Kategoria: O bojach z rzeczywistością

Czasem jest tak, że rzeczywistość skrzeczy. Gdzieś drażni, uwiera, przeszkadza. Coś poszło nie tak, coś wydaje się nie logiczne, coś skłania do myśli i zachęca do tego, by ją rozwinąć w dłuższą formę.

Wpisy poświęcone technologii, przyszłości, konsumpcji i o tym, czemu się w świecie nie odnajduję. W sumie, ten zestaw mógłby się nazywać #poraumierać.

  • Nareszcie jest (nie)Kindle dla piszących

    Nareszcie jest (nie)Kindle dla piszących

    Kilka lat temu, będąc zachwycony Kindlem, napisałem, że jest lepszy od iPada. I wydaje mi się, że przytoczone wtedy argumenty nadal się bronią. Pamiętam też, że marzył mi się „Kindle dla piszących”. Pamiętam też że ostatecznie i tak zdecydowałem się na zakup iPada/po prawdzie to przez lata kilku iPadów) i do tego stopnia, że właściwie przechodzę w tryp iPad only (tylko wcześniej musiałem dorosnąć do tabletu 12.9).

    W tzw międzyczasie zaczęły się pojawiać różne urządzenia e- papierowe, które miały dawać możliwość – nie tylko czytania, ale także wprowadzania treści na epapierze. Remarkable jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych, ale też nie jest jedynym tego typu urządzeniem – są także SuperNote, Huawei Mate, nawet jakiś tablet od Lenovo… W tym momencie, jak to mam w swoim zwyczaju, zacząłem kaprysić

    • Bo w tym możliwe jest tylko pisanie rysikiem,
    • Bo inny niepotrzebne upycha podstawowe usługi jako subskrypcja
    • bo to raczej nie będzie czytelne, a mojego pisma i tak nikt nie rozczyta (tym bardziej, że ja się nie odważę go nikomu pokazać)
    • bo nie ma światełka
    • bo nie ma eksportu, jaki bym sobie wymarzył

    No i to drogie wszystko jest (powiedział Wit, który od kilku lat wydaje niemało na gadżety z Cupertino).

    Minęło kilka lat, zauważyłem, że chyba jednak nie zapamiętuję z czytanych książek tyle, ile bym chciał, gorzej, czasem nie zapamiętuję że jakaś książkę czytałem. Pomocne – pomyslałem – byłoby robienie sobie notatek z tego co czytam, tylko.. to musi być / dla mnie) wygodne. Bo mogę robić notatki na kindle, ale to nie jest wygodne. Mógłbym robić notatki na kartkach, ale je zgubię. Mogę robić notatki na tablecie, czytając książki, ale to jest bardzo karkołomne, a książek na iPadzie czytać nie będę, bo aua moje oczy.

    Równocześnie pojawił się Kindle Scribe więc pomyślałem sobie

    „Merde! Znowu to zrobili, to pewnie będzie mój kolejny zakup”

    ale… choć Scribe ’a znam wyłącznie z reklam i recenzji, to wszystko mi mówi, że to nie dla mnie urządzenie. Sposób robienia notatek, ograniczenia narzucane przez oprogramowanie, sposób eksportu.. to wszystko sprawiło, że cały mój entuzjazm wziął w łeb.

    Zupełnym przypadkiem zobaczyłem na olx, że ktoś sprzedaje Onyx Boox Note Air 2. Nic mi nazwa tego urządzenia nie mówiła, ale chyba z czystej ciekawości zacząłem trochę o nim czytać w sieci, a im więcej czytałem, tym bardziej byłem ciekaw.

    Onyx Boox Note Air 2 to nie tyle czytnik lub enotes ile tablet Androidowy na e- papierze. Wszystko w jednym.

    Jego dużym atutem jest możliwość dostosowywania go do swoich potrzeb.

    • chcesz na nim czytać?
      Możesz
    • chcesz kreślić I bazgrać po książkach które czytasz?
      Możesz
    • chcesz na nim notować?
      Możesz
    • Chciałbyś podpiąć klawiaturę i tak pisać?
      Możesz
    • Chcesz wyeksportować tę zgromadzoną treść i mieć ją w jakimś innym formacie?
      Możesz.
    • Chcesz mieć Notion? Obsydian? Reddit?
      Możesz.

