Miesiąc: czerwiec 2009

  • …to rozstania i powroty…

    Nie wiedzieć dlaczego, za każdym razem kiedy w Polsce nieśmiało otwiera sie okienko transferowe, zadaję sobie dwa pytania, wciąż żałując że nie mogę zadać sobie trzeciego. Pytanie pierwsze – kto z polski wyjedzie, a raczej komu uda się uciec. Pytanie drugie – kto do polski wróci, z mniej lub bardziej niepyszną miną. Pytanie, którego sobie nie zadaję, to jaką gwiazdę uda się do naszej ligi ściągnąć.

    Jeśli chodzi o to ostatnie, to raczej nie spodziewajmy się wielkich nazwisk i wielkich kwot. Po pierwsze nas nie stać, po drugie mimo wszystko jesteśmy za słabi. No bo przecież kto mając troszkę w głowie, troszkę w nogach i odrobinę możliwości wybierze kraj, w którym wiele nie zarobi (na szczęście wiele także nie wyda), wiele się nie nauczy, a puchary skończą się gdzieś na przełomie sierpnia i września. No, może zahaczą o październik. W ostatnich latach szansa, że piłkarz trafi do klubu, który będzie grał w grudniu wynosiła 1/16. A to i tak jest jak na nasze warunki bardzo duża szansa. Gorsza wiadomość jest taka, że nie ma przesłanek, do tego by wierzyć, że piłka w Polsce się rozwinie. Nawet niechby drgnęła, niechby ktoś spróbował wyrwać, lub chociaż przepchnąć z tego błocka, w którym się znajduje. Póki co, z nikąd ratunku. Jedźmy dalej, nikt nie woła.

    Kto wróci… Ponieważ kilku piłkarzom udało się uciec, regularnie nadchodzi czas powrotów. Z miną raczej mało radosną, za to z bagażem doświadczeń i kilkoma golami strzelonymi na obczyźnie. Pretekstem do całego tego rozważania, jest powrót Marcina Mięciela do Legii, którego w Warszawie wtpatrują troszkę jak kania dżdżu, wierząc że oto pojawił się ten, co razem z Chinyamą zapewni Legii Mistrzostwo, zdobywając dla Wojskowych dziesiątki bramek. Dziesiątka do dobre słowo, ponieważ Miętowy tą magiczną liczbę strzelonych bramek w sezonie przekroczył raz. W 30 spotkaniach w 2000 i 2001 roku zdobył dla Legii 13 bramek. I… tyle. Wcześniej zdobywał mniej niż 10, a to wcześniej było… co najmniej 10 lat temu. Miętowy nie jest pierwszej świeżości napastnikiem, ma blisko 34 lata, ciężko będzie od niego oczekiwać przyspieszenia, zwrotności… Trudno mi uwierzyć, aby zbawił Legię.

    Wyjeżdza wielu, wracają prawie wszyscy, nieliczni wciąż mają dość sił i blasku by błyszczeć na krajowych boiskach, tylko że tych nielicznych to można na palcach policzyć. Co gorsza, więcej jest tych którzy wrócili, i wtopili się w ligową rzeczywistość, zarabiając a zarazem zajmując miejsce młodym. Inna sprawa, że młodych, ambitnych, gotowych walczyć o miejsce w składzie też wielu nie ma, ale to też nie całkiem ich wina.. Im ćwiczyć nie kazano, a raczej nie ma ich kto i gdzie uczyć piłkarskiego fachu.

    Zatem Ci co mają talent i – znowu – dość oleju w głowie, uciekają czym prędzej. Gwiazdy Mistrza Polski potrafią uciec do średniaka europejskiego z Niemiec czy Szkocji – i nawet tam nie pokazać nic, Nasi Najlepsi potrafią odejść do niższej ligi włoskiej czy hiszpańskiej, byle tylko nie grać u nas. Decydują się na Rosję, Turcję, Austrię, Norwegię, Ukrainę – bo tam są lepsze warunki (i te przy kasie i te na boisku) a i szansa gry w Europie lepsza. Więc uciekają. Tym razem uciekło Serce Lecha Poznań. Trochę za perspektywą lepszej gry, niewątpliwie nie lekceważąc pieniędzy, nie bardzo przejmując się tym, co dalej z europejską wizytówką polskiego futbolu AD 2009 – Lechem Poznań. Wizja gry o Ligę Europejską oraz walki o punkty w Ekstraklasie była wystarczającą motywacją wyjazdu do Kazania. Swoja drogą, to każe zapytać, czy skoro Lecha opuszcza Kapitan, to klub będzie się nadal rozwijał i na ile wynik sportowy był efektem wykonanej przez poznaniaków pracy – nie chodzi mi o korupcję, chodzi mi o to ile w wyniku Lecha było umiejętności, a ile szczęścia, które jak wiadomo bywa zmienne. No ale to temat na zupełną inną rozprawkę.

