Miesiąc: kwiecień 2021

  • Obywatelskie nieposłuszeństwo – Tygodniówka #17.21

    1. W tym tygodniu mnie tchnęło drugie z moich ukochanych pytań. Pierwsze brzmi „po co”, a drugie „dlaczego”. Więc – „dlaczego się ich słuchamy”. Ponieważ się na tym nie znam, to się wypowiem. Co gorzej, jak nigdy wcześniej pisząc tygodniówkę mam taką myśl – Wicie, ale… nie masz tego sprawdzonego. Nie czytałeś o tym, nie słuchałeś, po prostu się chcesz powymądrzać. Nooo… chcę. W końcu o polityce i o piłce (i medycynie… i organizacji ruchu.. i epidemii.. i edukacji… i marketingu…) zna się w naszym kraju każdy. Nie mogę być gorszy.
    2. Więc… moje pytanie brzmi „dlaczego się ich, polityków, słuchamy”. Dlaczego im pozwalamy na to, żeby tak pięknie się bawili nieswoimi zabawkami. Czymże się oni wykazali, że mają prawo meblowania nam życia. Co takiego w swoim życiu osiągnął Jarosław lub Ryszard lub Zbyszek (dla równowagi dodajmy też Włodzimierza czy Borysa, choć Ci drudzy akurat tym się różnią od tych pierwszych, że chwilowo nie mają mocy „TyTuUrządzisz” nadanej w Ikea).
    3. „Bo taka jest umowa społeczna”, „bo tak to jest urządzone”, „bo w takim się kraju urodziłeś”, „bo tak” – to wszystko bardzo fajne odpowiedzi i pewnie dla wyżej wymienionych panów są nawet i wystarczające i chcieliby, żeby tak już zostało, żeby nikt tego nie kwestionował, tylko że… to trochę jak z „dlaczego hotele muszą tyle kosztować” – zakwestionowane przez AirB’n’B.. a dlaczego tyle musi kosztować taxi? Postanowił to zweryfikować choćby Uber (choć w PL mieliśmy protoplastów w postaci „ajKarów” czy „lokoterapii”. Więc nie, to że tak było, nie oznacza, że tak być musi, ani że tak będzie. Więc, dlaczego?
    4. Bo taki jest porządek społeczny. Bo taka jest demokracja. Bo gdyby próbowali rządzić wszyscy (i do tego na raz) to byłby z tego niezły chaos. Bez rządów mielibyśmy anarchię (tylko przez chwilę, bo szybko byśmy pewnie ustalili hierarchię z pomocą szybkorękich, a krótkokarkich), a to też nikomu nie służy. Więc zdecydowaliśmy wybrać sobie posłów, aby w naszym imieniu załatwiali nasze sprawy. Faken – zapisz to – nie pamiętam, żeby jakikolwiek poseł załatwił jakąkolwiek moją sprawę, a kiedy próbował o to wnioskować mój kuzyn, to skwapliwie na list nie odpisał mu nikt. Żodyn.
    5. No dobra, ale też nie jest tak, że ja chcę wywracać stolik przy którym wszyscy siedzimy. Bo są rzeczy, których potrzebujemy. Pewnych ram. Przepisów, które regulują relacje, które porządkują rzeczy podstawowe (jak ruch na ulicy, prawo właśności), które pozwalają stworzyć struktury, które mogą służyć obywatelom (policja, służba zdrowia, straż pożarna), i bronić obywateli (wojsko). Jako społeczeństwo, zwłaszcza w długim horyzoncie, korzystamy też z tego że mamy powszechną i darmową edukację. Pewnie dobrze by było zabezpieczyć niezależność energetyczną i zrobić tak, żebyśmy mieli, albo raczej mogli mieć co jeść. I żebyśmy jeszcze mieli przedstawicieli, którzy będą mogli zadbać o to, abyśmy mieli dobre relacje z sąsiadami. Czy potrzebujemy coś jeszcze? (Na pewno potrzebujemy, tak jak napisałem, nie zrobiłem odpowiedniego researchu, pewnie nie uważałem też na lekcjach WOS).
    6. W każdym razie, mam takie wrażenie, że wybieramy sobie tych ludzi, po to, żeby nam żyło się lepiej. Żeby rzeczywistość nam pomagała, a nie utrudniała życie. Że chcemy aby ich działania wzmacniały nasz kolektyw. Bo wydawało mi się, że oni trochę jakby od tego są. Ale chyba tylko mi się wydawało.
    7. Bo u nas to jakby jest postawione na głowie. Niby mamy demokrację, ale w wydaniu nowoczesnym, tzn większość okłada pałką wszystkich, kogo tylko zechce, bo może, a kiedy tylko okaże się, że pałka się zacina, to jest to oczywiście wina mniejszości. Nie chodzi też o to, żeby lepiej żyło się obywatelom, tylko krewnym i znajomym władzy (bo władza, przynajmniej póki trzyma się przy korycie, musi być skromna, jak – nie przymierzając – polscy biskupi – szaty złote, a skromne). I, jak każda władza, chce więcej władzy. Tym razem akurat, bez hamulców.
    8. Więc wrócę do postawionego pytania. Dlaczego im na to pozwalamy? I jak długo im będziemy na to pozwalać? Bo mam wrażenie zapomnieliśmy trochę, o co w tej grze chodzi i ktoś na tym korzysta. Się bogaci i się świetnie bawi, przykrywając swoją nieudolność i brak własnych kompetencji chamstwem i bezczelnością. A my nie tylko za to płacimy już, ale jeszcze przyjdzie nam za to grubo zapłacić. Bo z państwem jednak trochę jak z firmą, jak się ma dobrą kadrę zarządzającą, to i łatwiej konkurować na rynku i ludzie się rozwijają i perspektywy się jakieś rysują korzystne. A jak szefostwo niedomaga, do prędzej czy później szczęście i sytuacja rynkowa przestaje sprzyjać, kredyty przyjdzie spłacić i inwestycje ostatecznie realizować..
    9. W temacie szefostwa i sprawczości, pamiętając o tym, co pisał Kahneman i Tversky, że to wszystko często dużo bardziej rzecz szczęścia a nie umiejętności, to tu znajdziesz ciekawy artykuł o tym, czy Intel może się jednak odrodzić pod nowym zarządzającym i czy może powtórzyć historię Apple, po tym, jak wrócił do firmy Jobs. Bo jednak może chodzić o coś więcej, niż robienie kiepskich reklam, które próbują „pocisnąć” Mac’om.
    10. I jeszcze w temacie szefostwa… cholernie ciężko jest motywować ludzi. Może potrafił to Jobs, może potrafił to Jordan Belfort (Wilk z Wallstreet), ale… choć w paru spotkaniach motywacyjnych uczestniczyłem, i choć nie usłyszałem Gierkowego „to co, pomożecie?”, to okrutnie trudno jest odwrócić statek, który już ma obrany kurs. Wymaga to nie lada charyzmy i trzeba umieć porwać ludzi, a tego nie sposób się nauczyć. Więc zmiana u steru, a statek często jak płynął, tak płynie.
    11. Ostatnio nie mogę skończyć napoczętych książek, więc na wszelki wypadek rozpocząłem kolejną. Bad Food Bible, czyli rzecz o tym, dlaczego rzeczy, które wydaje nam się że wiemy o jedzeniu, nie są zawsze prawdziwe. Przy czym wiem, liczą się książki przeczytane, a nie te napoczęte.
    12. Wróciłem też na TT i zrezygnowałem z FB. Obie decyzje sobie chwalę. I polecam. Na TT trafiłem między innymi wątek