    Okazuje się, że możesz nawet na tym urządzeniu nie tylko przeglądać newslettery (na które jesteś zapisany), ale tak to wszystko połączyć (ja to zrobiłem przez Stoop + EBro + Instapaper otrzymując EPub), żeby móc po nich bazgrać… I na pewno da się prościej, bo ten sposób jest moim pierwszym podejściem, ale nawet tą pokrętną metodą mogłem sobie pobazgrać nawet na liście Buffeta 2 1977r. (I nie, nie jestem na nie zapisany… ale są one dostępne w sieci…)

    To co jest dużym atutem tego urządzenia to to, że nie świeci mi po oczach, nie rozpra­sza tysiącem świecidełek, a bateria nie rozładowuje się w ciągu jedne­go dnia (nawet przy dość intensyw­nym korzystaniu). Urządzenie jest na tyle przyjazne, że wręcz zachęca do pisania, a jedna z opcji pozwala nawet na zostawianie sobie wiadomości na „wygaszonym ekranie”. Jest też możliwość grania w szachy, wiec zapewne, już niedługo i na to się skuszę.

    To nie jest urządzenie dla wszystkich, to nie jest zabaweczka pełna wodo­trysków, ale jest dla mnie tym, na co długo ostrzyłem sobie zęby, bo…

    Wreszcie jest, (nawet jeśli to nie dokładnie) Kindle, dla piszących.

    A najciekawsze jest to, że ten wpis powstał w całości pisany odręcznie.

    Wpis na bloga napisany na Onyx Boox Note Air 2
    Oto dowód

    Taka z niego zdolna bestia. I to pomimo tego, że od samego początku konwertowania, postanowił siebie ze mnie pożartować…

    Rozpoznawanie AI w Onyx Boox Note Air 2

    A to wszystko zostawia mnie w takim stanie, jak jeden z wpisów, który pojawił się na blogi, a który został w całości podyktowany iPadowi….

  • To się nie miało prawa udać

    To się nie miało prawa udać

    Nie wiem czy znasz tę myśl – „to nie dla mnie, to dla mnie za trudne, tego nie umiem, tego się nigdy nie nauczę”? Ja ją znam trochę aż za dobrze. Żyję przekonaniem, że są takie obszary, w których Bozia poskąpiła mi talentu.

    Może i chętnie i często kwestionuję rzeczywistość, może już przyznaję się sam przed sobą, że słowa się mnie słuchają i grzecznie ustawiają się w równych rządkach przemycając czasem trochę znaczenia, ale… to wyjątki. Jest za to cała masa rzeczy, które pewnie i bym chciał umieć i znać, ale… no to nie dla mnie. Więc może lepiej się nie będę za nie zabierał. No chyba że…

    Przypadek. Bardzo często wyręcza mnie przypadek. Idąc na szybkie zakupy przed pracą trafiam na książkę, która sprawia, że nagle zaczynam rysować. Od najprostszych rysunków, aż do prób zmierzenia się z portretami.

    To się nie miało prawa udać.

    Przez czysty przypadek w moim domu pojawia się ukulele i z pewną ciekawością, choć zupełnie bez przekonania (za to z przeświadczeniem że instrumenty strunowe są nie dla mnie) okazuje się, że zaczynam sobie przygrywać i mierzę się z „Por una cabeza” czy „Bolero” z (jeśli mogę sam sobie ocenę wystawić) całkiem niezłym efektem.

    To się nie miało prawa udać.

    Czasem potrzeba jest matką wynalazku, więc zmuszony do zrobienia w pracy kilkuset screenshotów, zacząłem szukać rozwiązania w Internecie i skoro brak gotowych rozwiązań do moich celów, to z pewną bezczelnością postanowiłem spróbować wykorzystać w tym celu Pythona (którego nie znałem) i parę bibliotek i teraz okazuje się że „mój pyton” robi screenshoty fachowo i efektywnie, a ja przy okazji nauczyłem się trochę automatycznego obsługiwania przeglądarki i „mój pyton” przydaje się także w innych rzeczach.

    To się nie miało prawa udać.

    Tak, można to wszystko robić lepiej, oj wiem, że można. Tylko że dla mnie nawet ten prezentowany tu poziom był absolutnie nieosiągalny. Powielokroć. 

    To wszystko przypadki z ostatniego roku, co najwyżej kilku lat. Ale w tym roku przyszło mi się zmierzyć z demonem lat dziecięcych, pielęgnowanym i hołubionym przez lat niemal 30. Jak dziś pamiętam lekcje gry na pianinie w domu rodzinnym, gdzie zamiast grać, zagadywałem nauczycielkę, panią Gizbert Studnicką (jak widać pamięć mam całkiem niezłą). Pamiętam też, że w efekcie mojego zagadywania postępów w moim graniu raczej nie było, zwłaszcza na tle tego, jak grała na pianinie moja siostra.