    Stawiam więc sobie pytania, na które odpowiemy za jakieś dwa miesiące. Kogo już nie zobaczymy, kogo zobaczymy znów, i kogo nie uda się ściągnąć.

    Tekst został także opublikowany na 11.pl

  • W przestworzach…

    Znaczy.. to nie ciąg dalszy szkoły latania, ani też ja się w przestworza nie wybiłem, za to udało się jednego czy drugiego latającego stwora złapać. Latali z okazji pikniku lotniczego zorganizowanego w Krakowie. Każda okazja do zrobienia zdjęć jest dobrą okazją do zrobienia zdjęć, więc nie należy jej sobie odmawiać. Tym bardziej, że każda jest okazją do tego, by udowodnić sobie, czego się jeszcze nie umie. A nie umiem jeszcze wiele, bo od czasu do czasu trafia się zdjęcie samolotu, z – za przeproszeniem Szanownych Pań i Panów – z pół dupą zza krzaka:

    07

    Na szczęście nie wszyscy byli tak chętni żeby za krzakami się kryć,  i udało się jednego czy drugiego ustrzelić (ale nieszkodliwie, nic nikomu na łeb nie spadło).

    Widok samolotu lecącego tuż nad lampami na Bora Komorowskiego.. robi wrażenie

    03

    Jak był bliżej, wygladał tak:

    04

    Inny, w mniej więcej tym samym miejscu wyglądał tak:

    05

    Zdjęcie ostatnie, pokazujące co ci piloci potrafią, a także to jak bardzo są nieobliczalni:

    08

    I dwie uwagi poczynione w czasie dzisiejszego pstrykania:

    1) Dobre zdjęcia można zrobić bez wchodzenia na imprezę. Lepsze.. pewnie na imprezie, ale do tego trzeba mieć

    2) Dobry sprzęt… Człowiek wpada w kompleksy, kiedy patrzy na lufy „starszych” kolegów.. cóż.. gdzieś trzeba w końcu zacząć… Kiedyś myślał o lustrzance, teraz zacznie myśleć o szkiełkach…

  • Czego się boją działacze PZPN?

    Dziś mamy nadzwyczajny zjazd PZPN. Niewątpliwie będzie ciekawie, ponieważ chociaż główny punkt to kasa – a wtedy zawsze jest ciekawie – to wszyscy liczą na to, że rozwiązana – raz na jutro – zostanie kwestia korupcji.
    Przytoczę dwie wypowiedzi Rzecznika Prasowego związku, ponieważ – moim zdaniem – pan rzecznik dał popalić. W krótkim wywiadzie dla Polskiego Radia przynajmniej dwukrotnie.

    Po pierwsze:

    Temat korupcji pojawi się na zjeździe, bowiem nie da się od tego uciec.

    Bravo, bravo, bravissimo… Odwrócenie słów rzecznika daje efekt piorunujący. Gdybyśmy tylko potrafili od tematu korupcji uciec, nie pojawiałby sie on w pracach PZPN. Czyli stosowalibyśmy taktykę strusia tak długo, jak długo but wymierzający kopniak w ptasi kuper byłby relatywnie mało bolesny. Ale ponieważ wyłapali już blisko dwustu naszych kumpli, to może jednak spróbujemy coś uradzić, bo zaraz za nas się zabiorą.

    Nie żywię tu żalu do rzecznika, bo i o co. Wszak na stanowisku jest ledwie parę miesięcy, jeszcze się nauczy zbijać trudne pytania z gracją Zbigniewa Koźmińskiego.

    Po drugie:

    Zgodnie z uchwałą abolicyjną kluby nie byłyby już karane degradacją za udział w korupcji. Karze podlegałyby jedynie osoby zamieszane w ten proceder, czyli zawodnicy, trenerzy, działacze, sędziowie. Natomiast wobec klubów można by stosować inne sankcje, jak kary finansowe, odjęcie punktów bądź zakaz prowadzenie transferów.

