Blog

  • Czas na nowy sezon tygodniówki – S02E01

    1. No więc zaczynamy nowy tygodniówkowy sezon. To jest trochę nie do pomyślenia. I od razu napotykam drobny problem z nazewnictwem. Czy powinienem raczej stosować kolejną numerację (i to by była tygodniówka 52), czy jednak zacząć od zera, ale w drugim sezonie, wtedy stosując zapis Tygodniówka 1.2021 albo Tygodniówka S02E01. Ja i moje problemy pierwszego świata.
    2. Dzisiejsza tygodniówka będzie krótsza (słowo). Wszystko dlatego, że jestem wciąż jeszcze w trybie świątecznym, przez co było ostatnio więcej grania w gry planszowe niż internetów. To bardzo dobra opcja, polecam. Ty grasz (z przyjemnością) a świat nadal się kręci, czy tego chcesz, czy nie.
    3. Lubimy to, co przynosi nowy rok. Nowe otwarcie, nowa czysta kartka, czyste konto. Tak już kiedyś otwierałem nowe, na niecodziennym. Ten nowy początek to całkowicie abstrakcyjna rzecz, bo dzieje się tylko w naszej głowie, ale daje pozytywny bodziec do działania. Trochę jak spowiedź – uwalnia, choć wszechświat ma absolutnie gdzieś daty zapisywane w notesach i kalendarzach. Taki nowy, regularny początek, dobra rzecz. Gdyby go nie było, trzeba by go wymyślić.
    4. Ten nowy początek, to także okazja do tego aby raz jeszcze spróbować rzeczy, których nie udało się zrealizować w poprzednim roku. Tym sposobem w jakiś przedziwny sposób znów próbuje się nauczyć pisać bezwzrokowo na klawiaturze.

      Nie jest łatwo, bo już umiem tak pisać, tylko że teraz (znowu) chce to robić mądrze i właściwie. Mądrze i właściwie oznacza pisanie dziesięcioma palcami, a nie tylko czterema czy pięcioma jak dotychczas to robiłem.

      Tak, dokładnie o tym pisałem w lutym zeszłego roku. I przyzwyczajenie wygrało z poprawnością. Zupełnie bez przekonania w miniony wtorek siadłem znów do aplikacji KeyKey która ma uczyć bezwzrokowego pisania i… wciągnęło mnie. Na tyle, że tę tygodniówkę próbuję pisać właśnie w ten sposób i.. muszę się pilnować. Żeby trzymać ręce na klawiaturze, żeby odpowiednie palce naciskały odpowiednie klawisze.

      Na razie oznacza to dużo bardziej świadome pisanie, wymagające więcej wysiłku (tak, to także stąd zapowiedź krótszej tygodniówki). Niemniej jednak powolutku widzę małe postępy, więc może tym razem się uda. Co jeśli się nie uda? Nic. Warto próbować i tak.
    5. A skoro przypomniałem tekst o gromadzeniu wiedzy, będzie o szczepionce. Zacznijmy ode mnie.

      Dotychczas myślałem, że mam na ten temat wyrobione zdanie – szczepionki są spoko, ta była zrobiona dość szybko (może nawet za szybko) więc nie mam się gdzie spieszyć. Jak przyjdzie moja kolej to może będzie wiadomo o niej więcej.

      Bardzo ładnie Wicie. Bardzo dyplomatycznie i w ogóle. Nawet usłyszałem że moje podejście może być wynikiem oceny ryzyka i pewnie może to mieć trochę sensu. Ale… brzmię trochę jak wyszczekany antyszczepionkowiec, który w dodatku ukrywa się w szafie. Bo z mojej wypowiedzi wybrzmiewa powątpiewanie, tylko zawoalowane w ładne słówka. Co do zasady mówię przecież – nie spieszno mi, bo mam wrażenie, że to mi może zaszkodzić.

      No to jak z Tobą Wicie jest?
    6. W tym miejscu jest czas na dwa artykuły. O tym, dlaczego w ogóle możliwy był tak szybki proces wypracowania rozwiązania. Gdyż podeszliśmy do tego bardzo naukowo. Jak już zrozumieliśmy powagę sytuacji, to niemal kto żyw rzucił się, żeby tego wirusa pokonać.

      A przy okazji, mieliśmy furę szczęścia. To nie jest tak, że w ciągu kilku miesięcy wymyśliliśmy nową szczepionkę. Całkiem sporo pracy już było wykonane, trochę się na taki scenariusz szykowaliśmy, pojawiły się środki, wolontariusze, pozytywne wyniki – dzięki temu mamy nie jedną, a kilka szczepionek.
    7. Więc… Chcę się zaszczepić. Tak szybko, jak to będzie możliwe. Bo tym sposobem pomagam nie sobie, a innym ludziom. Pomagam pozbyć się tego świństwa i wzmacniam odporność. Ułatwiam podejmować decyzję innym. Chcę wrócić do normalności możliwości pracy z ludźmi i spotykania się z ludźmi. Chcę dawać przykład, a nie dzielić włosa na czworo.
    8. W nowy roku zaczynamy nową listę przeczytanych książek. Pierwsza która trafia na właściwą stronę jest „Powiedziała” autorstwa Megan Twohey oraz Jodi Kantor. Mocna rzecz. Spodziewałem się tekstu skupionego przede wszystkim na Weinsteinie i ruchu #MeToo (i od razu podrzucę swój tekst na ten temat ale dostałem dużo więcej.

      Autorki poruszyły też wątki związane z aferami Trumpa (jestem bardzo ciekawy czy po opuszczeniu Białego Domu nie zaczną się pojawiać rozmaite doniesienia o tym złotym chłopcu), oraz o Brecie Kavanaugh.

      Przytłaczająco smutny tekst, pokazujący jak wolno zmienia się świat. Pokazujący też jak bardzo różni się świat kobiet i mężczyzn. Że to nie odkrywcze? No może i nie… ale z jakiegoś powodu pozwalamy aby te nierówności trwały sobie w najlepsze, trochę jakby czekając na to, aż przyjdzie ktoś i to za nas posprząta, poukłada. Niestety, rzeczy nie dzieją się same. Bardzo polecam lekturę.
    9. W książce jest też ciekawy wątek zatrudnienia przez Weinsteina izraelskiej agencji, której zadaniem było z jednej strony szerzenie dezinformacji w kręgu autorów nieprzychylnego tekstu, ale także zadbanie o to, aby „przejąć” wyszukiwarkę i pozycjonować pomyślne producentowi teksty pod kluczowymi frazami. Koszty operacji szły w setki tysięcy dolarów.. no cóż, czyżby w internecie nie wszystko było za darmo?
    10. Kilka tygodni temu pisałem o tym aby zamiast mówić o szczęściu pracować nad zadowoleniem. Tym razem trafiłem na taki cytat:
      Niech i Wam towarzyszy.
    11. Czy wiecie, że Amazon podobnie jak Google i Apple będzie oferował mapy? Ciekawe co nam to przyniesie i jak jeszcze poprawi jakość rozwiązań, z których już teraz korzystamy. Ciekawe też na czym będą zarabiać…
    12. Więc mówisz że działasz sam, a może raczej z trzema kuplami po godzinach piszecie jakiś mały projekcik, ale nikt się tym przecież nie przejmie ani nie zainteresuje… Cóż… okazuje się, że we czterech można napisać grę, w którą będzie grało w miesiącu pół miliarda ludzi. Trochę dla mnie ta skala jest niepojęta.
    13. Dokończyłem też obiecywany w zeszłym tygodniu tekst podsumowujący mój rok 2020. Wyszło mi z tego ponad 2,5 tysiąca słów… więc jeśli czujesz niedosyt po dzisiejszej tygodniówce, zapraszam Cię do tego podsumowania – 10 rzeczy, które każą mi zrezygnować ze słowa nigdy.
    14. A czy pojawiło się coś nowego na subskrypcje? Niestety nie. Ale… chciałbym w tym tygodniu napisać tekst o tym, dlaczego uważam, że potrzebujesz trzymać rękę na pulsie swoich subskrypcji (choć wcale nie musisz mieć do tego aplikacji).
    15. Informacja techniczna – udało mi się (dzięki podpowiedzi życzliwych ludzi) dodać jeszcze jeden element do domeny, rejestr DMARC. Dzięki temu tygodniówka powinna trafiać do czytelników nawet lepiej. Ciekawe czy to coś da..

    Ilustracją wpisu jest zdjęcie alessandro fazari z serwisu Unsplash

  • To ostatnia tygodniówka (w tym roku) – Tygodniówka #51

    1. W tym tygodniu tygodniówka będzie krótsza (choć to wcale nie oznacza, że będę miał dla Ciebie mniej do czytania… wręcz przeciwnie, zdaje się). Ale krótsza jest dlatego, że zgodnie z zapowiedzią, popełniam tekst podsumowujący ostatnie 12 miesięcy w moim wykonaniu, raz jeszcze w kontekście „nigdy nie sądziłem że”. Z jakiegoś powodu wydaje mi się taki właśnie kontekst właściwym. Zatem, jak wygląda „nigdy nie sądziłem że zrobię AD 2020

    2. To co jest ciekawe w tych podsumowaniach, to to, że z tego poprzedniego wiele rzeczy wciąż trwa i trwa mać.

      • Nadal trzymam się wagi (to już trzy lata… o.O),
      • nadal biorę zimne prysznice i to nadal regularnie, choć przyznaję też, że są one ciut bardziej letnie (dziwnie się z tym czuję).
      • Finanse osobiste są dla mnie ważne i mam je mocno na uwadze.
      • Od dozowania youtube’a przeszedłem do eliminowania innych serwisów społecznościowych (czy raczej eliminowania siebie z innych serwisów)
      • nadal czasem rysuję (choć niestety dużo, dużo, dużo mniej), i ostatnio jakby częściej na tablecie:
    Co ja mam z tymi oczami?
      • znowu kupiłem iPada (co oznacza, że jestem przypadkiem beznadziejnym)
      • znowu był czas ulicznych demonstracji

      • niezmiennie cholernie mi żal potraconych kontaktów. Tych o których pisałem wtedy i tych, które „posypały” się od tamtej pory.

    • To czego mi z ostatniego podsumowania brakuje to…

    • porannego wstawania (ale bardzo mocno wierzę w to, że to wróci).

    Jeśli jesteś ciekawa tego mojego podsumowania, zapraszam do tego wpisu

    1. Nie tylko ja robię podsumowania. Dość ciekawym zestawieniem podzielił się ze mną Marcin – 52 rzeczy, których autor nauczył się w ostatnim roku

    2. Skończyłem czytać Kahnemana. Naprawdę skończyłem czytać Kahnenmana. Bez żadnych skrótów i tricków. To oznacza że w tygodniówce pojawi się kolejna garść cytatów, ale najpierw odniosę się do wzmianki sprzed wielu, wielu tygodniówek, czyli tej, że „Pułapki myślenia” kończy ledwie kilka procent czytelników (dokładnie 7%). Skąd akurat ta wartość?

      Otóż Jordan Ellebnerg postanowił oszacować tę wartość na podstawie tego, z której części książki pochodzi 5 najpopularniejszych cytatów i choć to dziwna miara, to lepszą nie dysponuję, więc biorę ją na wiarę. Żeby było ciekawiej, mój ostatni cytat z Kahnemana to dosłownie ostatnie słowa w książce.

    3. Ostatni wybór cytatów z Kahnemana:

    As we have seen again and again, an important choice is controlled by an utterly inconsequential feature of the situation.

    The experiencing self is the one that answers the question: “Does it hurt now?” The remembering self is the one that answers the question: “How was it, on the whole?” Memories are all we get to keep from our experience of living, and the only perspective that we can adopt as we think about our lives is therefore that of the remembering self.

    Odd as it may seem, I am my remembering self, and the experiencing self, who does my living, is like a stranger to me.

    Confusing experience with the memory of it is a compelling cognitive illusion—and it is the substitution that makes us believe a past experience can be ruined. The experiencing self does not have a voice. The remembering self is sometimes wrong, but it is the one that keeps score and governs what we learn from living, and it is the one that makes decisions.

    What we learn from the past is to maximize the qualities of our future memories, not necessarily of our future experience.

    Tastes and decisions are shaped by memories, and the memories can be wrong.

    We want pain to be brief and pleasure to last. But our memory, a function of System 1, has evolved to represent the most intense moment of an episode of pain or pleasure (the peak) and the feelings when the episode was at its end.

    Most important, of course, we all care intensely for the narrative of our own life and very much want it to be a good story, with a decent hero.

    The satiation level beyond which experienced well-being no longer increases was a household income of about $75,000 in high-cost areas (it could be less in areas where the cost of living is lower). The average increase of experienced well-being associated with incomes beyond that level was precisely zero.

    “The easiest way to increase happiness is to control your use of time. Can you find more time to do the things you enjoy doing?”

    The use of time is one of the areas of life over which people have some control.

    Nothing in life is as important as you think it is when you are thinking about it.

    Adaptation to a new situation, whether good or bad, consists in large part of thinking less and less about it. In that sense, most long-term circumstances of life, including paraplegia and marriage, are part-time states that one inhabits only when one attends to them.

    the voice of reason may be much fainter than the loud and clear voice of an erroneous intuition, and questioning your intuitions is unpleasant when you face the stress of a big decision.

    Decision makers are sometimes better able to imagine the voices of present gossipers and future critics than to hear the hesitant voice of their own doubts. They will make better choices when they trust their critics to be sophisticated and fair, and when they expect their decision to be judged by how it was made, not only by how it turned out.