    i choć sam wiem, że w końcu dokończę książkę „Priceless”, to jest to dobry punkt zaczepienia tego tematu.

    1. Trafiłem też na wątek, w którym autor pokazuje, jak wykorzystać CSS (który zwykle odpowiada za to jak zachowują się poszczególne elementy na stronie www) do tworzenia różnych mniej lub bardziej pogmatwanych kształtów. Bardzo ładnie się pan przechwala.
    1. I jeszcze, skoro jestem na TT to jest rzut oka w kosmos, i proszę – oto Pluto
    1. Wracając na ziemię. Do Polski konkretnie, to czasem jeden obraz, to nie tylko tysiąc słów, ale także blisko 120 lat średnich temperatur. Może jak zobaczymy, to uwierzymy?
    1. I jeszcze jedno znalezisko (zobaczysko) z liqkedina? I tez ładnie obrazujące kwestię tego czy „przepraszam” wystarczy. Pamiętam słowa jednego ze swoich szefów – Wit, pamiętaj, rób tak, żeby nie musieć przepraszać. Bo tu ładnie pokazane jest, jak to z tym przepraszam jest:

    Czyżby zatem TikTok się czasem przydawał?

    1. A jeśli chodzi o piłkę (tę na której się wszyscy znają), to mam wrażenie, że Wisła Kraków ostatnio gra w piłkę tak, jak ja w szachy. Znaczy w zasadzie na ślepo. I nie chodzi o to, że to wina trenera, czy prezesów, to po prostu słabi zawodnicy są. A ich największą przewiną jest to, że grają w klubie, który w świadomości kibiców własnych i cudzych, ma grać piękną piłkę. Choć to przecież klub, który od mniej więcej trzech sezonów walczy jednak przede wszystkim o to, by przetrwać.
    2. A jak mi idzie w te szachy? no… Właśnie tak jak Wiśle w ekstraklasie. Dużo obrywam, czasem przegrywam, czasem remisuję – głównie z równie początkującymi lebiodami lebiegami co ja. Czyli jak Wisłę, chwilowo stać mnie co najwyżej na remis z Cracovią. Co niestety nie świadczy dobrze ani o Wiśle, ani o Cracovii, ani o mnie.
    3. Bo lebioda to roślina. Chwast, który jest polską komosą ryżową. Podobno. Tak mówi wujek googiel. Wujek wie, co mówi. Albo wie, co mu powiedzą.
    4. Ponieważ ostatnio dużo wiecej chodzę, bo chodzę z czworonogiem, to zauważam też (ponieważ czworonóg ma włączony tryb „odkurzam ulicę ze wszystkiego co się nadaje i nie nadaje do odkurzania”, że jesteśmy strasznymi śmieciarzami. I to cholernie leniwymi. Nawet do najbliższego śmietnika nie chce nam się śmieci własnych wyrzucać.
  • Zanim rzucę ręcznik – Tygodniówka #16.21

