupocie to populizm.
    10. Nie jestem pewien, czy to co napisałem wybrzmiało to tak, jakbym chciał (mógłbym przepisać powyższy akapit, ale wolę napisać nowy… ). Największą ceną Internetu jaki mamy, nie jest abonament, ale to, że różni rodzimi i obcy macherzy od manipulacji wiedzą / świadomością / prawdą dostali do rączek tak cudowne narzędzie i tak szybko nauczyli się go skutecznie używać, wpływając na rzeczywistość wedle własnego widzimisie, bezkarnie i bez skrupułów, a my nie mamy pojęcia jak sobie z tymi chuliganami, którzy coraz bardziej przypominają służby, poradzić. I wcale nie wiem, czy potrafimy to odkręcić. I nie wiem, czy potrafimy wyjąć wtyczkę.
    11. A czy gdyby nie było Internetu, to czy oni by nas nie mogli ogłupiać telewizją? Po pierwsze, jak pokazują zastępy armii Jacka Kurskiego, już to robią (próbują), ale po drugie – z jakiegoś przedziwnego powodu, telewizję znacznie łatwiej wyłączyć. Może jest po prostu mniej interaktywna.
    12. Domykając temat. Smuci mnie to, jak ze sobą w sieci rozmawiamy i jak w sieci komentujemy rzeczywistość. Zaakceptowaliśmy już powszechne krytykanctwo i prostactwo, a buractwo występuje nie tylko pod anonimem, ale też pod imieniem, nazwiskiem i uśmiechniętym zdjęciem. Kto wie, może będziemy też kiedyś w ten sposób nagrywać te swoje przemyślenia w formie krótkich filmików wideo… to by dopiero było, zobaczyć te wszystkie emocje wyplute do kamery. Wszyscy tacy piękni i młodzi.

      Już teraz jest źle, urządziliśmy sobie w Internecie prawdziwe szambo, ale najsmutniejsze jest chyba to, że postanowiliśmy sprawdzić jak to jest, jak będzie gorzej. A będzie.
    13. Dochodzimy wreszcie do wątku który jakoś zupełnie nie chce się przykleić do naszej odpornej na wszystko władzy, ale dobrze by było, żebyśmy o tym nie zapomnieli. Otóż wszystko wskazuje na to, że nasza własna władza została zhakowana kilka miesięcy temu i kto chciał, mógł sobie naszą władzę czytać – wystarczyło, że znał hasło do prywatnego konta ministra w polskim rządzie. A że sobie owo hasło latało po sieci, to każdy chętny mógł. Niemniej jednak, gdyby tylko o to szło, to ja bym ich rozgrzeszył, każdemu może się zdarzyć. Najlepszym się zdarzało. Zdarzało się Hillary, zdarzyło się Bezosowi, no kto jeszcze nie był zhakowany ten życia nie zna. Ale.. No, tu jest jedno wielkie ale (o którym chciano by, byśmy zapomnieli, ale ja będę pamiętliwy).
    14. Moim zdaniem, największym błędem naszej władzy, za który powinni odpowiedzieć, było stosowanie do ustaleń i wewnętrznej komunikacji prywatnych maili utrzymywanych przez komercyjnych polskich i zagranicznych dostawców. Administrowanych, zarządzanych, zabezpieczanych przez niewiadomo kogo. I o ile to wcale nie musi mieć znaczenia dla Kowalskiego, to dla ministra, premiera i ludzi, którzy z nimi korespondują już tak. Jeżeli zdarza się komukolwiek pomyśleć, że dziewczyna zbyt kuso ubrana robi to nieroztropnie, to nasi politycy prosili się o to. I prawdę powiedziawszy nie wiem czemu nadal są na swoich stanowiskach.
    15. I jak tak patrzę na te zmęczone oczy polskiej nieudolnej opozycji, to myślę sobie czy my już musimy być na to skazani? I tu z ratunkiem przychodzi mi myśl

    Ja w tym widzę ratunek. Najoględniej rzecz ujmując, jesteśmy beznadziejni w przewidywaniu przyszłości (co pokazuje często typer) ale w szczególności nie bardzo potrafimy przewidywać rzeczy, które są… z perspektywy teraz – niemożliwe. Po prostu zmiana czasem musi przyjść i się stać. Więc ja bym tylko prosił. Niech przyjdzie już.

    1. Słuchałem sobie ostatnio Pivot (niestety nie umiem złapać tego, który to był odcinek) ale pojawił się wątek sztucznej inteligencji i bardzo podobała mi się definicja sztucznej inteligencji jaką mamy w tym momencie – algorytmy i moc obliczeniowa, która pozwala nam rozwiązywać zdefiniowane problemy.

      Ciekaw jestem, czy przyrost mocy obliczeniowej pozwoli nam na stworzenie algorytmów, które zaczną definiować nowe, nieznane dotychczas problemy, po to, aby je rozwiązać. Czy sztuczna inteligencja zacznie zadawać pytania, na które my nie wpadniemy, które są poza naszą percepcją…

      Póki co jednak, jeszcze przez chwilę będziemy (sobie nawzajem) troszkę potrzebni. Może nie bardzo bardzo, ale choć ciut.
    2. Zawsze mi się wydawało, że lepsze organizacje są lepsze, bo są lepiej zorganizowane. Mają lepsze procedury, niekoniecznie lepszą kontrolę, ale co do zasady, mniej jest w nich sytuacji, w których ktoś czegoś nie wie, ktoś o czymś zapomni.

      Na tej zasadzie, na jakiej działają linie lotnicze lub NASA – to doskonałe organizacje, bo mają jasno określone cele i priorytety (bezpieczeństwo). Mają procedury i zabezpieczenia, a kiedy wydarza się wypadek, mają to przebadane na 10tą stronę, bo dzięki temu mogą podobnych błędów uniknąć w przyszłości. Co ważne, to podejście zostało jakoś zakodowane w kulturę korporacji i nawet kiedy zmieniają się ludzie, to zasady obowiązują, a kiedy wprowadzana jest zmiana, to organizacja ją po prostu umie zastosować.

      Więc wydawało mi się, że tak wygląda hierarchia efektywnych biznesów – od chaosu do porządku.
    3. Tylko, że przez parę organizacji już przeszedłem, żadna z nich nie przypominała NASA z mojej wizji, a mimo to niektóre z tych organizacji musiały zwijać żagle, a inne cały czas rosną w siłę i zdobywają rynek. Wszędzie popełniane są podobne błędy, z podobną częstotliwością i z podobnym brakiem systemowych rozwiązań.

      Więc może niektóre organizacje są lepsze, dlatego że lepiej są w stanie działać w chaosie i nieogarze? I nie musi chodzić o to, że pracują w nich bardziej zaradni czy pomysłowi ludzie. Czasem to tylko ludzie poddani większej presji ze strony przełożonych i umiejący tę presję sprzedać dalej. I jakoś się toczy. Determinujące wszystko małe różnice.
    4. Niedawno mieliśmy dzień ojca, a mi po Twitterze śmignęła taka informacja

    Według Eurostatu i GUS, matki wychowujące samotnie dzieci stanowią 19,4 proc. polskich rodzin i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie (wyższy jedynie na Łotwie – 29,1 proc., Litwie, w Estonii oraz Słowacji). 2,8 proc. to samotni ojcowie. Podczas spisu w 2011 roku 2,1 mln Polek zadeklarowało, że samotnie wychowują dzieci. Samotnych ojców było 329 tysięcy, co daje łączną liczbę 2,5 mln rodziców, którzy opiekują się potomstwem bez partnera.