    Czyli chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby zabrać z pola widzenia społeczeństwa największy kij na toczącą polską piłkę chorobę. Dotychczas jedynym argumentem, który paraliżował wszystkich, była degradacja. Teraz – ponieważ tego sie nie da, tego nie trzeba, tego nie potrzebujemy, a najważniejsze, to to że tego się boimy – nie ma takiej potrzeby. Nikt nie spadnie (chyba że nazywa się ŁKS), a procesy wobec osób będą prowadzone na naszych warunkach i ciągnąć się będzie to tyle ile trzeba, a nie mniej. Już za cztery lata, nie będzie prezesa Laty, wróci Pan Michał i znowu będziemy mogli oglądać jego Przygody z polską piłką w tle..

    Jeśli PZPN zrezygnuje z degradacji, zapali się zielone światło wśród wszystkich chętnych do manipulacji. Bo zawsze będzie można kogoś podstawić, tak aby to jego dotyczyły ewentualne oskarżenia i kary, a co trzeba załatwić, się załatwi, tak jak się zawsze załatwiało. Bo ktoś musi uzdrowić polską piłkę. Więc dlaczego nie miałby tego zrobić PZPN?

    Materiał został także opublikowany na 11.pl

  • Trzy po trzy…

    Czereśnie to wdzięczny obiekt. Nie uciekają, nie marudzą, można pokombinować. Czasem lepiej, czasem gorzej..

    Trochę kwiecia <– Tu czeresieńka była pojedyńcza. Teraz „dopadłem” trzy. I tak…

    Ujęcie pierwsze:
    02

    I chyba to, co mi się podoba nieco bardziej, ujęcie drugie:
    03

    A ten tu nic, tylko siedzi. Siedzi i się gapi.
    05

    Więcej moich mniej lub bardziej udanych zdjęć znajdziesz w galerii

  • Sam bym na to nie wpadł…

    (…) Zakazuje się wnoszenia do klubu napojów i jedzenia, broni, noży, materiałów pirotechnicznych lub pożarowo niebezpiecznych, narkotyków i innych środków odurzających. (…)

    Tu zafascynowała mnie kolejność i… stopniowanie napięcia.

    (…) W przypadku łamania prawa, regulaminu klubu lub niszczenia mienia klubu pracownicy ochrony są uprawnieni do podjęcia decyzji o opuszczeniu przez gościa klubu terenu klubu, zastosowania siły fizycznej, zatrzymania osoby podejrzanej o drastyczne łamanie prawa do czasu przekazania podejrzanej osoby do przyjazdu policji. (…)

    Tu podoba mi się:
    – podjęcia decyzji o opuszczeniu przez gościa klubu terenu klubu (sic!)
    – rozróżnienie łamania prawa od drastycznego łamania prawa…
    – przekazywanie podejrzanego do przyjazdu (chyba się podmioty rozjechały)
    Zresztą, chociaż nie rozumiem tego co w regulaminie (tak, to regulamin!) jest napisane, odnoszę wrażenie, że jeśli nie będę wyglądał jak Pudzianowski, mogą mi zrobić krzywdę…

    Najbardziej niesamowite dla mnie jest to, że to autentyczny regulamin jednego z najbardziej znanych krakowskich klubów… A oto i dowód:

    Frantic_1

  • Gołąb w czereśniach

    Przynajmniej jak na Kraków, to nie jest to środowisko naturalne gołębi… przeklętych, to znaczy zaklętych rycerzy;)

    01

    Gołąb na czereśni:
    06

    i na zakończenie, gołąb meloman:
    frytka

  • Szkoła latania;)

    Mam nieodparte wrażenie, że tuż pod, a raczej nad, moim balkonem trwa szkolenie młodych adeptów ptasiego lotnictwa. Pisków i szaleństw przy tym co nie miara, a jeden z drugim „orłem” gonią się między gałązkami, podczas gdy ten co jeszcze nie-całkiem-lot, przeskakuje nieśmiało z gałązki na gałązkę…

    07

    Wszystkiemu, z mądrymi zapewne minami (obiektyw sprawdzić nie pozwala) przyglądają się z wysokości jaskółki, wypatrując zapewne przyszłych kompanów. No chyba że Jaskółki lubią się za młodziakami ogladać;)

    06

    Jest także druga możliwość. Pod / Nad moim balkonem zawiązał się jakiś ptasi węzeł komunikacyjny. Cóż.. na razie trwa dochodzenie;)

    ps. Tak tak.. zdjęcia póki co statyczne. Jak by to powiedzieć.. na razie one szybciej machają skrzydłami, niż ja pstrykam migawką;)

  • Co jesz Jeżyku?

