Miesiąc: wrzesień 2014

  • It’s not all about the money

    To był tydzień Igora Ostachowicza. Narobił w polskiej polityce więcej szumu, niż były premier, nowa premier, miłościwie nam panujący prezydent czy zniknięty jakoś ostatnio ze środków masowego przekazu prezes. Pan Igor zdążył stracić pracę, zdobyć pracę i stracić ją ponownie, zanim zdążył podjąć obowiązki członka, co oznacza że odprawa (też słowo tygodnia) też mu się żadna nie należy.

    O tym, że moim zdaniem to sprytnie przygotowana zagrywka już napisałem. O tym, że temat ochoczo podejmie opozycja i media rządzącym nieprzychylne również. Ale obiecałem dwa słowa więcej mediom władzy łaskawym i przyjaznym. Mediom, których nikt nie poinformował, że to blaga (żeby było autentycznie) i które musiały się trochę nagimnastykować, aby działania PO wiarygodnie uzasadnić. Kluczowe jak zawsze jest wiarygodnie.

    Pan Żakowski tłumaczy TU, pan Lis tłumaczy TU. Obaj są niestety inteligentni, więc obaj wykazują, że całe zamieszanie wynika z tego, że mowa o dużych pieniądzach.

    I to jest jedyny aspekt gdzie się z oboma panami zgadzam – szczucie kasą, to temat, który zawsze działa na Polaków. To doskonała zasłona dymna. To doskonały temat zastępczy. To idealny sposób na to, by odwrócić uwagę odbiorców od sedna, aby zamieszać w ich logice, aby nie dyskutować o meritum, tylko o kasie właśnie. Nie wiem tylko dlaczego obaj przytaczani panowie redaktorzy robią dokładnie to, czym jak sami mówią gardzą. Sprowadzają temat do kasy, choć nie ona jest istotą całej zabawy. To znaczy być może jest nią dla mas, ale od inteligentnych ludzi oczekiwałbym trochę wyższego poziomu polemiki.

    Problemem, śmiem twierdzić, nie jest to że pan Ostachowicz dostał pracę ledwie kilka dni po tym jak rząd podał się do dymisji. Owszem to fachowiec zapewne wart wielkich pieniędzy, a takich trzeba cenić i zatrudniać gdy tylko są dostępni. Że za taką kasę? Otóż człowieka wycenia się na tyle, na ile jest on dla Ciebie wart. Jeśli ktoś uzna, że IO przyniesie mu 4 miliony złotych i chce mu połowę oddać – spoko, luz. Widać ten człowiek wart jest swojego wynagrodzenia. Nie patrzę w jego przychody, nie interesują mnie one. Nie kolą mnie one w oczy.

    Kole mnie natomiast to, kto i w jakiej formie chciał mu tą pracę zaoferować. Z dnia na dzień, bez konkursu, bez potrzeby (bo zdaje się stanowisko po jego odwołaniu – o ile można odwołać kogoś kto jeszcze na dobre powołany nie został – nie tyle się zwolniło, co zniknęło wraz z nim). Pan Ostachowicz nie jest jakimś tam panem Kowalskim, a Orlen nie jest jakąś tam firmą. Pewne standardy – zdawać by się mogło – obowiązują. I prawie zupełnie mi to nie przeszkadza w biznesie prywatnym (choć powoduje zdecydowanie niesmak), ale w biznesie państwowym, bliskim rządowi, jest absolutnie skandaliczne, niedopuszczalne, naganne i ktoś powinien za to beknąć. Nie beknie nikt, ale cóż, taka już nasza smutna rzeczywistość.

    Tylko, gdyby panowie redaktorzy te właśnie kwestie podnieśli, musieli by skrytykować władzę, czego robić chyba nie lubią (a władza nie lubi być krytykowana). Woleli więc grać na pewniaka i mydlić ludziom oczy kasą.. Niektóre oczy zamydlicie, innym oczy się otworzą i teraz to Wy niesmak budzicie..

    Co zaś się tyczy traktowania Państwa jako prywatny folwark na użytek rzeczywisty lub jedynie pozorowany… cóż, cytując Tomasza Sekielskiego – pięknie się bawią panowie i panie z PO.
    Szkoda tylko, że ta zabawa idzie w całości na nasz koszt.

