Kategoria: O Internecie, reklamie, komunikacji

Wpisy poświęcone komunikacji – tej internetowej, tej telewizyjnej, tej międzyludzkiej. O tym, co zwróciło moją uwagę lub o tym, co moim zdaniem wymaga drobnego wyjaśnienia / rozwinięcia.

Znajdziesz tu garść spostrzeżeń o Facebooku, Social mediach, spamerach (czemu muszą być spryciarzami) a także o tym, jaka reklama mnie zachwyciła.

  • Internet – terra nova na horyzoncie?

    Niecodzienny.net znów nadaje – choć niewykluczone, że tylko przez chwilę

    Dziś o tym, że przed naszymi oczami Internet, jaki znamy, zmienia się – i to nie do poznania. Patrzymy, nie do końca widząc, co się dzieje, a zmienia się nie jego treść, ale to, jak z niego korzystamy. To z kolei niesie ze sobą poważne konsekwencje dla wszystkich zaangażowanych w Internet stron.

    Internet, jakim go poznawaliśmy, to World Wide Web. Czy zatem może istnieć Internet bez przeglądarki? Bez wyszukiwarki? Bez stron WWW? Bez sklepów internetowych? Bez Black Friday? Moim zdaniem… wcale niewykluczone, a może nawet całkie, prawdopodobne.

    Tym bardziej, że LLM-y są przedsmakiem tego, że niedługo będziemy z Internetem gadać zupełnie inaczej – i wszyscy będziemy musieli się tego uczyć. De nuevo.

    Jeszcze kilka miesięcy, no może rok temu, Internet wydawał mi się światem dobrze rozpoznanym i rozumianym. Światem, w którym wiedziałem, jak się poruszać i który był dla mnie mniej więcej przewidywalny.

    Wiedziałem, gdzie patrzeć, jak szukać. Wypracowany został dość jasny model biznesowy i coraz więcej ludzi wiedziało, jak się po Internecie odnaleźć biznesowo. Nie, nie wszystko w tym online świecie mi się podobało, nie wszystko było bezpieczne, ale ten świat był znany, oswojony.

    Internet jest z nami dziesiątki lat (tak, jesteśmy tak starzy) i już wiemy, czego unikać, wiemy, czego się spodziewać, wiemy, gdzie czyhają zagrożenia, a gdzie są obszary – jak choćby 4chan, Wykop czy jebzdzidy – których nie odwiedzasz, bo wiesz, że nie zrozumiesz.

    Upraszczając 30-letnią historię Internetu jako narzędzia, które skurczyło nam świat: najpierw pojawił się mail, potem pojawiły się grupy dyskusyjne, strony internetowe, przeglądarki, katalogi i wyszukiwarki. To wszystko było jak pierwotna dżungla (do poczytania kto posprząta w stajni Augiasza), w której niby wszystko było, ale wcale nie było łatwo się w niej odnaleźć.

    Wtem pojawił się Google i zaczęły się nowe porządki, a co więcej – okazało się, że na Internecie można zarobić naprawdę duże pieniądze i to w relatywnie niedługim czasie.

    Internet stał się ważną tkanką naszego świata. Miejscem informacji, rozrywki, nauki, komunikacji. Internet był super. Ludzie nauczyli się dzięki niemu zarabiać, tworzyć. Nigdy wcześniej w historii nie było tylu ludzi żyjących tak dobrze i to wyłącznie z „tworzenia”. W oparciu o Internet powstawały coraz bardziej szalone projekty biznesowe.

    W tym miejscu muszę się sam powstrzymywać, aby nie najechać ogródka social mediów z kolejną porcją kamyczków, ale… pozwól proszę, że tu postawię gwiazdkę, aby do tego wątku wrócić, bo choć ważny, to jednak nieco odrębny, więc… może w tej kwestii pojawię się w Twojej skrzynce za tydzień.

    Wracając… w ostatniej dekadzie Internet przestał być zdominowany przez PC-ty. Stał się częścią naszych kieszeni, sypialni i nadgarstków. Dotychczas każda dokładana cegiełka była raczej ewolucyjna. Może zmieniały się ekrany i/lub urządzenia, ale nie zmieniała się koncepcja stojąca za tym, jak z Internetu korzystamy. Równocześnie – karmiliśmy bestię i teraz bestia pozmienia nam świat.

    To zabrzmiało fatalistycznie, żeby nie powiedzieć apokaliptycznie, a że nie taki był zamysł, nawet jeśli podtrzymuję każde słowo w tym zdaniu, ale jednak… to nie tak, jak myślisz, kotku. Niech się wytłumaczę.