    1. Jak podpowiada Amazon, w całej książce zaznaczyłem 193 fragmenty – je wszystkie możesz zobaczyć we wpisie poświęconym tej książce. Kreślenie po książce, stosowanie highlitów – owszem, zdarzało mi się sporadycznie, ale nigdy w takim natężeniu. Spodziewam się też, że to nie jest ostatni raz kiedy po Kahnemana sięgam. Przypuszczam też, że to nie jest ostatni raz kiedy po „Pułapki Myślenia” będę sięgał, bo wcale nie mam pewności, że wszystko dobrze pamiętam, choć…

      jeśli chcemy lepiej zrozumieć, czemu jesteśmy tak mało racjonalni, tak bardzo przekonani o naszych racjach i tak często nie rozumiemy racji innych – warto po tę książkę sięgnąć. Gdyby to z moich tygodniówek nie wynikało – bardzo, bardzo polecam.

    2. Kiedy pomyślisz, że już się uwolniłem od książek o behawiorystce, rozwieje to przypuszczenie, ponieważ właśnie czytam „Priceless: The Myth of Fair Value”, i nie uwierzysz – tam też są nawiązania do Kahnemana i Tverskiego właśnie. Nawet więcej, w kolejce do czytania ustawiłem sobie jeszcze „Nudge” Thalera (które grzecznie długie miesiące „kurzy” się na czytniku), oraz „The Psychology of Money” i jeszcze „Blindsight”.

      Tym też sposobem układa się lista książek z którą chce niekoniecznie tanecznym krokiem wejść w nowy rok. Takie zapowiada się planowanie.

    3. Nie spodziewałem się, że czytając książkę poświęconą teoriom określania cen, dowiem się że:
      • ile trzeba patrzeć w słońce, żeby trwale uszkodzić sobie wzrok.

        Autor powołuje się na przypadek belgijskiego lekarza (Joseph-Antoine Ferdinand Plateau), któremu wystarczyło patrzenie w słońce przez 25 sekund. Poszukałem w sieci i okazuje się, że to jak szybko można trwale pogorszyć swój wzrok zależy od pory dnia, zachmurzenia i tego jak szeroko będziesz mieć otwarte źrenice, ale wystarczy 100 sekund, aby oślepnąć.

        Czy można tego uniknąć? Można i to dość prosto – nie patrzymy w słońce.

      • Zapewne wiesz, że na kubeczkach z kawą w McDonaldzie jest napisane „uwaga gorące”.

        To pokłosie sprawy sądowej z lat 90’tych, w której przysięgli zasądzili 2.9mln dolarów od McDonalda jako zadośćuczynienia kobiecie, która poparzyła się kawą.

        Pytanie dlaczego przyznali akurat tyle? Wynikało to z prośby jej oskarżyciela, ale on nie podał wyłącznie kwoty, ale powiedział –

        mojej klientce należy się odszkodowanie równowarte przychodom z globalnej sprzedaży kawy w McDonaldzie przez jeden lub dwa dni.

        Te 2,9 mln dolarów to przychód jaki sieć fastfoodów generuje na sprzedaży kawy przez dwa dni. Mnie zachwyciła nie tyle kwota, ile sposób sformułowania (który miał się nijak do krzywdy – był totalnie abstrakcyjny). Ale został wybrany przykład, który ludzie mogli w czasie obrad zapamiętać. Zatem… uważaj co mówisz, bo to może zostać ludziom w głowach.

      • To ile ludzi uratowało się z dwóch wież WTC w 2001 roku było pochodną m.in. tego jak szybko potrafimy wyczuć odchylenie od pionu.

        Ale że co?

        Kiedy budowano WTC chciano zarobić jak najwięcej dzięki jak najwyższej konstrukcji (wyższe piętra sprzedają się drożej). Inwestorzy wiedzieli, że im wyższy budynek, tym bardziej się gibie, ale nikt nie wiedział, jak bardzo może się gibać, żeby ludzie wciąż chcieli te powierzchnie wykupić. Stąd badanie przeprowadzone przez ORI (Oregon Research Institute) i wzmocnienie struktur, które z kolei pozwoliło wieżom stać dłużej po ataku, dzięki czemu większa liczba ludzi mogła z nich uciec. W ten sposób chciwość chęć wyższego zarobku uratowała 14 tysięcy osób.

    4. Czy korzystaliście w tym roku z paczkomatów wysyłając prezenty na święta? A zauważyliście, że nawet jeśli wysyłaliśmy prezenty na ostatnią chwilę (tak jak zwykle) to one docierały przed świętami, a nie po? Że w tym roku nie musieliśmy odbierać przesyłek z samochodów przy paczkomatach i że nie było problemu z dostarczeniem ich do maszyn?

      Ja swoich przyzwyczajeń nie zmieniłem i przesyłkę wysyłałem bardzo na ostatnią chwilę, ale InPost rozwinął się niesamowicie i dał radę mimo świątecznej gorączki. Dość powiedzieć, że chwalą się już 10 tysiącami paczkomatów w Polsce. No że wow.

    5. Jednym z motywów jaki dość często przewija się w tygodniówkach jest iluzja. Uwielbiam „małą” iluzję, tzn tę wynikającą z umiejętności „magika” a nie osprzętu, którym włada. Traktuję ją jako niezwykłe połączenie zwinności i sprawności dłoni, z umiejętnością odwracania uwagi. Ostatnio absolutnie zachwycił mnie ten człowiek:

    6. A skoro jesteśmy przy zachwytach… O tej bajce słyszałem już jakiś czas temu, ale dopiero teraz do niej przysiadłem.

      Przyznawać się czy nie przyznawać się… Przyznam się. Ta bajka potrafi wzruszyć do łez blisko 40 letniego 38 letniego faceta. To się nazywa moc. Ląduje zaraz obok „W głowie się nie mieści” jako absolutnie wyjątkowa rzecz.

    7. Z rzeczy, które zostawiają mi w głowie „wow” podrzucam Wam… rzeźbę autorstwa Idy Łukaszewicz.

    no Wow.

    1. Świąteczna piosenka o pracy w agencji. Taki opis brzmi bardzo niespecjalnie, ale… myślę że każdy, kto choć trochę liznął agencyjną pracę reklamową doskonale się w tym tekście odnajdzie

    2. Choć i tak w tej materii naprawdę trudno przebić „meksykanina”.

      Ciut dziwnie się czuję dorzucając w tym miejscu cytat z satyryka ze szczęśliwie minionej epoki (który w tej epoce się odnalazł jakby mniej). Tako rzecze Jan Pietrzak:

      proszę państwa, jakby to nie była prawda, to ja bym nie mówił, bo by nie było śmieszne.

    3. Wspominałem, że mam czujki ustawione na finanse osobiste, stąd podrzucam dwa artykuły.
      • ten o tym, jak wielkie znaczenie w inwestycjach ma czas.

        Że sposobem na sukces nie jest wygrać na loterii raz, tylko wygrywać po troszeczkę, ale regularnie. Kahneman (i Tversky) podpowiadają – patrz na efekt wszystkich zakładów, a nie przejmuj się pojedyńczymi stratami, ale tu autor dopowiada – daj szansę działać magii procenta składanego.

      • ten o tym, jak podejść do swoich finansów w 2021 roku (na 50 sposobów).

        Chyba najbardziej podoba mi się punkt 4 i 11, mam trochę zgryz z punktem 1, a 17 i 22 pasuje mi dziwnie dobrze do subskrypcje.pl

    4. Co tam słychać na subskrypcje.pl pytasz…

      W zeszłym tygodniu wspomniałem o zrębie tekstu, który już teraz jest opublikowany na stronie i póki co jest to też treść którą zamieściłem jako stronę główną, choć docelowo będzie jedynie zakładką. W głowie pojawiły się dwa kolejne pomysły:

      • (o tym czy potrzebujesz subskrypcji linkedin – coś mi się zdaje, że nie,
      • i o tym czy potrzebujesz aplikacji do zarządzania swoimi subskrypcjami – coś mi się zdaje, że tak)

      Jeśli chodzi o ruch na stronie, to jest absolutna plaża. Czy mnie to dziwi? Nie. Czy mnie to martwi… nie. Jeszcze nie. Czy nadal jestem tak samo pewien swojego pomysłu jak byłem kilka tygodni temu… nie. Aaale… traktuję to jako naukę i przypominam sobie, że muszę po prostu w tym temacie gromadzić wiedzę. Więc będę się o subskrypcjach uczył, aby móc o subskrypcjach pisać. Nieśmiało dopowiem też, ze o wszystkim co dzieje się na tej stronce, piszę w dedykowanym temu zagadnieniu dzienniku.

    5. W tym tygodniu uczę się wordpressa. Tak dokładniej, to uczę się optymalizować wordpressa, żeby ładował się szybciej (ponieważ szybkość ma znaczenie), ale nawet jeśli świat it to wie, to twórcy szablonów i wtyczek zdają się o tym troszkę zapominać. Żeby było jeszcze ciekawiej, wcale nie ma tak wiele źródeł, z których można by czerpać wiedzę.

      Zapowiada się długi i żmudny proces, w czasie którego niecodzienny może zachowywać się… dziwnie (co widać w małych i dużych rzeczach). No ale poprawiłem jego czas ładowania na komórkach z 30+ na 65+ (skala do 100) więc idzie opornie, ale z sukcesami. Przy okazji różnych dziwnych rzeczy odkryłem (znalazłem) sposób na wyłączenie statystyk WordPressa. Wiem, że to dobry krok (porównaj z czego nie mówią nam statystyki) ale ukrycie ich nie wystarczyło – wiedziałem gdzie się chowają. Teraz wyłączyłem je na dobre i choć kokpit WordPressa wygląda łyso (mam też jeden powód mniej by tu zaglądać), to uważam to za dobrą decyzję.

      ale spokojnie, nie oślepłem statystycznie tak bardzo. Teraz będę zerkał w Analytics.

    6. Zgodnie z zapowiedzią piszę w markdown i… to jest dość wygodne i w zasadzie nie boli. Co prawda potem eksportuję wszystko do html i tenże html wprowadzam w panel WordPressa (co już nie jest tak wygodne) ale… mam wrażenie że to krok w dobrą stronę.

      Dopisek związany z tym punktem po tym, jak spędziłem 40 minut ogarniając wordpressa… Mam ochotę całego WordPressa spakować w szary papier, okleić znaczkami pozwalającymi wysłać go w kosmos, z fałszywym adresem nadawcy, a potem pójść do dentysty i poprosić niech ratuje moje zęby od efektów nadmiernego zgrzytania. WordPressie… Mam Cię dość.

    7. W kolejnej tygodniówce będzie dużo o planowaniu. Bo cholernie w to planowanie wierzę (nawet najbardziej niedoskonałe i – co więcej – niekoniecznie prowadzące do zdobycia obranego celu). Nie całkiem wierzę że to mówię, ale cieszę się na planowanie roku 2021.

    Ilustracją wpisu jest zdjęcie autorstwa Marten Newhall z serwisu Unsplash

  • Thinking fast and slow

    Spis rzeczy związanych z Kahnemanem i Tverskim

  • Nigdy nie sądziłem ze zrobię – wersja A.D. 2020

    Nie ma żadnej tradycji, która skłaniałaby mnie do tego, abym co roku pisał podsumowanie tego, jak mi ostatnie 12 miesięcy minęło. Dość powiedzieć, że ostatnie takie podsumowanie napisałem w grudniu 2017, więc z tą regularnością u mnie bywa różnie. Ale… Ten rok jest troszkę inny. I to nie tylko ze względu na CoVID. Ten rok jest dziwny po prostu.

    Rzucam okiem na to, co się przez ostatnie 12 miesięcy działo i próbuję wyłapać te elementy, które są dla mnie osobiście niespodziewane. Nie myślę o osiągnięciach spodziewanych, albo wydarzeniach które po prostu miały mieć miejsce. Chce połapać te wszystkie rzeczy, które każą mi wymazać z mojego słownika słowo „Nigdy” i karzą mnie za każde jego użycie.

    (więcej…)

  • Jak prezydent – ciągle się uczę; Tygodniówka #50

    1. Naprawdę korciło mnie, aby wzorem wielu innych maili, tygodniówka numer 50 była podsumowaniem mijających 12 miesięcy, ale uznałem że – to jednak za wcześnie. Ten wybieg zamierzam zastosować za tydzień, aby z kolei styczniową tygodniówkę (bo… chyba będzie tygodniówkowy ciąg dalszy w roku 2021) zacząć od rzucenie okiem na śmiałe lub nie śmiałe1 plany na rok 2021.

    2. Nie spodziewałem się natomiast, że przyjdzie mi do głowy, aby zamieszczać w tygodniówce życzenia świąteczne, tym bardziej że uważam je za rzecz bardzo osobistą i bardzo rodzinną (na więcej pozwolę sobie przedsylwestrowo).

      Bożonarodzeniowo pozwolę sobie życzyć Ci czasu spokoju i odetchnięcia od mocno pokręconej w tym roku codzienności. Czasu spędzonego z samą / samym sobą. Tak, życzę Ci właśnie chwili dla siebie.