    A cóż to za postać przemyka po ulicy..

    myślałem że to będzie błyskotliwy wstęp do notki.. cóż, nie jest. Google prawdę Ci powie i ta fraza jest zdecydowanie nadużywana. W każdym razie, mówiąc krótko i nie całkiem od rzeczy, wieczorny spacer zakończył się fotografowaniem nielada modelu – Jeż Jeżowy w swojej pełnej krasie. I to skubany cierpliwy był, bo dał sie obstrykać z obu stron.. albo go wkurzyłem, albo się wściekł.. w pewnym momencie powinienem był użyć chyba nawet redukcji czerwonych oczu… a tak..

    Proszę Państwa, oto Jeż:

    02

    w całej swojej krasie:

    _5

    Na koniec i na dobranoc żarcik, co to ma brodę dłuższą niż broda jeżyka i lat ma więcej niż jeżyk ma igieł na grzbiecie.. Tak więc raz spotkał Niedźwiedź Jeża w lesie, a że Jeż coś zakąszał, niedźwiedź zagadnał:
    – Co jesz?
    – Co niedzwiedź? – odparł Jeżyk

    (…)

    – Co jesz, jeżyku? – doprecyzował Niedzwiedź pytanie
    – Co niedźwiedź, misiu? – odrzekł Jeżyk:)

    Więcej na http://picasaweb.google.com/mphaust/20090615Jez

    Za lampę błyskową serdecznie przepraszam, nie szło bez;(

  • Za oknem wciąż nadaje ptasie radio…

    I to nawet w dwóch odsłonach.

    Pierwsza:
    04

    Ciekawe co on w tym dziobie niesie.. Pewnie kawałek sera.. tylko któremu sąsiadowi podprowadził?

    I druga:
    05

    I teraz właśnie zaczynam odczuwać brak odpowiedniego szkiełka.. No ale cóż, póki co, żadne szkiełko nie zastąpi używanego, więc wszystkie okoliczne ptaki mogą spać całkiem spokojnie. Chodzę na paluszkach, może kiedyś uda się podejść bliżej.. na razie nadstawiam ucha, skąd te piski dochodzą..

  • Grillowany weekend – po raz pierwszy

    Ponieważ Prawo i Sprawiedliwość zadbało o nasz dobrobyt i wolno nam już grillować ( i pomyśleć, że za jakiś czas ten „wysokich” lotów dowcip będzie dla większości postronnych czytelników zupełnie niezrozumiały), więc mając długi weekend przed sobą, trudno z tej jakże wyjątkowej możliwości nie spróbować. Cóż, dość powiedzieć, że są i tacy, ale skoro mają dobre wymówki – będzie im wybaczone. Zanim zaczniemy jeść pyszne dania z rusztu, trzeba mieć co na ruszt włożyć. Zatem zakupy.

    15

    I od razu, kilka uwag.

    Po pierwsze, do pierwszego przepisu nie będziemy potrzebować wszystkich pokazanych na zdjęciu elementów. Stół się przyda, ale jeszcze bardziej przyda się deska.

    Po drugie, nawet gdybyśmy chcieli odtworzyć wszystkie zaplanowane na ten weekend przepisy, okazałoby się, że jest tu kilka dodaktów nikomu do szczęścia nie potrzebnych. Na przykład Ocet winny, albo Balsamiczny (też ocet). Albo… Shaker. Chociaż nie, shaker się zawsze przyda. Wystarczy mieć co mieszać i wszystko smakuje lepiej.

    Po trzecie… kolejny błyskotliwy dowcip trafił szlag. Przystępujemy zatem do rzeczy.

    Zacznijmy od tego, co przygotujemy. Przygotujemy karkówkę i to od razu na dwa sposoby. Oba sposoby różnią się w szczegółach i to dopiero w etapie po którym następuje włożenie do lodówki. Poza tym, od początku do końca to samo. No i smakuje trochę inaczej. Na tyle inaczej, że czuć różnicę.

    Krok pierwszy: kupujemy karkówkę. Ponieważ się na karkówce (na razie) nie znamy, prosimy w sklepie żeby dali nam jakiś dobry kawałek. Jeśli jesteśmy leniwi, prosimy o pokrojenie. My nie byliśmy leniwi.

