Kategoria: O książkach, filmach, serialach

Czytam książki, oglądam filmy, chłonę seriale. Wychodzę z założenia, że nie ma sensu tracić czasu na złą rozrywkę – złe filmy, złe książki, złe seriale (chyba że chodzi o The Following, to tak zły serial, że nie mogę się od niego oderwać).

Aby więc inni czasu nie tracili, staram się podzielić swoją opinią i rekomendować to, co sam uważam za dobre. Albo zwrócić uwagę jak coś jest naprawdę bardzo złe. Bardzo, bardzo złe. Wtedy ostrzegam. Chyba że chodzi o The Following, wtedy jest to tak złe, że nawet go polecam*).

*Taka moja prywatna zemsta.

  • Po południu i Czas gniewu

    Co widzimy, kiedy patrzymy na polityków? Czego od nich oczekujemy? Marzą nam się zapewne ludzie, chcący coś zmienić, coś osiągnąć, coś stworzyć. Walczący o jakąś ideę, sprawę, o ludzi… Jesteśmy ich – polityków – świadomi. Łatwiej nam wymienić nazwiska współczesnych polityków, niż współczesnych dramatopisarzy, albo malarzy. Wdarli się do naszej świadomości, uzurpując sobie prawo do krzyczenia „jesteśmy ważni, tworzymy Twój świat, dzięki nam możesz się rozwijać”… Chyba raczej na przekór Wam.

    A gdyby tak postawić tezę – polska polityka jest miałka. Polska polscy politycy są mali i bez znaczenia. Puszą się, krzyczą, ale nic nie mogą, niewiele potrafią, niczego nie zmieniają. Nie są postaciami powieści dziejów, są jej statystami. Wszystko co o nich wiemy, to jak ich rozumiemy, to jak ich czytamy i jak ważni nam się wydają, wynika ze telewizyjnego szkiełka powiększającego. Które – jak każde szkiełko powiększające – zniekształca. I nie powiększa obserwowanego obiektu trwale, a jedynie ulotnie.
    (więcej…)

  • Dla kogo jest „Zaufanie, czyli waluta przyszłości” – nowa książka Michała Szafrańskiego

    Pamietam, że kiedy czytałem pierwszą książkę Michała, miałem co i rusz myśl, że muszę czytać szybciej, aby móc z czystym sumieniem mówić o niej znajomym – bo lubię wiedzieć o czym mówię i co polecam. Tak jak wtedy, tak teraz uważam, że to Finansowy Ninja to lektura obowiązkowa dla każdego. Natomiast będąc świeżo po przeczytaniu „Zaufanie, czyli waluta przyszłości” mam zgryz, dla kogo ta książka jest i kto musi się z nią zapoznać.

    „Zaufanie…” czyta się szybko, ale to chyba przecież znak rozpoznawczy autora – w sumie można się tego właśnie spodziewać po autorze poczytnego bloga;-) Do przeczytania książki wystarczyła w zasadzie kolejowa podróż z Poznania do Krakowa… I za to też #kochamPKP 😉

    Czym jest „Zaufanie czyli waluta przyszłości

    Zacząłem się zastanawiać, jak dobrze określić to, co przeczytałem. Najlepszym porównaniem jakie znalazłem jest: to rozbudowana historia, jaką mógłbym pobieżnie poznać w jednym z rozdziałów „Niskobudżetowy startup” Chrisa Guillebeau, o którym zresztą Szafrański wspomina. Czyli raczej autobiografia, trochę studium przypadku, za to mniej podręcznik, czy instruktaż. Kolejny dowód na to, że w życiu opłaca się być przedsiębiorczym i że trzeba umieć wychodzić poza strefę komfortu i wygody, bo tam czekają konfitury. Może nie na wszystkich, może nie jest to spacer do spiżarni, ale są i czekają na odważnych, zaradnych, pracowitych i zuchwałych 😉

    Zachodzę w głowę, czy po lekturze wiem o autorze więcej, niż wiedziałem wcześniej. Wydaje mi się, że nie, ale wynika to przede wszystkim z tego, że jestem sporadycznym czytelnikiem jego bloga i dość uważnym słuchaczem podcastu WNOP, więc wiele tez czy opowieści zawartych w „Zaufaniu…” już znałem.

    Kto najwięcej skorzysta z książki?