    3. Skoro jednak uznałem, że nie czas na podsumowania, to staję przed zadaniem popełnienia regularnej tygodniówki i temu wyzwaniu zamierzam sprostać. A że o wyzwaniach mowa…

      Wspominałem o tym, że przymierzam się do zmiany sposobu wysyłania tygodniówki – postanowiłem pożegnać MailerLite na rzecz GetResponse, ale napotkałem trudności. Jedną jest kwestia przyzwyczajenia (bo wiem co i gdzie i jak w MailerLite działa), drugą jest to że pewnych funkcjonalności, z którymi już się w ML zaprzyjaźniłem, w GetResponse nie znajduję.

      Wydaje mi się także, że to może być błąd techniczny w procesie pisania i przygotowywania tygodniówki. Do tej pory wyglądało to tak, że zbierałem materiały w ciągu tygodnia w linkowni, którą przygotowałem sobie w Notion, potem zaczynałem pisać całość w ramach dedykowanej strony w Notion właśnie, następnie przerzucałem całość do WordPressa (gdzie dokonywałem poprawek językowych, i robiłem korekty techniczne, wrzucałem poszczególne materiały do zaembedowania, wgrywałem zdjęcia) tak aby całość dobrze wyglądała na blogu.

      Po opublikowaniu notki mogłem przystąpić do przygotowania wysyłki w MailerLite na podstawie RSS’a do wpisu, ale żeby to dobrze zadziałało, musiałem jeszcze raz zrobić korektę techniczną (obrazki zaciągane prosto z bloga pogarszają czytelność mailingu na komórki), zadbać o dobre wskazanie materiałów video, zrobić wysyłkę testową, poprawić jakieś drobiazgi, wysłać mailing właściwy.

      Zwykle właśnie wtedy okazywało się, że zrobiłem głupi błąd w linkowaniu, i to co powinno kierować do notki z tego tygodnia kieruje do notki z zeszłego. Brawo Wit, taki jesteś internetowy.

      Nie pomagał też sposób w jaki piszę tygodniówkę. Bo nie tylko piszę ją w punktach, to jeszcze uznałem że te punkty powinny być czasem zagnieżdżone, poprzetykane często jakimś materiałem wideo, jakimś zdjęciem, a żaden edytor tego nie lubi i chętnie się w tej mojej „strukturze” gubi, co z kolei oznacza, że niejednokrotnie w ustach moich musiałem mleć przekleństwa.

      Co gorsza, miałem pełną świadomość niedoskonałości tego rozwiązania, zwłaszcza że błędy wyłapane na etapie wysyłki dobrze poprawić także na blogu, co nie zawsze robiłem, a to z kolei oznacza, że niektóre tygodniówki z maila różnią się z tymi które są zamieszczone na blogu. Jedyne co mogę w tym miejscu dodać od siebie, to ¯\_(ツ)_/¯

      No więc tak, ciągle się uczę. Głównie na swoich błędach.

    4. Teraz to wszystko postanowiło wystrzelić mi prosto w nos w momencie, w którym pomyślałem o zmianie. Co gorsza, zdaje się, że nie ma lepszej drogi, jak siąść do całego procesu jeszcze raz i pomyśleć nad mądrzejszym sposobem pisania tygodniówki. Wiem że:
      • systemy mailingowe są kapryśne. Każdy oferuje swoje wyczesane rozwiązania, ale mało który z nich pozwoli na wygodne przekładanie treści między systemami. Wniosek – dobrze by się było od nich uniezależnić.
      • To z kolei oznacza, że dobrze by było wymyślić i pracować na własnym szablonie mailingu, z którego byłbym zadowolony, a nie dostosowywać się do tego, co w danym momencie oferują usługodawcy. Nawet skłonny byłbym za niego zapłacić (coś ostatnio mój krakowski wąż jakby słabiej kąsał w kieszeni). Tylko cóż z tego, że skłonny jestem zapłacić, skoro nie widzę takiego, który jest wart kupienia. Inna rzecz – nie całkiem to rozumiem, nie rozumiem dlaczego tak skwapliwie ignorujemy siłę email marketingu, uznając ją za mało sexy. Ja bardzo wierzę w emaila. Nie kumam. Ale to oznacza, że nie kumam tego, że ludzie nie rozumieją na co wydają pieniądze.
      • Nie mam ochoty pisać tygodniówki w html, ale chciałbym mieć tygodniówkę gotową w html. Przewrotne, wiem. I pozornie się wykluczające, ale na całe szczęście wcale tak być nie musi.
        Dlaczego chcę mieć tygodniówkę w html? Bo wtedy właśnie uzyskuję niezależność od systemu wysyłkowego (pod warunkiem, że pozwoli mi ten html wgrać… tak, to też będzie kryterium wyboru). Mój szablon html pozwoli mi też chociaż trochę kontrolować to jak treść wygląda na komórce (a tu kluczowa jest dla mnie czytelność).
        Dlaczego nie chce pisać w html? Bo to kurczę nie jest wygodne. A z drugiej strony, źle przygotowany tekst (tzn taki który jest pełen niepotrzebnych znaczników, preformatowany przez edytor, czyni przekładanie na html niewygodnym i czasochłonnym). Czy jest rozwiązanie pośrednie?
      • no właśnie jest – Markdown; Uproszczony system tagowania tekstu, który łatwo przekłada się m.in. na html, a równocześnie nie jest koszmarkiem do pisania. Wygodny, bo to system, który można stosować choćby w notatniku czy notatkach, nie wymaga instalowania niczego dodatkowego, natomiast potrzebuje potem interpretatora Markdown->html (i tu z pomocą przychodzi choćby Dillinger) Czy to rozwiązanie ma wady? Ma. Muszę się go nauczyć i się z nim zaprzyjaźnić. A to nie zawsze jest łatwe.
      • Czy mogę to robić w Notion… no właśnie chyba niestety nie. Coś się niedobrego dzieje przy przeklejaniu (albo ja jeszcze niedoskonale z tego korzystam). Poza tym jestem wygodny, i na etapie w którym się Markdown uczę, chciałbym jednak mieć podgląd tego, jak to wygląda i dlatego stosuję iA Writer który ma wbudowaną opcję podglądu, oraz – co równie ważne – możliwość eksportowania do wybranego, także zdefiniowanego szablonu. Ma też wadę, jest ustrojstwem płatnym (ha! A jednak mój wąż wciąż ma się dobrze), ale na razie korzystam z dwutygodniowego darmowego okresu próbnego. I… cholera, wygodne to jest. Jeśli tylko będzie działało tak jak mi się marzy, to może to właśnie będzie poszukiwane rozwiązanie.
      • Równocześnie chciałbym, marzy mi się, aby dla Ciebie nie robiło to żadnej różnicy. Chociaż nie, chciałbym, aby Tobie było zdecydowanie wygodniej.
    5. Czy powyższe zdania przynależą do tygodniówki? Innymi słowy, czy jestem pewien, że to wszystko co opisałem jest interesujące dla Ciebie, czytelnika? Trochę się boję, że Cię znudziłem, acz z drugiej strony widzisz jak działa i jakie konsekwencje ma siła przyzwyczajenia, wytrzymałość rozwiązań prowizorycznych, opisałem Ci błędny proces i wstępne rozwiązanie zmierzające do naprawienia go (naprawa zaczyna się od obserwacji), pokazałem Ci też że jest coś takiego jak Markdown i wspomniałem o nowej aplikacji IA Writer. I jeszcze na to wszystko przyznałem się do trudnej myśli, że może jednak Notion nie jest tak idealny jakby, chciał wierzyć, że jest. Więc… tak, to ważna część tygodniówki.

    6. Cały czas mam z tyłu głowy pytanie – czy to oznacza że zbliżam się do końca mojej fascynacji Notion? Nie, raczej nie. Bo Notion doskonale sprawdza mi się jako organizator (przy całej mojej dezorganizacji), i jest doskonały do gromadzenia treści, pracy na wielu urządzeniach, i współpracy z innymi. Tak, moja słabość do Notion nadal ma się dobrze;)

    7. Trochę w tle tych rozważań pojawia się myśl, czy to wszystko nie wpłynie jakoś na niecodziennego… Bo wpłynąć niebezpiecznie może. Kolejnym usprawnieniem jest pisanie tekstu gotowego do publikacji w obu miejscach… ale to zapewne niesie za sobą konsekwencje dla serwisu. Co gorsza, nie znajduję na to pytanie odpowiedzi w sieci. Jakbym robił coś zupełnie uparcie „po swojemu”. Przecież musi się dać to zrobić proście. No cholera musi.

    8. Czy zgodnie z zeszłotygodniową zapowiedzią, zrobiłem coś z subskrypcje.pl? Nie tyle ile bym chciał, niestety. Powstał zrąb pierwszego tekstu, ale jeszcze nie jestem gotowy, by go opublikować. Tak, wiem, nie ma mną co czekać.

    9. Dostałem w tym tygodniu prezent Trochę to przewrotne. Bo albo troszkę złośliwe (na zasadzie dopingu – Wicie, nie bądź miękka buła, tylko skończ czytać coś zaczął), albo – jeśli prezent nie był moimi z Kahnemanem zmaganiami inspirowany, to muszę przyznać że dostałem w prezencie genialną książkę i genialne jest także to, że ktoś pomyślał, że może mi się spodobać.

    10. Jedna ciekawa obserwacja z tym związana, choć Kindle pokazuje % pozostały do końca książki, prawdę powiedziawszy już zwątpiłem, że w tym roku uda mi się ją skończyć. Ale… sprawdziłem w wydaniu książkowym gdzie jestem i… może jednak nie jest tak źle. Może wciąż się to udać do końca grudnia (tym bardziej że jeszcze kilka luźniejszych dni przede mną)… Nie spodziewałem się, że to się może udać, więcej – ja już postawiłem na tej opcji krzyżyk. Ale skoro meta ha horyzoncie, spinam poślady;)

    11. Kahneman wywołany co tablicy krzyczy: cytuj. Co też niniejszym czynić zamierzam.

      When you pay attention to a threat, you worry—and the decision weights reflect how much you worry. Because of the possibility effect, the worry is not proportional to the probability of the threat.

      people who face very bad options take desperate gambles, accepting a high probability of making things worse in exchange for a small hope of avoiding a large loss. Risk taking of this kind often turns manageable failures into disasters. The thought of accepting the large sure loss is too painful, and the hope of complete relief too enticing, to make the sensible decision that it is time to cut one’s losses. This is where businesses that are losing ground to a superior technology waste their remaining assets in futile attempts to catch up. Because defeat is so difficult to accept, the losing side in wars often fights long past the point at which the victory of the other side is certain, and only a matter of time.

      People overestimate the probabilities of unlikely events. People overweight unlikely events in their decisions.

      You do not always focus on the event you are asked to estimate. If the target event is very likely, you focus on its alternative.

      there is general agreement on one major cause of underweighting of rare events, both in experiments and in the real world: many participants never experience the rare event!

      The probability of a rare event will (often, not always) be overestimated, because of the confirmatory bias of memory. Thinking about that event, you try to make it true in your mind. A rare event will be overweighted if it specifically attracts attention. Separate attention is effectively guaranteed when prospects are described explicitly (“99% chance to win $1,000, and 1% chance to win nothing”). Obsessive concerns (the bus in Jerusalem), vivid images (the roses), concrete representations (1 of 1,000), and explicit reminders (as in choice from description) all contribute to overweighting. And when there is no overweighting, there will be neglect.

      When it comes to rare probabilities, our mind is not designed to get things quite right. For the residents of a planet that may be exposed to events no one has yet experienced, this is not good news.

      (Nie wypada mi komentować Kahnemana, ale trochę o tym w zeszłym tygodniu pisałem – nie ogarniamy tego, jak krótko jesteśmy na tym świecie. Jako jednostka, ale też jako gatunek. Tylko bardzo nie umiemy sobie tego wyobrazić)

      “We shouldn’t focus on a single scenario, or we will overestimate its probability. Let’s set up specific alternatives and make the probabilities add up to 100%.”

      Closely following daily fluctuations is a losing proposition, because the pain of the frequent small losses exceeds the pleasure of the equally frequent small gains.

      we refuse to cut losses when doing so would admit failure, we are biased against actions that could lead to regret, and we draw an illusory but sharp distinction between omission and commission, not doing and doing, because the sense of responsibility is greater for one than for the other.

      In the presence of sunk costs, the manager’s incentives are misaligned with the objectives of the firm and its shareholders, a familiar type of what is known as the agency problem. Boards of directors are well aware of these conflicts and often replace a CEO who is encumbered by prior decisions and reluctant to cut losses. The members of the board do not necessarily believe that the new CEO is more competent than the one she replaces. They do know that she does not carry the same mental accounts and is therefore better able to ignore the sunk costs of past investments in evaluating current opportunities.

      people expect to have stronger emotional reactions (including regret) to an outcome that is produced by action than to the same outcome when it is produced by inaction.

      Their recommendation is that you should not put too much weight on regret; even if you have some, it will hurt less than you now think.

      A bad outcome is much more acceptable if it is framed as the cost of a lottery ticket that did not win than if it is simply described as losing a gamble.

      Gdybym czytał w papierze, miałbym bardzo pokreśloną książkę (a nie lubię po książkach kreślić).

      Równocześnie oswajam się z myślą, że będę Kahnemana czytał po polsku. Na wszelki wypadek, aby mieć pewność, czy wszystko zrozumiałem. I tak, obok Finansowego Ninja i Najgorszego Człowieka na świecie, trafi do listy książek bardzo polecanych.