    Blisko 20% samotnych matek. No robi mi w głowie szum.

    1. A przecież tak się staramy, żeby zrobić to pierwsze dobre wrażenie…
    https://www.youtube.com/watch?v=vBkBS4O3yvY
    1. Potem, po latach w sytuacji zupełnie nieprzewidzianej, pojawia się potrzeba lockdownu, na co wszyscy rodzice odpowiadają gromkim …

    Cóż, pewne rzeczy są jakie są.

    1. Wydaje mi się, że Grubsona po raz pierwszy usłyszałem w kawałku „One”, a teraz proszę, takie o to smaczne rzeczy z Redbullem robią:
    https://www.facebook.com/watch/?v=163485575815856
    1. Na drugą nóżkę nieprzestający mnie zaskakiwać szerokością swoich talentów Rowan Atkinson:
    1. Ten kawałek chciałem Wam pokazać w poprzedniej tygodniówce, ale wtedy zniknął w otchłaniach internetu. Ale wrócił. Więc… na pohybel stereotypom:
    https://twitter.com/blu_serek/status/1394401585925656582?s=20
    1. Dwa oblicza słońca…

      Trochę pomarańczka…

    ale taka ciut przerażająca

    1. Na koniec, ponieważ nie sposób przewidzieć kiedy i gdzie pozwoli nam się wybrać CoVID i wszystkie jego szalone odmiany, zabiorę was na prezentację prosto z Polinezji, gdzie żyje mnóstwo Happy people:

    (jeśli będziecie dociekliwi, zobaczycie że tekst tego występu został popełniony przez kogoś innego… ale jest naprawdę dobrze sprzedany).

    1. Taka o to tygodniówka pisana w czasie Euro. Kiedy będzie następna? Bardzo bym chciał by była za tydzień… Niestety.. w tej to kwestii jestem ostrożny. Mając do wyboru jednak nie wypuszczenie tygodniówki, lub wypuszczenie jej w środku tygodnia, jak widzisz wybrałem mniejsze zło, ryzykując że mniej osób w maila zerknie…
  • Przesezonowana tygodniówka #23.21

    1. Nie, nie przegapiłaś / przegapiłeś kilku ostatnich tygodniówek. Po prostu ich nie było. Siedziały w mojej głowie i im dłużej siedziały, tym trudniej było je wypuścić. Nie brakowało wieczorów, kiedy mógłbym je spisać. Brakowało determinacji do tego, żeby zacząć składać literki. A raczej dokończyć składać, bo część tygodniówki (nr 21) zaraz zobaczysz.
    2. Znowu pojawiło się widmo „porzucenia”, ale tym razem pomyślałem – hej, mam Ci kilka fajnych rzeczy do pokazania i naprawdę chcę Ci je pokazać i głupio mi będzie, jak zostaną w głowie. Więc tym razem tygodniówka będzie zapewne rwana, chaotyczna, ale… chcę wierzyć, że i tak warto się nią z Tobą podzielić. Mam wrażenie że to dobry wpis i nie chcę go stracić.
    3. Czy to odblokuje kolejne wydania? Nie mam pojęcia. Nie śmiem przypuszczać. Tym bardziej, że przede mną dość intensywny czas Euro. Tak, wiem że nie gram, ale jak wspominałem, przygotowałem Typera i wiem, że on będzie skutecznym czasopochłaniaczem (bo staram się go robić dobrze i na czas). Tym bardziej zapraszam Cię do dołączenia – Tu czeka na Ciebie Twoje własne Euro powołanie
    4. Bardzo, bardzo, bardzo chciałem Ci pokazać to:
    https://twitter.com/opolukord/status/1400493639223189507

    Tak powinno być w każdym barze. To takie proste. To takie ważne.

    1. To o czym miały być poprzednie tygodniówki? Miały być trochę o polityce. Polskiej. Nie o twardym Andrzeju, ale o tym, o co wydawało mi się, w polityce chodzi. Więc pisałem tak…

    1. Muszę się przyznać do nowo odkrytej naiwności. Bo wydawało mi się, że ludziom idącym do władzy zwykle o coś chodzi. Że mają jakąś wizję, jakiś plan, czegoś chcą. Mają w duszy jakiś wielki projekt, który chcieliby zrealizować aby spełnić – często cudzymi rękami – jakieś swoje marzenie. Niestety, nasz obecny rząd to chyba nie jest ten przypadek.
    2. Bo kiedy uznam, że im o nic nie chodzi, że nie mają żadnej wizji wielkie Polski, żadnego planu na to, żeby za 3, za 5, za 10 lat było w naszym kraju lepiej, że jedyne o co chodzi, to o to, aby przedłużyć sobie władzę, to zaczynam ich kumać.

      Przy takich założeniach potrzebna jest tylko sprawna kalkulacja – ile potrzebujemy, czego potrzebujemy aby zostać u władzy. Nie potrzebujemy wizji, potrzebujemy głosów. A skoro nie mamy nic lepszego do zaproponowania, to musimy te głosy kupić. Więc szukajmy tych grup, które kupić nam najtaniej i tym sposobem zajedziemy kasztanką na której doczłapiemy do kolejnej kadencji.
    3. Mam niejasne wrażenie, że przyjdzie za to zapłacić. Chciałem napisać „nam”, ale jak zawsze mam wrażenie, że płacić nie będziemy my, ile nasze dzieci. I to nie będzie tylko kwestia wydania określonej kwoty. To niestety będzie nieodczuwalne, bo będzie to zapłata niezrealizowaną szansą, zaległością rozwojową między nami, a konkurencją / zagranicą, szklanym sufitem, który trzeba będzie na nowo rozbijać. Jak zawsze będą jednostki, którym to nie zrobi różnicy, ale odnoszę wrażenie że coraz śmielej żyjemy sobie na krechę, mając doskonałe wytłumaczenie – skoro wszyscy się zadłużają, to czemu my mielibyśmy tego nie robić.