    Nie mam pojęcia, czy dostępna nam AI jest dobra, czy zła. Trochę jest za wcześnie, by to ocenić (nawet jeśli niedługo może być, lub wręcz już jest, za późno, aby to odkręcić). Zmiany się dzieją i one już wpływają na to, czym Internet jest, a wydaje mi się, że idzie naprawdę gruba zmiana, która poprzestawia poukładane, dobrze znane i lubiane klocki.

    LLM-y przyspieszyły dwie kwestie: tworzenie treści i tworzenie oprogramowania. I to ma konsekwencje.

    Jak dotychczas korzystaliśmy z Internetu?

    Chcąc się czegoś dowiedzieć, korzystaliśmy z Google i wierzyliśmy (a trochę zostaliśmy tego nauczeni), że algorytmy wyszukiwarki dostarczą nam treść, która nas interesuje. Siłą Google’a było to, że robił to dobrze i było to powtarzalne narzędzie z powtarzalnymi błędami. Jeśli nie dostaliśmy odpowiedzi na zadane pytanie, zmienialiśmy pytanie, nie wyszukiwarkę (no bo na jaką? Na Binga?). Tym sposobem Google dzielił (środki z reklam) i rządził (tym, co widzisz, w co klikasz).

    Ważną częścią tego ekosystemu była treść. Założenie było takie, że dostarczając do Internetu dobrą treść – taką, którą Google będzie wysoko cenił – pojawisz się wyżej na stronie z wynikami, co z kolei wprost przełoży się (może się przełożyć) na Twoje zarobki, co jest doskonałym incentive, żebyś dalej wkładał wysiłek w dostarczanie wysokiej jakości treści.

    Na chwilę pozostańmy w świecie idei i przyjmijmy, że ten związek działał: dobra treść dawała wyższą pozycję, ponieważ, niosąc korzyść dla użytkowników, wzmacnialiśmy jakość usługi oferowanej przez Google.

    Jeszcze do niedawna miało znaczenie, czy będziesz miał jeden, czy sto dobrych tekstów, ale… już jakiś czas temu, dzięki wzmożonej pracy rozmaitych SEO-twórców, ten mechanizm zaczął kuleć, a teraz, w dobie niemal darmowych narzędzi generujących treść, niedługo się potknie (żeby nie powiedzieć dosadniej), bo przestanie być wiarygodnym i pomocnym narzędziem.

    Z jednej strony to zmartwienie Google (i nie będę tu ronił żadnej łzy), ale równocześnie to trochę kłopot dla tych, którzy dotychczas treści do Internetu tworzyli, a za które my płacić nie chcieliśmy (zerknij w Internet, tu wszystko jest za darmo), więc finansował to ktoś inny. No cóż… Jeśli Google się zepsuje, to ludzi znajdujących treść w ten sposób będzie mniej, przez co zarabiający w ten sposób będą mniej zarabiać, przez co będą mniej tworzyć, przez co my będziemy mniej korzystać. Ten wąż, co zjada własny ogon, to się Uroboros chyba nazywa.

    Co się zmienia?

    Oprócz tego, że zmienia się Google, to jeszcze wjechały nam LLM-y, które zmieniają nasze zachowanie. Google umiał odpowiadać na pytania „co” i „jak”. LLM-y (w tym Google Answers) udają, że potrafią odpowiedzieć także na pytanie „dlaczego” i udają, że lepiej rozumieją, o co pytamy. Może i rozumieją. Kłopot w tym, że my tego nie weryfikujemy. A im trudniejsze zadajemy pytanie, tym bardziej ufamy w odpowiedź, którą otrzymujemy.

    Ich problemem jest to, że o ile Google mówił: „ja wiem, kto ma odpowiedź”, o tyle LLM mówi: „a ja wiem!”. A jeśli przyłapiesz go na kłamstwie lub halucynacji, to on mówi: „sorry, taki już mój urok”. No… tu będziemy mieli trust issues, co z kolei może sprawić, że od tego narzędzia się odwrócimy. Ale to jeszcze nie jest clue całej zabawy.

    Bo LLM-y zmieniają naszą interakcję z Internetem. To już nie jest miejsce, w którym chcemy przeglądać, odkrywać i poznawać. To jest miejsce, od którego chcemy odpowiedzi i rozwiązań. Nie „pokaż mi, jak wybrać najlepsze buty do biegania, ja się tego nauczę, powędruję po dziesięciu sklepach online i wybiorę”, tylko „powiedz mi, które mam kupić”, a może nawet już niedługo „kup dla mnie”. Brzmi jak fikcja? A jak często, jadąc w miejsce, którego nie znasz, oddajesz decyzyjność w ręce nawigacji, zamiast samemu wyznaczać trasę?