    12. Oprócz tego, że wróciłem do Kahnemana, sięgnąłem w tym tygodniu także po „To ja, Szpilka” Ciszewskiego. Lektura miła, łatwa, lekka (choć kryminał) i przyjemna. Połknięta w trzy wieczory. Można, jeśli potraktujemy jako czystą rozrywkę, ale nie, nie jest to pozycja obowiązkowa. Natomiast jeśli to początek serii, to zapewne po kolejne części też sięgnę – wszystko przez słabość do głównej bohaterki.

    13. W moje oczy rzucił się w tym tygodniu I widzę tu mały smaczek, który będzie dotyczył mojej zawodowej przyszłości, a mianowicie widzę tu przesłankę do tego, jak będzie wyglądała przyszłość reklamy. Widzę ją tym bardziej, że troszkę już o tym pisałem. Bo to co widzimy wyżej, to jest przykład (niekoniecznie zamierzonej) ale jednak reklamy. I to takiej reklamy, której nie blokuje Adblock.
      Bo nam się wydaje, a raczej ostatnie lata nas umacniały w przekonaniu, że – każdy powinien się reklamować, każda reklama działa, i że reklama może być tania. No więc właśnie nie. Myślę, że powoli dochodzimy do momentu, w którym marketerzy (zwłaszcza marek masowych) chcąc wbić się do głów mas, będą musieli sięgnąć po nowy arsenał. Muszą / musimy skumać, że ludzie nie oglądają telewizji, w internetach skłonni są za możliwość wyciszenia reklamy zapłacić, a to z kolei oznacza, że trzeba będzie szukać nowych sposobów dotarcia. I jeśli sposobem jest dotarcia dzięki serialowi na Netflixie, to wierzcie mi panie i panowie, tanie i łatwe to nie będzie. Skąd wiem? Otóż wiem stąd, że wiem ile polskich (i nie tylko polskich) reklamodawców pomyślało sobie – machniemy sobie serial na YouTube. I wiecie co? Chyba nikomu się nie udało. Co nie jest szczególnie zaskakujące – stworzyć dobry serial to sztuka, a każdy twórca jeśli ma taką możliwość, woli realizować swoje wizje i swoje projekty, a nie świadczyć usługę użyczania kreatywności producentowi dowolnego produktu, a potem słuchać że „logo ma być większe i bardziej na środku”.

    14. Inspiracja i sztuka potrafi bezczelnie czychać wszędzie. Nawet w taksówce w Bombaju

    15. To jeszcze nie koniec inspirowania się taxi. Tym razem jednak przeniesiemy się w trybie natychmiastowym do innej stolicy, bo do Londynu i zerkniemy w kilka tajemnic jakie przekazał czytelnikom taksówkarz; Ta, która spodobała mi się najbardziej to:

      Kiedy słyszymy, że klient/klientka jedzie na rozmowę o pracę to dobrze jest zatrzymać się kilkadziesiąt metrów przed wejściem lub poczekać przed wjazdem do biura kilka minut i dać ochłonąć nerwom. To nie mój pomysł. To sugestie pasażerów przez te kilka lat.

      O nerwach nieodłącznych rozmowie o pracę powinien pamiętać każdy szukający nowego pracownika do zespołu. Przecież wiesz, że sytuacja jest stresująca. Poświeć 10 minut na to, żeby Twój rozmówca poczuł się komfortowo. Czymże jest te 10 minut w kontekście wielu tygodni, miesięcy, a może i lat które będziecie wspólnie pracować. Głupio by było stracić dobrego pracownika dlatego, że nerwy go zjadły. Więc, jak zawsze, dbaj o innych aby dbać o siebie.

    16. Tygodniówkę zacząłem od tego, że w moje oczy trafiają różne podsumowania. Robią je Ci całkiem duzi. Google na przykład na wiele sposobów dzieli się z nami tym, co było dla nas ważne w mijających miesiącach i udostępnia takie podsumowanie: Ale robi też podsumowanie w formie wideo . Zachęcam też do zobaczenia strony Year 2020 in search, gdzie można zerknąć w dedykowane wyniki dla Polski.

    17. Jest też jeszcze krótka rozmowa z Muskiem, i kogo jak kogo, ale jego biznesmeni powinni posłuchać. Bo chyba warto dowiedzieć się, co akurat ten gość ma do powiedzenia na temat znaczenia zysku i jego roli:
      Tu natomiast znajdziesz ciekawy wybór wniosków z tej rozmowy, warty Twojej uwagi

    18. Tygodniówka zadomowiła się niedzielenie. Mi się zadomowiła – bo mam więcej czasu na jej przygotowanie w niedzielę, niż w piątek, ale i czytelnikom się także zadomowiła, bo ostatnią jej edycję otworzyło blisko 60% czytelników. Więc spodziewam się, że w najbliższym czasie niedzielną zostanie.


    1. Nie uznaję tego, za błąd ortograficzny, to celowe igranie i figle z Twoim i moim językiem. ↩︎

    To już koniec #49 tygodniówki. i to ten moment, w którym prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) mogę zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki.

    Ilustracją tygodniówki jest zdjęcie autorstwa Tim Mossholder z serwisu Unsplash

  • Taki chcę być, Internetowy – Tygodniówka #49

    1. Zazwyczaj książki czytam tylko raz, choć i od tej reguły są wyjątki. Kilkakrotnie czytałem Millenium (za każdym razem z dużą przyjemnością), wróciła też do mnie saga Sapkowskiego, wrócił Marsjanin… Mam wrażenie, że nie ma jednej zasady określającej, po którą książkę sięgnę ponownie. To musi być mieszanka „przyjemności wynikającej z czytania”, połączona z przekonaniem, że jest w tej książce jakaś wartość. Czasem ciekawość, czy przy drugim czytaniu odkryję tam coś jeszcze. Tak, ponowne czytanie książek potrafi zaskoczyć.
    2. W tym tygodniu zrobiłem sobie powtórkę z Mleka i Miodu, czyli debiutancki tomik wierszy Rupi Kaur. I po pierwsze, niezmiennie gorąco polecam sięgnięcie po ten tomik, a po drugie… choć czytałem go już wielokrotnie (bo to i dość szybka lektura), tym razem wydał mi się… dużo bardziej wytrawny i ciut mniej optymistyczny, niż go zapamiętałem. Rupi nie bierze jeńców.
    3. Inna rzecz, czytając jej poezję i wczytując z niej jej historię i doświadczenia, byłem przekonany, że Rupi jest panią pewnie 40+. O jakże się zdziwiłem, że to dziewczę urodzone w latach 90. O.o; Co nawet ciekawsze, choć „znamy” się od ponad dwóch lat, nigdy jej nie widziałem, nigdy jej nie słyszałem. A tu proszę – można ją zobaczyć o Jimmiego Fallona: 
    1. Inna rzecz jeśli chodzi o książki, sam jestem ciekaw, ile z nich zapamiętuję. Tzn sądząc po tym jak często zdarza mi się używać zwrotu „czytałem ostatnio w takiej jednej książce”, to chyba nie ma tu dramatu, ale… Pytanie na ile mogę się tak na swojej pamięci bezkarnie opierać… tym bardziej że nasza pamięć bywa bardzo przewrotnie ułomna.

    Póki co, najlepszym jedynym sposobem jaki stosuję, jest od czasu do czasu robienie notatek i zaznaczanie „highlitów” i dzielenie się nimi w tygodniówce, zapisywanie ich także w odpowiednich miejscach. Ale to ułomne (tym bardziej, że jak już coś napiszę, rzadko kiedy do tego wracam). Tak, dostrzegam tu pewną systemową niedoskonałość. Bartek (tym razem dla odmiany nie Pucek) zachęca mnie to stosowania Zettelkasten… dotychczas się jeszcze nie zdołałem przekonać.

    1. Lubię nowe początki. Nadmieniam o tym nie dlatego, że zbliża się początek roku (i że warto pomyśleć o planowaniu siebie na kolejne 12 miesięcy), ale dlatego, że… próbuję czegoś nowego.

      Wszystko zaczęło się od potrzeby zawodowej, w ramach, której potrzebowałem sprawdzić jakie są w Polsce dostępne usługi subskrypcyjne (a raczej czy konkretny produkt jest w subskrypcji dostępny). Od tego już było o krok od sprawdzenia co też się kryje pod domeną subskrypcje.pl i przekonania się, że to domena wystawiona na sprzedaż. Zanotowałem, zapomniałem, poszedłem robić swoje.

      Pewnie ze dwa dni później, temat wrócił, bo pomyślałem sobie, że chyba mam pomysł na te rzeczone subskrypcje.pl; Że widzę jakie treści można tam zamieszczać (przegląd dostępnych usług zarówno dla klientów końcowych, dla klientów biznesowych), że widzę – gdyby to miało się udać – na czym ten serwis mógłby zarabiać i że wiem, jakie koszty muszę ponieść.

      Jeszcze tego samego dnia byłem właścicielem domeny, nowego serwera, postawiłem znowu wordpressa…

      Trochę zaskakujące było to (także dla mnie samego), że od pomysłu „wiem co z tym zrobić” do momentu „ok, kupujemy i działamy” minęło mniej niż 12h. A po kolejnych kilku, już mam jak zamieszczać tam treści (teraz „tylko” treści brakuje). Tak, to znowu ten moment kiedy boję się swoich pomysłów.

      Uznałem, że w najgorszym razie będę miał kolejny temat i pretekst do dodania trochę treści na niecodziennego.
    2. Trzy uwagi do tego mojego podejścia, bo mam wątpliwości (tak, ja zawsze mam wątpliwości):

      Primo – czy powinienem o tym pisać, zanim cokolwiek tam zrobię? Czyli jak duża jest szansa, że to słomiany zapał i mi to spali na panewce… Może lepiej przygotować wersję alfa alfa alfa i dopiero potem pokazywać ją światu. No cóż, pokazuję ją Tobie, bo jesteś w moim cokolwiek bliższym kręgu, oraz zaspokajam też w ten sposób swoją potrzebę opowiedzenia o tym, przemyślenia tego. I tak, to jest równocześnie zaproszenie – jeśli masz tu coś do dopowiedzenia – jestem więcej niż ciekaw tego, co myślisz. Bądź moją zewnętrzną konsultantką / zewnętrznym konsultantem.

      Secundo, czyli po drugiej primo – czy nie boję się, że spalę ten pomysł dla siebie dzieląc się nim ze światem. Hmm… Świat pełen jest dobrych pomysłów, ale liczą się tylko te zrealizowane. Jeśli ktoś już to robi, albo zrobi to lepiej, albo zrobi to szybciej… Oczywiście że może, oczywiście że ma do tego prawo. Ale myślę sobie, że ludzie, którzy chcą i potrafią realizować takie rzeczy, mają za dużo swoich dobrych pomysłów, żeby chcieć podbierać mi akurat mój.

      Tertio – Czy ja to aby na pewno przemyślałem? Czy dobrze oceniłem potencjał (czy go w ogóle oceniałem), czy wysokość inwestycji jest tego warta? A może działając tak szybko i tak na „jeźdźca bez głowy” nie wydałem głupio pieniędzy. To bardzo, bardzo prawdopodobne. Jedyne co mogę powiedzieć – to chyba mnie w tym momencie akurat na taki wydatek było stać. W najgorszym razie, przepaliłem trochę pieniędzy. O jej… dobrze być w tym miejscu głową (choć widzę też niebezpieczeństwo takiego wydawania większej części moich zasobów i to by już było głupie, więc wąż w kieszeni zaciąga ręczny hamulec).
    3. Marzy mi się, aby z Subskrypcje.pl (obiecuje, to już ostatni raz o tym wspominam) poszło w ślady „Okna Johari” czy „Jaki Wynik” czyli bytów, które przeszły / przechodzą próbę czasu i są ludzie, którzy z nich korzystają.

      Nie mówiłem Ci o tym, ale z Okna Johari skorzystało już ponad blisko 200 osób, z których ponad 150 jest dla mnie totalnie anonimowymi. I nie chodzi mi o to, że te 200 osób wypełniło czyjeś okno. Chodzi mi o to, że jest założonych blisko 200 okien. To może być też sygnał, żeby ten skrypt jeszcze trochę dopieścić…

      Chciałbym żeby moje właśnie poczęte internetowe dziecko poszło tą ścieżką. To co mi się w tym pomyśle podoba najbardziej, że to może być serwis o bardzo konkretnym (choć szerokim) profilu. Mogę w jednym zdaniu powiedzieć, jakie treści tam się będą znajdować. Mogę powiedzieć – wejdź tam, jeśli chcesz poznać dostępne usługi oparte o subskrypcje i wybierz tę, która odpowiada Ci najbardziej. Tego w przypadku niecodziennego stosować nie mogę. Bo pewną reklamą niecodziennego może być – chodź na mój serwis aby poznać… mnie. Tylko póki co mało jeszcze kogo interesuje co Wit sobie myśli. Ciebie interesuje, więc… witaj w elicie.

      A nowe dziecko to także okazja do tego, aby pouczyć się mechanizmów SEO.
    4. Robiąc podstawowe rozpoznanie sprawdzałem też inne bliskie tego modelu domeny (bo słowo „subskrypcje” wydaje mi się trudne do wymówienia… nawet jeśli uważam to za dobry key word). subskrypcje.com wykupiłem na rok za 60 złotych
      sybskrybuj.pl jest dostępne za… echem… 4900000 euro. Tak, dobrze czytasz, blisko pięć milionów Euro (za domenę bez historii i bez ruchu) Jakby ktoś był zainteresowany, to taniej swoją sprzedam 😉 
      subskrypcja.pl – jest w użyciu, a jej właściciel jest otwarty na sprzedaż za 30 tysięcy złotych (nie mój próg wejściowy).

