Blog

  • Nigdy nie sądziłem ze zrobię – wersja A.D. 2020

    Nie ma żadnej tradycji, która skłaniałaby mnie do tego, abym co roku pisał podsumowanie tego, jak mi ostatnie 12 miesięcy minęło. Dość powiedzieć, że ostatnie takie podsumowanie napisałem w grudniu 2017, więc z tą regularnością u mnie bywa różnie. Ale… Ten rok jest troszkę inny. I to nie tylko ze względu na CoVID. Ten rok jest dziwny po prostu.

    Rzucam okiem na to, co się przez ostatnie 12 miesięcy działo i próbuję wyłapać te elementy, które są dla mnie osobiście niespodziewane. Nie myślę o osiągnięciach spodziewanych, albo wydarzeniach które po prostu miały mieć miejsce. Chce połapać te wszystkie rzeczy, które każą mi wymazać z mojego słownika słowo „Nigdy” i karzą mnie za każde jego użycie.

    (więcej…)

  • Internet – terra nova na horyzoncie?

    Niecodzienny.net znów nadaje – choć niewykluczone, że tylko przez chwilę

    Dziś o tym, że przed naszymi oczami Internet, jaki znamy, zmienia się – i to nie do poznania. Patrzymy, nie do końca widząc, co się dzieje, a zmienia się nie jego treść, ale to, jak z niego korzystamy. To z kolei niesie ze sobą poważne konsekwencje dla wszystkich zaangażowanych w Internet stron.

    Internet, jakim go poznawaliśmy, to World Wide Web. Czy zatem może istnieć Internet bez przeglądarki? Bez wyszukiwarki? Bez stron WWW? Bez sklepów internetowych? Bez Black Friday? Moim zdaniem… wcale niewykluczone, a może nawet całkie, prawdopodobne.

    Tym bardziej, że LLM-y są przedsmakiem tego, że niedługo będziemy z Internetem gadać zupełnie inaczej – i wszyscy będziemy musieli się tego uczyć. De nuevo.

    Jeszcze kilka miesięcy, no może rok temu, Internet wydawał mi się światem dobrze rozpoznanym i rozumianym. Światem, w którym wiedziałem, jak się poruszać i który był dla mnie mniej więcej przewidywalny.

    Wiedziałem, gdzie patrzeć, jak szukać. Wypracowany został dość jasny model biznesowy i coraz więcej ludzi wiedziało, jak się po Internecie odnaleźć biznesowo. Nie, nie wszystko w tym online świecie mi się podobało, nie wszystko było bezpieczne, ale ten świat był znany, oswojony.

    Internet jest z nami dziesiątki lat (tak, jesteśmy tak starzy) i już wiemy, czego unikać, wiemy, czego się spodziewać, wiemy, gdzie czyhają zagrożenia, a gdzie są obszary – jak choćby 4chan, Wykop czy jebzdzidy – których nie odwiedzasz, bo wiesz, że nie zrozumiesz.

    Upraszczając 30-letnią historię Internetu jako narzędzia, które skurczyło nam świat: najpierw pojawił się mail, potem pojawiły się grupy dyskusyjne, strony internetowe, przeglądarki, katalogi i wyszukiwarki. To wszystko było jak pierwotna dżungla (do poczytania kto posprząta w stajni Augiasza), w której niby wszystko było, ale wcale nie było łatwo się w niej odnaleźć.

    Wtem pojawił się Google i zaczęły się nowe porządki, a co więcej – okazało się, że na Internecie można zarobić naprawdę duże pieniądze i to w relatywnie niedługim czasie.

    Internet stał się ważną tkanką naszego świata. Miejscem informacji, rozrywki, nauki, komunikacji. Internet był super. Ludzie nauczyli się dzięki niemu zarabiać, tworzyć. Nigdy wcześniej w historii nie było tylu ludzi żyjących tak dobrze i to wyłącznie z „tworzenia”. W oparciu o Internet powstawały coraz bardziej szalone projekty biznesowe.

    W tym miejscu muszę się sam powstrzymywać, aby nie najechać ogródka social mediów z kolejną porcją kamyczków, ale… pozwól proszę, że tu postawię gwiazdkę, aby do tego wątku wrócić, bo choć ważny, to jednak nieco odrębny, więc… może w tej kwestii pojawię się w Twojej skrzynce za tydzień.

    Wracając… w ostatniej dekadzie Internet przestał być zdominowany przez PC-ty. Stał się częścią naszych kieszeni, sypialni i nadgarstków. Dotychczas każda dokładana cegiełka była raczej ewolucyjna. Może zmieniały się ekrany i/lub urządzenia, ale nie zmieniała się koncepcja stojąca za tym, jak z Internetu korzystamy. Równocześnie – karmiliśmy bestię i teraz bestia pozmienia nam świat.

    To zabrzmiało fatalistycznie, żeby nie powiedzieć apokaliptycznie, a że nie taki był zamysł, nawet jeśli podtrzymuję każde słowo w tym zdaniu, ale jednak… to nie tak, jak myślisz, kotku. Niech się wytłumaczę.

    Nie mam pojęcia, czy dostępna nam AI jest dobra, czy zła. Trochę jest za wcześnie, by to ocenić (nawet jeśli niedługo może być, lub wręcz już jest, za późno, aby to odkręcić). Zmiany się dzieją i one już wpływają na to, czym Internet jest, a wydaje mi się, że idzie naprawdę gruba zmiana, która poprzestawia poukładane, dobrze znane i lubiane klocki.

    LLM-y przyspieszyły dwie kwestie: tworzenie treści i tworzenie oprogramowania. I to ma konsekwencje.

    Jak dotychczas korzystaliśmy z Internetu?

    Chcąc się czegoś dowiedzieć, korzystaliśmy z Google i wierzyliśmy (a trochę zostaliśmy tego nauczeni), że algorytmy wyszukiwarki dostarczą nam treść, która nas interesuje. Siłą Google’a było to, że robił to dobrze i było to powtarzalne narzędzie z powtarzalnymi błędami. Jeśli nie dostaliśmy odpowiedzi na zadane pytanie, zmienialiśmy pytanie, nie wyszukiwarkę (no bo na jaką? Na Binga?). Tym sposobem Google dzielił (środki z reklam) i rządził (tym, co widzisz, w co klikasz).

    Ważną częścią tego ekosystemu była treść. Założenie było takie, że dostarczając do Internetu dobrą treść – taką, którą Google będzie wysoko cenił – pojawisz się wyżej na stronie z wynikami, co z kolei wprost przełoży się (może się przełożyć) na Twoje zarobki, co jest doskonałym incentive, żebyś dalej wkładał wysiłek w dostarczanie wysokiej jakości treści.

    Na chwilę pozostańmy w świecie idei i przyjmijmy, że ten związek działał: dobra treść dawała wyższą pozycję, ponieważ, niosąc korzyść dla użytkowników, wzmacnialiśmy jakość usługi oferowanej przez Google.

    Jeszcze do niedawna miało znaczenie, czy będziesz miał jeden, czy sto dobrych tekstów, ale… już jakiś czas temu, dzięki wzmożonej pracy rozmaitych SEO-twórców, ten mechanizm zaczął kuleć, a teraz, w dobie niemal darmowych narzędzi generujących treść, niedługo się potknie (żeby nie powiedzieć dosadniej), bo przestanie być wiarygodnym i pomocnym narzędziem.

    Z jednej strony to zmartwienie Google (i nie będę tu ronił żadnej łzy), ale równocześnie to trochę kłopot dla tych, którzy dotychczas treści do Internetu tworzyli, a za które my płacić nie chcieliśmy (zerknij w Internet, tu wszystko jest za darmo), więc finansował to ktoś inny. No cóż… Jeśli Google się zepsuje, to ludzi znajdujących treść w ten sposób będzie mniej, przez co zarabiający w ten sposób będą mniej zarabiać, przez co będą mniej tworzyć, przez co my będziemy mniej korzystać. Ten wąż, co zjada własny ogon, to się Uroboros chyba nazywa.

    Co się zmienia?

    Oprócz tego, że zmienia się Google, to jeszcze wjechały nam LLM-y, które zmieniają nasze zachowanie. Google umiał odpowiadać na pytania „co” i „jak”. LLM-y (w tym Google Answers) udają, że potrafią odpowiedzieć także na pytanie „dlaczego” i udają, że lepiej rozumieją, o co pytamy. Może i rozumieją. Kłopot w tym, że my tego nie weryfikujemy. A im trudniejsze zadajemy pytanie, tym bardziej ufamy w odpowiedź, którą otrzymujemy.

    Ich problemem jest to, że o ile Google mówił: „ja wiem, kto ma odpowiedź”, o tyle LLM mówi: „a ja wiem!”. A jeśli przyłapiesz go na kłamstwie lub halucynacji, to on mówi: „sorry, taki już mój urok”. No… tu będziemy mieli trust issues, co z kolei może sprawić, że od tego narzędzia się odwrócimy. Ale to jeszcze nie jest clue całej zabawy.

    Bo LLM-y zmieniają naszą interakcję z Internetem. To już nie jest miejsce, w którym chcemy przeglądać, odkrywać i poznawać. To jest miejsce, od którego chcemy odpowiedzi i rozwiązań. Nie „pokaż mi, jak wybrać najlepsze buty do biegania, ja się tego nauczę, powędruję po dziesięciu sklepach online i wybiorę”, tylko „powiedz mi, które mam kupić”, a może nawet już niedługo „kup dla mnie”. Brzmi jak fikcja? A jak często, jadąc w miejsce, którego nie znasz, oddajesz decyzyjność w ręce nawigacji, zamiast samemu wyznaczać trasę?

    Pierwsze strony internetowe tworzono z pasji i chęci podzielenia się swoją wiedzą. Potem tworzyliśmy dla ludzi, którzy mogli pomóc nam na tym zarobić, potem – dla Google, który umiał ocenić, czego chcą ludzie. Teraz zaczniemy – a może zostaniemy zmuszeni – tworzyć treści pod LLM-y, aby w ogóle mieć szansę bycia znalezionym.

    Na razie kombinujemy jak wpiąć możliwości, jakie przyniosły LLM-y w istniejący ekosystem Internetu. Tworzymy nakładki, nowe wersje starych narzędzi, coraz bardziej śmiałe wsparcie. Zachęcamy do korzystania z agentów i sprawdzenia ich nowych supermocy. Wydaje mi się, że to jest próba optymalizacji świecy, a my jesteśmy przededniu odkrycia żarówki.

    Widzę opcję, w której przestaniemy (już przestajemy) odwiedzać i odkrywać nowe serwisy internetowe, bo wszystkie nasze potrzeby zaspokoi LLM albo nasz prywatny asystent AI, który w naszym imieniu będzie rozwiązywał to, do czego dotychczas używaliśmy przeglądarki i wyszukiwarki. Na razie to wszystko jest jeszcze pokraczne i nieudolne: gubią się konteksty, brakuje pełnego rozumienia, o co chodzi, ale… eksperymenty trwają, rozwiązania powstają i powstaną takie, które zaczną być wartościowym wsparciem – takim mini-Jarvisem.

    Będziemy je wpuszczać bardzo blisko naszego życia, a to byty, które nigdy nie zapominają i rozumieją nas dużo lepiej niż terapeuta z 20-letnim stażem po dziesięciu latach rozmów z nami. Ciekawe, czy wpuszczając je tak blisko naszej prywatności, będziemy jednak skłonni za to rozwiązanie zapłacić, aby służyło nam, czy jednak przemożna chęć posiadania wszystkiego za darmo przeważy i oddamy nasze dusze…

    Wspomniałem, że LLM-y przyspieszają tworzenie treści, ale i oprogramowania. Teraz pisać może każdy. Tak jak smartfony stworzyły świat aplikacji, tak LLM-y otwierają tę furtkę jeszcze szerzej, więc dużo łatwiej jest kombinować, jak takiego „wszechasystenta od spraw wszelakich” stworzyć.

    Wieszczę koniec Internetu, jaki znamy, i… to jest nic nowego. Tak jak wyginęły książki telefoniczne i wyginęły gazety codzienne (no bo kiedy ostatnio widziałeś kogoś z gazetą w ręce?), tak taki sam los spotka przeglądarki i nasze poznawanie świata.

    Nie będziemy przeglądać Internetu; nie jestem pewien, czy będziemy samodzielnie kupować w Internecie. Zmieni się to, jak się uczymy z pomocą Internetu. Nie mam pojęcia, jak zmieni się czerpanie informacji – w końcu przejdziemy od „wszyscy mamy ten sam Internet” do „wszyscy mamy Internet dostosowany do naszych zainteresowań i zachowań”, do „wszyscy mamy swoją relację z Internetem”.

    My go przestaniemy scrollować, my zaczniemy z nim rozmawiać.

    A to będzie dopiero początek.

  • Suma wszystkich (moich) strachów

    Ponieważ od jakiegoś czasu zerkam nieśmiało w stronę inwestowania (na miarę swoich możliwości), zderzam się / stykam się raz po raz z takim stwierdzeniem, że wybierając / tworząc swoją strategię inwestycyjną muszę ją przygotować tak, aby była ona zgodna z moim profilem ryzyka.

    Pozornie wydaje się to dość proste , ponieważ można dość łatwo wskazać, że ci, którzy od ryzyka stronią, powinni trzymać się gdzieś między zakopaniem gotówki zamienionej np w złoto w ogródku pod Jaworem lub dębem, a trzymaniem ich na koncie ROR, oszczędnościowym lub lokacie. Ci którzy ryzyko ujeżdżają pasjami powinni przyglądać się z bliska bukmacherce, rynkowi forex, kryptowalutom lub inwestowaniu z wykorzystaniem dźwigni, lewara czy innych bardziej wyszukanych narzędzi finansowych.

    Grupie po środku zostaje składanie swojego portfela z obligacji (państwowych lub korporacyjnych), akcji, postępowanie zgodnie z zasadą dywersyfikacji i trzymanie się bardzo długiego horyzontu czasowego (aby swoje cuda mógł zdziałać niewielki nawet procent składany).

    Inwestorom podpowiada się, aby swoje strategie budowali mając na uwadze, czy będa mogli wytrwać w jej założeniach także wtedy, gdy czas będzie dla nich mniej sprzyjający, lub gdy rynek zacznie swój ostry zjazd w dół (na ostry podjazd niemal wszyscy czekają bo są przekonani, że na to właśnie są gotowi). I warto się liczyć z tym, że na każdego inwestora przyjdzie czas (a przyjdzie czas na Ciebie 🎵).

    Tylko skąd taki inwestor ma wiedzieć, na co jest gotowy, a kiedy sytuacja doprowadzi do tego, że będzie miał musiał zmienić bieliznę, rzucić to wszystko w cholerę i zakwestionować wszystkie swoje dotychzasowe decyzje? I czy w ogóle można się na to przygotować? Bo…

    Rozważanie na temat tego, jak zareaguję kiedy moje inwestycje będą o 5 / 10 /15 / albo i 20% warte mniej dziś niż były warte wczoraj są absolutnie czczą rozrywka i jedynie naiwnym eksperymentem myślowym. Tym bardziej że na to się nie sposób przygotować. Żadne gry, żadne przyglądanie się notowaniom, żadne „inwestowanie na sucho” nie oddaje fikołków, na które wykonuje człowiek, kiedy zainwestuje / wyłoży na stół / parkiet własne pieniądze (por. jak zmienia się gra w Monopoly, kiedy grasz prawdziwą gotówką).