    Pierwsze strony internetowe tworzono z pasji i chęci podzielenia się swoją wiedzą. Potem tworzyliśmy dla ludzi, którzy mogli pomóc nam na tym zarobić, potem – dla Google, który umiał ocenić, czego chcą ludzie. Teraz zaczniemy – a może zostaniemy zmuszeni – tworzyć treści pod LLM-y, aby w ogóle mieć szansę bycia znalezionym.

    Na razie kombinujemy jak wpiąć możliwości, jakie przyniosły LLM-y w istniejący ekosystem Internetu. Tworzymy nakładki, nowe wersje starych narzędzi, coraz bardziej śmiałe wsparcie. Zachęcamy do korzystania z agentów i sprawdzenia ich nowych supermocy. Wydaje mi się, że to jest próba optymalizacji świecy, a my jesteśmy przededniu odkrycia żarówki.

    Widzę opcję, w której przestaniemy (już przestajemy) odwiedzać i odkrywać nowe serwisy internetowe, bo wszystkie nasze potrzeby zaspokoi LLM albo nasz prywatny asystent AI, który w naszym imieniu będzie rozwiązywał to, do czego dotychczas używaliśmy przeglądarki i wyszukiwarki. Na razie to wszystko jest jeszcze pokraczne i nieudolne: gubią się konteksty, brakuje pełnego rozumienia, o co chodzi, ale… eksperymenty trwają, rozwiązania powstają i powstaną takie, które zaczną być wartościowym wsparciem – takim mini-Jarvisem.

    Będziemy je wpuszczać bardzo blisko naszego życia, a to byty, które nigdy nie zapominają i rozumieją nas dużo lepiej niż terapeuta z 20-letnim stażem po dziesięciu latach rozmów z nami. Ciekawe, czy wpuszczając je tak blisko naszej prywatności, będziemy jednak skłonni za to rozwiązanie zapłacić, aby służyło nam, czy jednak przemożna chęć posiadania wszystkiego za darmo przeważy i oddamy nasze dusze…

    Wspomniałem, że LLM-y przyspieszają tworzenie treści, ale i oprogramowania. Teraz pisać może każdy. Tak jak smartfony stworzyły świat aplikacji, tak LLM-y otwierają tę furtkę jeszcze szerzej, więc dużo łatwiej jest kombinować, jak takiego „wszechasystenta od spraw wszelakich” stworzyć.

    Wieszczę koniec Internetu, jaki znamy, i… to jest nic nowego. Tak jak wyginęły książki telefoniczne i wyginęły gazety codzienne (no bo kiedy ostatnio widziałeś kogoś z gazetą w ręce?), tak taki sam los spotka przeglądarki i nasze poznawanie świata.

    Nie będziemy przeglądać Internetu; nie jestem pewien, czy będziemy samodzielnie kupować w Internecie. Zmieni się to, jak się uczymy z pomocą Internetu. Nie mam pojęcia, jak zmieni się czerpanie informacji – w końcu przejdziemy od „wszyscy mamy ten sam Internet” do „wszyscy mamy Internet dostosowany do naszych zainteresowań i zachowań”, do „wszyscy mamy swoją relację z Internetem”.

    My go przestaniemy scrollować, my zaczniemy z nim rozmawiać.

    A to będzie dopiero początek.

  • Czas to pieniądz – uważaj na kieszonkowców

    Pisałem o tym, że czas jest walutą, która zyskuje na wartości. Im szybciej żyjemy, im więcej jest podmiotów, które chciałyby na nas zarobić, tym cenniejszy nasz czas się staje. Na moje oko powinniśmy nauczyć się nim obracać dokładnie tak samo, jak to robimy ze złotówkami czy dolarami… no dobra, to może nie jest najlepsze porównanie, biorąc pod uwagę naszą świadomość zarządzania pieniędzmi. W każdym razie, zachęcam, aby się nad tym zastanowić.

    Myślałem, żeby temu tematowi były poświęcone dwie notki – o tym kto nam czas kradnie i o tym, żebyśmy unikali tego, aby się na drobne rozmieniać. Tylko że choć widzę granicę między tymi dwoma wątkami, to jest ona płynna. Kiedy próbuję wyjąć jeden z nich, coś mi kuleje i ciężko mi te elementy pozbierać w sensowną całość. Z drugiej strony, próba spisania tego „na raz” jest za długa. Więc zostaje mi rozbicie tego na części.