    1. Słyszałem o tym, że regularny wysiłek fizyczny prowadzi do takich zmian w organizmie, że w pewnym momencie, kiedy przychodzi pora ćwiczenia (i nie ma znaczenia czy to jest siłka, czy basen, czy bieganie), to nie-ma-to-tamto, nie-ma-że-boli albo że-mi-się-nie-chce, trzeba się ruszyć i poćwiczyć, bo organizm się domaga. To mogą być endorfiny, to może być dopamina, to może być nałóg. Jakby się nie nazywało, działa tak, że trzeba się poruszać i już.
    2. Niestety, tylko o tym słyszałem. Mój organizm jeszcze mi nigdy tak nie zrobił (a mój organizm potrafi mi zrobić różne dziwne rzeczy). Choć może też być tak, że ja nie umiem dobrze swojego organizmu wyczuć, bo mimo wszystko mam na „sumieniu” 1207 treningów conajmniej 7 minutowych w ostatnich 1210 dniach. I w pewnym momencie to już nie jest czy mi się chce czy nie, tylko jest to nieodłączny punkt programu. Co prawda z małymi wyjątkami, ale jednak.
    3. Mam też namiastkę tego uczucia w taki wieczór jak dziś. Bo z jednej strony, mam ochotę rzucić ręcznikiem i nie napisać tygodniówki (będąc przerażonym jakie to będzie niosło ze sobą konsekwencje, lub tego, że niemal nikt tego nie zauważy, więc i konsekwencji w zasadzie mieć nie będzie). A z drugiej… czuję, że jak nie siądę i nie napiszę, to będzie mi z tym cholera źle. Tym bardziej, że do północy jest jeszcze chwila. Więc siadam i piszę do Ciebie mój list, swoją tygodniówkę.
    4. Nie pamiętam już kto to napisał, ale odnosząc się do pisania tekstów na swojego bloga wspomniał – staram się pisać tak, żeby moje teksty były niezależne od czasu. Chodziło o to, żeby to co ma do pokazania było zrozumiałe niezależnie od tego, kiedy dany tekst będzie czytany, żeby nie musiał tłumaczyć czytelnikowi kontekstu, okoliczności. Podoba mi się to podejście.. nie tyle ponadczasowość ile umiejętność zrozumienia co jest i będzie ważne i przetrwa…
    5. Niemniej jednak są takie sytuacje, które budzą emocje, nawet jeśli trwają tylko sekundkę, czy godzinę, czy dzień. Niezmiennie smuci mnie to co w naszym kraju wyprawia nasza władza, obrzydza mnie do jakich ruchów skłonna jest sięgnąć, totalny niesmak budzi to, jakich ludzi stawia na piedestał i jak wiele jest w stanie swoich rzekomych ideałów poświęcić, byle tylko swoje doraźne cele osiągnąć. Jest takie jedno ujęcie, które w tym tygodniu jest dla mnie synonimem ohydztwa.
    1. I tak sobie myślę – bo tu przecież nie chodzi o samego Bodnara – jeżeli władza jest w stanie popełnić dowolne plugastwo byle tylko upokorzyć przedstawiciela i rzecznika swoich obywateli, który śmie mieć inne niż władza zdanie, to jak zwykły obywatel – nie mający za sobą żadnego urzędu, ani wielkich pieniędzy, ani wiedzy prawniczej będzie mógł sobie w ewentualnym starciu z tą władzą radzić…
    2. Równocześnie patrząc na to, jak sobie władza poczyna i jak w tym obozie wszystko trzeszczy i jaki fetor zaczyna się zewsząd unosić, mając w świadomości że „pycha kroczy przed porażką”, chciałbym mieć do rzeczonej porażki małą prośbę. Czy mogła by się pani pofatygować nieco szybciej? Tu ludzie czekają na powrót normalności.
    3. I pomyśleć, że ten „spektakl” który mieliśmy między wtorkiem a czwartkiem już przeszedł do stanu zapomnianego i stanu niebytu. Ot kolejny niusik. Naprawdę się nie zorientujemy, kiedy odbiorą nam wolność. Gdzieś w nocy z niedzieli na poniedziałek (bo w innych godzinach się nie da) prezes coś chlapnie, premier uchwali, marszałek zwoła, prezydent podpisze i obudzimy się w nowej rzeczywistości. Przepraszam, w Nowym Ładzie.
    4. Inna rzecz, ta nasza rzeczywistość w dobie niusików. W dobie „news cycle”, gdzie o wszystkim decydują umiejętności zarządzania uwagą, odwracania jej albo skupiania tam, gdzie chcemy. Nie, to nie jest nowa rzecz, mam wrażenie że to już dość dobrze było ogrywane w serialu „West Wing”, a to serial przecież z poprzedniej epoki (powstawał w latach 1999 – 2006). I to zdobywanie uwagi muszą umieć nie tylko politycy, ale także marketerzy.
    5. Są marketerzy, którzy unią w reklamę. W ładny obrazek, ładne copy. W 15-30 sekund materiału, w dobrą muzykę. W trafiony billboard. Podlane budżetem trafia, albo zalewa i robi, albo nie robi roboty. Ale są marketerzy, którzy o tym wszystkim myślą ciut inaczej. Nie robią reklamy, ale tematy do rozmowy. Zdaje się, ze mistrzem tego rodzaju marketingu był Richard Branson, ale pierwszym przypadkiem jaki ja świadomie zaobserwowałem, był skok Baumgartnera

    który oglądało się z wypiekami na twarzy.

    I tu dochodzimy do ciekawego artykułu będącego studium przypadku RedBulla, który nawet nie produkuje napoju, który sprzedaje, drugie źródełko tutaj;

    1. Chyba w ten właśnie sposób postanowili o swoim kraju opowiedzieć Egipcjanie:

    I nie jestem pewien, czy im wyszło, bo… ten kraj to (o ile pamiętam) trochę inaczej wygląda. Z drugiej strony, nie chodzi o to, jak co wygląda, a jak się to sprzedaje. To przecież o to chodziło w polskiej Mabenie. Tak przecież Paryż stał się miastem zakochanych, a Nowy Jork miastem wielkich możliwości. Wszystko wynika z opowieści i z obrazka. Więc może jednak im się udało? Ale jeśli im się udało, to czemu my nie umiemy?