    Czy to problem? Nie. Ale… prawdę powiedziawszy po zachwytach jakie widziałem w sieci, spodziewałem się książki równie uniwersalnej co Finansowy Ninja, książki dla każdego, którą moim zdaniem niestety nie jest. Jest za to grono ludzi, którzy powinni się z tym zapoznać i podzieliłbym je na dwie grupy:

    1. Blogerzy, którzy chcą się blogowaniem zająć na poważnie. Określenie „bloger” jest tu wytrychem, bo mam na myśli każdego, kto chce żyć i zarabiać z samodzielnego tworzenia treści wszelakiej do Internetu. Ludziom, którzy powinni zrozumieć, że nie ma drogi na skróty, i że warto postawić na wartość. Że to waluta, która wcześniej czy później zacznie zdobywać na wartości, aż ostatecznie stanie się bezcenna. Że ważniejsi są odbiorcy i treść, a nie SEO. Że warto rozumieć jak co działa, ale nie wierzyć w magiczne rozwiązania. Że warto mieć swój pomysł na pozyskiwanie partnerów i rozumieć, że to partnerzy a nie dojne krowy i ich interes też jest ważny. Przy okazji opowieść Michała jest też dowodem, że wszyscy twórcy mają wątpliwości, a to, że ktoś jest „skazany na sukces” widać dopiero z perspektywy sukcesu, a nie drogi do niej. Tym, którzy szukają drogi na skróty z tej książki nic się nie przyda.

    2. Marketerzy, którzy chcą zrozumieć co jest ważne aby prowadzić wartościowe współprace z influencerami i że „wartościowe” są dopiero wtedy, kiedy są korzyścią dla klienta, blogera i czytelników. Dlatego warto poświęcić czas na dobór Internetowego twórcy i wspólne _wymyślenie_ formatu. „Zaufanie…” daje dowody na to, że partnerska forma współpracy sprawdza się lepiej, niż poszukiwanie kolejnej przestrzeni, na której można zawiesić swoje logo czy baner reklamowy.

    Dodatkową wartością dla obu powyższych grup będzie to, że mają to zebrane w jednym miejscu i nie potrzebują szukać, a potem wczytać się / wsłuchać się w archiwalne materiały Michała.

    A co jest najważniejsze dla mnie w „Zaufaniu..”?

    Z książki mocno wybrzmiewa jeszcze jedna myśl i którą chciałbym abyśmy masowo stosowali. Jeśli jest ktoś, kogo słowa lub treści wpłynęły na Ciebie – powiedz mu / jej o tym, bo wcale nie musi o tym wiedzieć, a może to być niezbędne paliwo do dalszego tworzenia treści, z których być może Ty, a być może ktoś inny skorzysta. I nie ma znaczenia, czy ten ktoś pisze do dziesiątek czy do milionów osób – Twoja wiadomość ma moc przekazania pozytywnej energii 😉

    Dla mnie książka jest pretekstem do tego, żeby zrobić sobie mały rachunek nie tylko blogowego sumienia. Spodziewam się, że wyjdę z tego dość poobijany, a najgorsze jest to, że nie wiem czy będę umiał się zastosować do wniosków… Przy czym… może być jak z prysznicami – nie zawsze trzeba robić tylko to, co milusie.

  • Aorta, Krew

    Ostatnio, ku memu autorozczarowaniu, rzadziej sięgałem po książki. Bez żadnego dobrego ani jakiegokolwiek innego wytłumaczenia. Były okazje, były sposobności i były też dziesiątki innych sposobów na to, jak spędzić czas. Często mało efektowne, częściej mało efektywne. Nie lubię tak spędzanego czasu, ale cierpliwie czekałem, aż wróci chęć sięgnięcia po coś do czytania.

    Do rytmu czytania najłatwiej wraca się od rzeczy lżejszych. W tej roli świetnie się sprawdzają kryminały, które jak już wspominałem i jak można na liście moich lektur zobaczyć, lubię. Jedyny problem z czytaniem dużej ilości powieści o policjantach i złodziejach jest to, że człowiek staje się wybredny. Wiele sztuczek już zna, wiele przypuszcza, często przewiduje kiedy spodziewać się zwrotu akcji, trudniej go zaskoczyć. Niektórym autorom się to udaje świetnie, innym trochę gorzej.

    O książkach Bartosza Szczygielskiego przeczytałem na twitterze, gdzie były gorąco polecane przez czytelniczkę. Ufam rekomendacjom, nawet tych ludzi, z którymi spotkałem się jedynie pobieżnie w sieci. Zaufałem, skusiłem się, kupiłem i… książki na mnie długo czekały na wirtualnej półce czytnika.