      Bo może moglibyśmy być mądrzejsi? Nie… to nie nasz przypadek.
    4. Patrząc na współczesną władzę (ale nie tylko tę nad Wisłą, ale zerkając bardzo szeroko), zastanawia mnie czasem, jak doszliśmy do miejsca cywilizacyjnego w którym jesteśmy. Bo teraz (zachodnim) światem rządzą korporacje i one z uporem pchają go w stronę zysków i wyzysków, a rządy trochę zajmują się głównie sobą i przedłużaniem swojego bytu. Nie mniej jednak, wcześniej te rządy musiałyby trochę bardziej z pomysłem i z wizją, niż te nasze, bo w przeciwnym wypadku bylibyśmy mocno w lesie.
    5. Niewiarygodnym wydaje mi się władza, która potrafi rozbudzić ambicje narodu. Która potrafi stawiać cele i zadania, które łączą społeczeństwo. Niewiarygodną wydaje się władza, która snuje plany poza najbliższe tygodnie czy miesiące. Władza, która mówi o czymś innym niż tylko „płać podatki” albo „pobieraj zasiłek”. Władza, która rzuca obywatelom wyzwanie w nieznane… a potem jeszcze potrafi dać temu szansę a wyzwanie udaje się spełnić.
    6. Od dwóch tygodni zamiast czytać, słucham podcastu. I to, żeby było zabawniej, podcastu z przed 2 lat, o wydarzeniach z przed lat 50…
    13 minutes to the moon
    1. To jest w ogóle niesamowita rzecz. Postawić wyzwanie, które w danym momencie jest nieosiągalne dla nikogo na świecie. Nie wiedzieć jak się za to zabrać, nie wiedzieć czy to jest możliwe, nie mieć żadnego wujka googla którego można o to spytać, ale „dowieźć to” w terminie. Nie bez strat, ale i z wielką nauką na przyszłość, z wypracowaniem procedur, z tworzeniem zabezpieczeń dla zabezpieczeń. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej uważam że na tej podstawie powinny powstawać podręczniki zarządzania projektami. Od analizy (Rosjanie robią większe rakiety, potrzebujemy zadania którego nie można rozwiązać większą rakietą), do jasnego określenia celu (postawimy człowieka na księżycu i sprowadzimy go z powrotem, choć dotychczas nie udało nam się nawet na dobre zobaczyć drugiej strony księżyca), z przygotowaniem się na różne ewentualności (różne dziwne scenariusze tego co może pójść nie tak i jak możemy swój cel osiągnąć) i elastyczność oraz zaangażowanie ludzi w ten projekt.

    W tym miejscu urwałem pisanie. A teraz dopisuję resztę.

    1. Niezwykłe też jest to, że to zadanie, ten cel postawił prezydent po półtora roku swojej prezydentury.

    Niezwykłe też jest to, że niewiele ponad rok później ten prezydent został zastrzelony, a projekt i tak został zrealizowany.

    1. Najbardziej mnie i wkurza i przeraża, że gdyby ktoś przede mną postawił taki projekt, powiedziałbym „człowieku, to się nie uda”. Wit, człowiek który wszystko neguje. Mam tylko cień nadziei, że nawet w takiej sytuacji mógłbym pomyśleć „może i nie ma prawa się udać, ale ch! działamy”.
    2. Wiesz jaka była średnia wieku ludzi, którzy znajdowali się w centrum kontroli lotów podczas misji Apollo 11?

      Masz jakiekolwiek przypuszczenie?

      No więc ta średnia wynosiła 26 lat. Dwadzieścia sześć.

      I pomyśleć, że większość z nich od tamtej pory nie miała szansy zrobić w życiu nic bardziej spektakularnego. To może zrobić człowiekowi krzywdę.
    3. A czy wiesz może czy Armstrong i Aldrin spędzili na księżycu? 21 godzin 36 minut.
      Czy spali na księżycu? No oni akurat nie (i to będzie kolejne pytanie), ale oprócz nich po powierzchni księżyca spacerowało jeszcze 10 innych astronautów (ktoś pamięta ich imiona / nazwiska?).
      Najdłużej na księżycu została misja Apollo 17, spędzając tam blisko 75 godzin (zabrakło im 22 sekund do pełnej, 75 godziny). I tu przechodzimy do istoty sprawy – jak się śpi na księżycu?
    4. Biorąc pod uwagę to, że liczy się każdy kilogram i każdy centymetr kwadratowy przestrzeni, szukano najlżejszego i najmniej zajmującego miejsce rozwiązania. Tym sposobem zdecydowano się na… hamak. Na księżycu śpi się na hamaku. Czy można być bardziej wychillowanym?
    5. 12 osób stanęło na księżycu… Ciekawe, czy dożyjemy czasów, w których kolejka na księżyc będzie taka, jak kolejka na Everest:
    1. Jeśli masz chwilę, zerknij na

    Film o tym, że ziemia w ostatnim roku złapała krótki oddech, ale boję się, że to bardzo krótki przerywnik… Zdaje się, że turystyka spodziewa się „poCovidowego” odbicia, jakiego jeszcze świat nie widział. W tym miejscu skorzystam z podpatrzonego niedawno cytatu:

    Trochę przeraża mnie (dużo przerażeń w tym „numerze”) ile matrixowyoh wizji się sprawdza…

    1. Zaskakuje mnie to, jak dużo w tygodniówce pojawia się wątków kosmicznych. Można by odnieść wrażenie, że zgłębiam ten temat… no nie bardzo. Ale jak już się z nim zetknę, to jest cholernie interesujący. Więc się dzielę. Posłuchaj tego podcastu. Naprawdę wciąga.
    2. Więc zderzam sobie naszą władzę z tamtymi czasami i prawdę powiedziawszy, to nie kumam co tu się wydarzyło. Mało tego, mam wrażenie, że dotychczas żyliśmy sobie w błogim czasie i w zasadzie nie miało znaczenia, kto rządzi. Czy to ktoś mądry, czy głupi, czy ma plan, czy tylko chce dużo obiecywać. Jak się jednak popatrzy na otoczenie, to zaczynamy żyć w ciut mniej poukładanych i spokojnych czasach. I w tym miejscu trochę zaczyna przerażać mnie, że mamy władzę, która nagminnie kłamie i to kłamie nie tylko do swoich, ale i do sąsiadów. Mamy władzę, która ze wszystkimi się wadzi (z wyjątkiem Orbana, którego mało kto rozumie). Mamy władzę, która dąży do zwarć z trybunałami, sądami, dyplomacją i… prawdę powiedziawszy nie wiem jak długo jeszcze będą nam na to pozwalać i w imię czego. Czy przypadkiem Europie nie będzie łatwiej powiedzieć

    Z tą Polską zawsze są kłopoty
    Kaleka troszczy się i drży
    Lecz uspokaja ich gospodarz
    Pożółkły dłonią głaszcząc wąs
    Mój kraj pomocną dłoń im poda
    Potem, niech rządzą się, jak chcą

    Jacek Kaczmarski, Jałta
    1. Ale chronić nas będzie wicepremier ds bezpieczeństwa… co prawda nie wie gdzie jest Rzeszów a gdzie Szczecin, ale za to jest strategiem że ho ho.
    2. W tym miejscu obiecane słówko do opozycji. Tylko jeden punkt, bo więcej szkoda na Was czasu. Jesteście frajeremi. Z francuskiego „frażer”. Rozgrywa Was dziadunio, a wy umiecie tylko powiedzieć tak proszę pana, dobrze proszę pana, przepraszam proszę pana. I gracie nieudolnie w jego grę. Jesteście frajerami.

      To nie jest tak, że PiS nie ma z kim przegrać. PiS nie przegra z wami, bo nic nie umiecie.