    1. Zawsze byłem wyznawcą samodzielności. Wydawało mi się, że tego się uczymy, że tego się od nas wymaga, że powinniśmy i możemy tego wymagać od innych. Że o człowieku świadczy w dużej mierze to, co potrafi sam zrobić. I jeśli potrafi sam, to powinien. A przecież równocześnie dobra drużyna jest silniejsza niż suma umiejętności poszczególnych zawodników. Gdzieś jest granica, której nie umiem nazwać, kiedy trzeba przestać się bawić w Zosię Samosię i oddać rzeczy do zrobienia zawodowcom. Trochę jak Redbull – nie musisz wcale robić napoju, wystarczy że umiesz go sprzedać. Wniosek – naprawdę nie musisz wszystkiego robić sam.
    2. No chyba, że jesteś zdolny. Kiedyś miałem pomysł, żeby kupić resoraka i zrobić mu zdjęcie z tak bliska, żeby sprawiał wrażenie „pełnowymiarowego” samochodu. Chyba nawet i spróbowałem i okazało się, że to dużo trudniejsze niż się spodziewałem. Ale ostatnio Paweł robi dokładnie to, i jemu cholera to jakoś wychodzi. No ładnie mu wychodzi.

    Więcej do zobaczenia na Instagramie Pawła. Zdolna bestia z tego Pawła.

    1. Więc mówisz, że masz gorszy dzień? No cóż.. to poznaj historię człowieka, który stracił 20 miliardów dolarów w dwa dni. Szybko poszło, rzekłbym.
    2. Muszę coś zmienić. Albo wrócę na Twittera, albo zacznę więcej czytać, albo muszę mieć oczy szerzej otwarte, żeby Tygodniówki były ciekawsze. Żeby pozostawiały mniej do życzenia (a mi zostawiają niestety). Żebym nie zaczynał w piątek wieczorem bać się niedzielnego poranka ze świadomością „nie wiem o czym napisać”. Bo naprawdę często nie wiem. Może za mało czytam… może taki jest efekt właśnie nie bycia na TT (jakoś Instagrama mi nie żal). Może powinienem spróbować teraz pożegnać się z FB (zostając na Messengerze). Może tylko przez tydzień… Chyba spróbuję – zamienię FB na TT.
    3. Od kilku tygodni mój czas mocno jest zorganizowany przez psa. Jak nie pójdę z nim na spacer, to będę miał w domu kałuże. Jak nie pójdę z nim na spacer i nie wybiegam, to będę miał w domu nad aktywnego psa, który rozniesie domostwo. Także… priorytety. Ale też pies i spacery oznacza słuchanie podcastów (Raport o stanie świata, Pivot, Freakonomics, Polityka insight). Brakowało mi tego.
    4. Elementem obowiązkowym każdego spaceru jest obwąchiwanie się z innymi psami i jakoś tak się dziwnie składa, że większość spotykanych czworonogów ma gdzieś miedzy 6 a 11 miesięcy. Przypadek? Raczej namacalny efekt zwiększonego wolumenu zapytać „szczeniak” w Google.
    5. No i jeszcze szachy… gram po kilka partii dziennie. Przez większość tygodnia grałem na Lichess, od kilku dni na Chess.com, ale o ile jeszcze początek tygodnia był pod znakiem serii zwycięstw (i dojścia na Lichess do poziomu powyżej 1300 ELO – niski stan średni), tak od paru dni regularnie zbieram łomot. Co prawda określam to jako płacenie frycowego, ale… no już widziałem jakieś małe jaskółki zwiastujące, że jednak coś zaczynam na szachownicy widzieć. Ale ten etap zdaje się wciąż jeszcze przede mną. Stay tuned.
    6. Ponieważ to ostatni miesiąc kiedy składamy nasze roczne zeznania podatkowe, niezmiennie przypominam: jeśli jeszcze nie wiesz komu przekazać swój 1% podatku, przekaż go proszę na pomoc Iwonie Englert-Woźniak .

    Dane do PIT’a:
    Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko”
    KRS: 0000186434
    Cel szczegółowy: 23/E Iwona Englert-Woźniak

    Cóż… wychodzi na to, że i tym razem udało się ręcznika nie rzucić… choć mam też wrażenie, że jedynie próbuję oszukać przeznaczenie. Z drugiej strony… coś być musi do cholery za zakrętem.

    Ilustracją do wpisu jest zdjęcie autorstwa Ruben Mishchuk z serwisu Unsplash

  • Są takie momenty – Tygodniówka #15.21

    1. Są takie wydarzenia, które zapamiętujemy niemal jak Stopklatkę i nawet po wielu latach jesteśmy w stanie odtworzyć (albo przynajmniej tak nam się wydaje) dość dużo szczegółów (a może raczej więcej szczegółów niż w przypadku innych wspomnień). Czasem pamiętamy jaki to był dzień tygodnia, czasem jesteśmy wstanie przywołać jakieś detale, których inne momenty w naszej pamięci są pozbawione.
    2. Takim momentem był atak na wieże WTC z 11 września (byłem w malutkiej wiosce Biała w puszczy Noteckiej, a te wydarzenia śledziliśmy na telewizorze zdaje się marki Rubin). Również dość dobrze pamiętam gdzie dowiedziałem się śmierci Papieża Jana Pawła II (pamiętam że to było kino, choć za nic sobie nie przypomnę na czym byłem… pamiętam natomiast, że byłem mocno zdziwiony, że informacje tę podała nam obsługa zaraz po seansie, a równocześnie samego seansu nie przerwano).
    3. Nie, to nie są moje jedyne wspomnienia. Ale chciałem odnieść się do tych, bo zapewne jest duże prawdopodobieństwo że Ty także dobrze wiesz, gdzie dowiedziałaś / dowiedziałeś się o tych właśnie sytuacjach. Dokładnie tak jak zapewne pamiętasz co robiłaś / robiłeś rankiem 10 kwietnia 2010 roku.
    4. Już wtedy nie miałem złudzeń, że to może być moment łączący dla polskiej polityki, polskiego społeczeństwa, choć równocześnie spodziewałem się tego, że to będzie moment mocno naszą historię definiujący. Fascynujące jest natomiast to, jak bardzo nasz świat podzielił, choć nie dzieliły nas fakty, a raczej tych faktów interpretacje. Interpretacje właśnie, bo fakty mają to do siebie, tu pozwolę sobie na cytat z Mistrza i Małgorzaty

    Fakty, to najbardziej uparta rzecz pod słońcem.