    Była jedna melodia, która wyjątkowo zapadła mi w pamięć. Enternainer. Melodia, którą znasz jeśli widziałeś Żądło. Marta grała to zawodowo, a ja o tym graniu mogłem tylko pomarzyć. I marzyłem, przez lata. Przez lata obiecując sobie niejednokrotnie, że gdybym tylko miał w domu pianino, to bym szedł w to normalnie jak dzik w żołędzie. Byłbym jak Bill Murray w Dniu Świstaka

    Zdeterminowany znaczy.

    I mogłem sobie marzyć, dopóki dwa miesiące temu w moim domu nie pojawiło się pianino. Ale wówczas moje marzenie było już skwapliwie przykryte kurzem czasu i nie wypadało go ze snu budzić. Nawet kiedy okazało się, że używana Yamaha podpowiada jak grać „Dla Elizy” czy „Marsz Turecki” nic nie zwiastowało problemów. A potem znalazłem tam przytoczonego „Enternainera” i… skończyły się wymówki.

    To się nie miało prawa udać.

    Kilkanaście minut dzienie. Nawet nie codziennie (jak to na niecodziennym hłe, hłe), ale przez miesiąc sprawiły, że to, co przez te 30 lat było niemożliwe, stało się dokonane… I mam to na filmie. Jak do tego doszło? Nie wiem.

    Magia 1%. Magia atomowych nawyków. Magia pozwolenia sobie na nieumienie i nieprzejmowanie się tym, że nie wychodzi „od strzała”. Bawienie się nieumieniem. Dostrzeganie i cieszenie się postępami. Karmienie się perspektywą i dopingowanie się tym, że co, ledwie w miesiąc? No właśnie w miesiąc.

    Już jakiś czas temu spotkałem się z myślą, aby podpowiadać uczącym się, żeby do frazy „nie umiem” dodawać zawsze „jeszcze”. I że to „jeszcze” jest kluczem. Rozbraja definitywność „nie umiem” i otwiera „wszystko jest możliwe”. Wiedziałem o tym, ale… teoria teorią, a praktyka praktyką.

    Jedna rzecz mnie w tym wszystkim wkurza. Tak nawet bardziej, to wkurza mnie w mojej własnej, osobistej głowie. Że nawet jeśli mam na wyciagnięcie dowody, choćby nawet te, które tu przytaczam – rysunek, ukulele, pianino, programowanie – że umiem sięgnąć i opanować rzeczy, które dla mnie samego były autentycznie nieosiagalne, to cały czas mierząc się z czymś nowym / nieznanym / nieprzepracowanym mam to uparte i niezasadnie dumne przekonanie – to się nie ma prawa udać. Nie mi. Zupełnie nie wiem jak to sobie wytłumaczyć, że to głównie w moim własnym przekonaniu rzeczy są niemożliwe, aż je zrobię, tylko muszę spróbować. Tylko muszę dać sobie te piętnaście minut dziennie.

    Zwykle zdaję się na przypadek, na cudowne zrządzenie losu albo sprzyjający układ gwiazd aby rozbroić te moje własne niemożliwości. Tym razem jednak spróbuje trochę inaczej. Karmiąc się swoją wewnętrzną irytacją i tym, że temat sezonuje się we mnie już od roku, próbuję się wziąć za bary z subskrypcjami. Bez szturmowania, bez wielkich imperialnych zakusów. Cierpliwie. Przez piętnaście minut dziennie. Przez większość dni w miesiącu. Zobaczymy co to przyniesie.

    Na razie przyniosło to, że pojawiły się pierwsze wpisy poświęcone kilku pudełkom jakie można w Polsce zamówić w subskrypcji, przyniosły to, że wiem już jak zacząć, że już wiem jak to może wyglądać i że mam o jedną wymówkę mniej. Że teraz muszę tylko poświęcić te 15 minut dziennie i dodawać cegiełki. Zobaczymy jaki powstanie z tego mur.

    Czy to się może udać?

    Cóż. We will say what time will tell.

  • Czas to pieniądz – uważaj na kieszonkowców

    Pisałem o tym, że czas jest walutą, która zyskuje na wartości. Im szybciej żyjemy, im więcej jest podmiotów, które chciałyby na nas zarobić, tym cenniejszy nasz czas się staje. Na moje oko powinniśmy nauczyć się nim obracać dokładnie tak samo, jak to robimy ze złotówkami czy dolarami… no dobra, to może nie jest najlepsze porównanie, biorąc pod uwagę naszą świadomość zarządzania pieniędzmi. W każdym razie, zachęcam, aby się nad tym zastanowić.