    Książki, jak serial

    Kiedy się wreszcie do nich przekonałem, okazało się, że… fabuła ciekawa, choć w moim odczuciu trochę naciągana (ale w stopniu akceptowalnym i zrozumiałym – musiało być trochę ponaciągane, żeby była to historia warta opowieści). Równocześnie mam kłopot żeby dobrze tą książkę ocenić bo… to w moich oczach średniak. Czyta się z przyjemnością (a o to przecież chodzi) a równocześnie jest kilku innych autorów, których poleciłbym w pierwszej kolejności i to bez większego zastanawiania się nad tym zagadnieniem. Przy czym, tak Krew jak i Aorta są lepsze od niejednej pozycji i niejednego autora, którzy są dostępni na rynku. No i zgryz. Jak się do tego odnieść.

    Wymyśliłem sobie taki wytrych. „Aorta” i „Krew” są na tyle dobrze napisane, mają na tyle ciekawie zaznaczonych bohaterów, że zapewne sięgnę po kolejne części (a nos podpowiada, ze przynajmniej dwie części – prequel i kontynuacja – się pojawią), tylko że nie będę tych części wypatrywał z wypiekami na twarzy. Autor nie otwiera oczu czytelnikowi, nie objaśnia świata, nie zmusza to refleksji, ale funduje na tyle solidną rozrywkę, że jeszcze się poczytamy – czego nie mogę np. napisać o Remigiuszu Mrozie czy Jean Edith „Camilli” Läckberg, od prozy których zamierzam trzymać się z daleka, po tym jak miałem okazję się z ich twórczością zmierzyć.

    Czy po Krew lub Aortę warto sięgnąć? Tak, ale to absolutnie nie jest pozycja obowiązkowa. Nie trzeba się jej wystrzegać, ale nie czytając ich, niewiele się traci. Mniej więcej tyle, co nie oglądając niezłego, ale nie topowego serialu na Netflixie.

  • Mleko i miód

    Raz na czas zdarza mi się sytuacja, kiedy czytając jakąś książkę, wiem na długo przed tym jak skończę ją czytać, że muszę, absolutnie muszę posłać ją dalej. Tak było w przypadku Marsjanina, Finansowego Ninja czy O tyranii. Dziś kolejna taka pozycja, choć z zupełnie innego gatunku i krajobrazu.

    Mleko i miód. Pozornie proste, białe wiersze, pisane przez kobietę, o kobiecym postrzeganiu świata, dla innych kobiet. Zwiewne, lekkie, treściwe. Zjawiskowe. Porywające. Nie biorące jeńców.

    Do tego się wraca…

    Choć książkę miałem w rękach ledwie parę godzin, zdążyłem – w nieustającym zachwycie – przeczytać ją od deski do deski trzy razy i wiem trzy następujące rzeczy.

    Po pierwsze, to nie będą ostatnie razy czytania tych wierszy.
    Po drugie, będę tę książkę rekomendował i prezentował zdecydowanie zbyt często i zbyt gęsto. Ale to jest absolutnie doskonała rzecz.
    Po trzecie… to książka, którą warto mieć w papierze. Mówię to jako zwolennik kindle’a, ale tym razem… tym razem doświadczenie trzymania i wertowania książki jest tak cenne, że istotą jest mieć ją wydaną w papierze.

    Każdej czytelniczce gorąco polecam tę pozycję. Z czytelnikami… będę postępował ciut ostrożniej. My samce nie chętnie chcemy okazywać wrażliwość na cudzą intymność, nie bardzo lubimy, kiedy ktoś czyta i spisuje nasze myśli, emocje i obawy.

  • Włam się do mózgu

    Skusiłem się na drugą, po Finansowym Ninja książkę napisaną i wydana przez blogera. Tym razem padło na książkę Radka Kotarskiego „Włam się do mózgu”, która ma porządkować wiedzę z zakresu uczenia się.

    Zanim jednak o samej książce, dwa słowa o kontekście, czyli do czego potrzebna nam książka o uczeniu się, skoro większość z nas spędziła swoje młode lata w podstawówce, gimnazjum (to się ne vrati), liceum a potem może i na studiach.

    Skoro więc tak długo się uczyliśmy (kilkanaście lat) to może już uczyć się umiemy i czytanie kolejnej książki to tylko strata czasu?