    Mistrz i Małgorzata, Michaił Bułhakow
    1. Niestety – naszą rzeczywistością, nasze poglądy definiują interpretacje, opowieści. Fascynujące jest to, że można przez 11 lat opowiadać „że już niedługo obnażymy wszystkie nieprawidłowości, wskażemy, skażemy i ukarzemy (język polski mnie czasem absolutnie zachwyca) zdrajców którzy podnieśli rękę na życie naszych bohaterów”. I co? I nic. A przypomnę tylko, że w zasadzie nikt już nie może stać na drodze do rozwiązania tej sprawy, bo od 5 lat pełnię władzy w naszym kraju pełni jedynie słuszna partia Prawa i Sprawiedliwości (w której mam wrażenie, ani prawa ani sprawiedliwości nie uświadczymy). Czyżby jedynym powodem dla którego nie udaje się potwierdzić żadnej z wersji „zamachowych” jest to, że tego zamachu po prostu nie było?
    2. Wszystkim gorąco polecam anatomię katastrofy Smoleńskiej która niestety krok po kroku obnaża przyczyny koszmarnego wypadku w Smoleńsku, pokazując równocześnie, że był to efekt w zasadzie systemowych zaniechań i polskiego przekonania że „mamy na to patent”. Nie ma tam krzty polityki. Są tylko zestawione ze sobą informacje prezentujące co prowadziło krok po kroku do tragedii.
    3. Na kanale braci Sekielskich można zobaczyć też interpretację polityczną wydarzeń i niektóre fragmenty są zwyczajnie nieprawdopodobne, a równocześnie mnóstwo ludzi w to nadal wierzy. Jest to dla mnie niepojęte.
    1. Inna rzecz, to naprawdę dobra wieść dla wszelkiej maści marketerów i szarlatanów bez skrupułów. Skoro masy ludzi kupują bezczelny bełkot i teorie Macierewicza, to czemu ktoś niemiałby kupić ich bełkotu i ich produktu. Może to rzeczywiście tylko i wyłącznie kwestia przyzwoitości…
    2. Znów jestem na etapie czytania kilku książek rownocześnie (to się nie może dobrze skończyć, a na pewno nie skończy się szybko). Próbuję dowiedzieć się tego, jak pracować z moim psem, i czytam już o tym kolejną książkę… Mój główny problem polega chyba na braku cierpliwości i zaufania. Zaufania, że to co robię i to jak to robię, da efekt jakiego oczekuję. Bo ja bym chciał żeby to było już, bo boję się, czy aby błędy które popełniam, a popełniam je na bank, nie zniweczą wszystkich starań psa, aby mnie zrozumieć. Innymi słowy, brakuje mi pewności, że to co i jak robię, da efekt jakiego oczekuję. Ale muszę to robić, bo bez tego pies mi się rozbisurmani… Więc czytam kolejną książkę.
    3. Czytam też i próbuję zrozumieć dlaczego Mistrz i Małgorzata to arcydzieło. I nie chodzi o to, że – tu cytując lub parafrazując Gombrowicza – jak mam mówić, że zachwyca, kiedy nie zachwyca, ile że.. nie zachwyca tak, jakbym chciał by zachwycało (Wit i jego nieprzystające do rzeczywistości oczekiwania – o tym będzie jeszcze słówko). Równocześnie czytam, czekając cierpliwie na przysłowiowe pier… na przysłowiowe (tu poloniści rwą włosy z głów bo takich przysłów nie ma) Wow.
    4. Choć jedno małe „wow” było, ale akurat w tym fragmencie, który rzekomo – zdaniem krytyków – Mistrzowi Bułhakowi nie wyszło, czyli obrazoburczy wątek Piłata, Jeszui i Mateusza Lewity, a mianowicie spostrzeżenie – a co jeśli wszystko, co jest podstawą naszej wiary i naszego kościoła jest oparte o zapiski, które wcale nie musiały być tak dosłowne, jak byśmy tego oczekiwali…
    5. Taki mały przerywnik, wypatrzone na linkedin:
    1. Wreszcie czytam też historię Władimira Putina i jego wpływ na współczesną Rosję i prawdę powiedziawszy jest to lektura cokolwiek przerażająca. Ilość niezwykłych i brutalnych wydarzeń, w które wpleciony jest (a może sam go wplatał) życiorys Putina i przeraża i poraża. A jeszcze nawet 1/3 książki nie przeczytałem.
    2. Czas na przerywnik, bo się zrobiło nie tak, jakbym chciał. Popatrz, tu facet pcha balona. Ito jak
    1. Zawsze mi się wydawało że perfekcjonizm jest domeną ludzi doskonałych. Doskonałych w rozumieniu pracowitych i zdolnych. Że tacy ludzie uwielbiają pieczołowicie doskonalić szczególiki aby powstawało coś idealnego. No bo co się stanie, kiedy na (niezdiagnozowany) perfekcjonizm zachoruje człowiek nie dość zdolny i nie dość pracowity.. Taki Wit powiedzmy. Powstanie (głównie w Wicie, bo z perspektywy świata to bez znaczenia) przede wszystkim permanentne niezadowolenie z osiąganej niedoskonałości.
    2. Jest taki słynny (bo wykorzystany w reklamie) cytat z Jordana
    3. I’ve missed more than 9000 shots in my career. I’ve lost almost 300 games. 26 times, I’ve been trusted to take the game winning shot and missed. I’ve failed over and over and over again in my life. And that is why I succeed.Michael Jordan