    (więcej…)

  • Życie bez telewizji

    Kiedy byłem małym chłopcem (hej!) byłem telemaniakiem. Ale takim całkowicie zafascynowanym małym ekranem. Jeśli o kimś był film „smacznego telewizorku” – to właśnie o mnie. Czytałem „Teletydzień” zanim czytałem „Kaczora Donalda”. Takie właśnie miałem grzechy młodości;-) Przynajmniej o takich gotów jestem pisać. 

    Dwa lata temu kupowałem telewizor. Taki ładny, taki płaski, taki duży. Długo go wybierałem. Kilka dni po zakupie zdecydowałem się na abonament w telewizji cyfrowej, żeby się telewizor nie marnował. Ale gdy umowa miała się ku końcowi, zupełnie nie było we mnie woli, aby ją przedłużać. Wisienką na torcie byli jeszcze konsultanci, którzy trzykrotnie dzwoniąc przeprowadzali ze mną taką mniej więcej rozmowę:

    – A co by Pana przekonało, aby przedłużyć umowę?
    – Nie wiem, skoro pan do mnie dzwoni, niech pan próbuje
    – Aha… to życzę miłego dnia.

    No cóż, Wilka z Wallstreet nie widzieli, nikt im o sprzedawaniu piór nie mówił. Albo ja nie mam szczęścia do konsultantów. Bo że konsultanci szczęśćia do mnie nie mają, to zupełnie inna rzecz. 

    (więcej…)

  • Dlaczego w Polsce nie ma dobrych reklam?

    No to wcinam się miedzy wódkę i zakąskę. A do tego jeszcze pcham się, żeby obcięło mi palce przy stole gdzie siedzą dorośli. Pomyślałem sobie, żeby odnieść się do tekstów Wojtka Michalaka, Dlaczego w Polsce nie powstają dobre reklamy, i nawiązującego do niego tekstu Pawła Loedla, Napraw polską reklamę, proszę u którego znajdziecie jeszcze więcej cennych linków. Więc niniejszym to czynię, czyli wcinam się.

    Dobra wiadomość jest taka, że panowie mnie nie czytają, ja się z linkami nie wypuszczam, więc wszyscy będą żyć długo, szczęśliwie i nieświadomie;-)

    Zatem… dlaczego w Polsce nie ma dobrych reklam? A dlaczego miałyby być? Od kiedy polska myśl techniczna, artystyczna, kreacyjna jest zachwycająca? Zachwycająca w całej swej rozciągłości i masie? Kiedy ostatnio masowo produkowaliśmy genialne książki, fantastyczne seriale, wiekopomne filmy? Dlaczego w kraju, w którym książek się nie czyta, filmy się piraci a za pracę w agencjach płaci się raczej dyskretnie, miałyby powstawać świetne reklamy? (więcej…)

  • Czego nie blokuje adblock?

    Od jakiegoś czasu natrafiam na komentarze wydawców internetowych (choćby tu) że korzystanie z adblocków to zwyczajne świństwo i praktyka nieuczciwa. Chyba nawet spotkałem się z porównaniem do kradzieży. Dzisiaj trafiłem na taką odpowiedź w kontekście wiary w to, że korzystanie adblocka poprawia jakość treści w Internecie:

    – Jest to rozumowanie z gruntu błędne, ponieważ to głównie z wpływów reklamowych wydawcy finansują kreację nowych, wartościowych treści o charakterze informacyjnym, edukacyjnym czy rozrywkowym – tłumaczy Robert Wielgo, członek zarządu Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.

    Jak dodaje, to czytelny sygnał, że podejmowane przez IAB Polska inicjatywy informacyjne i edukacyjne powinny być kierowane nie tylko do branży i reklamodawców, ale także do ogółu użytkowników Internetu.

    (więcej…)

  • Bełkot marketing

    Jeśli masz styczność z marketingiem internetowym, na pewno wiesz, że content is the king. Różnie z tym contentem bywa, ale stawiam złotówki przeciw orzechom, że niezależnie od tego, czy masz do czynienia z niszowym produktem, rozwijasz swoją markę osobistą, czy opiekujesz się bytem o międzynarodowym zasięgu, już kilkukrotnie powiedziano Ci, że content marketing jest niemal idealną odpowiedzią na wszystkie Twoje zmartwienia i problemy. Poza tym, bez niego, ani rusz. Bo – argumentują – ludzie Cię kupią, jeśli będziesz odpowiedzią na ich potrzeby i pytania. A gdzie homo internetus zadaje prawie wszystkie swoje pytania?