      Koalicjo Obywatelska, w sytuacji kiedy polityka zagraniczna leży, CoVID zabija ponad 70 tysięcy polaków, władza uwłaszcza się na państwowym, premier kłamie, naprawdę najważniejsze jest zbieranie podpisów pod likwidacją TVP Info? Powtórzę, jesteście frajerami. Jesteście jak Ziobro – absolutnym zerem.
    3. Czy to znaczy że PiS już teraz i na zawsze? No więc uważam, że nie. Tylko brakuje nam magika, który zmieni optykę. Który zmieni narrację. Który zmieni opowieść. Bo tego potrzeba, aby ruszyć ludzi. Wizji, opowieści, wytłumaczenia ludziom, co jest pięć. PiS jest żenujący, prymitywny, bezwartościowy. Kłamie i oszukuje. Trzeba zmienić poletko, trzeba zmienić scenerię, trzeba zmienić klimat. Czy potrafię to zrobić? Nie, ale to nie jest moje zadanie. Ja tym nie zarabiam na życie i nie mam przyjemności w modelowaniu innym życia.
    4. Bo to wszystko jest kwestia pewnej narracji. I tak długo, jak patrzymy tam, gdzie ktoś chcemy żebyśmy patrzyli, rzeczywistość wydaje się cokolwiek niezrozumiała. Ale to często prosta sztuczka, którą trzeba na spokojnie rozczytać
    1. Dość o polityce. Czas się pozachwycać. Aby nabrać perspektywy, rzućmy okiem w kosmos. Nie najbardziej odległy.
    1. A czy Polska może być zachwycająca? O mamo jak może…
    1. Być może wiesz, być może pamiętasz, w zeszłym roku włączyłem sobie głodówki przez cały dzień raz na tydzień. Z tego robiło się raczej 36 / 37h. To wcale nie jest bardzo wymagające, natomiast nie podobało mi się to, że moja waga jeździła sobie góra dół w ciągu tygodnia. W związku z tym, wprowadziłem zmianę. Zamiast 1 / tygodniu 36h, od maja próbuję 5 razy w tygodniu jeść w układzie 16 / 8, tzn 16 godzin nie jem, 8 godzin jem. Brzmi jak wyzwanie, ale z drugiej strony, to jest alternatywna wersja „nie jem po 17”. I już. Jeśli chcesz wiedzieć więcej o intermittent fasting, zerknij tu
    1. Chyba dwa lata temu popełniłem (wraz z Izą) prezentację o YouTube i o tym, że to nie jest serwis social mediowy, a baza wiedzy – dokładnie na tej samej zasadzie na jakiej Google nie jest serwisem społecznościowym. Jedną z tez którą wtedy postawiliśmy, było to, że YT jest miejscem na którym każdy znajdzie coś, co go interesuje, niezależnie od tego, czy to szachy, jajka kinder czy nauka gry na harmonijce ustnej. No to ja teraz znalazłem materiał o tym, czy można rozwiązać Sudoku, kiedy masz tylko 4 podane liczby (i dwa dodatkowe warunki). Kurczę, można.
    1. I to koniec tygodniówki. Potrzebowałem ją napisać. Potrzebowałem się odblokować. Mam nadzieję, że zobaczymy się w przyszłym tygodniu. Póki co jednak zapraszam do typera.
  • Brak mi cierpliwości – Tygodniówka #20.21

    1. Brak mi cierpliwości. Nie tyle tej, która pozwala ze spokojem czekać na coś, co ma swój jasno określony termin, ale tej, która pozwala zawierzyć w trwającą zmianę, postęp, przyrost które przychodzą z czasem. Nie widzimy, nie doświadczamy, nie bardzo potrafimy wyobrazić sobie efekt działania procenta składanego, jeśli mamy szczęście (i czas), potrafi nas czasem uderzyć to, co niewyobrażalne.
    2. Brak mi cierpliwości. No bo kto ma czas czekać 20 lat aż urośnie drzewo (porównaj ta tygodniówka, punkt 9). Kto ma czas czekać, zwłaszcza gdy nie ma gwarancji, że wszystko pójdzie tak, jak się chce. Zwłaszcza że rzadko kiedy wszystko idzie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, zwykle życie narzuca pewne kompromisy, z którymi nie sposób negocjować – nie mamy tu zwykle dobrej pozycji, pozostaje nam te warunki zaakceptować i się do nich dostosować. Więc cierpliwość to ryzyko. Ja chcę już.
    3. Brak mi cierpliwości i wyobraźni by przewidzieć co się stanie możliwe. To podobno efekt tego, że nasi przodkowie żyli na sawannie i wyobraźnia nasza jest ograniczona głównie do tego, co mogli zobaczyć. Także ponieważ w trawach Afryki wszystko poruszało się liniowo, nasze zdolności pojmowania przerasta coś, co rośnie wykładniczo. I nawet jeśli to rozumiemy, to z wyobrażeniem sobie tego jest źle. W każdym razie (nawet jeśli nie umiem dobrze przytoczyć tego argumentu) również z tego powodu – jak mawia Bartek – sztuczna inteligencja przyjdzie i nas zje. A może już nas zjada.
    4. Ogólnie to z naszą wyobraźnią jest krucho. Jak przytoczyłem w zeszłym tygodniu, trochę nie do ogarnięcia jest ten cały wszechświat, nie najlepiej nam idzie także z ewolucją. I tu podzielę się z Tobą przeciekawą rozmową Rickiego Gervaisa i Richarda Dawkinsa:
    1. Z tego filmiku jest też ten wierszyk:

    A million million spermatozoa
    All of them alive;
    Out of their cataclysm but one poor Noah
    Dare hope to survive.

    And among that billion minus one
    Might have chanced to be
    Shakespeare, another Newton, a new Donne—
    But the One was Me.

    Shame to have ousted your betters thus,
    Taking ark while the others remained outside!
    Better for all of us, froward Homunculus,
    If you’d quietly died!

    ifth Philosopher’s Song // Aldous Huxley
    1. So…
    1. W ogóle w tej przytoczonej rozmowie jest moment, w którym prowadzący próbuje podpuścić trochę Gervais’a pytaniem o to, które z trzech drzwi (wierzę w Boga, nie wierzę w Boga, nie wiem) by wybrał, na co ten pięknie odpowiada – to pytanie jest w założeniach błędne, ponieważ miesza istotne kategorie – wiedzy i wiary. Chyba to co mnie najbardziej ujmuje to intelekt, który potrafi takie rzeczy i sprzeczności wyłapać w lot. Ot podziw dla błyskotliwości.
    2. Nie wiem czy wiecie, ale jest istotna różnica między komikami brytyjskimi i amerykańskimi, i o tym znakomicie opowiada Stephen Fry

    To jest w ogóle ciekawy wątek – to nazwane przekonanie amerykanów, że wszystko jest w zasięgu naszej sprawczości. Że naprawdę możemy się tego nauczyć. Że każdy z nas może się tego nauczyć. Że może się tego nauczyć sam. I z jednej strony to jest oczywiście źródełko zarobku dla wszystkich, którzy nas o tym przekonują, a cały czas z jakiegoś powodu (bo to trudne) nie chcemy zostać i nikt nas nie nakłania do tego, aby zostać stolarzami… Ale naprawdę kupuję tę amerykańską wersję sprawczości.