      I myślę sobie… Wiesz Michael, z całym szacunkiem, nobody cares, czego nie trafiłeś. Nikogo nie interesuje cmentarzysko Twoich porażek. Tzn tak, spoko, fajnie, że jesteś (trochę) człowiekiem, ale istotą jest to co „dowozisz”, a nie to, czego nie dowiozłeś.

      Wit, kumasz? Zmień perspektywę. Nie chodzi o wszystko to, co Ci się nie udało i czego nie zrobiłeś, ale wszystko to, co ostatecznie udało się zrealizować i zamknąć.

    4. Mówi się, że dzieci to najtrudniejszy widz dla iluzjonisty, bo iluzja sprowadza się do oszukiwania naszych przekonań i przeświadczeń, a jakim klientem jest dziecko dla barmana?
    1. Niedaleko pada… no właśnie. Kto pada niedaleko od barmana? Są takie filmy, które z jednej strony bardzo chcę zobaczyć, a z drugiej strony, bardzo się ich boję. Uwielbiam na przykład Leaving Las Vegas, ale za każdym razem wpadam w mocną fazę po tym filmie. Jak już na pewno wspominałem, nie odważyłem się nigdy obejrzeń „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, chociaż absolutnie oczarował mnie zwiastun, ale kiedy kupiłem sobie wersję rozszerzoną na DVD (dla bardzo młodszych czytelników to takie małe srebrne naleśniki które się kiedyś wkładało do komputera, dla bardzo starszych czytelników, to takie srebrne winyle) i puściłem sobie materiały dodatkowe, to poskładało mnie tak, że nie miałem śmiałości puścić filmu właściwego. Coś czuję że zjechałbym pod fotel, prawie jak na Pręgach.
    2. No i coś mi się zdaje, że przede mną kolejny film który będzie kusił by po niego sięgnąć…
    1. Tak mi się przypomniało… Mads Mikkelsen.. ależ by z Ciebie był dobry wiedźmin.
    1. Wracając do procentów, bardzo dobry (choć już nie pierwszej młodości) monolog Craiga Fergusona o alkoholu (przy okazji spostrzeżenie, jak trudno jest publiczności która przyszła się bawić i śmiać zrozumieć, że „teraz będziemy rozmawiać poważnie”):

    I od razu podrzucę znakomity TEDx Waldemara Kasty o tym, co wiemy o nałogach.

    1. Od czasu do czasu przychodzi mi do głowy myśl – a może powinienem zmienić aparat, którym robię zdjęcia? Bo… tak, lubię je robić, ale on sobie waży.. zwłaszcza jak dołożę do niego szkiełko, a zwłaszcza teleobiektyw… To trochę komplikuje. Ale wtedy okazuje się, że zawsze najlepszym aparatem jest ten, który mamy pod ręką. A te, które mamy pod ręką, pozwalają robić takie zdjęcia.

    No ale wiewiórki czy dzięcioła to komórką nie ustrzelę. Ani nie dorzucę.

    1. Także… coś mi się zdaje, że może jednak zamiast kupować nowy aparat, powinienem kupić wypasiony telefon z aparatem… kurczę… Ale jeśli ktoś by miał nadmiar gotówki, zaufanie do dziwnych inwestycji i wielki apetyt na iście kosmiczne wakacje, to już teraz, za bagatelka 5 milionów dolarów może sobie wykupić miejscówkę w kosmicznym hotelu za 6 lat.

    Noo… nie powiem. Robi wrażenie. I coś mi chyba przypomina. Nie, nie tylko koło (w szczególności zębate).

    1. Trafiła mi się na FB taka oto historia…
    https://www.facebook.com/agata.romaniuk.589/posts/10225055182942145

    I mam z niej oto takie dwie lekcje:

    po pierwsze, czytajcie regulaminy, nigdy nie wiesz na czym się potkniesz

    po drugie – nawet najlepszy regulamin nie poradzi na polską pomysłowość

    1. Coś drgnęło w temacie newsletter.pl; Przy czym zaznaczę – nieśmiało drgnęło. Popełniłem pierwsze opisy (Bullets.news i Chartr), troszeczkę też o samych newsletterach piszę (o tym że je lubię i o tym jakie newslettery można spotkać w swojej skrzynce). Wiem, wiem… malutko. Wiem, wiem, wersja robocza. Ale.. myślę sobie.. krok po kroczku może z tego lepianka wyjdzie.
    2. Równocześnie… spieszcie się czytać newslettery, niektóre niestety „się kończą”. I to smutne tym bardziej, kiedy kończą się te wartościowe, te, na które się czeka. Żeby było paskudniej, okazało się, że Michał, autor Bullet.News (tak, tego właśnie newslettera który opisałem), rzucił ręcznikiem. Cholernie szkoda… na całe szczęście, na Bullet.news jest ponad 600 ciekawie podsumowanych badań naukowych. Kurczę, będzie mi tego źródła brakowało.
    3. A miałem też wspomnieć o jednym z badań, które zostały tam właśnie przytoczone, o tym, że powinniśmy kończyć konwersację szybciej, niż nam się wydaje. Nie umiemy tego robić, nie umiemy odczytać dobrze potrzeb naszych rozmówców i naprawdę rzadko udaje nam się to zrobić we właściwym czasie. To co, będę powoli kończył?
    4. Tylko pamiętaj, już jutro poniedziałek i niektórym będzie pod górkę. Bądźmy życzliwi i lubmy ludziom dobrze. Jeśli nie przytuleniem, to chociaż kawą…
    1. Jeszcze tylko słówko o królewskiej grze. Wspominałem, że oglądam szachy. Wspominałem, że próbuję rozwiązywać szachowe zagadki i grać w szachy z komputerem. Nie wydawało mi się możliwe, że mógłbym zacząć grać w szachy w sieci, a… jednak. Ćwiczę się na razie w grach typu Rapid (10 minut dla gracza) i… coś tam sobie wygrywam. Rozegrałem 35 partii rankingowych i połowę (-1 remis) z nich wygrałem. O mamo jak to wciąga. Dość powiedzieć, że te 35 partii rozegrałem od.. wczoraj. I mam ochotę na kolejne.. może tak jedną partyjkę jeszcze przed snem… Gdybyś tylko miała/miał ochotę, to jestem dostępny na lichess.org pod nickiem (zaskakującym) WitN. To co, zagramy?
    2. Ponieważ to ostatni miesiąc kiedy składamy nasze roczne zeznania podatkowe, niezmiennie przypominam: jeśli jeszcze nie wiesz komu przekazać swój 1% podatku, przekaż go proszę na pomoc Iwonie Englert-Woźniak .

    Dane do PIT’a:
    Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko”
    KRS: 0000186434
    Cel szczegółowy: 23/E Iwona Englert-Woźniak

    Cholera… nie wiem jak to możliwe, że kiedyś wysyłałem tygodniówki w piątek. Jak do tego wrócić.. no jak?

  • Bardzo nieidealna tygodniówka #14.21

    Idealna tygodniówka to taka, która pisze się niemal sama. Od początku do końca, w dobrym równym rytmie. Słowa układają się w zdania, zdania w akapity, akapity w całość. Czasem popełniam taką tygodniówkę, ale to nie jest ten przypadek. Co więcej, tym razem tygodniówka będzie inna, i nie w punktach.

    Zacznijmy od tego, że tygodniówkę pisze z myślą i chęcią podzielenia się tym co mam w głowie, z kimś mi bliskim. Może nie przyjacielem, ale dobrym kumplem, kolegą. Staram się ująć w tych tekstach to, co jest dla mnie ważne, ale też w sposób, który jest dla mnie ważny, albo który chciałbym zaszczepić / spróbować. Dlatego też czasem zwracając się wprost do czytelnika, sięgam po końcówki żeńskie, a nie męskie, żeby pokazać jak to brzmi, jak to dla nas jest nieoczywiste, a jest nieoczywiste tylko dlatego, że nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni.

    Tygodniówka jest próbą wyważenia dwóch rzeczy – z jednej strony chęcią podzielenia się znaleziskami, z drugiej znalezienie szacunku dla Twojego, czytelniczko / czytelniku czasu. I dzisiaj trochę o czasie będzie.

    To są rzeczy, o których kiedyś nie myślałem, potem włączyło mi się spostrzeżenie, że czas, to najcenniejsza waluta (co swoją drogą miało też część drugą – Czas, to pieniądz, uważaj na kieszonkowców, i trzecią czas to pieniądz, nie rozmieniaj się na drobne i nawet czwartą mój czas to pieniądz, a czas innych?).

    Minęło kilka lat i w mojej głowie pojawia się tez pytanie „czy coś po sobie zostawię”, „czy zdążę”, „czy to w ogóle jest mi pisane”, „jak to jest że niektórzy coś po sobie zostawiają” i czy to „zostawianie” jest cokolwiek warte. Ale te pytania sprawiają, że powoli zmienia się moje podejście. Nawet jeśli nie widać tego już teraz natychmiast w działaniach, to zmienia się w świadomości. Trochę tak, jakbym przymierzał się do tego, by zadawać sobie pytanie „na ile chcę w to wchodzić”, „na ile chcę się właśnie w to angażować”. Przypominać sobie o tym, że mogę powiedzieć nie.

    Cały urok nie polega w mówieniu „nie” tylko w sprawach wielkiej wagi, także warto od czasu do czasu zastanowić się nad tym, czy naprawdę chcę robić, to co robię teraz. Oglądać ten film, czytać tę książkę, jeść ten posiłek, scrollować ten serwis internetowy, oglądać ten mecz (za każdym razem kiedy oglądam ekstraklasę uświadamiam sobie, że jestem masochistą). Mnóstwo rzeczy robimy na autopilocie, trochę bez świadomości tego co robimy, po prostu robimy bo zawsze robiliśmy. A to za każdym razem jest nasz wybór (z którego często ochoczo rezygnujemy).

    Powodem do tego, aby znowu ten wątek poruszać był ten wpis o tym, dlaczego autor celowo czyni skontaktowanie się z nim trudnym. Cholernie go polecam, w szczególności kiedy popatrzymy na to, jak krok po kroku autor rozpisuje na co poświęca swój czas.