    Myślałem, żeby temu tematowi były poświęcone dwie notki – o tym kto nam czas kradnie i o tym, żebyśmy unikali tego, aby się na drobne rozmieniać. Tylko że choć widzę granicę między tymi dwoma wątkami, to jest ona płynna. Kiedy próbuję wyjąć jeden z nich, coś mi kuleje i ciężko mi te elementy pozbierać w sensowną całość. Z drugiej strony, próba spisania tego „na raz” jest za długa. Więc zostaje mi rozbicie tego na części.

    (więcej…)

  • Dlaczego nie umiem kupić ekspresu do kawy?

    Przedziwna sytuacja. Od kilku miesięcy chodzi za mną potrzeba aby kupić do domu ekspres do kawy. Wszystko zaczęło się kiedy przestałem pić kawę rozpuszczalną, do codziennych łask wrócił ekspres kolbowy, a ja zacząłem szukać kawy ziarnistej, która mi posmakuje.

    Policzyłem sobie ile kosztuje kawa, zacząłem dowiadywać się czym jest robusta, czym arabica, doszło nawet do tego, że odpuściłem mleko i piję tylko małą czarną. Dla kogoś, kto zwykle pił napój mleczny z domieszką kawy, to dość radykalna zmiana. No i z tego eksperymentowania dowiedziałem się, że kawa ma smak i warto dobrej kawy szukać. Dowiedziałem się że nie lubię kawy kwaskowej i gorzkiej, ale nie przeszkadza mi wyrazistość smaku. (więcej…)

  • Jak oszczędzić tysiąc złotych bez wysiłku w rok

    Dawno temu, kiedy byłem jeszcze nastolatkiem, rodzice kupili w Kalwarii Zebrzydowskiej fotele. Fotele jakich wiele, nie wydaje mi się żeby czymś się szczególnie wyróżniały, chociaż na pewno były wygodne. Miały natomiast jedną szczególną cechę, na którą zapewne nie zwrócił uwagi żaden z domowników poza mną  – siedzisko nie przylegało idealnie do boków fotela. Nie było żadnej widocznej szpary, nie wpływało to na komfort siedzenia, ale od czasu do czasu mogło tam wpaść coś, co akurat miał w kieszeniach siedzący – jakiś papierek, jakiś paragon. Żadne wielkie rzeczy. Żadne kosztowności – fotel nie pożerał pierścionków.

    Nie wiem czy często się Wam to zdarza, ale moi rodzice od czasu do czasu nosili w kieszeniach resztę z zakupów, głównie monety. Monety też wpadały między oparcie, a siedzisko, ale tym się różniły od papierków, że były dość ciężkie, aby wpaść „pod fotel”. Wykonawca wykańczając fotel obił go od spodu płótnem, mocując go do fotela przemysłowymi spinaczami. Tym sposobem monety z kieszeni moich rodziców bezdźwięcznie lądowały na płótnie. To, czego (chyba) nie zauważył żaden z innych domowników było to, że przy odpowiednim ustawieniu fotela i „odpięciu” jednego lub dwóch spinaczy, można było odzyskać monety.

    Tak, fotel stał się moją skarbonką, i tym sposobem mogłem mieć dodatkowe środki na zaspokajanie swoich cukrowych potrzeb, czyli kupować chery coke albo jakieś lody od Algidy. „Utarg” był tym większy, im rzadziej z zasobów fotela korzystałem. Rodzice chyba nie zauważali tego wycieku monet, a ja czułem się bogaty:) A jak to się ma do zaoszczędzonego tysiąca? (więcej…)

  • Człowiek, który wszystko neguje

    Kilka miesięcy temu podczas pewnego ważnego wystąpienia na pewnym ważnym forum, osoba, z której zdaniem bardzo się liczę powiedziała o mnie „mój kolega, który wszystko neguje”. Tylko 5 słów, raczej nie istotnych w kontekście całej prezentacji. Do tego powiedziane z ogromną (chcę w to wierzyć) sympatią. Zapewne były wymyślone z potrzeby dookreślenia tła wypowiedzi, ale zapisały się dość mocno w mojej pamięci. Pewnie dlatego, że to naprawdę niezła i celna definicja. Przyjąłem, pozornie zaakceptowałem, może nawet sam przed sobą obiecałem poprawę. (więcej…)

  • Jestem Twoim idolem, silnym Twoją wielkością

    Umarł ktoś znany. Umarł ktoś wielki. Ktoś, kogo wielu podziwiało. Kogo wielu nazywało mistrzem.
    Musimy na to zareagować. Czujemy potrzebę powiedzenia o tym światu. Czujemy potrzebę wykorzystania tej chwili, kiedy wszystkich łączy to samo wydarzenie. Czujemy potrzebę wyrażenia swojego żalu. Potrzebujemy pokazać – to także mnie dotknęło. To także moje doświadczenie. W zasadzie nie ma znaczenia kogo już z nami nie ma. Musimy pokazać, co my w związku z tym mamy do powiedzenia światu. Bo musimy mieć coś do powiedzenia. Bo inni muszą widzieć, że mamy. W przeciwnym razie, będziemy niepełni. Nieludzcy. Nieczuli.