    Doświadczam tego (myślenie, wątpliwości) choć rynek, w który wchodzę jeszcze nie zaczął przypominać rollercostera, a i mój wkład jest na razie ograniczony. Już teraz, choć kupuję jedynie fundusze ETF i w głowie mam przede wszystkim bardzo długi termin (o ile wytrwam i przeżyje), to nie raz zastanawiam się czego nie rozumiem i gdzie popełniam błąd. Gdzie nadużyta będzie moja niewiedza i naiwność.

    Chciałem w tym miejscu umieścić, cytat, ale nie mogę go znaleźć, a tym bardziej jego autora, więc koniec końców mogę go „przekręcić” i sobie przypisać.

    Ryzykiem jest wszystko to, o czym nie pomyślałeś analizując ryzyko.

    Dla mnie jest to tym bardziej że kiedyś bardzo dobry – w moim odczuciu – rekruter wśród wielu celnych uwag o mnie powiedział:

    Pan nie bierze pod uwagę ryzyka

    Co zaskoczyło mnie o tyle, że mam wrażenie że jedyne co widzę, dostrzegam i na co zwracam uwagę, to ryzyko. Po prostu czasem umiem podjąć decyzją pomimo tego, że ryzyko widzę. Choć, rzecz jasna, mówię tylko o tym ryzyku którą jestem w stanie dostrzec. Tylko kiedy decyzja została podjęta to – wydaje mi się – ryzyko już uwzględniłem.

    Pytanie, czy na każde ryzyko możemy się przygotować i przewidzieć. Oczywiście, w tym miejscu wjeżdża Nassim Taleb na czarnym łabędziu, i mówi, żeś naprawdę niewiele widział i będzie miał cholera rację.

    No ale, panie premierze, jak żyć jeśli w inwestowaniu najważniejsze jest psyche, to powiedz mi proszę, jak się przygotować na sytuację w której

    After the crash of 1929, stock prices started to rise, increasing by 30% by 1931. The crash of 1932 was completely unexpected and the worst in the twentieth century. It drove stock prices down by 89%. If you had $1,000 invested in the Dow on September 3, 1929, it would have gone down to $109 by July 8, 1932.

    Tao of Charlie Munger

    Na samą myśl żołądek zwija mi się w supeł i ssie kciuka. Od środka.

    Z jakim pytaniem Cię mogę zostawić na koniec, spytam – jakie ryzyko starasz się zneutralizować i skąd wiesz, czy wybrates/aś najlepszą do tego taktykę?

    Także tak… Nie ma za co i życzę Ci spokojnej nocy.

  • Nareszcie jest (nie)Kindle dla piszących

    Nareszcie jest (nie)Kindle dla piszących

    Kilka lat temu, będąc zachwycony Kindlem, napisałem, że jest lepszy od iPada. I wydaje mi się, że przytoczone wtedy argumenty nadal się bronią. Pamiętam też, że marzył mi się „Kindle dla piszących”. Pamiętam też że ostatecznie i tak zdecydowałem się na zakup iPada/po prawdzie to przez lata kilku iPadów) i do tego stopnia, że właściwie przechodzę w tryp iPad only (tylko wcześniej musiałem dorosnąć do tabletu 12.9).

    W tzw międzyczasie zaczęły się pojawiać różne urządzenia e- papierowe, które miały dawać możliwość – nie tylko czytania, ale także wprowadzania treści na epapierze. Remarkable jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych, ale też nie jest jedynym tego typu urządzeniem – są także SuperNote, Huawei Mate, nawet jakiś tablet od Lenovo… W tym momencie, jak to mam w swoim zwyczaju, zacząłem kaprysić

    • Bo w tym możliwe jest tylko pisanie rysikiem,
    • Bo inny niepotrzebne upycha podstawowe usługi jako subskrypcja
    • bo to raczej nie będzie czytelne, a mojego pisma i tak nikt nie rozczyta (tym bardziej, że ja się nie odważę go nikomu pokazać)
    • bo nie ma światełka
    • bo nie ma eksportu, jaki bym sobie wymarzył

    No i to drogie wszystko jest (powiedział Wit, który od kilku lat wydaje niemało na gadżety z Cupertino).

    Minęło kilka lat, zauważyłem, że chyba jednak nie zapamiętuję z czytanych książek tyle, ile bym chciał, gorzej, czasem nie zapamiętuję że jakaś książkę czytałem. Pomocne – pomyslałem – byłoby robienie sobie notatek z tego co czytam, tylko.. to musi być / dla mnie) wygodne. Bo mogę robić notatki na kindle, ale to nie jest wygodne. Mógłbym robić notatki na kartkach, ale je zgubię. Mogę robić notatki na tablecie, czytając książki, ale to jest bardzo karkołomne, a książek na iPadzie czytać nie będę, bo aua moje oczy.

    Równocześnie pojawił się Kindle Scribe więc pomyślałem sobie

    „Merde! Znowu to zrobili, to pewnie będzie mój kolejny zakup”

    ale… choć Scribe ’a znam wyłącznie z reklam i recenzji, to wszystko mi mówi, że to nie dla mnie urządzenie. Sposób robienia notatek, ograniczenia narzucane przez oprogramowanie, sposób eksportu.. to wszystko sprawiło, że cały mój entuzjazm wziął w łeb.

    Zupełnym przypadkiem zobaczyłem na olx, że ktoś sprzedaje Onyx Boox Note Air 2. Nic mi nazwa tego urządzenia nie mówiła, ale chyba z czystej ciekawości zacząłem trochę o nim czytać w sieci, a im więcej czytałem, tym bardziej byłem ciekaw.

    Onyx Boox Note Air 2 to nie tyle czytnik lub enotes ile tablet Androidowy na e- papierze. Wszystko w jednym.

    Jego dużym atutem jest możliwość dostosowywania go do swoich potrzeb.

    • chcesz na nim czytać?
      Możesz
    • chcesz kreślić I bazgrać po książkach które czytasz?
      Możesz
    • chcesz na nim notować?
      Możesz
    • Chciałbyś podpiąć klawiaturę i tak pisać?
      Możesz
    • Chcesz wyeksportować tę zgromadzoną treść i mieć ją w jakimś innym formacie?
      Możesz.
    • Chcesz mieć Notion? Obsydian? Reddit?
      Możesz.

    Okazuje się, że możesz nawet na tym urządzeniu nie tylko przeglądać newslettery (na które jesteś zapisany), ale tak to wszystko połączyć (ja to zrobiłem przez Stoop + EBro + Instapaper otrzymując EPub), żeby móc po nich bazgrać… I na pewno da się prościej, bo ten sposób jest moim pierwszym podejściem, ale nawet tą pokrętną metodą mogłem sobie pobazgrać nawet na liście Buffeta 2 1977r. (I nie, nie jestem na nie zapisany… ale są one dostępne w sieci…)

    To co jest dużym atutem tego urządzenia to to, że nie świeci mi po oczach, nie rozpra­sza tysiącem świecidełek, a bateria nie rozładowuje się w ciągu jedne­go dnia (nawet przy dość intensyw­nym korzystaniu). Urządzenie jest na tyle przyjazne, że wręcz zachęca do pisania, a jedna z opcji pozwala nawet na zostawianie sobie wiadomości na „wygaszonym ekranie”. Jest też możliwość grania w szachy, wiec zapewne, już niedługo i na to się skuszę.

    To nie jest urządzenie dla wszystkich, to nie jest zabaweczka pełna wodo­trysków, ale jest dla mnie tym, na co długo ostrzyłem sobie zęby, bo…

    Wreszcie jest, (nawet jeśli to nie dokładnie) Kindle, dla piszących.

    A najciekawsze jest to, że ten wpis powstał w całości pisany odręcznie.

    Wpis na bloga napisany na Onyx Boox Note Air 2
    Oto dowód

    Taka z niego zdolna bestia. I to pomimo tego, że od samego początku konwertowania, postanowił siebie ze mnie pożartować…

    Rozpoznawanie AI w Onyx Boox Note Air 2

    A to wszystko zostawia mnie w takim stanie, jak jeden z wpisów, który pojawił się na blogi, a który został w całości podyktowany iPadowi….

  • Po krótkiej przerwie – tygodniówka #1.2023

    1. Jak to jest zaczynać tygodniówkę po prawie rocznej przerwie? Cóż.. pozornie dość prosto. Od postawienia pierwszej jedynki, kropki a potem pierwszego znaku. Z kilku znaków powstają pierwsze słowa i zdania, czasem pytania. Pisanie wszystkich kolejnych tygodniówek zaczyna się dokładnie tak samo. Najpierw nie ma nic, a potem powoli, słowo po słowie powstaje coś. Z niczego.

      Co w tym zatem pozornego? Bo pisząc tę tygodniówkę czuję ciężar wszystkich nienapisanych tygodniówek, pewnego rodzaju porażkę wynikającą z tego, że tygodniówki przestały powstawać. Czuję znajomy ciężar, który pojawi się wraz z wysłaniem tej i czuje lęk przed tym, że nie napiszę kolejnej.

      To może jednak lepiej nie pisać, udać że ta myśl – napiszę to znow – się nigdy nie pojawiła? Pewnie lepiej, pewnie łatwiej. A jednak znowu piszę, znowu wysyłam. Tygodniówka znowu nadaje.

    2. Próbowałaś/eś kiedyś nie odzywać się przez jeden dzień? Nawet nie mówię – nie komunikować, ale po prostu nie wypowadać ani jednego słowa. Zrobić sobie coś na zasadzie "ślubu milczenia" przez 24h.

      Ja próbowałem, jako nastolatek, sprowokowany przez odmawiającą posłuszeństwa krtań. Niewiele z tego ćwiczenia pamiętam, oprócz tego, że nie udało mi się wytrwać. Jak się okazuje jest łatwiej jest nic nie jeść przez 24h i powtórzyć to tydzień później, niż nie odzywać się przez jeden dzień.

      Nie wiem czy to ma coś wspólnego z tym, że jesteśmy zwierzętami stadnymi, nie wiem czy to po prostu potrzeba komunikacji, czy chęć wykrzyczenia do świata 'Ej! Tu jestem, słuchaj mnie!".

      Z moim pisaniem jest jak z tym "ślubem milczenia". Nie umiem nie pisać. Nie umiem się nie wyrażać. Mogę się zaklinać, mogę się zarzekać, mógę sobie obiecywać, a koniec końców znowu siadam i piszę. Myślę o pisaniu. Myślę zdaniami, myślę akapitami, myślę punktami tygodniówki. Trochę patrzę na świat tygodniówką, dokonując selekcji – o tym bym napisał, a o tym nie…

    3. Tak… ta dzisiejsza tygodniówka trochę już ze mną jest. Pojawiła się razem z kilkoma rzeczami zauważonymi w internecie i myślą – ej, podzieliłbym się tym z ludźmi… z tymi mniej i bardziej znajomymi. Zwrócił im na to uwagę, zaciekawił tym, co mnie zaciekawiło.

      Kolejną powracającą myślą było to otwierające tygodniówkę pytanie – jak się ją zaczyna i jak się z tym czuję. Mieszane uczucia.

    4. Jak to jest, że słuchając podcastu Lexa Friedmana poświęconemu giełdom krytpowalut, ale też instytucjom, zaufaniu i przekrętom, pojawia się we mnie refleksja związana z demokracją? Bo rzecz jasna (?) myślę trochę o demokracji. I jestem chyba przerażony jej słabością. Tu nawet nie chodzi o to, że to nie jest doskonały system, tylko to, że on jest zdecydowanie zbył łatwo deformowalny przez nasze, ludzkie słabości. To nie są wyjątkowe słabości naszego kraju, naszego społeczeństwa, ale

      — dygresja.. właśnie usłyszałem PING mojego pomodoro które powiedziało – piszesz już 20 minut… a ja po prostu byłem ciekawy, czy zdołam zacząć —

      Ale skoro ten system trzeszczy w trochę dojrzalszych (politycznie) społeczeńśtwach, to trochę martwię się tego, co przed nami. Scott Galloway zauważył (w jeszcze innym podcaście) że inne kraje mają w zwyczaju brać przykład z Ameryki i przeszczepiać na swój grunt te dobre i te trochę gorsze tradycje. Co z kolei oznacza, że z jednej strony możemy zrozumieć, że trzeba zmienić władzę, co z kolei tej ustępującej władzy wcale nie musi się to spodobać, i tak jak zadymę robił Trump, tak jak zadymę zrobił Bolsonaro, tak – to już moja obawa – zadymę może chcieć zrobić obecnie rządząca w PL koalicja, jeśli uda się ich pożegnać. A równocześnie, to że uda się ich oderwać od stołka, nie oznacza jeszcze, że to poprawi naszą polityczną sytuację.

    5. I tu wracam do kwestii demokracji. Sięgnąłem po książkę "O demokracji" Roberta Krasowskiego i jest to tak wymagająca ode mnie lektura, że na chwilę (zapewne dłuższą) odłożyłem ją na półkę. Ale to co z niej dotychczas zrozumiałem to to, że władza ma to do siebie, że chce się jej więcej. Że jednymi celami osoby, która władzę posiada jest – utrzymać władzę i zdobyć więcej władzy. I będzie to robić, tak długo jak nikt go (personifikuję, ale to może dotyczyć także grupy ludzi) nie powstrzyma. Ale ten "zdobywca" musi być powstrzymany siłą instytucji, a nie siłą, bo w przeciwnym razie mamy przewrót, a nie demokrację. A zdobywców dookoła nas jest wielu. Dokładnie to zrobił Putin (porównajcie z Wowa, Wołodia, Władimir), czy Orban (patrz: Węgry na nowo).

      Jeśli posiadana władza, pozwala Ci na zdobywanie więcej władzy, to – jeśli nie będziesz mieć skrupułów, albo nie zostaną wdrożone odpowiednie zabezpieczenia – ją zdobędziesz. Porównaj Polska 2015-2022.

    6. Wiem, że odkrywam koło na nowo, i że to wszystko już było w "O tyranii". Do mnie po prostu dopiero po czasie docierają pewne przeczytane / usłyszane rzeczy i uderzają wtedy z siłą kilku kilogramowego młotka, co kończy się nie tylko siniakami, ale i oglądaniem wielu gwiazdek.
    7. Na dziś, wydaje mi się że odpowiedzą na zakusy władzy jest skuteczne jej rozproszenie. Właśnie po to jest nam trójpodział władzy, właśnie po to są wzajemnie się kontrolujące instytucje, aby nie było możliwe zebranie całej władzy w rękach jednej grupy, bo to kończy się źle. Nie dlatego, że Ci ludzie są źli, ale dlatego, że bezkarność rozzuchwala. Kiedy nie ma ryzyka, człowiek pozwala sobie na więcej i więcej i więcej. I nie ma hamulca. I nie jest rozwiązaniem zmiana tego, kto jest u władzy, konieczne jest przestrojenie systemu. Co z jednej strony wydaje mi się absolutnie niemożliwe (bo kto normalny wygrywając pełną pulę będzie się samoograniczał) z drugiej strony, udało się obalić komunizm… i zmienić Polskę na bardziej normalny (co nie oznacza łatwy dla wszystkich do życia) kraj. I tego potrzebujemy.