    Komu służy szkoła

    Zastanawialiście się kiedyś czemu i komu ma służyć szkoła i cały proces edukacyjny? Dlaczego jest poukładana tak, a nie inaczej, dlaczego prowadzone są takie a nie inne przedmioty? Przeszło Wam przez myśl pytanie kto ma być owocem (a może produktem) szkoły jako usługi?

    Kiedy byłem ciutkę młodszy myślałem sobie, że edukacja jest poukładana w taki a nie inny sposób, aby ciągnąć rozwijać społeczeństwo. Aby każdy kolejny rocznik stawał się silną, wyspecjalizowaną armią Państwa w zmaganiach jakie stoją przed nami w przyszłości. Im lepsza edukacja, im mądrzejsza edukacja, tym mądrzejsi ludzie, którzy z niech wychodzą, tym mocniejsze społeczeństwo, tym jaśniejsza przyszłość. Owocem takiej szkoły jest mądry i świadomy obywatel, który dokłada swoją cegiełkę w rozwoju. Brzmi pięknie. Dlatego to bzdura.

    Szkoła nie uczy. Nie przygotowuje. Nie skupia się na rozwoju. Skupia się na formacie i wypuszcza w świat osobniki zgodne z jakimś szymelem. Władza nie potrzebuje za mądrych ludzi, bo to zagrożenie. Firmy nie potrzebują za mądrych ludzi, bo to dla nich konkurencja. Banki nie potrzebują za mądrych ludzi, bo na takich ludziach trudno się zarabia. Może dlatego szkoła nie daje narzędzi, które będą nam potrzebne w przyszłości.

    Szkoła nie uczy nic o finansach. Szkoła nie uczy nic o uczeniu się. Szkoła nie uczy nic o zdrowym żywieniu. Szkoła nie uczy nawet nic o ruchu. To wszystko nie jest wiedzą tajemną, ale niewiele się o tym w szkole nauczymy.

    Wracając do książki

    Radosław Kotarski organizuje podstawową wiedzę z obszaru uczenia się. Daje do ręki narzędzia i zachęca do tego, aby z nich samodzielnie korzystać. Bo to od nas zależy, czy będziemy się uczyć mądrze, czy nie. To od nas zależy, ile z nauki zapamiętamy i na ile będziemy potrafili z niej skorzystać. To w naszym najlepiej pojętym interesie leży, aby jak najwięcej zyskać z czasu, jaki na naukę poświęcamy.

    Wbrew obietnicy nie otrzymujemy wytrychów. Autor nie odkrył tajemnic uczenia się. Natomiast pokazuje, że wiele z tego co robimy, możemy robić lepiej. Mądrzej. Mam wrażenie, że całą książkę można by napisać zwięźlej (w myśl zasady dobrze pisać krócej). Że można by z niej wycisnąć esencję i całkiem prawdopodobne, że czytelnik by z tego więcej wyniósł, ale… to nie oznacza, że książka nie jest warta lektury, albo poświęconego nań czasu (czyta się szybko, przyjemnie, choć… żaden to literacki popis).

    Nie rozumiem też dlaczego wydawnictwo broni się przed formą ebooka. Co prawda tłumaczą że ważna jest dla nich forma papierowa i jest to hołd oddany tradycyjnemu podejściu do książki ale… osobiście żadnej przewagi nie zauważyłem. Przy czym ja jestem od kilku lat wierny Kindle’owi.

    Słowo podsumowania

    Tak jak finansowy wydaje mi się pozycją obowiązkową dla każdego, tak „Włam” jest pozycją ciekawą, porządkującą ale… nie ma aż takiej siły rażenia jak poradnik Szafrańskiego.

    Z Ninją chodziłem po ludziach i wkładałem im ją do ręki mówiąc „musisz to przeczytać”. Książka o uczeniu się będzie przeze mnie polecana dalej z cokolwiek większą ostrożnością i bardziej wybrednym doborem ludzi, którym ją będę polecał. Nie każdemu pomoże, nie każdemu ułatwi życie. Nie każdy będzie ją stosować. Warto go znać, równocześnie nie jest to książka, po którą musisz się rzucać natychmiast.