    (więcej…)

  • Protest nie może być dyskretny, musi boleć

    Drogie panie,

    Są rzeczy, których nikt za Was nie zrobi, jeśli Wy nie zaczniecie działać. Są sprawy, o które nikt za Was i Waszym imieniu walczył nie będzie, tak długo jak Wy same nie rozpoczniecie walki. Są sytuacje, które przespane doprowadzą do tego, że nikt więcej się Wami nie będzie przejmował.  Bo skoro nie walczycie o swoje, to udowadniacie, że liczyć się z wami nie trzeba.

    Nie wierzcie w to, że ktoś przedłoży Wasz interes nad swój. Nie wierzcie w to, że ktoś zaprosi Was do „big boys club” tylko dlatego, że będziecie grzeczne i będziecie rokowały nadzieję na talent. To tak nie działa.

    Chcesz, aby ktoś zrozumiał Twój punkt widzenia, domagasz się czegoś? Określ to i uzbrój się w argumenty. I komunikuj. Jasno i wyraźnie. Nie zakładaj, że ktoś się domyśli o co Ci chodzi. Nawet jeśli to takie oczywiste. (więcej…)

  • List do pana Andrzeja, ojca

    Panie Andrzeju,

    Zwracam się do pana jako do Ojca. Nie polityka, nie urzędnika, nie prezydenta. Ojca. Nie ojca narodu. Ojca 21 letniej Kingi.

    Jest niestety prawdopodobne, że podłożą panu papier do podpisu i że w tym właśnie momencie będzie pan trzymał w rękach jej życie. Życie swojej córki. A także życie pańskiego wnuka i matki pana wnucząt. Duża sprawa.

    Pana córka, czego panu życzę, będzie zapewne matką. Życzę jej, aby rodziła zdrowe dzieci, aby jej ciąża przebiegała bez najmniejszych komplikacji, a poród siłami natury był możliwie bezbolesny.

    Tylko wie pan, panie Andrzeju, mamy XXI wiek. I wiemy, że czasem nie możemy liczyć na matkę naturę. Że czasem nie wszystko idzie tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Że czasem potrzebna jest interwencja lekarza, że czasem na szali kładzione jest życie kobiety, czasem już matki, która może osierocić swoje dzieci.

    Brzmi jak fikcja? Panie Andrzeju, pan spojrzy w liczby i niech pan powie, czy chce mieć pan na sumieniu choć jedną kobietę, którą można było uratować?

    I niech pan spyta sam siebie, co by pan zrobił, gdyby zagrożone było życie pana córki. Czy jakikolwiek przepis powstrzymałby pana przed działaniem? Chcę wierzyć, że nie. Więc proszę nie tworzyć sytuacji, w której zmusi pan innych do łamania prawa.

    Czy Pan pamięta, panie Andrzeju pewien listopadowy wieczór sprzed 21 lat, kiedy trzymał pan swoją córkę pierwszy raz na rękach i obiecał jej Pan, że nie pozwoli pan jej nikomu skrzywdzić. Nikomu! Niech pan pamięta o tej obietnicy.

    Pan porozmawia z żoną, matką pana córki, babką pana wnucząt co ona o tym sądzi. Bo wie pan, nawet najlepsza praca to tylko krótka chwila w życiu, liczy się to, jakim się jest człowiekiem. I są pewne decyzje, których żona i córka mogą panu nigdy nie wybaczyć. Niech pan o tym pamięta, panie Andrzeju.

    Bo to będzie pana decyzja. Pana podpis.

  • Świat mobile, nasz świat

    To będzie mało odkrywcza notka, ale to równocześnie trochę obserwacja rzeczywistości.

    Przez długi, długi czas czekaliśmy kiedy nadejdzie wreszcie rok mobile, wielokrotnie go zapowiadaliśmy, a im bardziej go wypatrywaliśmy, tym bardziej on nie chciał przyjść. Wystarczyło spuścić temat na chwile z oczu, wystarczyło na moment spuścić gardę i oto okłada na po twarzach (ekranach, kieszeniach i rachunkach… Chociaż nie, po rachunkach zupełnie nie). (więcej…)