      Rozproszenia kompetencji i wzajemnego patrzenia sobie na ręce. Wymuszania kompromisu. Bez szukania drogi na skróty, bo ta choć pięknie brzmi, zdaje się prowadzi na manowce. Bo najgorsze co może się stać, to to, że po zmianie władzy nic się nie zmieni.

      [ping]

    8. Równocześnie, to jest kontrintuicyjne, zwłaszcza dla wszystkich polityków. Dla nich jedynym sposobem na zwycięstwo jest móc więcej będąc większym, twardszym, bardziej drapieżnym. Najpierw musisz wygrać władzę w swoim gronie i zmusić swoich najbliższych ludzi do tego, żeby cię słuchali. Potem razem z nimi, zdobyć większą władzę. A jedynym sposobem na to jest znowu – bycie bardziej agresywnym, bezwzględnym, drapieżnym. I kiedy już jesteś na szczycie szczytów miałbyś to wszystko oddać?
      Puk puk
    9. Tak, takie właśnie rzeczy mi przychodzą do głowy kiedy słucham podcastu o kryptowalutach.
    10. Giełda, kryptowaluty… i heurystyki.. Nasze skojarzenie z giełdą jest takie, że coś co tam jest notowane, ma wartość i ma przynieść zysk. Tylko że są dwa rodzaje giełd (przynajmniej dwa rodzaje – zapewne za bardzo upraszczam). Giełda papierów i giełda towarów. Giedła papierów to miejsce w którym możemy nabyć część przedsiębiorstwa, które z kolei wypracowuje zysk.

      Na podstawie wypracowanego zysku, określana jest wartość firmy. Im lepiej firma pracuje (jest bardziej efektywna, wytwarza lepsze produkty, sprzedaje więcej produktów) – jej wartość rośnie, co z kolei przekłada się na wzrost wartości wartośći (kocham język polski) udziału. Firma ma problemy, wartość spada, wartość udziału spada. Co prawda, zdaje się, że w ramach najprzeróżniejszych pomysłów mądrych ludzi, nagle przestaliśmy wyceniać wartość firmy na podstawie bieżącego dochodu, a zaczęliśmy oceniać wartość firmy na podstawie jej potencjału, aby móc odpowiednio wcześnie przewidzięć ile będzie warta.

      Jest też drugi rodzaj giełd – giełdy towarów. Np. kwiatów, albo ropy. Albo złota. I tam sprzedawany jest produkt / surowiec, z pomocą którego coś jest wytwarzane. Sam surowiec może być więcej warty, ale też on sam z siebie nic nie wytwarza.

      Pytanie, albo dwa – na jakim rodzaju giełdy powinniśmy znaleźć złoto i na jakim będą kryptowaluty i tokeny? Czy kryptowalucie bliżej do akcji, czy do tulipana?

    11. Te z kolei pytania przyszły mi do głowy kiedy zacząłem oglądać the Plain Bagel i kiedy dał mi w prosto nos filmem wyjaśniającym dlaczego inwestowanie nie uczyni mnie bogatym, najprawdopodobniej.

      Bo z wieloma rzeczami już się pogodziłem. Że nie będę przedsiębiorcą, że nie będę spekulantem, żę chyba nie ciągnie mnie do bycia hazardzistą i na loterii też jakoś nie gram. Nie mam wiedzy, ani doświadczenia, ani pieniędzy, ani umiejętności aby być aktywnym graczem giełdowym.

      Co więcej, od jakiegoś czasu zgromadzona wiedza pozwala mi zaufać koncepcji ETFow i zachęca do odkładania części środków właśnie w to narzędzie, choć z drugiej strony cały czas zastanawiam się, gdzie i kto mnie tu wykiwa. Założeniem ETFów jest – przy maksymalnie niskich kosztach odwzorowywać dynamikę rynku (poprzez posiadanie udziałów w każdym z podmiotów obecnym na danym rynku). Dzięki temu – przynajmniej tak mówi teoria – można z pewnym ryzykiem (oby malejącym wraz z długością inwestycji) – osiągać – jak w przypadku S&P500 zwrot z inwestycji na poziomie 10%.

      Chyba, że mówimy o roku 2022 wtedy mamy blisko -20% zwrotu rocznego. Taki właśnie ze mnie inwestor.

    12. Tylko że, dokładnie tak jak pokazuje Plain Bagel, te 10% rocznie wymaga dużo czasu. Zwłaszcza, że zwykle nie jesteśmy bogaci na starcie. Ale gdybyśmy tak mogli zainwestować 10k dolarów na 10% to ile czasu byśmy potrzebowali aby one urosły do miliona?

      Zanim jednak podam wynik, jeszcze jedno smutne spostrzeżenie. To że coś ma zwrot średnioroczny 10% nie oznacza, że tyle koniec końców będziemy mieć zwrotu (bo podatki, bo inflacja, bo opłaty), więc – tu autor podpowiada, przyjmij zwrot na poziomie 5.4% (aua) i poczekaj… Inwestycja 10k bagatelka… 87 lat. Nie wiem jak Tobie, mnie się to raczej nie uda.

    13. A gdybyśmy tak zaczęli dosypywać coś do tych wyjściowych 10 tysięcy? Np. 250 dolarów co miesiąc. Wtedy nasza duża bańka jest nasza już za… Inwestycja 10k +250niecałe 53 lata. Lepiej… cholernie długo, no ale jednak lepiej. Ale wciąż nie jest łatwo.

      No dobra… Spinamy poślady, odkładamy 1650 dolarów miesięcznie i już po…Inwestycja 10k + 1,6k 25 latach mamy upragnioną bańkę.

      Z drugiej strony, te zgromadzone środki pozwoliłyby (teoretycznie) żyć potem za 4% wartości foreva… czyli jakieś 40 tysięcy dolarów rocznie. Aleternatywnie możemy liczyć na ZUS. Bo ZUS na nas liczy.

    14. Z drugiej strony… to wszystko funkcja czasu. Najlepszy moment na posadzenia drzewa był 20 lat temu, a drugi najlepszy jest dziś. Dlatego.. nawet jeśli nie zostanę bogaty, może coś zostanie dla innych i im będzie łatwiej? Mateusz! Łapy precz. Gorąco polecam do poczytania Psychology of Money, Just Keep Buyingi Little book of common sense Investing.
    15. I jeszcze jednym zdziwieniem się podzielę – wszystko co czytam mówi mi, że cholernie trudno jest pobić rynek (czyli osiągnąć lepszą stopę zwrotu niż to co osiąga rynek). Zwłaszcza, ze nie chodzi o jednokrotne pobicie rynku, tylko o powtarzalne w czasie osiąganie wyników lepszych niż rynek. Przez nie tygodnie, miesiące czy nawet lata, ale dekady.

      Najlepsi (ale serio top of the top) mają uśredniony wynik na poziomie 20-30% zwrotu rocznie i biografie, które mówią, że po po kilkunastu godzinach pracy na giełdzie, w swoim wolnym czasie czytają raporty spółek do śniadania, podwieczorku i kolacji, a własne dzieci oglądają tylko wtedy, kiedy potkną się o nie na schodach.

      Czyli można? Można… tylko za jaką cenę. No dobra, a gdzie zdziwienie?

    16. Jestem członkiem klanu finansowych ninja pod wezwaniem Michała Szafrańskiego, gdzie Michał przekonuje do mądrego podejścia do finansów, pracy, życia etc. Pokazuje kierunki dla większości ludzi (bo mało kto ma czas i wiedzę i pieniądze aby próbować ogrywać rynek), a równocześnie Michał od czasu do czasu informuje – wpadło mi takie zlecenie, wpadło mi takie zlecenie, wpadło mi takie zlecenie… Czyli – najmądrzejsze jest pasywne inwestowanie, ale ja jednak sobie poiinwestuję aktywnie. Mi zajęło jakieś półtora roku żeby skumać – to że Michal tak robi, nie oznacza, że ja muszę tak robić i nie ma na nic złego w tym, że nigdy (jak długo zachowam zdrowy rozsądek) tak robił nie będę. Bo zawsze kiedy pojawia się taka rozmowa – to jest moja strategia i patrzcie mili, tak robi mądrzejszy od was (fakt nie złośliwość) to mam (miałem?) poczucie straty, a poczucie straty jest tym, co zachęca do wskoczenie na ten niebezpieczny wagonik, podróż którym (ponieważ za mało wiem i umiem) z dużym prawdopodobieństwem skończy się źle.
    17. Żeby nie było że wszystko jest złe, paskudne i przed nami tylko złe rzeczy. Pa to: Co krzywdziło ludzkość (kliknięcie w obrazek uruchomia animację) źródło: https://ourworldindata.org/grapher/number-of-deaths-from-natural-disasters

      Tak, w jakiś przedziwny sposób to mnie właśnie uspokaja.

    18. Że ludzkość to jednak sprytne bestie i dobrzy obserwatorzy: Tej fali już nic nie zatrzyma... prawie
    19. Ich twarze brzmią znajomo… Takie małe nagromadzenie talentu
    20. Tancerze: Tancerze
    21. I jeszcze mały koncert na małym biureczku pewnego Belga: Stromae tiny desk
    22. I to tyle na koniec tej pierwszej, tegorocznej tygodniówki. Trzymaj kciuki, żebyśmy przeczytali się za tydzień. Albo 10.
    23. I punkt nadprogramowy – w miarę możliwości, dajcie szansę serialowi Severence / Rozdzielenie na Apple TV, choć to serial dla tych co się lubią bać niepokoić.
  • Rzecz o inflacji – Tygodniówka #4.2022

    Szaleństwem jest robić cały czas to samo i liczyć na inny rezultat – te słowa przypisuje się Einsteinowi. Nawet jeśli to nie on tę myśl sformułował, wypada się z tym zgodzić. W związku z tym, że chciałbym, aby Tygodniówka uczyła bawiąc, pomyślałem – tym razem spróbuję trochę inaczej. Spróbuję wziąć jakiś temat i troszkę się mu przyglądnąć głębiej.

    Temat wybieram – wybacz – na podstawie mojej ciekawości i mojej niewiedzy, ponieważ chciałbym się czegoś o tym temacie dowiedzieć, zrozumieć go lepiej, odpowiedzieć trochę na moje własne pytania. I dlatego właśnie, na pierwszy ogień biorę sobie inflację.

    1. Ten temat pojawia się ostatnio nader często, jest nawet pomysłowy polityczny Mateusz, który próbuje przypisać jej pochodzenie zjawiskom od niego niezależnych (biedny ten Mateusz, taki to premier co to nic nie może i za nic nie odpowiada i nawet prezentuje się trochę nie najlepiej). Ale znowu wjechałem w niepotrzebną polityczną dygresję.

    Zwykle "inflację" poznajemy z wiadomości / newsów, kiedy pod koniec miesiąca GUS podaje wyliczenia dotyczącego tzw "szybkiego szacunku wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych" gdzie informuje, że ceny w kończącym się miesiącu wzrosły (lub spadły) względem analogicznego miesiąca poprzedniego roku. Zwykle tu pojawia się jakaś wartość procentowa okraszona (zwłaszcza ostatnio) komentarzem – przyspieszyła, to niebezpieczne, to oznacza wzrost cen dla konsumentów, to niebezpieczne dla gospodarki i powinniśmy spodziewać się działań ze strony rządu i / lub rady polityki pieniężnej.

    Jestem dziwnie spokojny, że w telewizji publicznej jest to podawane jako sukces, a w razie czego, to i tak wina Tuska fur Deutschland.

    1. Ok, informacja przyjęta, tylko za bardzo nie wiem co dalej. Bo, nie wiem czy wiecie, inflacja w Polsce sobie rośnie nie od miesiąca czy dwóch, ale ciut dłużej

    wykres inflacji

    1. Więc inflacja rośnie i rośnie, straszy i straszy, człowiek ją jakby czuje, ale wciąż trochę bardziej przez intelekt, niż przez portfel. Przynajmniej pozornie.

    W tym miejscu, zapewne muszę wziąć poprawkę, że nie jestem statystycznym Polakiem, i może być tak, że ktoś inny już te wzrosty odczuwa dużo bardziej, a ja jestem szczęśliwcem, co z kolei mocno może moją percepcję zaburzać.

    Z drugiej strony, raz za razem słyszę, że wszystko wokół drożeje. I energia i paliwo i żywność. I nawozy (więc żywność). I materiały budowlane – zreszta też nie od wczoraj, bo już w roku 2021 słyszałem o tym, że surowce (stal, pcv, miedź) drożały z dnia na dzień. Natomiast ponieważ na co dzień stali czy miedzi (i ich pochodnych) nie kupuję, nie buduję nic, ani nic nie remontuję, to troszkę dzieje się to obok mnie. Niemniej jednak, czuję, że się czai.

    1. Z resztą, z tym wskaźnikiem też jest tak, że on nie mówi o tym co będzie, tylko o tym co jest. Podawana przez GUS wartość nie mówi o tym, żę jak jutro pójdziesz do sklepu, to ceny będą wyższe o 12 procent, tylko o tym, że rzeczy które kupowałeś w tym miesiącu były (średnio) o 12 procent wyższe, niż rok temu. Potwierdza (lub nie) Twoje doświadczenie i odczucie, a nie przepowiada co Cię spotka. Przynajmniej nie bezpośrednio. Więc trochę nie rozumiem tej ekscytacji szybki szacunkiem.

    2. Zanim spróbuję odpowiedzieć na swoje pytania o inflacji, spróbuję napisać co o inflacji wiem.

      • inflacja jest pewnego rodzaju… wskaźnikiem zdrowia gospodarki. Jest źle, gdy jest za niska, jest źle gdy jest zbyt wysoka.
      • za niska inflacja to sytuacja, w której wskaźnik jest poniżej zera (to tak zwana delfacja).
      • wysoka, to taka powyżej 5%. Koło 10% zaczyna się robić (podobno) niebezpiecznie.
      • problemem z tą wysoką inflacją jest to, że nikt nie ma ochoty jej zbijać (bo to nie jest polityczne złoto, zbijanie jest problemem, przez jakiś czas jest korzystna), a ona z kolei lubi się wyrwać spod kontroli. Kiedy jej się to uda, mogą się zacząć poważne kłopoty (ale jakie… no tego jeszcze nie wiem)
      • zbijanie inflacji trwa i zmniejsza się ją przede wszystkim wykorzystując stopy procentowe – podnosząc je w tym celu. Stopa procentowa to parametr, który pozwala określić jak tanio lub jak drogo pożycza się pieniądze (między bankami, przez przedsiębiorstwa i przez Kowalskich). Inflacja karmi się tanim pieniądzem i nadmierną konsumpcją. Chcesz ją zmniejszyć – ludzie muszą zacząć kupować mniej.
      • Kłopot w tym, że kiedy pieniądza jest na rynku mniej (czyli kredyty są droższe) gospodarka się trochę dławi (przedsiębiorcy przestają mieć możliwość łatwych inwestycji i trudniej im zatrudniać ludzi, a z drugiej strony muszą ponosić koszty zaciągniętych wcześniej zobowiązań, które też mogły wzrosnąć i mogą się zacząć kłopoty).
    3. No dobrze, to wszystko wiem. Tylko mam też wrażenie, że z tej wiedzy niewiele wynika. Nie wiem, czego się spodziewać. Nigdy tego nie doświadczyłem (och, szczęśliwe dziecko lata) i zupełnie nie wiem co przed nami. Nie chodzi mi też o to, czy mogę się jakkolwiek przed tym uchronić (nie mogę, to jak próbowanie uchronienia się przed klimatem, możę być trudno). Niemniej jednak… chciałbym być bogatszy o jakieś prognozy.
      Co bym chciał wiedzieć?