    1. Zaraz wrócę do komików, ale jeszcze o sprawczości i o tym, że każdy nosi w sobie arcydzieło w podcaście Tima Ferrisa. W tej rozmowie jest znakomite nawiązanie do Jordana, który na każdym treningu udowadniał, że należy mu się miejsce w drużynie, który wchodził w trening i zostawiał z siebie 100%, co wynikało (miało wynikać) z jego determinacji i dążenia do rozwoju. Smutna myśl – rzadko kiedy mam w sobie te właśnie 100% determinacji… w mojej głowie jakoś tak wybrzmiewa „ryby robiły na niby, żaby na aby aby, a rak byle jak”. Myślę, że dużo we mnie podejścia żab, choć równocześnie największą satysfakcję mam wtedy, kiedy naprawdę daję z siebie wszystko, kiedy głowa pracuje na dużych obrotach. To fajne jest…
    2. Jeśli komik amerykański jest odzwierciedleniem amerykańskiego podejścia do życia, w humorze brytyjskim każdy możne zobaczyć kawałek siebie, to… co można powiedzieć o nas, podłóg naszych komików? Chyba nie mam śmiałości odpowiadania na to pytanie.
    3. Wracając do Stephena Fry’a, który zdradza pewien mały żarcik, jaki autorka Harry’ego Pottera zostawiła w kilku swoich książkach specjalnie dla niego…

    I niezwykłe jest to, jak człowiek który ma przecież ogromne doświadczenie w pracy głosem, musi się czasem zmierzyć z niezrozumiałą, także dla niego, blokadą we własnej głowie. Budzi to we mnie trochę pokory.

    1. Od czasu do czasu YouTube zaskakuje swoich widzów tym, jakie treści podrzuca i promuje. Czasem to może prowadzić do abstrakcyjnie wysokich wyświetleń bardzo długich materiałów, a czasem można usłyszeć jak Piotr Fronczewski opowiada żart…
    1. Brak mi cierpliwości i brak mi wyobraźni i nie brak mi smutku gdy czytam:

    Bo najgorsze w tym twicie jest to, że to może być prawda. Zarówno to, ile jest osób w Polsce zarabiających powyżej 10 tysięcy złotych na rękę jak i to, że nie można pod nich robić polityki. Będzie trochę o polityce. Z cierpko optymistycznym finałem.

    1. Jeszcze taki komentarz:

    Więc wedle zamysłów straci tylko ten, kto ma z czego tracić. Całą resztę trzeba rządowo wspomagać. Bo nie chodzi o to, żeby wypracował, ale żeby miał od Państwa. Państwo takie dobre i takie bogate, to ma.

    Mamy w Polsce słabość do równania w dół. Nie można ciągnąć poziomu do góry i nakręcać atmosfery do rozwoju, bo to męczące. Lepiej mniej wymagać, więcej obiecać, rozdać póki jest co. A potem? Potem martwił się będzie ktoś inny. Czy myśmy (a raczej czy nasi rodzice) już tego nie przerabiali? I czy przypadkiem nie jest tak, że jednym z powodów tego, że wciąż musimy gonić zachód Europy jest to, że u nas wszystko było Państwowe i w dobrobycie i na kredyt, a „Zachód” wtedy ciułał i pracował… Więc my chcemy JUŻ być jak ten zachód, tylko że mamy do nadrobienia kilkadziesiąt lat, ale my chcemy Już! Hmm… może nie tylko mi brak cierpliwości.

    1. Obawiam się, że my tej „dziury” do zachodu nie przeskoczymy na samym chcieniu. Obawiam się też, że za to wszystko co nam rząd ładnie na nowo ułoży, przyjdzie nam zapłacić (raczej nie nam, raczej naszym dzieciom). I mam tylko jedną pozytywną myśl – ten rząd nie bardzo umie w takie duże zmiany, większość rzeczy których dotknął, to spaprał, wyjątkiem jest robienie tego, co pozwala utrzymać się przy władzy, więc… ten rachunek będzie rósł. Ale czy resztę pomysłów zdołają wprowadzić – szczerze wątpię. Tak, to jest ten cierpko optymistyczny finał.
    2. Równocześnie… czy taki kraj, który dba o swoich obywateli to dobry kraj? Czy taki kraj, który zabiega o to, aby rodziny miały środki, to dobry kraj? Czy taki kraj, który chce ułatwiać zdobywanie własnego mieszkania to dobry kraj? Czy taki kraj który mówi – zagwarantujemy Ci łatwiejszy start to dobry kraj? No niby tak tylko…

      to cały czas ten sam kraj, który mówi – jeśli zarabiasz 10 tysięcy złotych, to jesteś bogaczem.
      to cały czas ten sam kraj, który mówi – jeśli masz 2.5 tysiąca złotych emerytury, to to jest godna emerytura.
      to cały czas ten sam kraj, który mówi że trzeba walczyć z układem tworząc nawet mocniejszy układ i traktuje państwowe jak własne
      Kraj, w którym NIK oskarża premiera, premier mówi że „business as usual” a Ty wiesz, że prokuratura się tym nie zajmie bo to obrzydliwy system naczyń połączonych.
      To cały czas kraj, w którym wydajemy miliardy na telewizję, której mało kto chce oglądać, w której mówimy lekarzom i pielęgniarkom „nikt Was tu nie trzyma” a na koniec mamy ponad 70 tysięcy zgonów Covidowych (o których prezydent mówi – „zapewniają mnie, że radzimy sobie świetnie, najlepiej w Europie”).

      Więc, który kraj jest tym prawdziwym? I jaki jest ten kraj, w którym chcę żyć?
    3. Ale to też kraj mieszkań po kilkanaście tysięcy złotych za metr, kraj w którym na ulicy pełno jest samochodów wartych setki tysięcy złotych (czyli jeździmy samochodami wartymi połowę mieszkania albo i lepiej). I to nie wygląda na 5-6 % społeczeństwa (tak, tak, tak, Kahneman mówi „what you see is all there is” i zaraz dopowiada „and you haven’t seen enough”. Więc mam zapewne skrzywiony obraz.

      Ale albo nie umiem dobrze zobaczyć 5-6%, albo widzę tylko topowe 5-6%, albo wszystko to mamy na kredyt. A kredyty mają to do siebie, że trzeba je spłacać.
    4. Naiwnie też dodam, że tu nie chodzi o to, że złym pomysłem jest mądre dystrybuowanie pieniędzy. Tak, cholernie ważne jest, żeby dawać możliwości ludziom warunki, do poprawiania swojego bytu. Cholernie ważne jest dla mnie to, żeby ludzie którzy nie mają, mogli mieć. I myślę że Ci, którzy mają, skłonni są pomóc, pod warunkiem że będzie to robione z głową.

      Czyli zamiast w 
      „daj mi pieniądze, należą mi się” 
      wierzę w 
      „daj mi szansę, należy mi się”. 

      Kontrargument? Niektórzy są w takiej sytuacji, że dla nich żadne „szanse” nie mają już znaczenia. Oni potrzebują pieniędzy i ratunku dziś, bo nie mają czasu czekać na żadne lepsze jutro. Tylko że to jest (chcę wierzyć) margines. I tak, margines powinniśmy ratować… tylko kiedy margines staje się powszechnością, to… w moim odczuciu we are doing something wrong. 

      To chyba spina się z tym cholernym amerykańskim przekonaniem – każdy powinien mieć możliwość. Tak. Wyrównujmy mądrze szanse, aby dbać o dziś i o jutro i o pojutrze. Zamiast żyć nad stan dziś, aby zapłacił za to ktoś jutro lub pojutrze. Tylko ta wiara w to, że jutro lub pojutrze zapłaci ktoś inny… I że w ogóle lepiej się martwić jutro lub pojutrze niż dziś..
    5. Dla równowagi muszę pokazać Ci coś ładnego. Na przykład Jowisza:
    https://twitter.com/insta_science/status/1393731503645941762
    1. Skoro jeteśmy przy Jowiszu, to całkiem niedaleko jest Europa… Podobnie niepodobny księżyc:

    Ładny i całkiem fotogeniczny ten nasz układ Słoneczny.