  • Pozorny chrzest bojowy pani premier

    Bawiąc się w domorosłą analizę wydarzeń politycznych, proponuję przyjęcie następujących warunków dla sytuacji początkowej:
    1) Następuje dymisja popularnego, efektywnego i efektownego (w opinii wielu Polaków i członków własnej partii) Premiera.
    2) W jego miejsce, w skutek rozmaitych gier partyjnych powołana zostanie pani Marszałek, o skuteczności której ciężko wiele powiedzieć (zwłaszcza w świadomości wielu Polek i Polaków)
    3) Prawie wszyscy wątpią w niezależność nowej pani Premier
    4) Zanim zaczną się poważne problemy, pani Premier ogłasza że jest kobietą i że to w kontekście polityki coś zmienia.
    5) poważne problemy się zaczną.

    Zadaniem jest zadziałać tak aby:
    Pani premier wyszła na stanowczą
    Pani premier wyszła na samodzielną
    Pani premier wyszła także na efektywna

    Proponowane rozwiązanie:
    1) Potrzebujemy zadymy w nowym rządzie, którą będziemy mogli szybko zamieść „niewielkim kosztem”
    2) Potrzebujemy dużej zadymy z członkiem starego gabinetu, który będziemy mogli szybko ugasić, najlepiej bezkosztowo
    3) Potrzebujemy jakiegoś strajku, który uda się szybko spacyfikować
    4) Potrzebujemy pokazać, kto tu całe towarzystwo trzyma uzdę.

    Co potrzebujemy, żeby to wszystko uwiarygodnić?
    1) Niewielkiej kasy, wystarczy jakieś pół miliona.
    2) Cóż… mamy specjalistę od wizerunku, który postanowił wszystkie wyznawane zasady wywalić w błoto i rzucić się na kasę
    3) Kazimierz-Juliusz… czemu nie, w końcu coś gdzieś zaraz i tak wybuchnie, a może tam wiemy jak sytuację łatwo rozwiązać
    4) Pani Premier potrzebuje okazji żeby się wściec a nie tylko siedzieć załamana.
    5) Dziennikarze nam nieprzychylni i tak nam za to wszystko dokopią i rzucą się nam do gardła, więc nas uwiarygodnią, a ci którzy nam są przychylni i tak znajdą argumenty żeby nas bronić (nawet jeśli to będą argumenty _GŁUPIE_ – o czym w osobnej notce). To sprawi że wszyscy będą wierzyć że punkty 1-3 są „normalną koleją rzeczy” a pkt 4 dowodem charakteru.

    No i cóż…
    1) Odprawa wzięta, minister zagrożona, odprawa przekazana (przypadkiem tylko do Radomia); W efekcie pani Premier jest efektywna, skuteczna, stanowcza i jeszcze pomaga swojemu regionowi.
    2) Zadyma zrobiona, geniusz wizerunku zbłaźniony i łasy na kasę, pani Premier wrażliwa, skuteczna, efektywna i stanowcza.
    3) Strajk – jeszcze się na dobre nie rozpoczął, a chyba już się kończy. Pani premier zaradna, wrażliwa, skuteczna i efektywna.
    Wszystko w niecały tydzień. To się nazywa dobra robota wizerunkowa. Od „jestem kobietą” do „jestem premierem skutecznym, zaradnym, efektywnym, ale kiedy zajdzie potrzeba, mam także wrażliwe oblicze”.

    Jedynym, który na tej całej zabawie mógł stracić jest… moim skromnym zdaniem, Igor Ostachowicz (którego z tego miejsca pozdrawiam, przypuszczam wpis że wyjdzie w monitoringu, ale docenię jeśli będzie mu się go chciało przeczytać 😉 ). Tylko że… jemu jest to wszystko jedno. Śmiem twierdzić, że te wszystkie zbiegi okoliczności to za dużo, aby były przypadkowe. Nieśmiało podejrzewam, że to właśnie specjalista od wizerunku wiedział, że potrzeba konkretną głowę położyć pod społeczny topór, aby lud to kupił. I dlatego wiedziony intuicją, podłożył swoją. I to mu zostanie zapamiętane. I to zostanie docenione 😉 Niekoniecznie w tak beznadziejnie prymitywnie oczywisty sposób jak posada w Orlenie.

    Wedle powyższego, śmiem twierdzić, że ów chrzest bojowy którego byliśmy świadkami, to… inscenizacja. Prawdziwe wyzwania dopiero przed panią premier, a dużo trudniej jest o skuteczne i efektywne rozwiązania gdy nie wszystkie role i kwestie zostaną za wczasu rozpisane.

  • Czas na spowiedź z lektur…

    Jak ja nie lubię łańcuszków… a łańcuszków internetowych w szczególności… i właśnie dlatego postanowiłem w ciągu trzech dni zabawić się w dwa. Wprzódy dałem się oblać zimną wodą (i to dwukrotnie) a teraz czas odpowiedzieć na zaproszenie Piotra i pochwalić się dziesięcioma książkami, które… hmm… po prostu uważam, że warto przeczytać;-) I stąd też ta notka. Lista będzie „z dodatkami” i z próbą wyjaśnienia czemu tak a nie inaczej. Mój top 10, ale bez nadawania kolejności.