      • czy to co wiem o inflacji się zgadza
      • jakie są następstwa takiej inflacji jak mamy obecnie
      • czy jest coś, czego się wystrzegać?
      • kto może oberwać, kto może zyskać?
      • Co mam / co mogę z tym wszystkim zrobić?

    Co to jest ta inflacja?

    1. Wg ebooka przygotowanego przez GUS

    Inflacja jest procesem zmian cen w całej gospodarce.

    Jest też wyjaśnione, że inflacja jest związana mocno z pieniądzem, od momentu, w którym pojawił się pieniądz, takie bliźniaki. Wynika to z tego, że inflację można rozumieć nie tylko jako proces zmian cen, ale – co wydaje mi się nawet ważniejsze – proces utraty wartości przez pieniądz – czyli to że wartość 100 złotych dziś jest inna niż była 10 lat temu i zapewne będzie znacząco inna za 10 lat. To nie dotyczy tylko złotówki, to zjawisko dotyczy absolutnie każdej waluty.
    Znalazłem kalkulator który pozwala sprawdzić, jaka jest relacja 1 dolara w 1922 roku a obecnie.
    Kalkulator

    Czyli musimy się pogodzić z tym, że inflacja jest nieunikniona i oznacza zmianę wartości nabywczej pieniądza. Niektórzy nazywają to ukrytym podatkiem, bo – he he – w jakimś stopniu na inflację wpływa pośrednio i bezpośrednio – państwo. Po pierwsze jako znaczący podmiot gospodarczy, po drugie jako podmiot mający ogromny wpływ na warunki rozwoju biznesu w danym kraju, wreszcie jako podmiot mający możliwość drukowania pieniądza.

    1. Skoro jesteśmy przy drukowaniu pieniędzy – to jeden z trzech elementów wpływających na inflację. Tu jest cały ciekawy film o tym zjawisku, a ja postaram się wyciągnąć to, co z niego zrozumiałem. Elementy wpływające na inflację to:

    • wzrost kosztów produkcji – przedsiębiorcy zależy na zysku i na sprzedaży produktów, ale musi też pozyskać i dostarczyć surowce do swoich fabryk, a potem wyprodukować towar i dostarczyć go do sprzedaży. Na cenę surowców wpływają m.in – koszt wydobycia, koszt transportu, koszty energii. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że w ostatnich latach mamy światowe problemy logistyczne, ograniczenia w dostępnej sile roboczej, i globalizację, gdzie ktoś kichający w Brazylii odbija się czkawką w Warszawie.
    • wzrost zapotrzebowania – na surowce, na produkty, na usługi. Jakoś tak się składa, że kiedy pojawiają się problemy na produkcji, to nagle towar/ surowiec którego jeszcze nie dawno było pod dostatkiem, nagle jest bardziej pożądany (bo jest niezbędny do dalszej produkcji). Przedsiębiorcy chcą zagwarantować sobie dostawy, ale dostawca z kolei widzi że ma możliwość podniesienia cen – to dla niego okienko na zwiększenie przychodu, więc cena rośnie. Im bardziej czegoś chcemy, i im więcej ludzi tego chce, i im mniej tego jest, tym droższe się to staje. Prawie jak NFT.
    • Dodruk pieniądza… ten dosłowny (czyli ile pieniędzy państwo – jedyne które ma prawo to zrobić) wpuści do obiegu. Ponieważ pieniądz (banknot, moneta) nie jest w żaden sposób przywiązany do posiadanego przez państwo majątku (kiedyś pieniądz był reprezentantem kruszcu, czyli łatwiej przenieść papier o wartości kilograma złota, niż kilogram złota, ale to było kiedyś…), to ktoś w państwie może stwierdzić – potrzebujemy pieniądza, kontrolujemy pieniądz, to możemy go zrobić więcej z powietrza. Co może pójść źle?
    • ale jest też dodruk umowny – państwo ma sposób na określenie, jak łatwo pozyskać jest pieniądz od banku (czyli ustalając stopy procentowe). Chodzi o to, że za część wysokości odsetek każdego kredytu jest determinowana przez Państwo i może w ten sposób regulować, czy kredyt pozyskać jest łatwo (tanio), czy trudniej (drożej). Tani kredyt pomaga przedsiębiorcom inwestować (bo łatwiej im zarobić więcej, niż muszą oddać). Też trochę ułatwia konsumentom, bo łatwiej im sięgać po własne zachcianki odraczając ich spłatę. Nieszczęście polega na tym, że nie ogarniamy tych procentów, ale to temat na zupełnie inny wątek.

    Czy inflacja zawsze jest zła?

    1. Inflacja jest nieunikniona, ale czy każda inflacja inflacji równa?
      No więc.. nie. Mamy kilka rodzajów inflacji.

      • łagodna inflacja – nie przekraczająca 3% w skali roku. Między innymi dlatego taki jest (statusowy?) cel inflacyjny NBP 2.5%. Wtedy gospodarka się rozwija, wzrost cen jest przewidywalny, utrata wartości pieniądza jest "ogarnialna".
      • krocząca inflacja – to jest moment, w którym zaczyna się robić mniej wesoło. Inflacja wchodzi na poziom między 3 a 10%. Oznacza, że gospodarka się przegrzewa. W krótkim okresie można powiedzieć, że wszyscy są zadowoleni, bo próbując wyprzedzić ceny zaczynają kupować "na zapas", co z kolei zwiększa zapotrzebowanie, co z kolei prowadzi do podniesienia cen, co z kolei prowadzi do zwiększenia zapotrzebowania (bo rośnie inflacja). Ale wciąż jeszcze mamy pieniądze i one mają jakąś wartość. Problem w tym, że to prowadzi do problemów, ponieważ wynagrodzenia nie będą dotrzymywać kroku, przez co towary mogą stać się dla ludzi niedostępne. To dobrze – bo to konsumpcja nakręca inflację. To źle, bo to oznacza, że coraz większą grupę ludzi nie stać, na rzeczy, których potrzebują.
      • Galopująca inflacja – to ta powyżej 10%. Problemy stają się poważne. Coraz trudniej dotrzymać kroku rosnącym cenom. Pieniądz i oszczędności tracą wartość. Inwestorzy zaczną szukać bardziej przewidywalnych rynków. Zarządzający państwem będą tracić wiarygodność, kiedy ludzie poczują, że stać ich na mniej niż jeszcze chwilę temu, że towarów zaczyna być mniej niż było, i że ogólnie żyje się gorzej.
      • Hiperinflacja – do tej pory rozmawialiśmy o inflacji mierzonej rok do roku. Historia zna natomiast przykłady, kiedy ceny rosły o 50% lub więcej w skali miesiąc do miesiąca. I to już jest gruby problem. Dobra wiadomość? To miało miejsce tylko 20 razy na świecie w ostatnim stuleciu, w tym 4krotnie w Europie zachodniej.
        Co się wtedy dzieje? Co do zasady… pieniądz (banknot) staje się papierkiem bez wartości, niezależnie od tego ile tych papierków zgromadzisz. Trudno jest cokolwiek kupić, bo cokolwiek sprzedasz dziś, to za ile to sprzedasz nie pozwoli kupić Ci tego samego jutro. Waluta przestaje istnieć, a ludzie zaczynają się posługiwać zewnętrzną walutą, która jeszcze ma jakąś wartość.

    Dobrze opisane przykłady hiperinflacji znajdziesz w tym artykule

    1. Ta hiperinflacja to potrafi nastraszyć. Niewyobrażalna jest. Przy czym jest to zjawisko rzadkie, bo jak przy każdej pięknej katastrofie musi w jednym miejscu zbiec się wiele czynników. Takie czynniki jak wojna, pandemia, nieodpowiedzialne zachowanie fiskalne i nagły rosnący popyt.

    2. Fun fact. Nie wiem czy wiesz, ale w historii USA jest taki okres, który oni nazywają "wielką inflacją". To okres między rokiem 1965 a 1982. Jak sądzisz, jaka była wartość tej inflacji w "szczycie"?
      obrazek inflacja us
      troche mi sie zrobiło ciepło.

    3. Co się robi, kiedy inflacja rośnie?

      "In order to stop inflation you have to have the government spend less and print less. That’s the only way you are going to stop inflation, that’s the one and only cure."
      (Milton Friedman)

    Chciałbym zobaczyć nasz rząd, który to robi. Na ten moment robią co mogą, aby opóźnić moment, kiedy… wybaczcie, ale "jebnie". Jebnie. Te wszystkie tarcze, które wymyślają, są – obawiam się – podawaniem aspiryny na malarię. Może i pozwoli pożyć chwilę dłużej, ale nie rozwiązuje w najmniejszym stopniu problemu. Nie naprawia gospodarki, nie buduje planu na przyszłość. Jest pudrowaniem… nie, nie trupa, tylko chorego, zamiast go leczyć. Malujemy trawę na zielono, zapominając, że słońce i tak ją wypali.

    No ale zdaje się, że właśnie Adam Jaszczomp Glapiński został wybrany na drugą kadencję prezesa NBP. Facepalm.

    Oni bardzo nie chcą tego zrobić, ale jak było przytoczone w filmiku w punkcie 8, państwo może nie mieć termometru aby zbadać temperaturę, ale to mu nie przeszkadza w tym, by paść.

    1. Musimy pamiętać o tym, że państwo może też manipulować wskaźnikiem inflacji (chcąc uspokoić społeczeńśtwo i przekonać ich okłamać obywateli, że wcale nie jest tak źle jak im się wydaje). Tylko że to też ma krótkie nogi, bo niezależnie od tego, ile razy w telewizji publicznej powtórzą, a na bannerach podkreślą że jesteśmy w kraju mlekiem i miodem płynącym, to… nie będzie ani tego mleka, ani tego miodu.

    2. Na moje rozumienie, czy nam się to podoba czy nie, to co nas czeka (i to już przy tym, poziomie inflacji, jaki obecnie mamy w Polsce), to recesja. Bo możemy uciekać do woli, ale po prostu wchodzimy w trudniejszy czas. Czas którego my nie znamy, ale znają nasi rodzice i nasi dziadkowie. My dopiero będziemy się go uczyć. To nie jest nic nowego, tak działa gospodarka. Jeśli jesteś już w tym miejscu tygodniówki i jeszcze nie masz dość, to gorąco polecam Ci to wideo jak działa ekonomia

    3. Kto obrywa od inflacji? Obrywają najbiedniejsi, bo stają się jeszcze biedniejsi. I oni też oberwą w czasie recesji i będzie im trudniej z tego wyjść. Będzie mniej pracy, a ich umiejętności nie ułatwią im się w tym odnaleźć.

    Obrywają Ci, którzy mają jakieś oszczędności (zwłaszcza w walucie, której inflacja dotyka), bo to co sobie zgromadzili traci wartość.

    I co teraz?

    1. Dzięki Wit, bardzo mnie tym wszystkim uspokoiłeś. Co mam teraz zrobić?
      Hehehehe.. Nie wiem. Wiem czego nie robić – nie próbuj teraz oszukiwać inflacji. Tzn nie podejmuj działań, nie kupuj rzeczy (papierów, zasobów) które mają być cudownym remedium antyinflacyjnym. Po pierwsze, istnieje duże prawdopodobieństwo, że się na tym nie znasz, po drugie istnieje duże ryzyko, że stracisz na tych ruchach więcej, niż na inflacji. To zły pomysł.

    2. Jest to wszystko tym trudniejsze, że w tym momencie inflacja nie jest problem tylko w PL, ale to problem globalny. Gdzie nie przyłożysz ucha, tam piszczy i trzeszczy. Wszędzie inflacja rośnie (choć nie wszędzie tak spektakularnie jak w PL). Trzeba też pamiętać, że inne gospodarki są (wydają się być) zdrowsze i bardziej realne – mam tu na myśli to, że mogą one sobie lepiej z tym czasem recesji poradzić. Bo z recesji wychodzi się pracą, a nie socjalem.

    3. Znalazłem takie podpowiedzi

      • Dywersyfikuj. To z kolei wynika z teorii inwestowania (nie wiem czy pamiętasz, kiedyś robiłem sobie taki kurs na Coursera) – chodzi o to, aby rozłożyć możliwie maksymalnie ryzyko, tj rozłożyć swoje oszczędności i inwestycje w takie miejsca, w ktorych ryzyka nie są ze sobą powiazane. Bo jeśli są, to co to za dywersyfikacja… Cała istota dywersyfikacji opiera się na założeniu, że nie wszystko jebnie równocześnie.
      • Inwestuj w siebie – inwestuj w umiejętności, których nikt Ci nie odbierze, a którymi będziesz mógł zarobić w przyszłości. Bądź konkurencyjny na rynku. Licz na siebie. W tym jednym zakresie – bądź preppersem. Albo rób coś dla siebie.

    • miej ważny paszport.
    1. Kończę ten temat. Jestem bardzo ciekaw, jak CI się podobała taka, trochę inna tygodniówka. Czy była dla CIebie interesująca? Czy dowiedziałaś / dowiedziałęś sie czegoś więcej? Bardzo liczę na Twoje pytania i Twoje komentarze.

    2. Troszkę na osłodę i chcąc zwrócić Ci uwagę na to, jak pięknie jest dookoła:

    3. I pomyślęć, że wszyscy kiedyś byliśmy piękni i młodzi. Albo przynajmniej młodzi.

    1. w wartości edukacyjnej – trochę podpowiedź o co chodzi z masażem serca. Nigdy tak o tym nie myślałem

    2. Trochę się też z Tobą podzielę co robię, kiedy nie piszę przeraźliwie długiej tygodniówki…
      Not great, not horrible
      Not great, not horrible. O mojej przygodzie z pianinem pisałem pod koniec zeszłego roku

  • To się nie miało prawa udać

    To się nie miało prawa udać

    Nie wiem czy znasz tę myśl – „to nie dla mnie, to dla mnie za trudne, tego nie umiem, tego się nigdy nie nauczę”? Ja ją znam trochę aż za dobrze. Żyję przekonaniem, że są takie obszary, w których Bozia poskąpiła mi talentu.

    Może i chętnie i często kwestionuję rzeczywistość, może już przyznaję się sam przed sobą, że słowa się mnie słuchają i grzecznie ustawiają się w równych rządkach przemycając czasem trochę znaczenia, ale… to wyjątki. Jest za to cała masa rzeczy, które pewnie i bym chciał umieć i znać, ale… no to nie dla mnie. Więc może lepiej się nie będę za nie zabierał. No chyba że…

    Przypadek. Bardzo często wyręcza mnie przypadek. Idąc na szybkie zakupy przed pracą trafiam na książkę, która sprawia, że nagle zaczynam rysować. Od najprostszych rysunków, aż do prób zmierzenia się z portretami.

    To się nie miało prawa udać.