    Jasne, że to jest jakiś zarys, i pewne mocne uproszczenie, ale… spójrzmy prawdzie w oczy, doba ma tyle godzin ile ma i wycisnąć z niej możemy tylko tyle. Jasne, możemy krócej spać (co jest głupim pomysłem – przede wszystkim zdrowotnie, zarówno krótko jak i długo terminowo) ale nawet gdybyśmy tu skubnęli godzinę albo dwie, to – na co ją poświęcimy. Można by mniej czasu poświęcać na zakupy czy jedzenie (taki był mój wyjściowy odruch) ale to też determinuje co jemy (i znowu, kwestia zdrowia). Możemy z czegoś zrezygnować – z przytulania, albo z seksu, albo ćwiczeń – ale znowu – to nie jest dobry pomysł.

    Więc po co to wszystko piszę? Troszkę po to, żeby Ci to uświadomić, żeby Ci podpowiedzieć – to jest Twoje życie. Masz na nie cholerny wpływ. Ty decydujesz o tym, o co walczysz, o co zabiegasz. Co jest Twoim planem, co jest Twoim działaniem. Komu ma na tym zależeć, jeśli nie Tobie? I jak zawsze – masz niewielki wpływ na to, co już się wydarzyło. Ale masz totalny wpływ na to, co wydarzy się jutro. A jeśli się nie uda? To będziesz mieć kolejną szansę pojutrze. A potem kolejną za dwa dni. Nic nie zostało zdecydowane. Nic nie jest zapisane w gwiazdach. I nic nie jest aż tak daleko, by było nieosiągalne. Wymaga tylko obrania odpowiedniego kursu popartego odpowiednimi działaniami. Twoja chęć, Twój plan, Twoje działania, Twoja satysfakcja. Zdobywana dzień po dniu. Brzmi jakby było cholernie warto. Czekej.. czy ja już tego gdzieś nie pisałem? Może to była potęga chcę. Zjadam swój własny ogon.

    To czego ja bym chciał się nauczyć z tego przytoczonego wpisu, to „Deep Work”. I nie ogarnę od razu czterech godzin. To niestety nie na moją głowę (która jest tak totalnie porozbijana na tysiące głupot, że głowa mała). Ale chcę spróbować małymi kroczkami. Może zacznę od godziny. Skupienia, wyłączenia się. Ćwiczenia. Z czasem chce dodawać kolejne cegiełki.

    I muszę pomyśleć nad planowaniem, bo coś się trochę zaciąłem. Co prawda nadal stosuję wykminione rozwiązanie w Notion (działa najlepiej z tego co poznałem) ale… brakuje mi opcji wypisywania tego odręcznie.. cholernie bym chciał to jakoś połączyć.. muszę pokminić. A tu podpowiedź poświęcona bullet journalingowi w delikatnie humorystycznym ujęciu:

    Będzie jeszcze słówko o Wielkanocy. Smutne słówko, bo w tych tegorocznych okolicznościach przyrody totalnie tych świat nie czuję. Pomijając już to, że Wielkanoc ma się nijak klimatem do Bożego Narodzenia (i ja wiem, że w kościele katolickim Wielkanoc >> BN, ale klimatem tego nie ogarnęliście). Przy czym nie chodzi mi o to, że w tym roku świąt nie czuję, rzecz w tym, że mi z tym trochę źle.

    Nie powinno mi to przeszkadzać. Coraz śmielej myślę o sobie nie tylko jako „wierzący niepraktykujący”, ale raczej w kierunku „jeszcze zachowujący resztkę wiary agnostyk„; Ta resztka to „na początku był stwórca” ale religię to sobie jednak dorobili ludzie. Więc co mnie obchodzi brak świątecznego klimatu…?

    A jednak obchodzi. Tym bardziej, że podziwiam (i trochę im zazdroszczę) ludzi silnych w wierze. I zastanawiam się, czy rezygnując z tego, nie odbieram pewnych ważnych emocji mojemu synowi… z drugiej strony pozwalam sobie wierzyć, że jeśli poczuję tę potrzebę, jeśli zacznie zadawać sobie ważne pytania i sam odkryje wiarę, to dzięki tej (samo)świadomości, będzie mu łatwiej i będzie to cenniejsze.

    Przy okazji trafiłem na stronę nieodległej parafii i tam trafiłem na taki komunikat:

    Nie sądziłem że do takich czasów dożyję, że kościół katolicki w Polsce będzie się musiał otwierać na nowych, aktywnie pozyskiwać wiernych… Widziałem chyba takie rzeczy w amerykańskich filmach, ale w Polsce? Wychodzi na to, że wieloletni love brand musi jednak zacząć się bawić w marketing, bo klienteli ubywa… Witamy w XXI wieku.

    A skoro już w XXI wieku jesteśmy, to pokażę Ci / przypomnę Ci jeszcze kiedy ostatnim razem ludzkość wygrywała z komputerami w królewską grę. Ale tym razem ta potyczka zostanie okraszona komentarzem, dzięki czemu ten pojedynek może będzie dla Ciebie bardziej zrozumiały. Może był już wtedy, ja go skumałem ciut lepiej dopiero teraz.

    Ponieważ to ostatni miesiąc kiedy składamy nasze roczne zeznania podatkowe, niezmiennie przypominam: jeśli jeszcze nie wiesz komu przekazać swój 1% podatku, przekaż go proszę na pomoc Iwonie Englert-Woźniak .

    Dane do PIT’a:
    Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko”
    KRS: 0000186434
    Cel szczegółowy: 23/E Iwona Englert-Woźniak

    Tak, wiem, chciałem i miałem wysłać tygodniówkę w sobotę, a wyszła znowu walka z czasem aby wysłać ją przed północą… Kolejną próbę podejmę już za tydzień, teraz się cieszę że tygodniówka się jednak dokonała (trochę zaczynałem wątpić).

    Ilustracją wpisu jest zdjęcie autorstwa ÉMILE SÉGUIN 🇨🇦 z serwisu Unsplash