      Także… mam cichą nadzieję, że nawet gdybym z domeną robił nic, to jej wartość poniżej poziomu, za który ją kupiłem nie spadnie. Mam też nadzieję, że nie będę jej sprzedawał.
    5. W tym tygodniu odbyło się w końcu wspominane szkolenie z „Digitalu i ecommerce’u” do którego się szykowałem czas już jakiś. Napotkałem przy nim pewne małą trudność związaną z wideokonferencjami.

      O ile bowiem można całkiem swobodnie transmitować głos i obraz, to trudniej (z jakiegoś powodu) jest płynnie transmitować nagranie wideo, o nagraniu wideo z dźwiękiem nie wspominając. Może Zoom to potrafi, Skajpajowi idzie z tym średnio, Teams na Macu tego nie potrafią (bo potrzeba jest przepiąć źródło dźwięku). Rozwiązanie, które znalazłem, to było… streamowanie via YouTube treści przygotowywanej w aplikacji mmhmm.app. W mmhmm.app połączyłem mikrofon zewnętrzny, kamerkę z iPada (za pomocą Camo, bo trochę lepsza jakość) i dodałem osobno slajdy z materiałami wideo i.. choć wyglądało to dziwnie:
    Jest też bardzo profesjonalne oświetlenie

    To naprawdę działało: przynajmniej na etapie testowania:

    To nagranie z testowej transmisji live

    Jak przyszło co do czego, to okazało się że robią się jakieś dziwne lagi… i cały misterny plan skończył się na niedoskonałościach i prezentowaniu w teamsach. #smuteczek. A taki chciałem być internetowy.

    1. Jakoś tak się składa, że w konsekwencji działań zawodowych oswajam się z serwisem Głównego urzędu statystycznego. A ponieważ lubię cyferki rozmaite, od czasu do czasu lubię też sobie jakiś wykresik machnąć. Na przykład taki:

    Powinienem się nauczyć wykresy od razu pospisywać, żeby się potem nie musieć tłumaczyć, ale najgorsze w nim jest to, że chyba możesz się domyślić, co na tym wykresie jest. Nie chcę z tego robić zagadki, więc od razu dopowiadam.
    To wykres liczby zgonów w Polsce w kolejnych tygodniach.

    Każda seria (każda linia) to osobny rok. Pogrubione jest średnia z lat 2015-2019 oraz rok 2020. Jedynym słowem który ciśnie mi się na usta, jest chyba ulubiony przecinek Polaków.

    1. Podrzucę też jeszcze film, który Tomasz Sekielski zrobił dla Onetu. „Rok we mgle”.
    https://youtu.be/15WZuOz8lvI

    Strasznie smutne jest to, że jedyne co potrzebował zrobić autor to otworzyć kalendarz i data po dacie pokazywać, co mówili politycy i zderzać to potem z rzeczywistością. Moim zdaniem, w blisko godzinnej pigułce jest to mocno niewygodna rzecz. I narastające przekonanie, że wielu tematów nawet nie liźnięto. link a teraz popatrz proszę raz jeszcze na wykres, który wrzuciłem wcześniej.

    1. Czasem jest tak, że musisz coś załatwić z urzędem. Czasem masz jakiś wniosek, albo potrzebujesz zaświadczenie. Czasem chcesz to zrobić przez Internet. Wtedy zwykle chcą, żebyś założył sobie konto, a kiedy zrobisz to czego chcą, piszą do Ciebie tak:

    Nie ma to tamto. Spisałem się świetnie, jestem zwycięzcą.

    1. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką moc ma muzyka. Jak bardzo potrafi nas uspokoić, rozluźnić. Dobrze się przy niej biega, dobrze się przy niej ćwiczy. Albo chodzi, jak… 

    a, swoją drogą, ktoś powinien zrobić narzędzie do mapowania publicznych playlist ze spotify na Apple Music.

    1. Skoro muzyka, to dźwięk. Skoro dźwięk, to proszę bardzo ASMR, czyli (za wikipedią) zjawisko przyjemnego mrowienia w okolicach głowy, szyi i innych obszarach ludzkiego ciała. To zjawisko można wywoływać rozmaitymi bodźcami (wizualne, dotykowe, zapachowe, ale także dźwiękowe), i generalnie chodzi o to, co robi nam dobrze.

      No więc tu pan robi nam dobrze przez uszy czekoladą. 

    Ja nie wiem co ja o tym myślę.

    Dla równowagi (bo po tej ilości czekolady czuję się zasłodzony strasznie) pani, która robi dobrze przez uszy jedząc korniszony.

    Jakim sposobem ten materiał ma 35 milionów odtwo… odsłuchań?

    1. W jakiś magiczny sposób wylądowaliśmy niebezpiecznie blisko pornfoodu. I to podprowadzenie było od zaskakująco dziwnej strony. Więc… pozostając w tym klimacie, porozmawiajmy… o majonezie. Jak to jest, że łącząc płynne z płynnym osiągamy coś, co pozwala wbić w to nóż i ten nóż w tym, za przeproszeniem, stanie.

    Mało tego, że nóż w tym staje, to jeszcze całkiem nieźle smakuje. Pomijam wątek kalorii w tym przypadku… no dobra, może i pomijam, ale sprawdzam. Majonez ma 680kcal w 100g. Nutella ma około 550.

    Majonezie, Ty przebiegła bestio…

    1. Hipnotyzujące i niespodziewanie interesujące było dla mnie dowiedzenie się, jak wyglądała kontrola jakości i ostatnie poprawki na „taśmie” produkcyjnej Trabanta.. 

    Przy okazji, jak się dowiadujemy w opisie, przez 34 lata wyprodukowano 3 miliony trabantów (w zdecydowanej większości (2,8mln) był to model – tak! Trabant występuje w czterech wersjach – P601, a średni czas oczekiwania na „swoje 4 kółka” wynosił 15 lat. A jeszcze w 2017 roku w Niemczech było zarejestrowanych powyżej 30 tysięcy tych samochodów. Dla porównania, Opel tylko w 2016 roku wypuścił 1,2 mln pojazdów.

    1. Skoro jesteśmy przy produkcji, to gorąca prośba o przeczytanie następnego zdania bardzo powoli i bardzo ostrożnie.

      W ciągu tygodnia ludzkość produkuje tyle „rzeczy”, że ich masa jest równoważna uśrednionej masie całej żyjącej ludzkości.
      Jeszcze raz.
      Rzeczy, które produkujemy co tydzień, ważą tyle, ile waży cała żyjąca obecnie ludzkość.

      Plastiku mamy wyprodukowanego tyle, ile ważą wszystko wodne i lądowe zwierzęta.
      To co jako ludzkość stworzyliśmy jest cięższe od całej biomasy ziemi. Mamy rozmach
    2. Mniej więcej połowa tego, cośmy stworzyli, to beton. Ludzkość z betonu. Źródło: https://www.scientificamerican.com/article/human-made-stuff-now-outweighs-all-life-on-earth/
    3. A że czasem produkujemy głupie rzeczy… jak na przykład bardzo ekskluzywny telefon iPhone 12 w obudowę którego wmontowano fragment oryginalnego golfa Steve’a Jobsa.

    Bardzo bym chciał, ale nie, nie zmyśliłem tego.

    Naprawdę się dziwimy, że kilkaset lat temu ludzkość śliniła się na myśl o relikwiach?

    1. Ta cała ludzkość… Bo zawsze mi się wydawało, że my tu jesteśmy od hohoho i to o czym się uczyliśmy na lekcjach historii to było bóg wie jak dawno temu. Tzn nie bóg, tylko pan / pani od historii.

      Czytając sapiens wiemy, że tak w zasadzie to Homo Sapiens zaczął swój podbój świata jakieś 70 tysięcy lat temu, czyli – musimy mu to oddać, dość dawno temu. Nie tak dawno jak świat czy dinozaury, ale co do zasady dawno temu (35 razy tyle ile od nas do narodzin Chrystusa – co też jest ciekawe, że jednak Boże Narodzenie wygrywa z Wielkanocą przynajmniej w kategorii „datowanie kalendarza”).

      Ad rem Wicie, bo pojechałeś w dygresję.

      No więc ta ludzkość, to… jeśli przyjąć że na sto lat mamy cztery pokolenia (a już niedługo pewnie trochę bardziej trzy), to w zasadzie nie jest tak wiele pokoleń… Ciekawe jak wyglądał świat, w którym żył dziadek dziadka mojego dziadka to było… Jakieś 210 lat temu. Czyli jesteśmy na początku XIX wieku. Ujarzmiamy światło gazowe i elektryczne, zrobione pierwsze zdjęcie (i to chyba nie był selfiak), tworzymy (znaczy my ludzkość) mikrofon, telegraf i lodówkę. W Polsce mamy zabory, trzy powstania, księstwo, nadzieje związane z Napoleonem. A to wszystko mógł oglądać / poznawać właśnie dziadek, dziadka mojego dziadka.

      Ciekawe jak będzie wyglądała rzeczywistość wnuka wnuka mojego wnuka.
    2. Zanim wybieganiemy tak daleko w przyszłość, popatrzmy na najnowszy pomysł ludzkości – notowanie na giełdzie kontraktów na wodę. Nie całkiem jestem pewien, czy mi się to podoba. Bo o ile wyobrażam sobie ludzkość bez ropy naftowej, to trudno mi sobie wyobrazić ludzkość bez wody, a skoro zaczynamy na niej zarabiać, to możemy zacząć nią spekulować. Możemy też uznać, że ona wcale nie musi być dobrem powszechnym. Dziwne to jakieś takie… Choć może nam też uświadomić wartość wody właśnie…
    3. Wspominałem o tym, że mam nowe podejście do Facebooka – daję sobie prawo tam wejść, nie daję sobie prawa do scrollowania. Czy raczej bardziej się pilnuję przy scrollowaniu i upominam się, aby tego nie robić. To co mnie zaskoczyło, to zdjęcie / reklama, którą mi FB w neswfeedzie zaproponował

    Wiesz co w tym zdjęciu jest dla mnie najbardziej zaskakującego? Że tej tygodniówki nie było na FB. Nie linkowałem jej, nie udostępniałem, a chłopaki, dziewczyny i algorytmy od Zuckerberga i tak wiedzą co i jak. Permanentna inwigilacja. Chyba nie ominą Was regulacje.

    1. Tygodniówka ostatnio jest bardziej niedzielna, niż piątkowa – wybacz. To nie jest zaplanowane. Równocześnie brakuje mi słów żeby wyrazić wdzięczność wobec czytelników, którzy wiadomość wysyłaną w niedzielny wieczór otwierają jeszcze przed północą, a tak robi ponad 40% spośród tych, do których tygodniówkę wysyłam.

      Rośnie we mnie przekonanie, że powinienem tego użyć w jakiś sprytny sposób zachęcając innych do zapisu. Tylko że o ile te 40% robi wrażenie na marketerach (którzy wiedzą jak dobry to jest wynik) o tyle dla zwykłego Kowalskiego to będzie po prostu jakaś liczba i niedowierzanie – to co, ponad połowa czytelników ma Cię w nosie? Pewnie lepszą opcją byłoby dać tam jakiś „ludzki argument”. Tylko jaki…

      Może najlepiej by było zapytać czytelnika – dlaczego czytasz Tygodniówkę? To pytanie do Ciebie, skoro czytasz ten 24 punkt, to znaczy że coś Ciebie i Twoją uwagę tu trzyma. Więc… powiedz mi proszę, dlaczego czytasz Tygodniówkę? Będę zobowiązany za przyzwolenie mi użycia Twojego zdania razem z Twoim imieniem.

    W tym tygodniu miała też nastąpić zmiana techniczna (której mam nadzieję, nie odczujesz). Przenoszę się od MailerLite do GetReponse, ponieważ mam prawo przypuszczać, że są skrzynki / domeny, na które wiadomości z MailerLite nie dochodzą (w szczególności o2, choć był czas kiedy to dotykało Gmaila). A jedyne co MailerLite powiedział po zwróceniu im na to uwagi było „Dziwne, u nas działa, nie widzimy problemu”.

    No cóż.. ja za to wiem, że niektórzy subskry… zapisani na Tygodniówkę nie widzieli tygodniówki. Ponieważ problem się utrzymuje, przyszła pora na zmianę.

    Choć skłonny byłem to zrobić na wariackich papierach i bez testów, to zlekceważyłem siłę przyzwyczajenia, i to co w MailerLite umiem zrobić, w GetResponse wydaje się nie do realizacji i dziś temu nie podołam. Mam nadzieję, że uda się to zrobić za tydzień.

    To już koniec #49 tygodniówki. i to ten moment, w którym prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) mogę zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki.

    Ilustracją wpisu jest zdjęcie autorstwa Danielle MacInnes z serwisu Unsplash

  • Galimatias, czyli tygodniówka #48

    1. Dzisiejsza tygodniówka nie ma motywu przewodniego, to co łączy zebrane materiały to chyba efekt pewnego niedowierzania, które we mnie wywołują. To małe i duże rzeczy. Prawdziwy galimatias, ale mam nadzieję, że dzięki temu tygodniówka będzie miła, łatwa i przyjemna.
    2. Zaczniemy od pozornie błahej obserwacji, którą podzielił się ze mną znajomy: „Jaka część maili, jakie otrzymuje, jest korespondencją prywatną… większość to powiadomienia z banków, oferty marketingowe, czasem jakiś newsletter. To po co mi ten cały mail?”. W jego przypadku wiąże się to też z utrzymywaniem serwera, domeny.