    Przez czysty przypadek w moim domu pojawia się ukulele i z pewną ciekawością, choć zupełnie bez przekonania (za to z przeświadczeniem że instrumenty strunowe są nie dla mnie) okazuje się, że zaczynam sobie przygrywać i mierzę się z „Por una cabeza” czy „Bolero” z (jeśli mogę sam sobie ocenę wystawić) całkiem niezłym efektem.

    To się nie miało prawa udać.

    Czasem potrzeba jest matką wynalazku, więc zmuszony do zrobienia w pracy kilkuset screenshotów, zacząłem szukać rozwiązania w Internecie i skoro brak gotowych rozwiązań do moich celów, to z pewną bezczelnością postanowiłem spróbować wykorzystać w tym celu Pythona (którego nie znałem) i parę bibliotek i teraz okazuje się że „mój pyton” robi screenshoty fachowo i efektywnie, a ja przy okazji nauczyłem się trochę automatycznego obsługiwania przeglądarki i „mój pyton” przydaje się także w innych rzeczach.

    To się nie miało prawa udać.

    Tak, można to wszystko robić lepiej, oj wiem, że można. Tylko że dla mnie nawet ten prezentowany tu poziom był absolutnie nieosiągalny. Powielokroć. 

    To wszystko przypadki z ostatniego roku, co najwyżej kilku lat. Ale w tym roku przyszło mi się zmierzyć z demonem lat dziecięcych, pielęgnowanym i hołubionym przez lat niemal 30. Jak dziś pamiętam lekcje gry na pianinie w domu rodzinnym, gdzie zamiast grać, zagadywałem nauczycielkę, panią Gizbert Studnicką (jak widać pamięć mam całkiem niezłą). Pamiętam też, że w efekcie mojego zagadywania postępów w moim graniu raczej nie było, zwłaszcza na tle tego, jak grała na pianinie moja siostra.

    Była jedna melodia, która wyjątkowo zapadła mi w pamięć. Enternainer. Melodia, którą znasz jeśli widziałeś Żądło. Marta grała to zawodowo, a ja o tym graniu mogłem tylko pomarzyć. I marzyłem, przez lata. Przez lata obiecując sobie niejednokrotnie, że gdybym tylko miał w domu pianino, to bym szedł w to normalnie jak dzik w żołędzie. Byłbym jak Bill Murray w Dniu Świstaka

    Zdeterminowany znaczy.

    I mogłem sobie marzyć, dopóki dwa miesiące temu w moim domu nie pojawiło się pianino. Ale wówczas moje marzenie było już skwapliwie przykryte kurzem czasu i nie wypadało go ze snu budzić. Nawet kiedy okazało się, że używana Yamaha podpowiada jak grać „Dla Elizy” czy „Marsz Turecki” nic nie zwiastowało problemów. A potem znalazłem tam przytoczonego „Enternainera” i… skończyły się wymówki.

    To się nie miało prawa udać.

    Kilkanaście minut dzienie. Nawet nie codziennie (jak to na niecodziennym hłe, hłe), ale przez miesiąc sprawiły, że to, co przez te 30 lat było niemożliwe, stało się dokonane… I mam to na filmie. Jak do tego doszło? Nie wiem.

    Magia 1%. Magia atomowych nawyków. Magia pozwolenia sobie na nieumienie i nieprzejmowanie się tym, że nie wychodzi „od strzała”. Bawienie się nieumieniem. Dostrzeganie i cieszenie się postępami. Karmienie się perspektywą i dopingowanie się tym, że co, ledwie w miesiąc? No właśnie w miesiąc.

    Już jakiś czas temu spotkałem się z myślą, aby podpowiadać uczącym się, żeby do frazy „nie umiem” dodawać zawsze „jeszcze”. I że to „jeszcze” jest kluczem. Rozbraja definitywność „nie umiem” i otwiera „wszystko jest możliwe”. Wiedziałem o tym, ale… teoria teorią, a praktyka praktyką.

    Jedna rzecz mnie w tym wszystkim wkurza. Tak nawet bardziej, to wkurza mnie w mojej własnej, osobistej głowie. Że nawet jeśli mam na wyciagnięcie dowody, choćby nawet te, które tu przytaczam – rysunek, ukulele, pianino, programowanie – że umiem sięgnąć i opanować rzeczy, które dla mnie samego były autentycznie nieosiagalne, to cały czas mierząc się z czymś nowym / nieznanym / nieprzepracowanym mam to uparte i niezasadnie dumne przekonanie – to się nie ma prawa udać. Nie mi. Zupełnie nie wiem jak to sobie wytłumaczyć, że to głównie w moim własnym przekonaniu rzeczy są niemożliwe, aż je zrobię, tylko muszę spróbować. Tylko muszę dać sobie te piętnaście minut dziennie.

    Zwykle zdaję się na przypadek, na cudowne zrządzenie losu albo sprzyjający układ gwiazd aby rozbroić te moje własne niemożliwości. Tym razem jednak spróbuje trochę inaczej. Karmiąc się swoją wewnętrzną irytacją i tym, że temat sezonuje się we mnie już od roku, próbuję się wziąć za bary z subskrypcjami. Bez szturmowania, bez wielkich imperialnych zakusów. Cierpliwie. Przez piętnaście minut dziennie. Przez większość dni w miesiącu. Zobaczymy co to przyniesie.

    Na razie przyniosło to, że pojawiły się pierwsze wpisy poświęcone kilku pudełkom jakie można w Polsce zamówić w subskrypcji, przyniosły to, że wiem już jak zacząć, że już wiem jak to może wyglądać i że mam o jedną wymówkę mniej. Że teraz muszę tylko poświęcić te 15 minut dziennie i dodawać cegiełki. Zobaczymy jaki powstanie z tego mur.

    Czy to się może udać?

    Cóż. We will say what time will tell.

  • Znów mam Ci coś do powiedzenia – Tygodniówka #41*.21

    1. Jak gdyby nigdy nic, jak gdybym nie zniknął na kilka tygodni, zacznę od tego, co w tym tygodniu, w tym „numerze*” tygodniówki wydaje mi się najważniejsze. Zacznę od piosenki, której tekst został określony, w usłyszanym przeze mnie wywiadzie (o którym za chwilę), jako jeden z najwybitniejszych tekstów polskiej kultury:
    1. Zaczynam od tego właśnie, bo przesłuchawszy tej piosenki kilka razy w ciągu ostatnich dni, chcę Ci zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, jest wcale niemała szansa, że jest ktoś, dla kogo Ty właśnie jesteś „lekiem na całe zło”. Jesteś dla kogoś tak właśnie ważny, tak właśnie bliski, tak właśnie potrzebny.

      To cenne jest. To powinno, tak myślę, pielęgnować w nas wartość, ludzkość.
    2. Po drugie, (choć punkt to trzeci), chcę Ci podpowiedzieć abyś, jeśli masz w swoim świecie kogoś takiego, kto jest Twoim lekiem, przypomniała / przypomniał mu / jej o tym. Najlepiej tak bardzo wprost, znajdź chwilę, znajdź przestrzeń i podziel się tym. Niech to będzie Wasz wspólny czas. Myślę, że potrzebujemy tego. Ciepła, czułości, bliskości. Róbmy ludziom dobrze.
    3. Tu znajdziesz wywiad do którego się odnosiłem. To rozmowa, którą widziało / słyszało chyba bardzo mało osób, (wnoszę po liczbie wyświetleń na yt). To… wydaje mi się dobra rozmowa, nieidealna, ale… dobra. Naiwnie myślę, że to może być pierwszy znak, że może coś się w naszej przestrzeni / rzeczywistości zacznie zmieniać. Oj, naiwnie myślę…
    4. W moje ręce wpadła ostatnio lista 68 dobrowolnych porad. Lubię takie zestawienia, choć zdecydowanie traktuję je jako ciekawostki, a nie jako prawdy objawione. Jeden z punktów przytoczonych na tej liście to „Zaufaj mi, nie ma żadnych „ich”.

      (Inna z porad / podpowiedzi które tam znalazłem i zapamiętałem, to „Entuzjazm dodaje 25 punktów IQ” – brzmi bardzo nienaukowo, ale jakże zasadnie).

      No właśnie, nie ma żadnych „ich”, sa tylko „Ci z nas, którzy”… (cholera, pisałem o tym w drugiej, historycznie drugiej tygodniówce).
    5. Wracając do rozmowy – ona zdecydowanie nie wyczerpuje wątków podziału, ale jest kolejnym ziarenkiem, które może zachęcić na do tego, abyśmy jednak zrozumieli jedno – musimy rozmawiać. Musimy szukać punktów wspólnych. MY musimy znajdować punkty wspólne. Nie możemy oczekiwać że ktoś zrobi to za nas, że przyzna nam rację i powie nam „Wy byliście oświeceni”.

      To będzie chyba w tym wszystkim najtrudniejsze, bo wszyscy zakładamy, że zanim zaczniemy rozmawiać o przyszłości, oczekujemy że ktoś do nas przyjdzie i nas przeprosi. I że zrobi to z przekonaniem, a nie dla świętego spokoju (żeby było zabawniej, w sobotę, kiedy napisałem ten słowa, Donald Tusk zatweetował. Gorzej, nawet jak przyjdzie i przeprosi to bedziemy zapewne spodziewać się (i wypatrywać) tego momentu, kiedy znowu będzie znowu mógł / mogła nam wypomnieć że „wtedy, a wtedy zrobiłeś to a to i dlatego nic z tego”.

      (Dopisek poniedziałkowy – już można przeczytać, że twit Tuska był nie dość i że to przede wszystkim atak, a nie przeprosiny i że się nie pokajał wystarczająco… oesuuuuu).

    Było to dawno, dawno temu, Twój prapraprapraprapraprapradziad zjadł naszemu prapraprapraprapraprapradziadowi pterodaktyla. I dlatego nie możemy być razem.

    1. Oj nie łatwo nam będzie, bo są w narodzie rachunki krzywd, i dopóki ich nie wyrównamy, dopóki nie rozliczymy, dopóki ich żywym ogniem nie wypalimy, nie możemy być razem (jako społeczeństwo, rzecz jasna). Tak sobie myślę, że jakby mi ktoś taką przyszłość wieścił, to będąc u władzy, zrobiłbym zapewne wiele, żeby wiedział, że on się tego nie doczeka, a im bardziej prawdopodobne owo rozliczenie (o wypalaniu nie wspominając) by było, tym bardziej bym wierzgał i tym bardziej sięgał po wszelkie sztuczki i kruczki aby tego przykrego losu uniknąć.

      Nie da się docelowo uniknąć? Może da się opóźnić? Każdy jeden dzień wart jest uchwycenia. Mam wrażenie, że metoda „na przedawnienie” może być równie skuteczna co metoda na wnuczka.
    2. W tej rozmowie pobrzmiewa – „ale wy nas wcześniej bardziej”, oraz „ale nie zapominajmy o…”. Naród historyków jak nic. Skąd wobec tego moja nadzieja? Skąd naiwność że może być lepiej? Ano stąd, że w ogóle zaczynamy rozmawiać i zaczynamy siebie zapraszać, aby tego kogoś drugiego choć spróbować usłyszeć. Może… aż nie wierzę że to napiszę, może… może zaczyna nas uwierać wygoda naszej własnej banieczki i może zaczynamy dostrzegać że jest ona fałszem podszyta i że nie czeka nas nic dobrego? Nie… to na pewno nie to. Wychodzi na to, że nie ma jednego dobrego powodu, dla którego moja nadzieja miałaby prawo się tlić. Cóż, widać chwytam się każdego promyczka, każdej brzytwy, która pozwala uwierzyć, ze jednak możemy ze sobą rozmawiać. Że to tędy droga. Że w sytuacji trudnej znajdziemy sposób, by się naszą tolerancją na nietolerancję wykazać. Bardzo bym tego chciał, choć próbując spojrzeć na to racjonalnie, to niemal nieprawdopodobne. Jedyne co pozostaje, to pamięć o tym, że nie umiemy w prawdopodobieństwo, racjonalność ani czarne łabędzie.
    3. A kiedy już stracę resztki nadziei, to co mi pozostanie? W co się wtedy będę bawić? Może… Lego? Właśnie… czy wiesz, dlaczego Lego? Nazwa pochodzi od duńskiego zwrotu „leg godt” który oznacza „graj dobrze”. Dziś będzie troszkę o Lego właśnie.
    4. Zapewne wiesz, że Lego to założona w 1932 roku firma, która w ostatnich latach przeżywa ogromny renesans, ale… niecałe 20 lat temu, w roku 2003 wcale nie wyglądało to tak kolorowo.
    1. Niby nie było źle, ale nie była to pełnia rozkwitu. Wspominam o tym przede wszystkim dlatego, że nie całkiem zdajemy sobie sprawę jak wiele może się wydarzyć w ciągu 20 lat. Jak będąc „średniakiem” można zostać „gigantem”, a będąc gigantem można zaliczyć nieprawdopodobny zjazd (porównaj z finansową i sportową sytuacja Barcelony, klubu, którego nazwa dla chyba wszystkich kibiców na świecie oznaczała przede wszystkim „potęga” i „sukces”.)
    2. Z tym Lego to niezwykłe jest to co ludzie potrafią z nim zrobić. I nie chodzi mi tylko o te rzeczy, które zaprojektowali sobie certyfikowani i opłacani konstruktorzy. Obczaj na przykład maszynę do pisania z Lego..
    1. Żeby było jeszcze zabawniej, tego (tzn takich maszyn do pisania) jest więcej. Na ten przykład jedna jest tu
    2. Mnie natomiast do zbierania szczęki z podłogi skłonił gość, który robi rzeczy niezwykłe z bardzo prostych elementów Lego, przy okazji sprawiając, że klocki jęczą, krzyczą i drżą…

    albo to:

    1. Swoją droga nie wiedziałem, że jak donoszą użytkownicy pod jednym z filmów, brązowe klocki lego mają tendencję do pękania…
    2. Ponieważ tygodniówki nie było dłuższy czas i mam trochę zaległości, to wrócę historii z początku września, kiedy przy okazji paraolimpiady Michał Pol zamieszczał na swoim Twitterze poruszające historie paraolimpijczyków, jak choćby ta:
    https://twitter.com/Polsport/status/1433388761195319298
    1. To jest w ogóle niesamowite, jak w zupełnie nieprawdopodobnych okolicznościach potrafią powstawać rzeczy wielkie, inspirujące, dodające otuchy… jak choćby sztuka, która powstaje w piekle kobiet:
    Obraz autorstwa Shamsia Hassani (jak klikniesz w obrazek, to zobaczysz więcej jej prac)
    1. A kiedy myślimy sobie, że takie rzeczy dzieją się tylko gdzieś daleko od nas, i my nic na to poradzić nie możemy, to pamiętajmy o tym, że na naszą skalę także nasz świat, ten zachodni, postępowy, europejski jest także niełatwy dla kobiet…
    1. Że mało, że jestem tendencyjny, że w ogóle o co mi chodzi? No to proszszsz… jeszcze taka kampania, którą zapewne musiałaś / musiałeś widzieć (choć nie na naszych ulicach, a na naszych socialach) i… gdyby nie pokazywała / nie dotykała prawdy, to przecież by nie była potrzeba…
    1. I żeby dopełnić jeszcze tego obrazka pięknego świata, w którym żyjemy… czy wiesz że w roku 2021 zanotowaliśmy jedną z największych w historii dziur ozonowych?