    Krok drugi: myjemy karkówkę. Można w garnku, można w misce, najlepiej w wodzie. Karkówka musi chwilę odmoknąć (nie wiadomo dlaczego) i nie należy jej w tym specjalnie przeszkadzać (w końcu też nie lubimy, gdy nam ktoś w kąpieli przeszkadza). Moczona karkówka (w ilości trzech kilo – tak, dużo, ale my też jesteśmy duzi. po zjedzeniu trzech kilo karkówki bedziemy nawet więksi tu i ówdzie, zwłaszcza ówdzie) wygląda tak:
    16

    Krok trzeci: jak już się wymoczy, można kroić. Cienko czy grubo… hmm.. według umiejętności, apetytu i ostrości noża, pamiętając jednak o tym, że wygrillowana karkówka zmniejsza swoją objętość wprostproporcjonalnie do czasu spędzonego na grillu, pod warunkiem, że grill jest rozpalony. Plastry mięsa powinny być rozsądnej grubości. Jesteście rozsądni, wiecie co robić. My zrobiliśmy to tak:

    17

    Krok czwarty: Pokrojone mięso trzeba zamarynować. Czym? Jak? A to już zależy od tego co macie pod ręką. Uwaga, to właśnie ten etap kiedy będziemy rozróżniać Karkówkę A od Karkówki C (Karkówki B nie ma, bo B można czytać jak „be” a „be” może nie smakować, albo takie przynajmniej sprawiać wrażenie).

    Wersja A: Bierzemy szklankę, do szklanki dajemy oliwę z oliwek i przyprawy: papryka, pieprz cayene, oregano, odrobina chili, oregano, sól, pieprz, można dodać trochę czosnku – do smaku. To znaczy jak ktoś lubi to doda na pewno, jak ktoś nie lubi, to niech spróbuje i przestanie wybrzydzać. Wszystko należy wymieszać  i zaczekać do kroku piątego.

    Wersja C: Bierzemy szklankę, do szklanki wlewamy oliwę z oliwek i trochę słodkiej papryki, można dodać odrobinę(!) miodu. Ważne aby pod ręką mieć kolendrę. Wszystko wymieszać (kolendrę mieć pod ręką).

    Krok piąty: smarujemy pokrojone mięso tym, co mamy w szklaneczce. Cierpliwie, plaster po plastrze. Jeśli wybieramy wersję C należy po przesmarowaniu mięsa marynatą posypać je świeżą, świeżo rozdrobnioną kolendrą (bo przecież mamy ją pod ręką). Nie przejmujemy się ty, że pachnie intensywnie. Jak by was rozcierali, też byście pachnieli intensywnie. A na grillu wszystko przechodzi i ładnie się komponuje. Musicie uwierzyć na słowo.

    Drobny dodatek do wersji A: można zalać winem. Najlepiej czerwonym, wytrawnym lub półwytrawnym. Dodatkowa uwaga dla miłośników czerwonego wina: Nie wypić wszystkiego przed zamarynowaniem. Czerwone wino będzie smakować także przy konsumpcji, a zamarynowane i zalane winem mięso będzie smakować wyśmienicie. Po tych wszystkich działaniach, mięso w misie wygląda mniej więcej tak: 21

    Misę należy teraz zabezpieczyć folią spożywczą i wsadzić do lodówki. Mięso zamarynowane musi się teraz wymoczyć w tej naszej tajemniczo pachnącej miksturze. A my? Zanim zaczniemy grillować, musimy posprzątać, ponieważ każdy szanujący się facet przygotowujący jakiś posiłek gotuje we wszystkich garnkach znajdujących się w domu (w razie deficytu można pożyczyć od sąsiada, no chyba że on też właśnie gotuje…) i to gotuje we wszystkich jednocześnie. Kobiety – to chwila dla Was, teraz możecie załamać ręce, ponieważ Wasza kuchnia w szczegółach i w ogólności ma wszelkie prawo wyglądać mniej więcej właśnie tak:

    22

    Ale wierzcie mi, warto.

    Krok szósty: tak przygotowane steki – od teraz możemy je tak nazywać i biada temu kto podważy nasze słownictwo! – ekspediujemy na całą noc do lodówki. Niech się przegryzie i niech się przygotuje na długie podpiekanie na wolnym ogniu.

    A co my mamy do zrobienia? Możemy wypić resztę wina.. nie oszukujmy się, zdążymy sobie jeszcze kupić nowe. Możemy też pojechać kupić jakiś grill. Przecież nie robiliśmy tego wszystkiego na darmo, nie?

    Wszystkim odważnym i zdeterminowanym życzę smaczego. Na zdrowie;) A.. jak steki wyglądają w wersji ostatecznej? Mniej więcej jakoś tak:

    36

    Krok siódmy, ostatni: Tak przygotowane steki konsumujemy. Nie szczędzimy sobie i kucharzowi pochlebstw i wina. Czekamy na komplementy i zachwyty ze strony współbiesiadników. I niech spróbują nie być wylewni…

    Uwaga końcowa – nieciekawe dygresje i małolotne żarciki nie wpływają na końcową jakość potrawy;)