  • 22 niezmienne prawa marketingu

    Lubię sięgać po książki, które pozwalają mi lepiej zrozumieć rzeczywistość. A nawet jeśli nie zrozumieć ją, to wytknąć mi czego nie rozumiem, lub czego zrozumieć się nie da i próbowanie jest z dużym prawdopodobieństwem skazane na porażkę. Lubię czytać to, co wyjdzie spod piór braci Heath, Gladwela, Freaconomics, przy czym to wszystko książki niezwiązane z moimi zawodowymi zmaganiami.

    Bliżej mojej pracy był znakomity „Under the radar”, który podpowiada jak dobrze przygotowanym na wszelkie zabiegi marketingowe jest współczesny konsument (a to książka z przed kilkudziesięciu lat.. od tamtej pory, konsument tylko wyczulił swoje czujniki;). Teraz namówiony przez Macieja Tesławskiego z pomocą jego bloga sięgnąłem po 22 (niezmienne) prawa marketingu.

    Warto je znać. Nie po to, aby próbować je oszukać, raczej po to, by zrozumieć, że są siły od nas silniejsze i idąc wbrew doświadczeniu innych, musimy liczyć się z porażką (co swoją drogą, jest także wymienione jako jedno z marketingowych praw).

    Książka otwiera oczy, porządkuje myśli, zasiewa ziarna wątpliwości i pokory. Na całe szczęście podaje też rozwiązania i przykłady skutecznych zabiegów, które można zastosować w chwili próby. Autorzy kilkukrotnie zmuszają do zakwestionowania swoich założeń i marketingowych przekonań i… robią to skutecznie. Mają argumenty;)

    Lekturze towarzyszyła też smutna refleksja, że nie będę mógł wiedzy przedstawionej w książce zapewne wykorzystać w codziennej pracy. Po pierwsze dlatego, że to bezcenny (i chyba rzadko spotykany) zasób wiedzy dla ludzi znajdujących sie znacznie wyżej w łańcuchu decyzyjnym ode mnie. Po drugie, jak zauważają sami autorzy, próba przekonania innych do zmiany swoich przekonań jest prawie zawsze skazana na porażkę.

  • Pierwszy śnieg, czyli powtórka z kryminalnej rozrywki

    Są takie książki, do których wracam. To wcale nie muszą być szczególnie dobre książki, albo niosące w sobie wielką wartość, zwyczajnie czerpię przyjemność z czytania ich. Sięgam po nie także wtedy, kiedy nie wiem co czytać kolejnego, albo mam moment zawieszenia w czytaniu książek już rozpoczętych.

    Jak już wspominałem, lubię kryminały, zwłaszcza skandynawskie. W pewnym stopniu Millenium Larssona rozbudziło we mnie na nowo głód czytania, więc przygody Mikaela i Lisbeth czytałem już kilkakrotnie, za każdym razem sprawiając tym sobie duża frajdę. Podobnie rzecz się ma jeśli chodzi o Harrego Hole (czyt. Holi), któremu wybacza się wiele, zapewne przez wzgląd na to, jak bardzo niszczy i okalecza go autor cyklu, czyli Jo Nesbo. Na całe szczęście, im większą krzywdę Nesbo mu czyni, tym większą determinacją i nadprzyrodzonymi zdolnościami przetrwania wykazuje się Harry. Niezwykła symbioza;)

    Losy Harrego chciałem sobie odświeżyć przed przeczytaniem najnowszej, 11 części – Pragnienia. W przypadku „Pierwszego śniegu” dodatkową okolicznością jest to, że w zeszłym roku do kin weszła też adaptacja akurat tej książki, niestety recenzje, które spotkałem były więcej niż ostrożne, więc na film się chyba szybko nie skuszę. Mogę za to polecić filmową adaptacją Łowcy Głów czy Jackpot nakręcony na podstawie scenariusza Nesbo.

    Pierwszy śnieg (podobnie jak pozostałe powieści z cyklu) wciąga. Ciekawa intryga, wartka akcja, i umiejętność wodzenia za nos czytelnika sprawia, że lektura upływa szybko. Czy to jest wyjątkowa powieść… nie. Co gorsza, im więcej się czyta, tym większe się ma porównanie, tym wyżej się zawiesza poprzeczkę. Harry jest rozrywką, ale jeśli ktoś szuka mocniejszych wrażeń, zachęcam do sięgnięcia po Lemaitre (tu lub tu).

    Tych, którzy Holego jeszcze nie znają, a chcieliby poznać jego losy, zachęcam do czytania cyklu po kolei, bo choć każda z powieści stanowi osobną historię, całość układa się w ciekawe studium norweskiego policjanta regularnie przegrywającego swoje bitwy z alkoholowym nałogiem.