    Że zacytuję jeden z komentarzy – byłem przekonany że to akurat jeden z tych kłopotów i problemów, które już rozwiązaliśmy. No więc jednak nie. Jak się okazuje, jako ludzkość jesteśmy znakomici w generowaniu nowych wielkich problemów, które znakomicie wyrzucają z naszej uwagi i świadomości wcześniejsze nierozwiązane problemy. Brawo my.

    1. Tym bardziej (taką zastosuję niewyszukaną klamrę) potrzebujemy ludzi, którzy sprawią, że będzie nam ciut lżej. Bądźmy też tymi ludźmi, którzy ułatwiają świat innym. Co nam szkodzi.

    * tak, wiem, numeracja rozjechała się totalnie..

  • Tygodniówka musi być. Długa? #29.21

    Tygodniówka musi być. Długa? #29.21

    1. Ok, sierpień się kończy, a tygodniówki jak nie było, tak nie ma nie było. Nie mam pojęcia czy tęskniłaś / tęskniłeś ale… niewygodnie mi z tym brakiem. Tym bardziej, że nie robiłem żadnej zapowiedzianej przerwy wakacyjnej. Zamilkłem. Jak speszona nastolatka, albo zawstydzony prawiczek. Albo… dobra, dość porównań. Po prostu dałem ciała. I naprawdę chodziło mi po głowie (znowu) żeby złożyć broń (i pióro… i klawiaturę na kołek odwiesić) ale równocześnie pozbierałem kilka ciekawych rzeczy, kilkoma się z nimi (w tak zwanym międzyczasie) z ludźmi podzieliłem i wychodzi na to, że jeszcze tym razem mam więcej do napisania, niż przemilczenia. Dlatego wracam. Taką chcę Ci oddawać tygodniówkę – pisaną z przekonaniem, że mam Ci coś do powiedzenia.
    2. Tygodniówkę piszę, bo chcę Ci pokazać rzeczy, na które trafiłem celowo lub przypadkiem i które uważam za warte chwili Twojego czasu. I haczyk polega na tym, że jak tygodniówki nie napiszę, to Ci ich nie pokażę i to mnie gryzie nawet bardziej, niż wyrzut z nienapisania podlany wewnętrznym nieprzekonaniem do pisania tygodniówki. Mam też wrażenie, że zapędziłem się w kozi róg myślą – tygodniówka będzie dobra, kiedy będzie miała trzydzieści punktów. Głupie myślenie. Tygodniówka ma szansę być dobra, kiedy trafia na Twoją skrzynkę, jak nie trafia, to nie może być żadna wcale. Nienapisane tygodniówki się nie liczą. Więc zapewne tak długo, jak będę miał coś do pokazania, tak długo będę tygodniówkę pisał. Choć równie dobrze może to być tygodniówka raz na pół roku. Oby jednak nie.
    3. Jest kilka problemów związanych z pisaniem po przerwie. Także tych prozaicznych.. numeracja mi się sypła. Kiedyś było prosto – numer tygodniówki = numer tygodnia. A teraz? Przecież nie będę „zawyżał” licznika. Nie lubię takich rozjazdów.
    4. Zacznę od życzenia, które składam Tobie, ale tak naprawdę chciałbym tego życzyć absolutnie każdemu. Życzyć wolności. Przy czym nie mam na myśli wolności penitencjarnej, ale tej codziennej związanej z wolnością podejmowania decyzji życiowych. Wolności rozumianej jako przyznane sobie prawo, do odmówienia zrobienia rzeczy, która nie jest zgodna z naszą moralnością, bez ryzykowania swoim (lub swojej rodziny) bytem. Taka wolność, którą pięknie zobrazowało kiedyś Lotto (będące niezmiennie podatkiem od głupoty)
    1. Skąd mi się to życzenie wolności wzięło? I czemu akurat teraz? To smutny wniosek polityczny. Bo trochę nie rozumiem, jak można w wolnym (jeszcze) kraju, będąc posłem na sejm przykładać rękę do ograniczenia wolności w szczególności mediów. Ja rozumiem, że władza nie lubi jak się jej patrzy na ręce, ale nie rozumiem przeświadczenia władzy, że może rzeczywistość demolować. Tu jest lista posłów, którzy zagłosowali za poprawką, która ma skłonić telewizję do bycia posłuszną
    1. Z jednej strony, co już pisałem, im dłużej patrzę na politykę ostatnich lat, tym bardziej zaczynam rozumieć XVIII wieczne rozbiory. Bo tu nie chodzi o to, że sąsiedzi nasi tacy byli mocarni i na Polskę dybali okrutnie. To my mamy skłonność do bycia śmiesznym narodem z wydumanym ego zatrącającymi umiejętność współpracy, bo nam się należy i ma być po naszemu. W Europie już nauczyliśmy wszystkich wszystkiego, teraz będziemy wszystkiego uczyć Amerykanów. A potem będziemy zdziwieni, dołączając do wszystkich innych zdziwionych.
    2. Dlatego właśnie życzę przede wszystkich posłom wolności, bo nie umiem sobie wyobrazić, ile trzeba by zapłacić wolnemu, rozsądnemu człowiekowi za przykładanie ręki do odbierania wolności innym. I dlatego tez posłowie powinni być majętni (pewnie powinno ich być także mniej) żeby „poseł” to był ktoś, żeby umiał coś, żeby coś sobą reprezentował, a nie był chłystkiem którego można kupić za kilka tysi. Wtedy będziemy bylibyśmy dużo mądrzejszym narodem. Niedoczekanie Wit, niedoczekanie.
    3. Przechodząc do rzeczy ważniejszych, bo bardziej Ciebie i mnie mogących dotknąć. Impulsem, który zaczyna cały wątek, była wiadomość z 31 lipca, że ktoś wszedł w posiadanie danych osobowych i nagrań z infolinii Taurona. Żadna to nowa sytuacja, firmy dzielą się przecież na te shakowane i te, które dopiero zostaną „wycieknięte”. Istnieje więc duża szansa, że Twoje dane są już w mniejszym lub większym stopniu dostępne dla chcącego je znaleźć. Z jednej strony chroni Cię to, że danych i potencjalnych ofiar jest więcej, niż złoczyńców, więc może zginiesz w tłumie, ale… czy to aby wystarczająca reakcja?
    4. Wit, Wit, Wit… no i co z tego, że będą mieli moje dane? No co z tego? Na koncie mam niewiele, tajemnic nie mam żadnych (do tajemnic za chwilę dojdziemy), co mi zrobią? Mogą, na przykład pożyczyć sobie na Ciebie pieniądze. Czyli zabrać Ci pieniądze, nawet jeśli ich nie masz. Czy masz pewność, że nikt tego nie robi? Polecam i podpowiadam sprawdzenie dwóch usług – alerty BIK albo bezpieczny pesel; czy to wystarczy? Jak ktoś się uprze, to nie, ale to troszkę jak z alarmem samochodowym, dodatkową blokadą, immobilizerem albo trochę trudniejszymi do sforsowania drzwiami lub zamkiem. Zawodowiec sobie poradzi, chodzi o to, aby dać mu pod rozwagę poszukanie łatwiejszego celu.
    5. Zła wiadomość jest taka, że jak na razie, to przestępcy są coraz sprytniejsi, sprawniejsi, bardziej pomysłowi, o czym świadczy choćby nowy pomysł na zdobywanie zaufania swoich ofiar, tu znakomicie przedstawione to przez Dawida Myśliwca,

    a równocześnie firmy mają naprawdę luźne podejście do tych spraw… bo wiecie, Taurona nie trzeba było hakować, dane sobie po prostu… leżały. Smuteczek.

    1. A jeśli myślisz, że Ciebie to nie dotyczy, to dwie osoby z grona moich znajomych w ostatnim czasie zetknęły się zarówno z niespodziewanym alertem Bik związanym z niezałozonym kredytem, oraz dostali telefon o działu bezpieczeństwa banku celem potwierdzenia dziwnej transakcji. Bądź, proszę, czujny.
    2. Jeszcze słówko prywatności. Pamiętam jak w czasach wczesnego liceum śmiałem w klasie powiedzieć / zwrócić uwagę że „telefon komórkowy to narzędzie pewnej inwigilacji”, na podstawie którego będzie można nas bardzo swobodnie trackować (jeśli nie te słowa, to ten sens). Zostałem potraktowany tak, jak traktuje się życzliwego ale niegroźnego wariata. Fast forward kilkanaście lat później i oto w nieodległej Ameryce „outują” księdza na podstawie komercyjnie dostępnych danych aplikacji, z której korzystał.
    1. Straszne są te czasy, w których żyjemy. Straszniejsze będą czasy, w których żyć przyjdzie kolejnym pokoleniom.
    2. Marketing potrafi obudzić gorycz. A im szczytniejsze idee bierze sobie na sztandary, tym więcej niesmaku pozostawia, kiedy zostaje zdemaskowany. Od kilku lat byłem zachwycony akcją „Fearless girl” – o czym zresztą pisałem już kilka razy, jestem zachwycony tą małą statuetką. A potem trafiam na znakomite wystąpienie Marka Ritsona

    i tam taki fragment (od 16:58) i okazuje się, że State Street, autor tej symbolicznej akcji z marca 2017, musiał w październiku tego samego roku zapłacić 5 milionów dolarów ugody za nierówność zarobków uzależnioną od płci. UGH.

    1. Czas na tę część tygodniówki, którą także bardzo lubie, bo oto moje małe zachwyty – wybieg, który jest cholernie pozytywną emocją
    1. Jak Galileusz widział księżyc w 1609 roku?

    Tu możesz zobaczyć inne rysunki księżyca z XVII wieku, w tym także autorstwa Jana Heweliusza

    1. Malowanie pikselami w rzeczywistości… bo w sumie, to dlaczego nie. I można choćby tak

    więcej takich obrazków na Instagramie autora.

    1. Nie da się ukryć, otamatone ma talent.

    Równocześnie, na moje oko to hiszpańskie wersje popularnych programów telewizyjnych są… inne – zerknij choćby na hiszpańską wersję Masterchefa;

    1. A co ja robiłem, kiedy nie pisałem tygodniówki?
    • Robiłem zdjęcia
    • Malowałem (po numerkach)
    • Szkicowalem kroplę
    • Krzywdziłem ukulele
    1. A jeszcze od czasu do czasu pokornie obrywam w szachy. I, żeby było zabawniej – i zupełnie niespodziewanie, zacząłem czytać książkę o otwarciach szachowych. No przecież że zło. Tym bardziej, że cały czas niewiele z tego rozumiem. I nie tylko dlatego, że jest po angielsku.
    2. Trafiłem też na niepoprawny politycznie i już zawieszony podcast pt. Zen Jaskiniowca. Jestem pod wrażeniem bezpośredniości przekazu, zaskakuje mnie czasem (domniemana?) zbieżność z tym co myślałem, pisałem i nagrywałem sam w 2017 roku. Słuchając go – tu drobna uwaga, dużo więcej ciekawych treści znajduję na początku podcastu, niż w jego późniejszych odsłonach – parę razy miałem momenty kiedy budził się mój Mroczny Pasażer i… to niosło ze sobą energię. Energię, która zachęca do tego by się wkurzyć, by siebie i swoje postawić w centrum i o siebie i o swoje zawalczyć. Mam wrażenie, że do paru nagrań będę wracał. Zobaczymy, czy zobaczymy się z pasażerem, czy znowu pójdzie spać.
    3. Również od Rafała Mazura usłyszałem o koncepcji „Lista 5 zwycięstw” którą próbuję sobie wdrożyć. Z jednej strony podoba mi się opcja potraktowania projektu czy też codzienności jako gry (nawet zastanawiam się, czy mogę z „subskrypcje.pl” zrobić wewnętrzną grę – podzielić zadanie na levele, levele na poszczególne challenge i rozdziały, i cierpliwie sobie xpić, aby móc zmierzyć się z tym bossem… kusi mnie ta wizja). Z drugiej podoba mi się nie tyle uczynienie z każdego dnia gry, ile jasne określenie priorytetów i sprawdzenie, czy udaje się je dowieźć. Codziennie.
    4. Równocześnie boję się tego, czy to aby nie jest kolejna wersja „jesteś zwycięzcą”. Choć z drugiej strony, każdego psychologa można by pod to – gusła – posądzić. A przecież pomagają ludziom… i do różnych ludzi trzeba docierać w różny sposób… więc może nawet jeśli jest to chłyt materkingowy, to póki działa, nie będziemy koniu w odgłos paszczą zaglądać.
    5. W ubiegłym tygodniu miałem też swoje kilkanaście sekund widoczności na linkedin), które zaowocowały kilkoma zaproszeniami, przez co mój linkedin (i treści, które na nim widzę) się zmienia. Ciekawe co z tego wyniknie. Równocześnie jest to dobra okazja do tego, żeby przypomnieć tekst – Jak lepiej wykorzystać LinkedIn do szukania pracy choć prawdę powiedziawszy, nieskromnie powiem, że ten tekst można rozciągnąć także na inne pola – w skrócie – jeśli czegoś od kogoś chcesz, to nie zakładaj że on będzie poświęcał swój cenny czas, na zrozumienie Twojej potrzeby / Twojego pomysłu, jeśli nie zadbasz o to, żeby to było dla niego ciekawe i wartościowe 'od pierwszego momentu’. Nie jesteśmy aż tak ciekawi, żeby ktoś się nami nadmiernie interesował.
    6. Czy… ja właśnie wydałem na siebie wyrok i dobrze by było, żeby tygodniówka pojawiła się także za tydzień?

  • Tygodniówka wakacyjna, delikatnie oszukiwana #28.21

    Tygodniówka wakacyjna, odrobinę oszukiwana #28.21

    1. Dziś witam Cię z puszczy Noteckiej. Dużo lasu świerkowego dookoła, dużo ciszy (czasem tylko łaciną w polskim wydaniu przerywaną). Dużo, mam nadzieję, nic-nie-robienia. Tak, zamierzam praktykować „nada para haker”. To zwrot podkradziony od W. Cejrowskiego i Wyspy na prerii (kiedy uznawałem, że umiem schować sobie w kieszeń rozbieżności światopoglądowe i czytać podróżniczo ignorując politykę)… No ale tak W.Cejrowski jak i R.Ziemkiewicz wyprowadzili mnie z tego błędu.
    2. Czas wakacyjny może obfitować w ograniczenie ilości czasu spędzanego przed komputerem – choć czy tak będzie, czas pokaże. Oznacza to również mniej czasu online, co z kolei oznacza uboższą tygodniówkę. Na to jednak mam pewien plan, o czym za chwilę.
    3. Będzie jeszcze słówko dopisane do zeszłotygodniowej tygodniówki i cienia, jaki kładzie za sobą Internet… Usłyszałem jeden argument, który wydaje mi się bardzo zasadny. Dzięki Internetowi, tak powszechnemu, tak szybkiemu, zdołaliśmy przejść przez pandemię pierwsze półtora roku z CoVIDem bez radykalnego przemodelowywania naszej rzeczywistości. Czy świat się zmienił? Tak, ale Internet pozwolił nam (znacznej części nas) nadal pracować, nadal zarabiać, nadal utrzymywać swój poziom. Totalnego załamania nie było. W dużej mierze, dzięki temu, że co tylko się dało, przenieśliśmy w przestrzeń. online.
    4. Z Pandemią mam jeden obrazek, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Prosto z Wimbledonu:

    Robi mi to ciary.