    1. Więc chodź, pomaluj mój świat, na żółto i na różowo… Nasza planeta też umie w kolory…
    https://twitter.com/MagdalenaW_/status/1390572668198563843?s=20

    To może trochę tłumaczyć bańkę tulipanową z XVII wieku….

    1. Chciałem napisać coś o tym co się dzieje na bliskim wschodzie, ale w ząb tego nie rozumiem. Przyglądam się, słucham (Raport o stanie świata czy Polityka Insight) i jest to dla mnie całkowicie niewyobrażalne. Sytuacja jest chyba beznadziejna, ale z drugiej strony, czy można się dziwić desperacji, kiedy rzucisz okiem na taki postęp w czasie…
    1. Za każdym razem kiedy przymierzałem się do symulatora lotów przerażała mnie ilość różnych dziwnych pokręteł, wskaźników, wajch i guziczków które wypełniały ekran. Nic nie rozumiałem, wszystkiego było za dużo. Najwyraźniej, brakowało mi tego:
    1. Co jest nie tak w tym wykresie

    (to rozkład „maturalny” dla wybranych przedmiotów nieścisłych) i dlaczego to nie jest tylko polski problem? Tu wyjaśnienia znajdziesz w komentarzach ale ja zachęcam do przeczytania Freakonomics ktora tłumaczy, co łączy nauczycieli i zawodników Sumo…

    1. Ostatnia obserwacja na dziś – czy najtrudniejszym słowem do poprawnego użycia w języku polskim może być słowo Bynajmniej? Czy kiedykolwiek słyszałaś / słyszałeś by ktokolwiek użył tego słowa właściwie? Czy potrafisz go użyć w zdaniu?
    2. Pisanie tygodniówki po nocy przypomina mi pisanie po nocach wypracowania na język polski. Wtedy zbyt często zdarzało się, że moja praca była nie na temat. A teraz…?
    3. Pamiętaj proszę, że zapraszam Cię do typowania wyniku mistrzostw Europy 2020 na https://jakiwynik.com

  • Spokojnie, to tylko teoria – Tygodniówka #19.21

    1. W tym tygodniu, w mojej głowie, krążą pytania wokół „enough”, czyli „dość”. Bo w teorii to jest piękne i proste. Dojść do momentu, w którym to „dość” się osiąga, i od tego poziomu można uznać, że ten aspekt mamy zaspokojony. I to w sumie niezależnie od tego, czego to „dość” dotyczy. „Dość” osiągnięte, spokój wewnętrzny i nirwana ciut bliżej.
    2. Ale kiedy to „dość” przenieść w swój świat, to… czy da się to jednoznacznie wskazać ile to jest dość? A nawet jeśli jesteśmy w stanie określić poziom, to czy przypadkiem nie uznamy, że „jednokrotnie osiągnięte dość” jest jednak niewystarczające i byłoby dobrze, żeby to „dość” było stałe i trwałe? No i czy w ogóle „dość” może być trwałe w czasie… Bo może wczorajsze dość, nie jest wystarczającym dziś. Nie tylko dlatego, że nasze postrzeganie się zmieniło (choć mogło – wczoraj nie wiedzieliśmy czegoś, co ma istotne znaczenie dziś), ale czasem zmienia się cała sytuacja, zmieniają się warunki, które na wartość naszego pożądanego, domniemanego „dość” wpływają.
    3. W prasie i w Internecie można przeczytać że średnio szef jednej z 350 największych amerykańskich firm zarabiał 320 razy więcej od średniego wynagrodzenia pracownika i prawdę powiedziawszy mam tu taki… niesmak dysproporcji. Nie chodzi o zazdrość, ale czuję, że jest to jakaś przeginka. Inna rzecz, skoro tyle mu płacą, to może być tyle wart… (ok, Obajtkowi też całkiem sporo płacą, co do wartości nie jestem przekonany). Tylko pytanie czy ja umiałbym określić poziom swojego wynagrodzenia jako „dość” i czy umiałbym się tego trzymać. Zawsze do tej pory chciałem więcej, niż było kładzione na stole, ale jakbym się zachował (i przy jakim poziomie powiedziałbym – wystarczy) gdyby oferta była właśnie z tych „nieprzyzwoitych”. Nie wiem czy bym potrafił. Nie wiem czy to jest normalne. Nawet jeśli wiem, że na pewnym poziomie, to nie pieniądze są motywatorem i nawet coraz mocniej we mnie narasta myśl, że nie jest rolą pracodawcy dbać o motywację pracownika, to… cholera, jaki poziom zarobków jest „enough”. Średnia? Dwie średnie? Cztery? Dziesięć? Przy jakim poziomie zaczyna się człowiek czuć nieswojo? A może po prostu uznaje – właśnie tyle jestem wart….
    4. Więc może „dość” powinno być uniwersalne, albo ustalane przez jakiś komitet, czy inne gremium. Bo skoro mi samemu wcale nie łatwo, to może jednak ktoś obok stojący będzie potrafił i uzna – Tobie tyle już wystarczy, Tobie już dość. Tylko czy dość może być takie samo dla wszystkich? I czy to dobrze taki „sufit” nakładać? I to zarówno dla mnie, jak i dla społeczeństwa – bo jeśli przyjąć, że „nie dość” motywuje do działania, to kiedy tej akurat motywacji zabraknie – zwłaszcza w masie, to może się okazać, że rozwój nam przystopuje. Więc z takim ograniczaniem chyba trzeba ostrożnie. Z drugiej strony…
    5. Z drugiej strony, np. w takiej lidze NBA (podobno najlepszej lidze świata) obowiązuje przysłowiowy tak zwany salary cap, czyli narzucenie ile dany klub może wydać na pensje swoich zawodników i jakoś to im w rozwoju i ściąganiu najlepszych zawodników nie przeszkadza… Ale ale, dopowie zaraz ktoś znający ten światek, może i klub ma ograniczenia, ale już sponsorzy indywidualni, albo kontrakty od firm odzieżowych czy innych już pod to ograniczenie nie wpadają, więc nawet jeśli podstawa ma swoje limity, to najlepsi w tej lidze mogą wzbogacić się jak nigdzie indziej.
    6. Tak… to kolejny dowód na to, że kreatywność pojawia się tam, gdzie pojawiają się ograniczenia.
    7. Jeśli zaś mowa o ograniczeniach, to dwa słówko związane z Covidem, którego już mamy powyżej uszu. Pierwszy jest taki, że jest takie zacne narzędzie pomagające sprawdzić dostępność szczepionek i dostępność w poszczególnych miastach. To dla tych, którzy zanim zadzwonią na infolinię chcą sprawdzić, czy jest z czym dzwonić.
      Druga myśl jest taka, że ja już nie liczę na powrót do normalności, nie wiem nawet za bardzo czym ta nowa / stara normalność miała by być. Ja już tylko (?) chcę, żeby było mniej pandemicznie. I wtedy już będzie naprawdę dobrze.
    8. Słowo o szachach. Choć powinienem pewnie przemilczeć, zamiast się pogrążać, ale w tym tygodniu zdecydowanie więcej przegrywam, niż wygrywam. Zamiast być coraz lepszy, jestem coraz bardziej ślepy. Strasznie to frustrujące. Równocześnie, to czego szachy uczą, to tego, że szybko jest okazja do rewanżu (albo – ostatnio częściej – zebrania kolejnego oklepu).
    9. Ale cały czas z przyjemnością materiały o szachach oglądam. Na przykład tu demonstracja pamięci zdaje się najlepszego szachisty świata:
    https://www.youtube.com/watch?v=eC1BAcOzHyY;

    Co ten gość ma za pamięć, to ja nie wiem.