    (więcej…)

  • Jak żyć w tym Social Media, jak żyć? [Wpis bardzo archiwalny]

    Każdy, kto pisze ma pewnie swoje archiwum, w którym zbiera także te teksty, które światła dziennego nie ujrzały. To jeden z moich. Pisany w październiku 2011 roku, czyli gdzieś pomiędzy ponad cztery lata temu a prawie pięć lat temu. Popełniony z myślą o Mediafun Magazynie, choć Mediafun o tym wcale wiedzieć nie musiał, w każdym razie Piotr powiedział – to jest ciekawa marketingowo sytuacja, dzieje się dużo, napisz, ja ich znam, podrzucę, może opublikują po znajomości (po znajomości zawsze łatwiej).
    Napisałem, ale nie opublikowali. Nie wiem czy Piotr uznał że nie warto słać dalej, czy znajomi uznali, że nie ma tu jednak tego czegoś. A może nie wyszedł już żaden kolejny numer magazynu… W każdym razie – publikacja się nie wydarzyła. Ja z kolei, z jakiegoś powodu uznałem, że u siebie tego publikować nie będę, bo… no wydało mi się to nie na miejscu. Ale skoro już jeden coming outowy tekst popełniłem, to czemu nie wykorzystać i tej staroci.. Ciekawe czy jest w niej jeszcze choć trochę merytoryki…

    (więcej…)

  • Dlaczego zadaję tyle pytań?

    To będzie wpis chyba nieco ekspiacyjny. Może nawet delikatnie „coming outowy”. To także wpis co sobie sezonował, bo pierwszy raz w mojej głowie pojawił się rok temu. Teraz dojrzał, by go w słowa ubrać.

    Mam taką, zdaje się niejednokrotnie potwornie irytującą, manierę zadawania pytań. I w pracy, i w domu, i poza domem. Co gorsza, zwykle jest tak, że na jednym pytaniu się nie kończy, a najlepsza nawet odpowiedź zazwyczaj nie gwarantuje, że przestanę drążyć. Raczej im lepsza odpowiedź, tym większą mam ochotę pytać dalej. Co więcej, czasem pytam nawet wtedy, gdy kolejne pytania nic nie wnoszą. Pytam także wtedy, gdy znam odpowiedź (albo wydaje mi się, że znam odpowiedź).
    (więcej…)

  • Zaprzyjaźnij się z dwiema wirtualnymi walutami

    Są takie waluty w Internecie, które możesz wydawać bez żadnych kosztów, czy wysiłków. Nic Cię nie kosztują, a mogą wiele zdziałać (choć prawdę powiedziawszy, wiele materialnego za nie nie kupisz). Wbrew pozorom nie są one pochodną Eurogąbek i mają większe znaczenie, niż lajki na fejsie. Nie mają takiej siły zakupowej, jak bitcoiny, ale powinnaś / powinieneś o nich wiedzieć. I z nich korzystać. Czemu? Bo śmiem twierdzić, że mogą przynieść dużo dobrego.

    (więcej…)

  • A czy Ty weryfikujesz informacje, którymi się dzielisz?

    Od ponad dekady żyjemy w XXI wieku. Ta dekada upływa pod znakiem informacji. Nie pamiętamy (a coraz większa część z nas nie zna) świata bez Internetu, bez wszechobecnych telefonów komórkowych, bez wszechwiedzy dostępnej na wyciągnięcie ręki. Wszyscy wiemy, jak z niej korzystać. Już nie potrzebujemy gromadzić wiedzy, nie potrzebujemy zapamiętywać faktów czy reguł, nie potrzebujemy uczyć się tabliczki mnożenia. Być może już niedługo nie będziemy potrzebowali się nawet uczyć języka, bo albo usługa tłumaczeń „over the air” będzie – jak Internet – szybka, wygodna i wszechdostępna. Zapewne wkrótce ktoś sprytny znajdzie sposób na to, aby zacząć się komunikować na poziomie myśli, a nie słów i wtedy też będzie (przynajmniej pozornie) prościej.

    Czy XXI wiek oprócz przynoszenia tak wielu ułatwień i udogodnień, przyniósł nam jakieś nowe wyzwania?

    Blisko cztery lata temu pisałem o tym, ze Internet stał się współczesną stajnią Augiasza. Mamy tu przeładowany teatr rozmaitości, targ na którym znajdziesz wszystko. I o ile wtedy skupiałem się na tym, że dobrze by było ten targ uporządkować, o tyle tym razem mam wrażenie, że trochę problematyczne jest to „wszystko”. Bo wszystko, niestety nie oznacza wszystkiego co dobre. A raczej oznacza jedynie „wszystko co dobre”, w tym zbiorze znajdziemy też wszystko co głupie, śmieszne, straszne ale też wszystko co błędne. Błędne przypadkiem, lub błędne celowo. (więcej…)