    1. Równocześnie, dziś na Wimbledonie zostanie rozegrany finał mistrzostw Europy. Mistrzostw rozgrywanych na całym kontynencie, w niektórych miejscach na pełnych kibiców stadionach. Zupełnie tak, jakby nie było na świecie od kilkunastu miesięcy żadnej przestawiającej naszą rzeczywistość choroby, jakiej boi się cały świat. Genialny pomysł przemieszania ludzi bez możliwości zapewnienia im jakiejkolwiek ochrony. Głupota? Nieodpowiedzialność? Nie wiem czy da się policzyć ile osób będzie miało styczność z nową odmianą wirusa ze względu na takie, dość swobodne podejście organizatorów do tego turnieju, ale… mam wrażenie, że mogliśmy sobie tego oszczędzić.
    2. Równocześnie mam wrażenie, że UEFA zorganizowała turniej, który był daleki od sprawiedliwości. Znalazłem nawet ładne podsumowanie popełnione przy okazji meczu Anglików z Duńczykami pokazujące rozbieżność pomiędzy tym, ile w trakcie turnieju musieli podróżować Anglicy, a ile reprezentacja prosto z Kopenhagi. I podobny handicap miało kilka innych drużyn – gospodarzy. Cała reszta musiała wędrować po kilkaset lub kilka tysięcy kilometrów pomiędzy meczami.
    3. A my i tak to oglądamy… what’s wrong with us.
    4. Euro się skończyło, to już ten moment, kiedy mogę znowu wyłączyć przeglądarkę w swoim telefonie. Trochę mi tego brakowało. A raczej trochę mi tego zbywało.
    5. Jak zapewne wiesz, mam słabość do rysunków, najchętniej piłuje oko. Ciekawe, czy jak się dobrze przyglądnę oku tak bardzo z bliska, to będę lepiej oczko rysował…
    https://twitter.com/Time4learns/status/1410148318559105027?s=20
    1. Jak zapewne wiesz, mam słabość do rysunków. I jestem pod wrażeniem, jak można zrobić coś, z niczego. I uznaję, że tak nie wolno, że to powinno być zakazane.
    https://www.facebook.com/veriapriyatno/posts/353500092811363
    1. Zaprzyjaźniony kreatywny kiedyś powiedział o mnie, że jestem typem człowieka, który słysząc jakiś pomysł, jakiś projekt do zrealizowania zwykle znajduje wszystkie (mam nadzieję dobre) powody, dla których to się nie może udać, a potem zaczynam kminić jak to zrobić, żeby jednak to zrealizować. Równocześnie, mam sobie za złe, że jestem często dużo bardziej thinker niż doer. A czasem nawet overthinker. Tym bardziej ma dla mnie wartość, kiedy rzeczy się wydarzają, nawet jeśli są pozornie tak oczywiste, jak dodanie nowego produktu do oferty platformy sprzedaży internetowej. Ani to było proste, ani szybkie, ani łatwe. Ale jest. Cholera, jest.
    2. Więc teraz już w trybie wakacyjnym – skorzystam z rady mądrzejszych od siebie, a nawet bardzo mądrej głowy, i skorzystam z pewnego wytrychu i postanowię skorzystać z pokazania Ci tekstu, który popełniłem kilka lat temu. W tym tygodniu będzie to tekst pisany na stronie „mamdosc.pl” we wrześniu 2006 roku. Mam takie dziwne wrażenie, że nawet wtedy jakoś nie byłem bardzo optymistyczny. Zatem zapraszam Cię do zerknięcia w tekst pisany do Wolfa…

    Gdy ciszę burzy ktoś… gdy burza ciszy w głowie huczy…

    Nie śpisz Wolf? Powinieneś.. czasem warto spać.. Oczy zmrużyć, powiekom pozwolić ciążyć, oddech wyrównać, myślom dać czas na ucieczkę i wędrówkę w innych stanach świadomości.. stanach zjednoczonych, stanach zniewolonych, stanach pustych i wszystkich innych, których dotychczas jeszcze nie udało się odwiedzić.. zniszczyć i zdewastować…

    Bracie-cześć-później, wiesz, niż obiecywałem piszę list,
    ale się trochę zapomniałem.
    U mnie jest wielki fest – Ty to samo miałeś

    wciąż dokucza trwały zez duszy z ciałem.

    Widzisz Wolf.. popatrz, taki ja i taki Ty.. W dzień jak każdy, mogło by się zdawać. Budzisz się i wiesz, że coś dzieje się. Nie wiedzieć dla czego i jakim prawem, ktoś pragnie Twój z ziemią zrównać świat. To co Twoje odebrać, to co żywe zabić, to co kruche złamać.. Oczywiście, kiedy pierwsze chwile dnia łapiesz, jeszcze tego nie wiesz.. choć pewnie powoli, świadomość niezwykłości w świadomość wdziera się.

    A może jest zupełnie inaczej. Nie wiesz nic, poranek do poranka podobny, niczym nie zachwiany tok normalności. W radiu tylko słyszysz jakieś rzeczy niepojęte, że agresję ktoś zaczął, że napadł, że wkroczył.. Nagle audycję przerywa ktoś i brak dzwięków świdruje przestrzeń.. A potem wystrzał, wybuch, huk i chaos w jednej sekundzie budzi się.. Świat nagle na głowie staje, życie – które jeszcze wczoraj mogło wydawać się bezpieczne – w śmiertelnym znajduje się zagrożeniu. Wszyscy, czyli każdy. Oni, czyli my.. W oczach rodzi się przerażenie, w ciele żądza przetrwania. Bez względu na koszt, na straty i ofiary. Byle tylko przetrwać, byle tylko nie zginąć, byle tylko dalej być..

    Szlajam się, nucę pieśń, nic się nie zmieniło
    Z nieba pada pierwszy śnieg, moja pierwsza miłość.
    Dzisiaj nów, jestem zdrów, piję tylko wino,
    było źle, ale znów, dobrze, jak to zimą.

    Nagle okazuje się, że wszystko co masz to iluzja. życie, jak już wspomniałem, jest puchem, prochem, iskrą co lada sekunda może zgasnąć. Za szybko lub może właśnie we właściwym czasie. Wszystko co posiadasz, przestaje mieć znaczenie, tak długo, jak długo nie możesz za nie kupić nawet sekundy istnienia. Z dnia na dzień poznajesz co to głód, chłód czy ziąb. Uczysz się nowych słów.. Wiesz już kto Wróg, kto szpicel. Ze strachem wychodzisz na ulicę, choć przecież we własnym mieszkaniu – jeśli wciąż jeszcze je masz – nie jest bezpieczniej. Ufać chcesz, ale komu.. Buntować się, ale z kim.. Samemu? Przeciw ilu? Przeciw całemu światu? Zresztą, może łatwiej przeciw nim, niŜ wbrew własnym ideom stać. W piersiach rodzi się krzyk, wolności zew. Lecz czy ktoś nie zdławi go, nim pierwsze westchnienie na świat wyjdzie?

    Co dzień dowiadujesz się, że przyjaciół zabrał los.. Los? Tak łatwiej powiedzieć.. Mniej mieli szczęścia, zabłąkana kula trafiła ich.. Albo zdradziecki nóż.. Albo cudza głupota, albo własna odwaga, albo.. zresztą, co za różnica – trup, jest trup. Tylko pustka cholerna, gdzie był kiedyś ktoś. I pytanie dlaczego? W imię czego? Jakich zasad.. W imię narodu? Ziemi? Ludzi? Ojczyzny? Przeciw komu.. i czy to był najlepszy na to wszystko czas.. Na to nie ma dobrego czasu. Jest tylko konieczność.. a czasem jej brak.

    Pełny luz, szczypie mróz, grzeją jak popadnie,
    jedzie niebem Wielki Wóz, jedzie wcale ładnie.
    Pytasz mnie jak mi mknie. życie jak onanizm,
    jedno co zmienia się, to bród za paznokciami.

    Więc co.. o co walczymy? O lepsze jutro? O wolny świat? O możliwości? O marzenia.. Jak zawsze, o byt. O pamięć o nas, o przodkach. O to by mozna mówić – JA! O to by głupoty głosić, i w swoim bagnie swoje urządzać kąpiele. Aby do własnego kibla szczać i z własnych garnków własne jedzenie jeść. żeby własne toasty własnym językiem wznieść, żeby na własny sposób kochać się, rodzić i szczeźć. żeby nad własnym grobem, własne dzieci wiedziały kto leŜy tu. żeby we własnym domu, własne rozwiązywać problemy i z własnym losem za bary się brać.
    Czy to zbyt wiele? A może zbyt mało by się o to bić? W zasadzie, dla Polaków – co do bitki i wypitki chętni i skorzy są zawsze – każdy powód jest dobry i nie ma zbyt błahego. Ale też, ten powód dla każdego powinien być wystarczający. By nie dać obcym, we własną pluć twarz. Umieć powiedzieć basta! Dość! WON. Bo co moje, jest moje. Bez walki nie oddam. I już.

    Słowa dwa: szafa gra, ściąłem się na jeża,
    wczoraj czułem tan sam strach, nikt mi nie dowierza.
    Jakoś bez śmiesznych łez, jestem bardziej mądry.
    Pachnie noc, szczeka pies, dojrzewają wągry.

    Walczysz o co – o to już pytałem. Walczysz z kim.. wszystko jasne. Ale dla kogo? Dla siebie? Zapewne też.. dla rodziny? Bez dwóch zdań. Ale są też tacy, co z Twojej walki będą korzystać. Dla własnych celów, i dla własnej przyjemności. I może się zdarzyć że własną głupotą do stanu sprzed wojny powrócą.. Co wtedy? Kto ostrzeże ich? Kto da im w pysk? Kto zadba, by historia, co lubi się powtarzać, na inne tym razem wykoleiła się tory?
    I czy pamiętać będą za miesiąc, za rok lub za dwa, czy będą pamiętać że o ich prawa też walczył ktoś? I że ich obowiązkiem jest – nie czcić, bo czym że ta cześć dziś jest, ale służyć tak, by więcej nikt nie musiał podnosić broni. By nikt nie musiał w strachu znów żyć. By codzienność była.. codziennością, a nie przetrwaniem kolejnego świtu, czy zmierzchu czy nocy..

    Miałem sen, wstaje dzień, sen kobiety pierwszej,
    byłem w niej, wstaje dzień, nieporadnym wierszem.
    Miałem sen, wstaje dzień, czuję się zmęczony,
    wstaje dzień, ten sam lęk, kończę, pa, ukłony.

    Tak Wolf.. Kolejna już przed nami noc. Noc burzy, błyskawic i deszczu co o szyby bębnić chce. Na polu wiatr chłosta gałęzie i konary drzew, ulice puste, zasłane kałużami. Gdzieś jeszcze, czasem przemyka przechodzień.. To znowu zawiany do domu wraca między nieznanymi mu bramami. Ktoś zaśpiewa, to ryknie ktoś znów. Tak to już jest.. Tylko niektórzy, zlani zimnym potem budzą się, gdy kolejny usłyszą grzmot. Kiedy niebo przeszywa metaliczny błysk, ich oczy wilgotne są od łez.. Irracjonalny strach i lęk..

    Ja dziękuje Wolf. Tyle lat potrzeba było mi, żeby zrozumieć. Docenić. Podziękować. By słysząc syreny, świadomym być, jak wiele zrobili, jak wiele zawdzięczam. Jak wiele zawdzięczasz także i Ty.. To nie zbawiciele, to nie Chrystusi. To ludzie, jak ja i Ty, co w odpowiednim momencie umieli w obronie własnych praw stanąć. A Ty, potrafiłbyś? A ja…?

    Taka, tym razem, nieoczywista i trochę oszukana tygodniówka. Więcej tego samego już za tydzień.

  • Tygodniówka #27.21 w trakcie mistrzostw pisana

    1. Wiem, znowu popełniłem przerwę w pisaniu. Mógłbym się tłumaczyć, że czas który normalnie bym poświęcił na tygodniówkę (lub na cokolwiek innego) poświęcam na ogarnianie typera na Euro; I niestety nie jest to zabawa bezobsługowa, bo – pewnie trochę ze względu na format i „usprawnienia” które wymyślam i wdrażam, wymaga ona pewnie około dwóch godzin w każdym dniu meczowym. Mniej więcej tyle czasu zajmuje mi administracja, aktualizacja wyników, przygotowywanie treści maila, przygotowanie danych do personalizacji maila i cała reszta małych i dużych rzeczy.
    2. To co z mojej strony jest niezmiernie fajnego w typerze to to, że mogę go sobie rozwijać. Lubię sprawczość pt – dziś wymyślam, dziś wdrażam, w najgorszym razie zepsuję (trochę chojraczę, czuję dużą odpowiedzialność, żeby w czasie turnieju wszystko działało jak powinno), a przy okazji się uczę.

      Wspomniałem o personalizacji… chodzi o to, że pomyślałem że w tym roku będę nękał graczy codziennymi mailami z przypomnieniem jakie są mecze do obstawienia. Potem uznałem, że fajnie by było te maile uzupełnić o to, co podpowiadają bukmacherzy, potem uznałem, że byłoby spoko, gdyby w treści znalazła się też informacja jak komu poszło. I tu zaczęły się schody.
    3. Wszystko dlatego, że system o który gra jest oparta to jest WordPress + wtyczka do typowania, która nie uwzględnia mailingów. Miałem jakąś wtyczkę do tego, ale przy tygodniówce zacząłem korzystać z mailerlite i tak już zostało, więc maile do graczy lecą z MailerLite. I wszystko pięknie, mogę sobie dodać pole „imię” i ono pięknie działa, ale samo imię to żadna personalizacja. A czy da się jakoś aktualizować wyniki…

      No cóż, da się, tylko do tego trzeba skorzystać z Google Sheets i aplikacji zapier, która na całe szczęście łączy się z Mailerlite. Więc teraz ten jeden mail, który każdy użytkownik dostaje, to jest wcale nie mało dłubania po mojej stronie i jeszcze upewniania się, czy wszystko co zrobiłem zadziałało dobrze, czy jednak mam trochę „bugów” do poprawienia. Się uczę się.
    4. Żeby pokazać o co chodzi i jak to działa.

    Biorę to

    robię trochę szacher macher z wynikami przygotowując to

    i w efekcie dzięki magii Zapiera otrzymuję to (i to otrzymują wszyscy gracze):

    Zastanawiam się, czy dążę do tego, żeby ludzie przestali wchodzić na stronę, bo wszystko dostają podane ładnie na maila… Cały czas mi się wydaje, że tak jest wygodniej.

    A czy będzie personalizacja w tygodniówce? Nie sądzę… ale jeśli będzie zasadna, to czemu nie.

    1. Po co ja o tym wszystkim piszę? Nie narzekam, nic z tych rzeczy. Jedynie zauważam, że zajmuje mi to więcej czasu niż byłbym skłonny przyznać. Równocześnie jest to dowód na wymówkę pt. „Nie mam czasu na newsletter.pl„.