    1. W tym tygodniu na instagramie śmigneło mi zdjęcie, o którym nie wiedziałem co myśleć. Wręcz wydawało mi się celowym (i sztucznym) pogarszaniem swojego wizerunku :
    https://www.instagram.com/p/CONwyy_DhOM/

    ale, kiedy popatrzyłem trochę na profil autorki to chyba chodzi o przywrócenie prawdzowości rzeczywistości Instagrama.


    Tak bardzo nie umiemy w świat bez filtrów… tak bardzo. I nie zdajemy sobie sprawy, jaką krzywdę nam to robi w doświadczaniu bardzo nieidealnej rzeczywistości, jaka nas otacza… My jeszcze znamy, być może pamiętamy świat bez filtrów, ale młodsi? Jak oni się odnajdą, kiedy przestaną patrzeć na świat przez komórkę. \
    No chyba że wcześniej wjadą po całości filtry AR.

    1. Z drugiej strony, tym którzy to nakręcają i organizują, to zdecydowanie nie przeszkadza. Oni na nas zarabiają i to całkiem nieźle.

    Zarabiają na każdym z nas. A że nas jest sporo, to Facebook w ostatnim kwartale zarobił 26 miliardów dolarów. Całkiem nieźle, jak na serwis, który mógłby wreszcie paść. Przypomniało mi się zdanie zasłyszane na Forum IAB chyba w 2012 roku, gdzie komentując spadek ceny akcji Facebooka ktoś powiedział:

    Does it mean, that Facebook is worthless?

    No, it just mean that it’s worth less, than few days ago.


    I cóż… od tamtej pory wartość FB tylko rośnie, ale za to we mnie rośnie coraz bardziej przeświadczenie, że jest coraz bardziej worthless..
    źródełko: chartr.co

    1. Tylko że… jest taka kryptowaluta „Dogecoin”:

    Jest to kryptowaluta która powstała dla żartu, ale że za tym żartem stoi Elon Musk, to kiedy w kwietniu okazało się, że weźmie on udział w Satruday Night Live, to kurs na PiesełMonetę stał się taki:

    Stał się taki, ponieważ wszyscy uznali, że dogecoin będzie częścią jakiegoś skeczu, co nakręci zainteresowanie, więc można tu zarobić. Waluta mem wystrzeliła niczym rakieta SpaceX stając się w pewnym momencie czwartą najważniejsza krytpowalutą świata… Żeby było jasne, to co widać na prawej krawędzi wykresu to jest spadek wartości tej waluty po tym, jak Musk już w SNL wystąpił. Kto miał zarobić pewnie już zarobił…

    Tak.. to może być ten moment, w którym ktoś mi może powiedzieć – Wit, jak Ty się na tym bardzo nie znasz, jak Ty tego bardzo nie rozumiesz…

    1. No ale nie traćmy głowy. I nie traćmy sił
    https://twitter.com/MazurArtur/status/1390620087426629632

    ech ta fizyka.

    1. Ponieważ zaraz obok fizyki jest chemia, to jest związany z nią układ:
    https://twitter.com/knowIedgehub/status/1388870969310072842

    Jakie to jest zacne…

    1. Skoro mamy fizykę i mamy chemię, to porozmawiajmy o kosmosie. O tym, co w kosmosie nieprzebrane i wydaje się strasznym marnotrawstwem miejsca.

    Czuję się malutki.

    1. Wydaje mi się, że to naprawdę dobry komentarz do powyższego punktu:
    1. Tymczasem w Polsce, czyli na druga nóżkę, dla zachowania równowagi i zdrowego spojrzenia na świat
    1. W związku z tym, że już za miesiąc rozpocznie się (delikatnie spóźnione) Euro 2020, to… przygotowuję (już kolejny raz) typera, czyli zabawę w obstawianie wyników meczów mistrzostw. Całość odbywać się będzie na stronie: https://jakiwynik.com i bardzo zapraszam Cię do wspólnej zabawy. W poprzedniej edycji wzięło udział blisko 50 osób i większość sobie zabawę chwaliła. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, masz jakieś pytania – daj proszę znać – odpisz proszę na tego maila a postaram się wyjaśnić co i jak działa 🙂

    W tym tygodniu ilustracją wpisuj jest zdjęcie autorstwa Christophe Hautier z serwisu Unsplash

  • Niech się święci – Tygodniówka #18.21

    1. Zacznę od złożenia zażalenia. Co to za majówka, co trwa trzy dni, w tym dwa i tak wolne? I co to za majówka, która jest zimna i wietrzna. To nie przystoi. Inna rzecz, co to za pierwszy maja, w którym nie ma pochodów (choć jestem z pokolenia które o pochodach pierwszomajowych głównie słyszało… choć o ile pamiętam (bardzo, bardzo przez mgłę) jakiś pochód widziałem… ale poza tym, że przez mgłę i że byłem wtedy noszony „na barana” to nie pamiętam nic. Równie dobrze mogło mi się przyśnić.
    2. W każdym razie, w związku z wymienionymi okolicznościami, tygodniówka będzie krótka jak tegoroczny weekend majowy.
    3. To co z tej majówki zapamiętam, to kolejki do szczepień. Co prawda sam się na to majówkowe szczepienie nie wybrałem (choć mam już(?) skierowanie i mam już(?) termin, i postanowiłem zaczekać na umówione szczepienie, ale i tak to parcie na szczepienia mnie cieszy. Choć właśnie… parcie?
    4. W materiale oko.press czytam, że 42% mężczyzn w wieku 18-39 lat (czyli to wciąż mój zakres) nie chce się szczepić. I co ja mogę na to powiedzieć? No jedyne co mogę, to chyba

    A może nawet bardziej

    Chłopaki, jakby to Wam powiedzieć… już niedługo i Wy przestaniecie grać na kodach i w „God Mode”. [Copyright – o ile wiem – Miszewski]