      Dobra obserwacja. Podejrzewam, że całą masę komunikacji „ze znajomymi” przenieśliśmy do do komunikatorów – messengerów, whats’appów i innych. Bo to szybsze, łatwiejsze, wygodniejsze. Mniej zobowiązujące i bardziej zbliżone do rozmowy.

      Równocześnie mam też taką małą nadzieję, że tego piątkowo-niedzielnego maila ode mnie traktujecie troszkę bliżej tej kategorii „mail od znajomego” niż „oesu newsletter wpadł”. Bo ja mam chyba właśnie taką myśl – pisząc tygodniówkę, piszę go do znajomych. I, przy okazji kolejne spostrzeżenie, tygodniówka, choć jest integralną częścią Niecodziennego, jest bardziej newsletterem // mailem niż wpisem blogowym. No takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem.
    3. W najbliższym tygodniu zapewne czeka mnie to szkolenie, które zapowiadałem już parę razy w tygodniówkach (przekładane, oj przekładane). Ale w ramach przygotowań popełniłem też taką zapowiedź:

    I… nie powiem, mam niemałego stresa z tymi warsztatami związanego. Mam takie wewnętrzne przekonanie, że muszę to sobie przećwiczyć, że dopracować, że to wciąż jeszcze nie to (tak, wiem, powinno być dawno odpicowane). Jest też kilka rzeczy, o których musze pamiętać – przećwiczyć, poprawić, dopieścić. Mówić prosto, mówić mniej. Kondensować.

    1. Pamietam jak jeszcze pracowałem w Tesco, koleżanka przygotowywała prezentację dla naszego działu z pomysłu na komunikację jaką przygotowała agencja kreatywna. Prezentacja była piękna, kolorowa, pełna treści. Wręcz była przepełniona treścią. Ponieważ byłem świeżo po przeczytaniu książki poświęconej temu, jak działa nasza głowa w kontekście zapamiętywania, podszedłem do Pauli i spytałem ją, co z tej prezentacji chciałaby żeby ludzie zapamiętali.
      „Jak to co” – spytała zdziwiona – „wszystko”.

      No cóż, to tak nie działa. Ale rozumiem chęć i pokusę przekazania wszystkiego.
    2. Tu jest całkiem przyjemny Ted o tym, jak można uniknąć śmierci z rąk PowerPointa:

    a jeśli jeszcze komuś mało, to zachęcam do zerknięcia w te kilka slajdów:

    https://www.slideshare.net/thecroaker/death-by-powerpoint/61-Alexei_Kapterev_wwwkapterevcom_Theres_also_a_book
    1. David JP Philips ma jeszcze jeden ciekawy wykład o tym, jak opowieści wpływają na nasze hormony, a przez to na nasz mózg. Jeśli więc chcesz dowiedzieć się co mają historie do dopaminy, oksytocyny czy kortyzolu i co Ci to robi w głowie – obejrzyj:

    Był taki moment w oglądaniu tej prezentacji, w którym poczułem, że prelegent swojej opowieści poszedł za daleko (a nie wiem czy przytaczał prawdziwe zdarzenie, czy potrzebował jedynie użyć tak obrazowego przykładu…)

    1. Skoro już jesteśmy przy mózgu, to okazuje się, że o grzybowej kawie i zbawiennym wpływie halucynogenów można słuchać nie tylko w hAmerykańskich podcastach (u Ferrisa, u Rogana), ale też zaczynają się mieć całkiem dobrze w Polsce – tu bardzo polecona mi rozmowa z panią Dr Joanną Podgórską na podcaście „Sznurowadła Myśli”. Także o tym, jak wielkie znaczenie dla naszego ciała, ma nasza głowa i czy przyznanie „że to wszystko symulacja” może poprawić nam zdrowie nie tylko psychiczne.
    2. Jedna z myśli, która towarzyszyła mi przy słuchaniu tej rozmowy to – Wicie, skoro wiesz że to (jakaś forma medytacji) jest ważne, jest pomocne, jest łatwe, to… czemu robisz to tak rzadko, tak nieregularnie?

      Nie wiem czemu nie robię tego tak często jakbym chciał. To nie jest kwestia czasu. Skoro potrafię znaleźć czas na to, aby codziennie poświęcić chwilę na ćwiczenia fizyczne, to powinienem też poświęcić chwilę na „bycie tu i teraz”.

      Przecież wiem, że warto.
    3. W zeszłym tygodniu podrzucałem Ci występ zwariowanej orkiestry dętej (i jednego bardzo poważnego perkusisty). Ten zwariowany zespół nazywa się Lucky Chops, a jego najbardziej charakterystyczny z muzyków brał udział choćby w BBC Proms. 

    Mam w zasadzie tylko jedno pytanie – w którym momencie ten człowiek oddycha?

    1. Nie wiem czy się nad tym kiedykolwiek zastanawialiście, ale okazuje się (wedle badań z 2018 roku) że średni wiek samochodów osobowych w Polsce, to… blisko 14 lat.

      W pierwszym odruchu pomyślałem – cholera… staruszki, środowisko cierpi (przy czym musimy pamiętać, że ogromna część całego śladu węglowego jaki zostawia za sobą samochód powstaje… w fabryce).

      W drugim odruchu pomyślałem – eeej, usłyszałeś tę wiadomość w radiu jadąc samochodem, który niedawno wkroczył właśnie w ten wiek.

      W trzecim – skoro ponad 73% samochodów w Polsce ma powyżej 10 lat, to coś tu chyba nie gra, i pewnie jesteśmy na szarym końcu Europy.

      Nie jesteśmy. Tzn do średniej wieku jaką mają Brytyjczycy (8 lat), Francuzi (9 lat) czy Niemcy (9.5 roku) jest nam daleko, ale za to jesteśmy w tym samym świecie co Słowacy czy Łotysze, i mamy „młodsze” samochody niż Czesi, Węgrzy czy Litwini (tu źródełko).

      Troszkę bardziej martwi mnie, że na 1000 mieszkańców mamy 580 samochodów (niewyobrażalne trochę), ale to tłumaczy korki na ulicach.
    2. Wspominałem też, że we wrześniu zarejestrowano więcej elektryków niż diesli w Europie – tu możesz zobaczyć zmiany w udziałach w całym Q3 2020.
    1. Teraz będą dwa zaskoczenia w jednym. Bo z jednej strony absolutnie zaskakuje mnie treść, ale chyba nawet bardziej zachwyca mnie forma jej podania. New York Times, wydawca gazety, który kilka lat temu postanowił bardzo mocno zainwestować w swój dział digital, po latach zbiera plony (zyskując dzięki ogromnej liczbie subskrybentów), ale też jest tym wydawcą internetowym, który potrafi w jakiś magiczny sposób zaproponować taką formę podania treści, jakiej nie spotyka się często w sieci.

      Temat jest ciekawy, bo tyczy się stosowania algorytmów do tego, że komercyjnie stosuje się generowanie nieistniejących twarzy.

      Czekaj – czego? Czekaj – po co?

      Otóż po to, by a) uniknąć wysokich kosztów modelów lub stocków, a równocześnie by b) móc na swoich stronach / w swoich materiałach wykorzystywać bezkarnie ludzkie twarze, które podnoszą wiarygodność przekazu (jest rzeczą przewrotną, że stosujemy fake twarze aby uwiarygodnić swój przekaz… ). I najzabawniejsze jest to, że to są jakieś abstrakcyjnie niskie koszty – mniej więcej 3 dolary za fikcyjnego człowieka.

      Wirtualni influencerzy, wirtualni ludzie, co dalej?

    Jest duża szasna, że tak podanej treści nie widziałaś – zachęcam, zerknij bo to bardzo ciekawy artykuł w niesamowicie atrakcyjnej formie 

    1. Nie będę ciągnął wątku tego, co mogą zrobić algorytmy (choć podpowiem, że tu możecie przeczytać że algorytm rozwiązał zadanie, z którym nie potrafili sobie poradzić od 50 lat chemicy) ale ciekawsze jest dla mnie to, jak dalej rozwijają się nasze moce obliczeniowe. I nie chodzi mi o ten skok, jaki miał się dokonać w sprzęcie osobistym i przyspieszeniu jakim chwali się Apple. Bo okazuje się, że wielkie rzeczy dzieją sie w Chinach, gdzie powstał oparty na „świetle” komputer kwantowy, który wykonuje w niespełna cztery minuty obliczenia, który tradycyjnemu (nie kwantowemu) komputerowi zajęło by pół miliarda lat.

      Stary, dokąd Ty się tak spieszysz?
    2. I pomyśleć że to wszystko dzieje się w czasie i przestrzeni, kiedy niejeden samiec ma problemy z zawiązaniem krawata. Na całe szczęście własnie wtedy z pomocą przychodzi Internet.

    Prawdę powiedziawszy, nie wiem czy to jest dla mnie bardziej nie zrozumiałe, czy bardziej hipnotyczne. Nie wiem też czy mam śmiałość samodzielnie próbować.

    1. Jeszcze wracając do wątku fałszu w naszej rzeczywistości – na HBO można obejrzeć After truth. Smutna rzecz.
    1. Okazuje się, że umiemy już hodować masowo mięso z kurczaka bez kurczaków (to prawie tak dobre jak twarze bez ludzi), ale mnie zafrapowała inna myśl z tego artykułu. Jeśli popatrzymy na masę wszystkich ssaków na świecie, to ludzkość odpowiada za 36%, 4% stanowią dzikie zwierzęta, natomiast cała reszta, czyli 60% to zwierzęta hodowane, „żywy dobytek”. Przytłacza mnie ta informacja.
    2. Rzućmy też okiem na pięknie zwizualizowaną gęstość ludzkości na świecie:
    1. Czy wiecie, że mBank udostępnia rodzicom książkę (obecne eBook) zachęcającą małe i trochę większe dzieci do zaprzyjaźnienia sie z matematyką? Brawa za tę inicjatywę.
    2. Wiadomość która mnie trochę zmroziła – nie wiem czy wiecie, ale jak podają badacze, w kilku zachodnich krajach zwiększyła się liczba blokowanych / cenzurowanych serwisów. Niektóre z tych serwisów, które objęła cenzura były z założenia szkodliwe ze względu na zamieszczaną treść, ale podobno także w Polsce wzrosła liczba zablokowanych serwisów newsowych, czy poświęconych prawom człowieka. I to już jest trochę niepokojące. Źródełko.
    3. Równocześnie, jak się okazuje rośnie liczba osób, które szukają w sieci… Legginsów odpornych na przysiady…

    Czyli takich, które nie rozciągają się w tych miejscach, które najmocniej pracują w czasie przysiadów właśnie. Wow. Czego to ludzie nie potrzebują.

    1. Okazuje się też, że jedna mała rzecz potrafi mocno zmienić komfort korzystania z innej rzeczy. Zawsze kupując tablet kupowałem też do niego etui, pozwalające na wykorzystanie go jako stojaka. Tym razem (choć to było kilka miesięcy temu) kupiłem urządzenie od razu z etui, które tej funkcjonalności nie ma, wiec tablet niejednokrotnie był stawiany na pudełku chusteczek i opierany o ścianę (działająca prowizorka ma się dobrze). W tym tygodniu kupiłem stojak i komfort korzystania z tabletu wzrósł…
    Tak powstawała dzisiejsza tygodniówka
    1. Tak. Mój tablet niebezpiecznie zaczyna przypominać laptopa. Do tego stopnia, że pomyślałem – kurcze… tu była by wygodna myszka… (złoooo). Natomiast mam też takie wrażenie, że docelowo będziemy mieli pewnie jedno urządzenie, którego rolą będzie zapewnienie bezpiecznego dostępu do konta, które obsługiwać będziemy przez peryferia, a całe obliczenia (bo komputery to jednak maszyna licząca) będą się dokonywać w chmurze. Dzięki takiemu rozwiązaniu, będziemy mieli zawsze dostęp do wszystkich plików, do których tylko nam się zamarzy, wszędzie gdzie tylko będziemy. I wszędzie będziemy mogli szukać takich legginsów, na jakie tylko nam przyjdzie ochota.
    2. Ponieważ zbliża się przełom roku, będziemy zapewne obsypywani rozmaitymi podsumowaniami ostatnich 12 miesięcy (sam rozważam pokuszenie się o nową odsłonę tekstu „13 rzeczy, których nigdy nie sądziłem, że zrobię”) ale co jeszcze ważniejsze – warto pomyśleć o tym, czego chcemy od roku 2021 (mocno wierzę, że będzie on ciut bardziej po naszej myśli niż rok 2020).
      I właśnie dlatego będę Cię zachęcał do zerknięcia w narzędzie, które przygotowałem w oparciu o Notion kilka miesięcy temu, czyli „planowanie roku i tygodnia w Notion”, choć gorąco zachęcam do poświęcenia chwili na przygotowanie sobie tego, co nazywam „Manifestem roku”. Wydaje mi się, że to może być niezwykle pomocne, i na co dzień i w dłuższej perspektywie. I ten Manifest porządkuje bardziej, niż niejedna lista zadań do zrobienia.
    3. „Ale ja tego nigdy nie robiłam, nie wiem jak się za to zabrać” – ważny punkt. Tylko że ja ze swojego doświadczenia wiem, że jeśli spróbujesz napisać pierwszą, nawet najbardziej niedoskonałą wersję planowania, to głowa temat potraktuje poważnie i już za chwilę podpowie Ci, jak możesz to zrobić lepiej. Jak to skorygować, jak udoskonalić. Ale aby móc udoskonalić, potrzebuje do tego pierwszej wersji. Stąd zachęcam – spróbuj. Co Ci szkodzi, w najgorszym razie zmarnotrawisz kilkanaście minut.