  • Brudna piłka – o brzydkiej choć bogatej stronie futbolu

    Lektura, której nie planowałem. Książka, którą dostałem w prezencie. Reportaż, który dowodzi, że nie tylko stadionowe burdy i kibicowskie bijatyki toczą piłkę nożną. Opowieść o tym, jak chciwość (w sposób znany i nieznany) zmienia futbol. I o tym, że możni futbolu niewiele się różnią od banksterów czy polityków, a często zwykłych cwaniaków. Znaczącą różnicą jest to, że futbol wciąż kochamy.

    Absurdalne kwoty, niezwykła finansowa bańka, która rośnie ponad miarę. Abstrakcyjne kontrakty, przedziwne klauzule, niewyobrażalne koszty – o tym wszystkim (choć nie wszystko) wiedzą kibice. O tym wszystkim wie każdy, kto grał choć raz w dowolnego piłkarskiego managera. Nie każdy wie, że to tylko niewinna część finansowych kombinacji w tym sporcie.

    Byłem przekonany, że na futbolu zarabiają kluby, piłkarze, trenerzy i managerowie. Jak się okazuje (a przynajmniej jak ujawniają football leaks) to nie wszyscy zainteresowani. Bo pojawił się ktoś jeszcze.

    Inwestorzy (?) którzy wykupują prawa do transferu zawodników, którzy zarabiają na zawodnikach niezależnie od tego, co się z zawodnikami dzieje. Sprzedani czy nie, kontuzjowani, czy nie – ważne żeby hajs się zgadzał. Nikt tego nie kontroluje, nikt nad tym nie czuwa, nikt o tym nie pisze, choć zdaje się, że to tajemnica Poliszynela.

    To wygląda jak piłkarska wariacja na temat big short. Tu też chyba dochodzimy do momentu krytycznego, który skończy się odbiciem tej niezwykłej spirali.

    Książka czyni futbol znacznie mniej romantycznym i każe patrzeć na niego z ciut innej perspektywy. Nawet jeśli autorzy są często naiwni, to ich publikacja otwiera oczy. Polecam, a samą książkę oceniam na 7/10

  • Dlaczego nie warto czytać książek?

    Ten tekst miał się zaczynać zupełnie inaczej. Miałem pisać o tym, że to smutne i straszne, że mało kto czyta. Że to trzeba zmienić. Że trzeba próbować ludzi przekonać do tego, aby po książki sięgali. Nie ja pierwszy to zauważam, nie ja pierwszy o tym piszę, nie ja pierwszy chciałem zachęcać do czytelnictwa. Tyle tylko, że im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej wychodziła mi teza dokładnie odwrotna od tej, której chciałem bronić.

    Bo jeśli się nad tym zastanowić, z czytania książek wynikają same straty. Dlatego właśnie postanowiłem wskazać wszystko, co straciłem, czytając książki. (więcej…)

  • Gdybyś miał w swoim życiu przeczytać tylko dwie książki…

    Na całe szczęście tytuł wpisu to nie moja rozterka, ale biorąc pod uwagę ile czyta statystyczny Polak, trzeba mieć świadomość z jaką materią mamy do czynienia;-) Posłużę się zatem cytatem z „Poranku Kojota”, filmu, który potwierdza tezę, że czasem nawet w bardzo złym filmie (a Poranek to jest bardzo zły film) trafiają się dobre momenty, dobre cytaty, celne spostrzeżenia. Zatem cytat z Dzikiego:

    – W moim życiu przeczytałem dwie książki…
    – Doprawdy? Co to było? „Poczytaj mi, mamo”?
    – Jedna z nich to „Ojciec chrzestny*”. Gdybyś ją przeczytał, to wiedziałbyś, że pieniądze to nie wszystko, że nie zdradza się przyjaciół i nie dmucha ich żon. Ale, niestety, napchałeś sobie głowę jakimiś pierdołami o żabach i teraz na siłę próbujesz zainteresować tym innych. Nie, Krzysiu?

    Krzyś to oczywiście Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, szef wszystkich szefów… tak, Poranek to naprawdę zły film. Ale ja nie o filmie chcę pisać, a o pewnej książce, ponieważ Dziki nie mówi, jaką drugą książkę w swoim życiu przeczytał, ale wydaje mi się, że wiem co to powinno być. (więcej…)