    Ojciec Chrzestny – wariacja wokół cytatu z „Chłopaki nie płaczą”. Jeśli w całym swoim życiu miałbyś przeczytać tylko dwie książki, niech Ojciec Chrzestny będzie jedną z nich. Za „propozycję nie do odrzucenia”, za „going to mattresses”, za klimat, za rodzinę Corleone…

    Książki Malcolma Gladwella – jeśli już bym musiał jakąś wymienić to albo Błysk, albo Outliers, ale polecam wszystkie książki jego autorstwa. W ciekawy, przyjazny sposób przybliża nieoczywiste związki między wydarzeniami z naszej rzeczywistości. Nie nie, żadne tam teorie spiskowe, raczej ekonomiczne lub socjologiczne konsekwencje działań jednostek lub grup.

    Kontynuując ten klimat polecam gorrąco twórczość duetu Levitt&Dubner, czyli panów od Freakonomii, SuperFreakonomii i Think like a freak. Ci panowie to niejednokrotnie jadą po bandzie, wywracając wszystko co opisuje Gladwell;) Kwestionują korelacje, wytykają błędy w rozumowaniu, stawiają niewygodne pytania… Tak, sama przyjemność czytania;)

    Charles Duhigg i „Siła Nawyku”. To jedna z tych książek, którą wystarczy przeczytać a potem na wielu spotkaniach przetargowo / agencyjnych słucha się o jednym takim 'kejsie z Waszej branży’ gdzie taka jedna sieć dzięki odpowiedniemu profilowaniu swoich klientów mogła odgadnąć kto i kiedy spodziewać się będzie dziecka a to z kolei pozwoliło im na lepsze dopasowanie ofert… Tak… Warto przeczytać tę książkę, żeby znać „tę wiedzę tajemną” 😉

    Ostatnia z cyklu „zawodowego” – Under the radar; Talking to today’s cynical consumer – polecone przez Mariusza, Bartka i Pawła (zwanego Stefanem) fascynująca opowieść o tym, jak mówić / pisać / komunikować do konsumentów, żeby chcieli ten komunikat odebrać i jak bardzo jest to niezależne od medium. Dużo, dużo, dużo ciekawej wiedzy.

    Zmieniając zupełnie klimat – „Gringo wśród dzikich plemion” czy „Rio Anaconda” autorstwa Wojciecha Cejrowskiego. Połyka się to tak, jak młode foki ryby. Nie sposób się oderwać od lektury i żal tylko, że przy żadnej z opisywanych przez WC historii nie było nas, bo każdą z nas chciałoby się przeżyć samemu, lub wraz z nim.

    Rafał Ziemkiewicz – ale tylko opowiadania. Politycznie gdzieś się w tak zwanym międzyczasie rozjechaliśmy, zbiorów felietonów czytać nie lubię, ale – wybór opowiadań zebranych w „Coś mocniejszego” to absolutna rewelacja. Styl, język, pomysły. Autor wkręca czytelnika po mistrzowsku. I jeszcze robi to z niepowtarzalną łatwością;-)

    Archer… Powieść „Co do grosza” lub zbiory opowiadań „Kołczan pełen strzał” czy „to cut a long story short” – kolejny geniusz krótkiej, lekkiej formy. Świetny obserwator rzeczywistości mający dużo szczęścia do tłumaczy;-)

    Widać koniec;-) Sapkowski i Wiedźmin. Cała Saga wraz z oboma tomami opowiadań. Za obserwację życia;-) Za język, za fantazję, za Geralta, Regisa, Yennefer, Ciri i Jaskra. Za ich przygody, perypetie i morze humoru. I za runy wyryte na krasnoludzkim sihilu.

    Wreszcie last but not least – Stieg Larsson i Millenium. Za to, że dzięki niemu znowu rozkochałem się w czytaniu. Za to, że wciągnął mnie w świat skandynawskich kryminałów. Nie wiem, czy gdyby nie Millenium, sięgnąłbym po Nesbo, Perssona, Kallentofta, Mankela, Hjorhta/Rosenfeldta czy Roslunda/Hellstroma.

    Na liście nie zmieściły się (ale warto o nich wspomnieć) przyjaciel z dzieciństwa – Winnetou oraz kryminały Le Carrego.. które absolutnie mają swój urok i – byłbym zapomniał – Dumas wraz z Muszkieterami i Hrabią Monte Christo…