    1. W sumie, to nie wiem jakich argumentów używać. Straszyć, że to nie żart i że z powodu tej choroby w Polsce zmarło już ponad 68 tysięcy osób z jakąś koszmarnie wysoką średnią w kwietniu. Straszyć, że to choróbstwo zostawia po sobie ślady także neurologiczne? Tłumaczyć, że potrzebujemy się zaszczepić masowo, żeby to zatrzymać (a brak szczepienia, czyli brak odporności oznacza także umożliwienie mu mutowania, czyli także ryzykowanie że pojawi się jakaś inna, bardziej zajadła odmiana). Może trzeba jak w żarcie, siąść na ambicję „Ja wiedziałem, Polak, że Ty się nie zaszczepisz”… Choć to wszystko metoda kija. A może trzeba metody marchewki.
    2. Szczepienie uwalnia. Daje nadzieję na przywrócenie jakiejś formy normalności. Odzyskania tego, co przez ostatnie blisko półtora roku straciliśmy. Jest też – podobnie jak cholerna maseczka – formą wyrazu odpowiedzialności i patriotyzmu. Taki nieoczywisty patriotyzm XXI wieku.
    3. My chyba nie całkiem zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo szczęśliwymi jesteśmy ludźmi, że możemy szczepionką odpowiedzieć na chorobę i to w tak krótkim czasie i to pomimo nieudolności wszelakiej akurat naszych rządzących. Nie chodzi o to, czy wierzymy w szczepionkę czy nie. Doświadczamy dobrodziejstwa nauki i otrzymujemy ją za darmo. Może gdyby szczepionka kosztowała tyle co nowy ajfon i była dostępna tylko dla 10% populacji to byśmy o nią prosili. Ale my, przynajmniej część z nas, wie lepiej.
    4. Swoją drogą, dziś (bo coś mi się zdaje, że tygodniówka wyjdzie po północy) mamy święto Konstytucji 3. Maja (inna rzecz, dziś (kiedy piszę, czyli wczoraj kiedy czytasz) mieliśmy zdaje się flagi państwowej… I tak mi chodzi po głowie – a może trzeba odebrać symbol narodowcom. Nie, nie siłą. Ale pokazać / pokazywać im, że Polska flaga jest naszą flagą. Że nie mają wyłączności. Że patriotyzm ma nie tylko siłowe i wykluczający odmienność (poglądów) oblicze.
    5. W tym tygodniu napadła mnie też refleksja – czy chciałbym obejrzeć film o sobie. Ale nie taki, który miałby być cukierkową ekranizacją, z dobrymi aktorami, świetnymi dialogami… Raczej taki, który pokazuje jaki jestem. Możliwie obiektywnie. Czy podobałby mi się główny bohater. Czy rozumiałbym go (znaczy siebie), czy raczej, no wiesz…
    1. I tak mi jakoś po głowie chodzi taka jedna piosenka…
    1. A właśnie.. film. Bo nie wiem czy wiecie, w zeszłą niedziele były Oscary. Te takie bardzo ważne nagrody filmowe, dla których kiedyś się zarywało nocki, a teraz już się jakoś nie zarywa. No więc w każdym razie, duński film o którym wspominałem tydzień temu – „Na rauszu” – zdobył Oskara za najlepszy film zagramaniczny.
    2. W tym tygodniu odsłuchałem – i to było nieco wymagające, bo to nie jest jakoś szczególnie ciekawy w formie wywiad – rozmowy Tomasza Sekielskiego z dziennikarzem Oko.Press o polskich biznesmenach w sutannach i cokolwiek to jest jednak niesmaczne.
    1. YouTube potrafi zaskoczyć. I zachwycić. Chemią. Tu: Co wygląda jak jakaś szalona animacja:

    lub tu – z dedykacją dla tych, którzy lubią jak bawełna wybucha i płonie.:

    Lub tu, dla tych, którzy lubią jak coś zjada złoto:

    1. I w temacie złota – czy to możliwe, że cyfrowa waluta jest bardziej zasobożerna niż złoto? Wydaje się niemożliwe, ale… No tu piszą, że jest właśnie tak… A tu jeszcze więcej o tym, jak bardzo kosztowna jest ta waluta

    A dla dociekliwych jeszcze jedno źródełko;

    1. Robert polecił mi – rzuć okiem na tego gościa:

    i prawdę powiedziawszy zgłupiałem. Bo to przecież wygląda niemal jak animacja, albo film rodem z Boston Dinamics. A potem się okazało…

    1. Że ten chłopak, to Polak.

    https://www.tiktok.com/@saintfluencer i to z całkiem sporą dawką dystansu do siebie i świata. Nie to, że rzucę się dla niego na TikToka (no jednak cały czas nie) ale… może troszeczkę zaczynam kumać dlaczego ludzie tam się odnajdują.

    1. Bo czy ten gość mógłby się odnaleźć na YouTube? Mógłby. Ale tu chyba nie o to chodzi.

      Brawo Wit, zaczynasz – być może – kumać. To troszkę jak w przypadku Vine (śpij słodko aniołku). Chodzi o możliwość wyrażania się w krótkiej formie bez zobowiązań. Tzn z zobowiązaniem pewnie też można, ale chodzi o to, że TikTok nie ogranicza, a nawet wręcz zachęca do tego, żeby cały czas próbować się wymyślić na nowo. Na YouTube to nie jest tak proste – bo jednak format, bo widownia, bo dłuższa forma, bo trzeba scenariusz, montaż i takie tam.

      A TikTok to żywioł. Zabawa. Wrzutka kilkunasto sekundowa – wyjdzie – super, nie wyjdzie – nic się nie stanie, wrzuci się za chwilę następną. Trochę to też zapewne wynika ze sposobu konsumpcji – swipe, swipe, swipe. Może to to.
    2. Wspominałem o książce „Bad Food Bible” którą sobie podczytuję, i tam jest wzmianka o tym, że wiele twierdzeń które dotyczy tego, co wiemy o jedzeniu, opiera się o niesprawdzone badania rozdmuchane przez koncerny albo dziennikarzy albo ideologów tej czy innej diety. I myślę sobie – guilty as charged.

      Jako marketer (trzeba spojrzeć prawdzie w oczy) wiem, że kiedy przygotowuję jakąś komunikację, nie ma lepszej rzeczy niż choćby jedno badanie o które mogę się oprzeć, żeby wzmocnić swoją tezę. Trochę mniej interesuję się tym, na ile to jest prawda, w końcu nie jestem naukowcem tylko reklamiarzem, więc skoro „amerykańscy badacze dowodzą”, to nieważne jak dowodzą, ani skąd ten ich dowód. Nie ważne jak zrobili badanie, ważne że mam argument. Potem ten argument podlewa się odpowiednią ilością gotówki (jeśli reklamodawca ową gotówkę posiada) i już możemy przystąpić do przekłamywania rzeczywistości. Nie ma za co.
    3. A na linkedin Marcin polecił, więc się zainteresowałem tym wpisem. Cóż, zbyt często nie rozumiemy koncepcji reklamiarza aż nastąpi błysk:

    Choć musimy pamiętać także o tym, że czasem żaden błysk nie następuje (bo i koncepcja nie była najlepsiejsza).

    1. W tym tygodniu, a może od tego tygodnia zamierzam spróbować nowej rzeczy. W trosce o to, aby tygodniówka była trochę bardziej na czas, spróbuję pisać tygodniówkę przez 10 minut dziennie, codziennie. Brzmi łatwo, brzmi prosto, może się udać (choć z drugiej strony chciałem tego spróbować już tydzień temu i nie wyszło – brakuje mi widać dyscypliny). A wszystko to zainspirowane tym filmikiem:
    1. Jest jeszcze jedna rzecz której zamierzam próbować. Bo wszystko rzeczą jest nastawienia. Propozycja odpowiedzi na pytanie „jak się masz” podsłuchana w „Pivot”.

    I’ve never been better.

    I tego właśnie sobie i Tobie w nadchodzącym tygodniu życzę. Abyśmy czuli się tak, że nigdy nie było nam lepiej.

    Do przeczytania za tydzień.