    I to już koniec #48 tygodniówki i najlepszy moment, w którym prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) mogę zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki.

    Ilustracją tygodniówki jest zdjęcie autorstwa Tyler Nix z serwisu Unsplash

  • W poszukiwaniu szczęścia? Nie, w poszukiwaniu zadowolenia #47

    1. Powinnaś* znać mnie już na tyle, aby wiedzieć, że ten tytuł jest przewrotny, a już na pewno nie niesie rozwiązania (jeśli je znajdę, opatentuje i sprzedam). Dziś mam za to kilka poszlak, ale po kolei.
    2. To nie będzie traktat o szczęściu. To będzie kolejny raz próba wytłumaczenia sobie samemu, jak to z tym moim odczuciem szczęścia i bicia szczęśliwym jest. Postaram się też uniknąć wszelkich uogólnień, od razu przyznając, że mówię o tym jak ja czuję, a nie jak czują ludzie. Nie wiem jak czują ludzie. Nie mam badań, nie mam ankiet. Mam tylko swoje obserwacje i trochę przeczytanych tekstów, z tego zakresu. Dziś może być całkiem sporo błądzenia.
    3. Zdaje się że istnieje coś takiego jak teoria względności szczęścia. To, czy czujemy się szczęśliwi zależy od przyjętego przez nas punktu odniesienia. Im więcej osób wokół nas odnosi sukcesy i otacza się aurą szczęścia, tym trudniej nam być szczęśliwymi (jak zawsze, widzimy to co chcemy widzieć i wiemy tylko tyle, ile jest nam pokazywane). Mamy też pewną łatwość w założeniu, że gdybyśmy my byli w butach „tych szczęśliwców” – mając to co mają, robiąc to co robią – bylibyśmy szczęśliwi, tak, jak na nasze rozumienie, oni są szczęśliwi. Skoro nie jesteśmy w ich butach, to nasze szczęście jakieś takie niepełne.
    4. Z jakiegoś powodu też nasze „szczęście” odbijamy w cudzych oczach, jakby to dzięki ich spojrzeniu to, co nam sprawia przyjemność miało być jakieś bardziej wartościowe. Jakby było cokolwiek złego, w wartości, którą tylko my dostrzegamy. To może być jakiś aspekt „stadności” człowieka, czyli obawa, co powie stado, kiedy odwrócę się do niego zadem i czy aby na pewno przyjdzie mi z pomocą, kiedy będę tego potrzebował.
    5. Na to wszystko jeszcze szczypta marketingu i tworzenie potrzeb, często zupełnie nic w nasze życie nie wnoszących. Winię też za to Tomka Saywera, i jego technikę (nie)dzielenia się malowaniem płotu.
    1. Przy czym może nie powinniśmy skupiać się na „szczęściu”, a na zadowoleniu, zaspokojeniu.

      Ktoś powie – ale to to samo. No prawie. Bo oprócz tego, że to zabawa słowami, to także zabawa znaczeniem. Szczęście, szczęśliwość jest bardzo ulotne. I mocno przemijające. Trudne do zdefiniowania. Zatem, zamiast o tym co nieokreślone, spróbujemy skoncentrować się na bardziej konkretnych rzeczach. Czemu?

      Ponieważ to co konkretne, jest osiągalne. Ponieważ na postawienie na „więcej”, należy spytać „ile” i „w jakim celu”. W przeciwnym razie, będziemy gonić w piętkę, próbując uchwycić nieuchwytne „więcej” właśnie. I nigdy nie będziemy wiedzieli ile to już. Wiecznie odraczany cel odmawia prawa do bycia zadowolonym, pozostawiając zawsze ogromny niesmak braku satysfakcji.
    2. Pieniądze szczęścia nie dają, ale dają możliwości. Nie powinny być celem same w sobie, ale mogą być katalizatorem. Ale dobrze wiedzieć „ile tych pieniędzy trzeba” i „dlaczego”. Są tacy, którzy mają (niemal) wszystko, mogą niemal wszystko mieć, ale już nie wiedzą, po co im to. Z drugiej strony Agata wie ile jej potrzeba i zdaje się jest na dobrej drodze aby to zdobyć.

      Ja wciąż nie wiem, ale rozumiem że to ważne. A na to wszystko jeszcze trafiam na taki materiał: 

    Nie, to nie jest żadna magiczna sztuczka, ale kolejna poszlaka. To co zapamiętam, to:

    „more is not an answer”

    1. Przy okazji przypomnę znakomity ted talk zatytułowany „Enough”. 

    Greed is a little bit more than enough.

    1. Swoją drogą… za dużo wszystkiego to też nie jest dobry pomysł. Za dużo słodyczy – zło, za dużo jedzenia – zło, za dużo alkoholu – zło. Za dużo sportu – zło, za dużo snu – zło. Za dużo ascezy – zło. Za dużo sexu (czy ja to naprawdę tu zostawię…?). Hmm. Nie znam tego stanu. Może to wyjątek potwierdzający regułę?
    1. W tym miejscu podzielę się z Tobą moją oceną „Finansowej Fortecy” o której już wspominałem, że czytam. (I nie, sex nie ma nic wspólnego z fortecą). I… podzielę się z Tobą dwoma aspektami tej książki. Co mi się w niej podoba, a co troszkę mniej.

    + Podoba mi się to, że to elementarz. Dla takiej lamy jak ja, to był bardzo przyjemnie napisany przewodnik po świecie narzędzi finansowych. Zostałem wzięty za rękę i odpowiedziano mi (raz jeszcze) – to są pieniądze, pieniądze papierowe tracą na wartości, jak nie chcesz tracić wartości swojego majątku, dobrze abyś coś z tym zrobił, możesz kupować akcje, obligacje, złoto, mieszkania, pochodne. Dobrze je sobie poukładać i dzięki temu żyć szczęśliwie… spokojniej. Jak to sobie mądrze poukładasz, to jeżeli nie wydarzy się katastrofa, to wszystko na raz raczej nie grzmotnie. Może będziesz biedniejszy, ale nie zostaniesz z niczym. Pomyśl o tym.

    + Drugim niewątpliwym plusem było to, że uświadomiło mi (o czym też już pisałem) że muszę przemodelować swoje podejście. Z jednej strony zmusiło mnie od przejścia „porozrzucałem po różnych kontach” na „porozrzucałem trochę mądrzej i poukładałem w konkretne obszary i cele”. Skłoniło mnie też do popatrzenia jak ten mój „majątek” zmieniał się w czasie i troszkę mnie to też uspokoiło.

    Co mi się mniej podoba, to zostawienie mnie bez odpowiedzi na pytanie „what’s next”. Jedyne co mi zostało w głowie to „so what”. Tzn bardzo fajny przewodnik, ale brakuje mi jasnego kroku dalej. To książka, która raczej była… no chyba rzeczywiście najbardziej podstawową cegiełką, do tego żeby sięgnąć po coś poważniejszego (o ile chcesz zostać inwestorem). Bo na podstawie samej tej książki, nie bardzo wiem co miałbym, zrobić teraz. Autor podpowiada – „jak masz 10 tysięcy złotych to zacznij odkładać na zakup nieruchomości pod inwestycje, jeśli to coś, co czujesz.”;

    Cholera… mam (dzięki dziadkowi i rodzicom) kawałek nieruchomości i jakoś nie ma we mnie „ciągutki” żeby pchać się po kolejne. I choć „mury to mury” i może to świetne zabezpieczenie to… nie wiem czy od tego bym zaczynał.

    Wiec z przykrością powiem – nie sięgaj po tę książkę, ponieważ niewiele Ci podpowie. Jeśli chcesz, chętnie Ci ją pożyczę, ale… obawiam się że nie jest ona dobrym początkiem do zajęcia się inwestycjami.

    Że chcę od jednej książki zbyt wiele? Gdyby nie to, że nie jedna książka już potrafiła bardzo poprzestawiać mi (i nie tylko mi) w głowie, to bym się pewnie nie wymądrzał. Ale pamiętam że Finansowy Ninja naprawdę walnął mnie parę razy po głowie i jest to książka którą gorąco polecam i którą niejednokrotnie już dałem na prezent. Bo niesie ogromną wartość. A jeśli ktoś myśli o wejściu w świat inwestycji…

    1. O ETF’ach słyszałem bardzo dawno temu. Dosłownie słyszałem, w podcaście Freacomics, i bardzo chciałem w „to wejść”. Tylko że nie miałem pojęcia jak. I forteca mi na to pytanie także nie odpowiada. Mówi że są, ale niewiele więcej. Mówi, że musze mieć rachunek maklerski, że muszę sprawdzać rodzaj ETFów, że są lepsze i gorsze ETFy ale… naprawdę nie mam pojęcia jak miałbym to zrobić.

      A tak się składa, że od września (cholera, o tym też już pisałem) w ETFy inwestowałem (brzmi cholernie dumnie), bo Michał Szafrański i Finax dali mi do ręki narzędzie i powiedzieli – z nami to możesz zrobić. W zasadzie od dziś. Bardzo szybko, bardzo łatwo. Przy okazji cały czas o tym edukując…

      Czy to nie jest too good to be true? Czuję to ryzyko, ale… czuję, że prowadzą mnie ludzie, którzy wiedzą co robią. Ryzyko jest moje, ale mam wrażenie, że wybrałem naprawdę dobrych przewodników.
    1. Wracam trochę do Kahnemana (bo wciąż go jeszcze nie skończyłem), ale akurat mam uwagę związaną z inwestowaniem, która podpowiada także dlaczego w trosce o swoje zdrowie psychiczne nie należy zbyt często sprawdzać wartości posiadanego portfela akcji:

    „Closely following daily fluctuations is a losing proposition, because the pain of frequent small losses exceeds the pleasure of the equally frequent small gains”.

    Thinking Fast and Slow

    I jest jeszcze jedna podpowiedź – pewnego rodzaju życiowe „zakłady” finansowe należy traktować „globalnie”, tzn nie rozpatrywać ich w pojedyńczo (wygrana / przegrana) a jako całościowy zbiór. Pod warunkiem że są one od siebie niezależne (tzn nie tworzą szeregu połączonych zdarzeń, z których jedna porażka czyni cały szereg przegranym).

    1. Przy okazji, Michał otworzył znów drzwi do „Klanu Finansowych Ninja”. Tu możecie przeczytać o tym więcej, ale gdybym miał powiedzieć czy do tego przystąpienia zachęcam (zwłaszcza za te pieniądze) to… nie wiem. Z jednej strony, to miejsce pełne mądrych i aktywnych ludzi. Miejsce bez hejtu. Miejsce w którym pojawiają się takie oferty jak Finax, przeciekawe lajwy o inwestowaniu, tak – warto tam być. Czy warto tam być za 600 złotych rocznie? Bardzo nie wiem. Równocześnie, czy ja będę chciał tam zostać (na trochę innych warunkach) kiedy skończy się mój „abonament”. Na ten moment – zdecydowanie tak. Ale nie umiem dać Ci konkretnych powodów dla których Ty powinnaś. Dlatego, choć korzystam nie umiem rekomendować. Tym bardziej, że ja mocno wierzę w swoje rekomendacje.
    1. Jeszcze w temacie poszlak do dobrego życia – dwa ciekawe artykuły.
      • W pierwszym przeczytasz m.in. o wartości wyboru „rozwoju” nad wygodą, o tym co daje zaakceptowanie odrobiny niewygody, jaką myślą potraktować swojego „imposter syndrome” i wreszcie że trzeba dbać o siebie, chłopie. Cytat, który z tego artykułu chcę zapamiętać to: I don’t mind what happens gdyż jak długo będę żył, tak długo mogę próbować.
      • w drugim, przeczytasz o obserwacjach poczynionych na zjeździe absolwentów Harvardu w 30 rocznicę ukończenia uczelni. Z tego artykułu z kolei zapamiętam:

        – Our strongest desire, in that same pre-reunion class survey—over more sex and more money—was to get more sleep.
        – When the bell atop Memorial Church tolled 27 times to mark the passing of 27 classmates since graduation, we all understood, on a visceral level, that these tolls will increase exponentially over the next 30 years.

        i.. tak sobie myślę, że może następnym razem skorzystam z zaproszenia na spotkanie klasowe. Inna rzecz, że do czasu następnego spotkania, mogę zdążyć się rozmyślić.
    1. Czasem wydaje mi się, że znam angielski. Wtedy właśnie trafiam na takie zdanie w jednym z przytoczonych powyżej artykułów:

    „Typically for me, back then, this was a case of facetiousness disguising earnestness”

    i myślę sobie – Wicie, Wicie, Wicie… to wciąż dla Ciebie język tak bardzo obcy…

    1. Dla wytrwałej czytelniczki* nagroda. Pozytywne wibracje saksofonów poparte niebagatelnym ruchem scenicznym:

    i tylko nieco perkusisty żal.