      Cholera – jak się okazuję mam czas, tylko trwonię go na strasznie dużo małych rzeczy (pisałem już o tym – Czas to pieniądz, uważaj na kieszonkowców i Czas to pieniądz, nie rozmieniaj się na drobne);

      Nawet przeszło mi przez myśl „chcę i ogarnę te newslettery, ale muszę odpuścić tygodniówkę” tylko że… to nie tak działa. Tygodniówka tygodniówką, newslettery newsletterami. Obie wymagają różnego podejścia. Newslettery to śmierć od tysiąca cięć, wymaga regularnego dodawania treści. Tygodniówka – wymaga tego, żeby siąść na tyłku i ją napisać.
    2. Wspominałem już kiedyś, że jest taka zacna aplikacja StoopInbox do newsletterów (de facto osobna skrzynka na którą newslettery wpadają). Wygodna rzecz, tylko autentycznie przygniotła mnie ilość newsletterów na które jestem zapisany, co z kolei oznacza, że najlepsze nawet narzędzie wymięka, bo element białkowy nie ogarnia tego, na co się zapisał.

      Wniosek – muszę ograniczyć liczbę otrzymywanych maili także tam, ale próba „to wypiszę się z tych, których nie czytam” nie zadziałała. Czytaj – kilka odłączyłem, ale to wciąż było za mało, żeby dało zauważalny efekt. Więc teraz jestem w trybie „zostawię tylko te, które na pewno chcę czytać”. Zobaczymy, czy tym razem się uda.
    3. A co z Subskrypcje.pl? Cóż… też są w trybie kilkumiesięcznego „on hold”. A równocześnie, ostatnio wpadł w moje łapki ciekawy raport o tym, jaki jest rynek i jakie są trendy subskrypcyjne, a na forum KFN widziałem wątek w którym użytkownicy dzielą się tymi usługami, za który warto jest płacić co miesięczny abonament. Co oznacza, że mam treść, którą warto by było wykorzystać i napisać wpis lub dwa pod tamtym adresem.
      Mam treść, ale ponieważ dokupiłem domenę z błędem (subskrybcje.pl) więc to prawie to samo, prawda?
    4. Zrobiła mi się strasznie długa dygresja wstępna. Przechodząc zatem do pierwszej myśli tygodniówki, czy ten Internet to aby na pewno dobra rzecz? Czy przypadkiem świat bez Internetu nie byłby lepszy? I nie do końca chodzi mi o mój prywatny świat, nie mam pojęcia co bym robił, gdyby nie było Internetu, szeroko rozumianego digitalu. Nie wiem jakbym zarabiał na życie, gdyby nie powszechna potrzeba „digitalizierung”. Więc ja byłbym bardzo w lesie.
      Ale skoro świat nie kręci się wokół mnie, to.. wracam do pytania, czy przypadkiem świat bez Internetu nie byłby lepszy?
    5. Z jednej strony Internet daje wolność, daje dostęp do nieprzebranych zasobów wiedzy, daje możliwość niemal darmowego kontaktu z ludźmi rozsianymi po całym świecie. Dzięki Internetowi możemy się uczyć od najlepszych specjalistów z dowolnej dziedziny z całego świata, weryfikować informacje, odkrywać niesamowitych ludzi ich niezwykłe pasje i niesamowite projekty. Internet pozwala też się łączyć w małe i duże grupki zupełnie obcych sobie ludzi, których czasem łączy jakaś idea albo jakaś chęć, aby potem wspolnie wspierać najprzeróżniejsze inicjatywy – te czysto biznesowe ale też te charytatywne. Wniosek – Internet jest super i daje nam bardzo dużo. Nie próbuję tego kwestionować, ale… Zysk jaki nam daje Internet, nie jest całkiem czysty.
    6. Z samej natury rzeczy Internet daje nam popalić nawalając na nas nieustającą lawinę informacji wszelakich. Ogromna ilość bodźców, którą nasz umysł próbuje ogarnąć, wyłapać w niej nie tyle to, co ważne i wartościowe, ale to co słodkie lub niebezpieczne. Ale ten ciągły szum i ilość napierających zewsząd danych nas męczy i gubi. Za dużo możliwości i wyboru nie pomaga. Przy czym gdyby to była jedyna bolączka Internetu, w dłuższej perspektywie znaleźlibyśmy jakieś blokery.
    7. Zapewne to tylko wrażenie, ale – nie tylko na moje oko – Internet przyspiesza zmiany, jakie zachodzą w bardzo realnej rzeczywistości. Te dobre i te złe.

      Internet dzięki algorytmom, które są skonfigurowane tak, aby zwiększać zyski, ogłupia nas. Łapie naszą uwagę kotkami, pieskami, głupotkami, które są takie cudowne i takie słodziutkie, że nie umiemy sobie tego odmówić. Co gorsza, w efekcie cała reszta rzeczy wydaje się trudniejsza i nie tak atrakcyjna. Rozleniwiamy naszą głowę i wcześniej nam się odechciewa robić rzeczy ciut bardziej wymagające. Może nie powinienem generalizować, może to tylko mnie ogłupia i rozleniwia…
    8. Oddaliśmy prywatność. Dzięki temu że wszystko jest ze wszystkim połączone i rejestrowane, można dość łatwo dojść gdzie ktoś jest, z kim ktoś jest, z kim rozmawia. Jeszcze niekoniecznie o czym, ale te metadane pozwalają na ogromne i doskonałe analizowanie naszego zachowania (chyba już linkowałem o rozmowie Sekielskiego z przedstawicielem fundacji Panoptykon).
    9. Natomiast największym problemem wydaje mi się to, że zupełnie nie ogarniamy tego, że ktoś może wykorzystać całe dobrodziejstwo Internetu przeciwko nam. Że podchwytując trendy świata poznawanego przez memy i niusiki zacznie nam dewastować rzeczywistość fakenewsami, półprawdami i rozmywaniem wszelkiej autentyczności. Że nakarmimy ponad wszelki rozsądek wszystkie głupie teorie a potem będziemy musieli mądrze kiwać głową i mówić – to też jest nasze społeczeństwo, nie możemy ich wykluczać. Głupotę bym akurat wykluczał. Schlebianie głupocie to populizm.
    10. Nie jestem pewien, czy to co napisałem wybrzmiało to tak, jakbym chciał (mógłbym przepisać powyższy akapit, ale wolę napisać nowy… ). Największą ceną Internetu jaki mamy, nie jest abonament, ale to, że różni rodzimi i obcy macherzy od manipulacji wiedzą / świadomością / prawdą dostali do rączek tak cudowne narzędzie i tak szybko nauczyli się go skutecznie używać, wpływając na rzeczywistość wedle własnego widzimisie, bezkarnie i bez skrupułów, a my nie mamy pojęcia jak sobie z tymi chuliganami, którzy coraz bardziej przypominają służby, poradzić. I wcale nie wiem, czy potrafimy to odkręcić. I nie wiem, czy potrafimy wyjąć wtyczkę.
    11. A czy gdyby nie było Internetu, to czy oni by nas nie mogli ogłupiać telewizją? Po pierwsze, jak pokazują zastępy armii Jacka Kurskiego, już to robią (próbują), ale po drugie – z jakiegoś przedziwnego powodu, telewizję znacznie łatwiej wyłączyć. Może jest po prostu mniej interaktywna.
    12. Domykając temat. Smuci mnie to, jak ze sobą w sieci rozmawiamy i jak w sieci komentujemy rzeczywistość. Zaakceptowaliśmy już powszechne krytykanctwo i prostactwo, a buractwo występuje nie tylko pod anonimem, ale też pod imieniem, nazwiskiem i uśmiechniętym zdjęciem. Kto wie, może będziemy też kiedyś w ten sposób nagrywać te swoje przemyślenia w formie krótkich filmików wideo… to by dopiero było, zobaczyć te wszystkie emocje wyplute do kamery. Wszyscy tacy piękni i młodzi.

      Już teraz jest źle, urządziliśmy sobie w Internecie prawdziwe szambo, ale najsmutniejsze jest chyba to, że postanowiliśmy sprawdzić jak to jest, jak będzie gorzej. A będzie.
    13. Dochodzimy wreszcie do wątku który jakoś zupełnie nie chce się przykleić do naszej odpornej na wszystko władzy, ale dobrze by było, żebyśmy o tym nie zapomnieli. Otóż wszystko wskazuje na to, że nasza własna władza została zhakowana kilka miesięcy temu i kto chciał, mógł sobie naszą władzę czytać – wystarczyło, że znał hasło do prywatnego konta ministra w polskim rządzie. A że sobie owo hasło latało po sieci, to każdy chętny mógł. Niemniej jednak, gdyby tylko o to szło, to ja bym ich rozgrzeszył, każdemu może się zdarzyć. Najlepszym się zdarzało. Zdarzało się Hillary, zdarzyło się Bezosowi, no kto jeszcze nie był zhakowany ten życia nie zna. Ale.. No, tu jest jedno wielkie ale (o którym chciano by, byśmy zapomnieli, ale ja będę pamiętliwy).
    14. Moim zdaniem, największym błędem naszej władzy, za który powinni odpowiedzieć, było stosowanie do ustaleń i wewnętrznej komunikacji prywatnych maili utrzymywanych przez komercyjnych polskich i zagranicznych dostawców. Administrowanych, zarządzanych, zabezpieczanych przez niewiadomo kogo. I o ile to wcale nie musi mieć znaczenia dla Kowalskiego, to dla ministra, premiera i ludzi, którzy z nimi korespondują już tak. Jeżeli zdarza się komukolwiek pomyśleć, że dziewczyna zbyt kuso ubrana robi to nieroztropnie, to nasi politycy prosili się o to. I prawdę powiedziawszy nie wiem czemu nadal są na swoich stanowiskach.
    15. I jak tak patrzę na te zmęczone oczy polskiej nieudolnej opozycji, to myślę sobie czy my już musimy być na to skazani? I tu z ratunkiem przychodzi mi myśl

    Ja w tym widzę ratunek. Najoględniej rzecz ujmując, jesteśmy beznadziejni w przewidywaniu przyszłości (co pokazuje często typer) ale w szczególności nie bardzo potrafimy przewidywać rzeczy, które są… z perspektywy teraz – niemożliwe. Po prostu zmiana czasem musi przyjść i się stać. Więc ja bym tylko prosił. Niech przyjdzie już.

    1. Słuchałem sobie ostatnio Pivot (niestety nie umiem złapać tego, który to był odcinek) ale pojawił się wątek sztucznej inteligencji i bardzo podobała mi się definicja sztucznej inteligencji jaką mamy w tym momencie – algorytmy i moc obliczeniowa, która pozwala nam rozwiązywać zdefiniowane problemy.

      Ciekaw jestem, czy przyrost mocy obliczeniowej pozwoli nam na stworzenie algorytmów, które zaczną definiować nowe, nieznane dotychczas problemy, po to, aby je rozwiązać. Czy sztuczna inteligencja zacznie zadawać pytania, na które my nie wpadniemy, które są poza naszą percepcją…

      Póki co jednak, jeszcze przez chwilę będziemy (sobie nawzajem) troszkę potrzebni. Może nie bardzo bardzo, ale choć ciut.
    2. Zawsze mi się wydawało, że lepsze organizacje są lepsze, bo są lepiej zorganizowane. Mają lepsze procedury, niekoniecznie lepszą kontrolę, ale co do zasady, mniej jest w nich sytuacji, w których ktoś czegoś nie wie, ktoś o czymś zapomni.

      Na tej zasadzie, na jakiej działają linie lotnicze lub NASA – to doskonałe organizacje, bo mają jasno określone cele i priorytety (bezpieczeństwo). Mają procedury i zabezpieczenia, a kiedy wydarza się wypadek, mają to przebadane na 10tą stronę, bo dzięki temu mogą podobnych błędów uniknąć w przyszłości. Co ważne, to podejście zostało jakoś zakodowane w kulturę korporacji i nawet kiedy zmieniają się ludzie, to zasady obowiązują, a kiedy wprowadzana jest zmiana, to organizacja ją po prostu umie zastosować.

      Więc wydawało mi się, że tak wygląda hierarchia efektywnych biznesów – od chaosu do porządku.
    3. Tylko, że przez parę organizacji już przeszedłem, żadna z nich nie przypominała NASA z mojej wizji, a mimo to niektóre z tych organizacji musiały zwijać żagle, a inne cały czas rosną w siłę i zdobywają rynek. Wszędzie popełniane są podobne błędy, z podobną częstotliwością i z podobnym brakiem systemowych rozwiązań.

      Więc może niektóre organizacje są lepsze, dlatego że lepiej są w stanie działać w chaosie i nieogarze? I nie musi chodzić o to, że pracują w nich bardziej zaradni czy pomysłowi ludzie. Czasem to tylko ludzie poddani większej presji ze strony przełożonych i umiejący tę presję sprzedać dalej. I jakoś się toczy. Determinujące wszystko małe różnice.
    4. Niedawno mieliśmy dzień ojca, a mi po Twitterze śmignęła taka informacja

    Według Eurostatu i GUS, matki wychowujące samotnie dzieci stanowią 19,4 proc. polskich rodzin i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie (wyższy jedynie na Łotwie – 29,1 proc., Litwie, w Estonii oraz Słowacji). 2,8 proc. to samotni ojcowie. Podczas spisu w 2011 roku 2,1 mln Polek zadeklarowało, że samotnie wychowują dzieci. Samotnych ojców było 329 tysięcy, co daje łączną liczbę 2,5 mln rodziców, którzy opiekują się potomstwem bez partnera.

    Blisko 20% samotnych matek. No robi mi w głowie szum.

    1. A przecież tak się staramy, żeby zrobić to pierwsze dobre wrażenie…
    https://www.youtube.com/watch?v=vBkBS4O3yvY
    1. Potem, po latach w sytuacji zupełnie nieprzewidzianej, pojawia się potrzeba lockdownu, na co wszyscy rodzice odpowiadają gromkim …

    Cóż, pewne rzeczy są jakie są.

    1. Wydaje mi się, że Grubsona po raz pierwszy usłyszałem w kawałku „One”, a teraz proszę, takie o to smaczne rzeczy z Redbullem robią:
    https://www.facebook.com/watch/?v=163485575815856
    1. Na drugą nóżkę nieprzestający mnie zaskakiwać szerokością swoich talentów Rowan Atkinson:
    1. Ten kawałek chciałem Wam pokazać w poprzedniej tygodniówce, ale wtedy zniknął w otchłaniach internetu. Ale wrócił. Więc… na pohybel stereotypom:
    https://twitter.com/blu_serek/status/1394401585925656582?s=20
    1. Dwa oblicza słońca…

      Trochę pomarańczka…

    ale taka ciut przerażająca

    1. Na koniec, ponieważ nie sposób przewidzieć kiedy i gdzie pozwoli nam się wybrać CoVID i wszystkie jego szalone odmiany, zabiorę was na prezentację prosto z Polinezji, gdzie żyje mnóstwo Happy people:

    (jeśli będziecie dociekliwi, zobaczycie że tekst tego występu został popełniony przez kogoś innego… ale jest naprawdę dobrze sprzedany).

    1. Taka o to tygodniówka pisana w czasie Euro. Kiedy będzie następna? Bardzo bym chciał by była za tydzień… Niestety.. w tej to kwestii jestem ostrożny. Mając do wyboru jednak nie wypuszczenie tygodniówki, lub wypuszczenie jej w środku tygodnia, jak widzisz wybrałem mniejsze zło, ryzykując że mniej osób w maila zerknie…