    1. Kiedy orientujesz się, że żyjesz w przyszłości

    i że nie tak miała ona wyglądać

    1. Ale tak bardzo mnie korci, aby spróbować włączyć się na najbliższy call tak:
    1. gdyż oczywiście cytatem roku jest:
    1. a skoro jesteśmy przy podejściu do tej naszej nowej rzeczywistości, to troszkę otuchy postara się w nasze serca wlać Roman Łoziński (jeden z tych, którego zawsze lubię posłuchać) 
    1. Skoro kontrola najwyższą formą zaufania, to ciekawe jestem skali wyszukań o których Roman Łoziński wspomniał na jednym grafie.. I wygląda to tak:

    co trochę pomaga wierzyć w ludzkość… ale jednak, znać Polaka w potrzebie:

    1. Bo trzeba myśleć o użytkownikach, zawsze zimą i właśnie wtedy nasz bug możemy zmieć w feature…
    1. Odsłaniając trochę swojej rzeczywistości, taki slajd popełniłem w ubiegłym tygodniu i pomyślałem sobie, że… on tu cholera trochę pasuje. Żadne wielkie odkrycie, ale jednak ludzie (bo marketerzy to jednak też ludzie) często o tym zapominają:

    i myślę sobie – oczywiście że to jest przegadany slajd.. ale cały czas mi się podoba.

    1. A tu jeszcze bardzo ciekawa prezentacja o tym, jak to się stało, że Google od wyszukiwarki, która pozwalała rosnąć wszystkim, dochodzi do momentu, w którym zaczyna być konkurencją dla wszystkich… Wszystko dlatego, że coraz więcej „ważą” Zero Clicks.
    2. Chciałbym już skończyć tę tygodniówkę, ale … no nie mogę. Tym bardziej, że jeszcze mam Ci do pokazania taką jedną aplikację, która podpowiada medytacje, podpowiada cytaty i zadaje mądre pytania. Jakie pytania?

      Np. takie:
      – na czym chcesz się dziś skupić (wybierz trzy).

      A jak wybierzesz te trzy, to spyta:
      – skoro wybrałeś te, to jaka jest najważniejsza rzecz, którą w tym obszarze zrobisz.

      Przebiegła bestia. A przy okazji pięknie prosta. I takim cytacikiem Cię jeszcze uraczę:
    1. Na vimeo trwa mały festiwal filmowy i nagrody rozdają, a przy okazji pokazują najciekawsze materiały dostępne na ich platformie. Mnie wciągnęła reklama łącząca taniec z opowieścią seniorów 
    1. a na drugą nóżkę, reklama Lego, która pięknie mówi o pragnieniach i możliwościach jakie świat daje młodym:
    https://www.youtube.com/watch?v=T6o5W6fdST4
    1. Raport z pierwszego tygodnia ostatniego eksperymentu… Nie brakuje mi Instagrama, nie brakuje mi twittera (choć czasem wchodzę „podglądać” wybranych autorów, jak np. Benadicta Evansa). Pilnuję się, aby nie scrollować facebooka ale… jakoś mi z tym zdrowiej.

    * Tak jak pisałem w 43 Tygodniówce, mierzę się z problem jak zwracać się do czytelnika kiedy piszę tygodniówkę. I wbrew powszechnej konwencji, zamierzam zwracać się do Ciebie, Czytelniku, „w wersji kobiecej”. Taki eksperyment. Ciekaw jestem czy dla Ciebie ma to jakiekolwiek znaczenie. Się przekonajmy. Czy to ma znaczenie dla mnie? Trochę ma. Trochę czuję, że robię to z premedytacją. Ale… dobrze się z tym czuję,. Tak, właśnie tak chcę.

  • Ej! Co jest z tą tygodniówka? Tygodniówka #46

    1. Znowu obsuwa w terminie dostawy, która przeszkadza. Przeszkadza Tobie spodziewać się tekstu, do tego stopnia, że może Cię rozdrażnić i zniechęcić. Przeszkadza mi, bo wzbudza we mnie poczucie winy i podkopuje przyjemność z pisania. Zło.
    2. Na drugą nóżkę, nie chce pisać na siłę. To ma być przyjemność dla mnie i dla Ciebie. Jeśli Ty przestaniesz czerpać przyjemność, to przestaniesz czytać. Jeśli ja przestanę czerpać i zrobię to „z musu”, to boje się, że to poczujesz i co gorsza, to też Ci nie będzie dawać przyjemności. I też stracę Twoją uwagę. Zło.
    3. Tak, serio mi na tym zależy. Przy całym moim przekonaniu, że „piszę dla siebie, bo czuje i potrzebuję i to porządkuje mi myśli”, zależy mi bardzo na tym, jak odbierasz moje pisanie. Nie chodzi o głaskologię i powtarzanie „mądry Wit, mądry Wit”, tylko o to, że Ty wiesz dużo wiecej, niż mi mówisz i ja bym chciał żebyś myślała* o mnie dobrze. Trochę próżny Wit.
    4. Kiedy budzą się we mnie wątpliwości trafiam też na taki cytat:

    Some people hear the rule „Write every day” and do it and don’t improve. They are just being dutiful. That is the way of the Goody Two-shoes. It is a waste of energy because it takes tremendous effort to just follow the rules if your heart isn’t into it. If you find that this is your basic attitude, then stop writing. Stay away from it for a week or a year. Wait until you are hungry to say something, until there is an aching in you to speak. Then come back.

    Natalie Goldberg

    Cholera… to naprawdę wzmacnia we mnie głos „może jednak odpuścić”…

    Ale asertywny głos wewnętrzny mówi mi: Nie. Jeszcze nie. Jeszcze tym razem nie składam broni (ani pióra). Równocześnie chciałem abyś wiedziała*, że ta nieregularność i ta obsuwa nie jest mi obojętna.

    1. Poza tym, są takie rzeczy, które wydarzyły się w tym tygodniu, które zrobiły mi cholerny smutek. Oczywiście że chodzi o nasze państwo. Bo nawet jeśli takie rzeczy działy się wcześniej (na zgromadzeniach kibiców i podobnych), to trochę nie kumam tego, jak to jest możliwe, że na jakimkolwiek zgromadzeniu grupa anonimowych osób wchodzi w tłum z pałkami (WIDOCZNYMI!) a następnie wycofuje się w miejsce, w którym stoi kordon prewencji.
    1. Jaki bandzior (no a takie trochę mam odczucie, że zamaskowany, nieoznakowany człowiek z narzędziem którym może i robi komuś krzywdę to bandzior) wycofuje się w stronę policji. Jaki kibol, który właśnie rozkręcał zadymę chowa się wśród mundurowych… no chyba że to nie bandzior, tylko funkcjonariusz… i to z kolei sprawia, że mój mózg staje w poprzek. Bo, choć jak pisał Sapkowski (upraszczając) kiedy zbyt duże uprawnienia dasz służbom do łapania bandytów, to w dziwnym sposób bandyci staną się policją.
    2. No cóż… zdaje się, że z pałami w tłum weszli antyterroryści. Dziwny to czas, kiedy polskie kobiety stają się przeciwnikiem, na którego wysyłamy antyterrorystów.
    3. Moment oddechu, tym bardziej że obejrzałem sobie to nagranie jeszcze kilka razy i może trzeba na to spojrzeń inaczej. Chcę wierzyć, że żyjemy w normalnym, demokratycznym państwie, a nie w jakimś państewku reżimowym. Że nadal obowiązują jakieś zasady, przepisy i jest odpowiedzialność za podjęte decyzje i działania, a nie że wszędzie dookoła nas są ludzie chorzy z nienawiści i urojenia. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie widzę wszystkiego. Że jest mi pokazywane to co mam zobaczyć i podpowiadane jest mi to co mam myśleć.

      Czy może być tak, że istniało zagrożenie, które trzeba było rozwiązać w taki, a nie inny sposób i podjęta akcja była – paradoksalnie – zabezpieczeniem uczestniczących w zgromadzeniu, a nie im na szkodę. W takich okolicznościach.. zachowanie które widziałem, w dobrym kryminale czy sensacji opisane byłoby – potrzebujemy kozaka, który w ten tłum wejdzie i zrobi porządek bez robienia szumu, a potem rzucimy go na pożarcie mediów – mamy ochotnika? Mamy dla niego zabezpieczenie? Działajcie.

      To mógłby być nawet moment kulminacyjny kryminału. Tylko czy my mamy do czynienia z takim właśnie kryminałem / thrillerem politycznym?
    4. Przyznaję. Mogę wiedzieć za mało, ale i tak zaskakuje mnie to, że jeden z najlepszych (tak mi się wydaje) polskich dziennikarzy – komentatorów potrafi powiedzieć o tym zachowaniu, że wydaje się dalece nieadekwatne. Powtórzę, co widziałem – nieoznakowany, wyćwiczony i uzbrojony mężczyzna wchodzi w tłum i pałuje teleskopową pałką manifestujących. I to jest nieadekwatne.
    5. Jeszcze mamy do tego obrazek. Rzekomo satyryczny, niestety bardzo nieśmieszny.
    1. Aaaa właśnie dziennikarze. Wspominałem, że lubię posłuchać Mazurka i lubię posłuchać Piaseckiego. I cholera jasna, przechodzi mi. Tym bardziej, że wśród gości imć Mazurka pojawia się regularnie pan Dworczyk (który jeśli nie kłamie, to często mija się z prawdą), pan Suski, szansę do poprawy swojego wizerunku otrzymywał pan Szumowski, pan Sasin, pan Zybertowicz… z kolei u Konrada Piaseckiego częstym gościem jest choćby pan Czarnecki. I wiesz, mam z tym problem.

      Dziwnym trafem większość tych rozmów bardzo źle się starzeje. Ponieważ widzę i słyszę to jako odbiorca, to jako że nie mam pamięci złotej rybki to nie rozumiem, czemu tych ludzi zaprasza się dalej, skoro wszyscy wiemy, że będą dalej kłamać. A mimo to, są zapraszani do audycji i nadal mogą w dobrym humorze zatruwać i zakłamywać rzeczywistość.

      Od dziennikarza naprawdę oczekuję czegoś więcej niż podstawienia mikrofonu rozmówcy i czegoś więcej niż błyskotliwych pytań i wznoszenia oczu do nieba, kiedy zaproszony gość zaczyna opowiadać swoje bajki.
    2. Na początku roku, o czym wspominałem, dostałem łamigłówkę zręcznościową.

    Jakieś pół roku temu zacząłem tracić nadzieję, że uda mi się ją rozwikłać, ale… jednak we wtorek, całkowitym przypadkiem się udało. Wszystko dlatego, że udało mi się rozwikłać jeszcze jedną…

    i uznałem że skoro udało się z najnowszą, to muszę wrócić do tej zapomnianej. I pewnie bym ją ponownie porzucił, gdyby nie to, że przez przypadek udało mi się ją rozłożyć (bez świadomości jak) a potem zepsuć (czyli złożyć na amen.. Natomiast już wiedziałem że to jest możliwe, więcej przez cały tydzień walczyłem, walczyłem i wywalczyłem. Teraz już wiem jak ją złożyć i rozłożyć.

    1. I to jest moja podpowiedź na prezent świąteczny w tym tygodniu. Łamigłówki od Hanayama; Niech towarzyszą i zajmują głowę możliwie długo. Wtedy też satysfakcja z rozwikłania jest odpowiednio większa.
    2. W tygodniówce podrzucałem też nagrania wybuchu w Beirucie. Teraz chcę Ci pokazać kawał niesamowitej analizy, która tego wypadku dotyczy. Niemal jak CSI NewYork (moim zdaniem chyba najlepsze CSI). Bardzo warto zobaczyć:
    1. Nie może zabraknąć pięknego zdjęcia słońca. No po prostu nie może. Za każdym razem kiedy trafiam na takie zdjęcie uświadamiam sobie, w jak niezwykłych czasach żyjemy, kiedy możemy na co dzień, z bliska, bardzo bliska oglądać cuda świata i to bez wychodzenia z domu. Dla większości ludzi z pokolenia naszych rodziców, słońce to była ta wielka źółtopomarańczowa kula na niebie (przepraszam za zbyt duże uproszczenie). A my możemy obejrzeć ją tak… prawie pod mikroskopem.
    1. Skoro jesteśmy przy rzeczach niezwykłych – rzuć okiem na to, jak wyglądał trening Żelaznego Mike’a w czasach, kiedy był najlepszym na świecie bokserem. 
    1. Nasza rzeczywistość to także influencerzy… ale ta reakcja na „zrobię to jak influencer” jest absolutnie cudowna: 
    https://twitter.com/leeunkrich/status/1329309529998196738?s=20
    1. Po wrzuceniu trzech linków z Twittera chyba najwyższy czas „przyznać” się, że postanowiłem się z tą platformą rozstać (póki co tymczasowo, nie wykluczam jednak, że permanentnie). Dlaczemu? To był ciąg wydarzeń:
    • jakiś Pan poseł opublikował zdjęcia mocno niestosowne swojej sekretarki
    • tłumaczył się, że ktoś mu się włamał na konto
    • uznaję, że to głupie tłumaczenie, ale też przychodzi mi do głowy, co ja bym mówił, gdyby mi się ktoś włamał
    • ale po co by mi się miał ktoś włamywać, skoro nie mam żadnej wielkiej grupy czytających
    • skoro nie mam grupy czytających, to… po co mi w zasadzie ten twitter.. czy więcej zyskuję (wiedzy i informacji) czy więcej tracę czas i nerwy… bilans wyszedł niekorzystnie, więc się z TT rozstaję.

    Zobaczymy na jak długo. Bez dramy. To absolutnie #nikogo.

    1. Zaraz za TT wyleciał ode mnie Instagram. I już byłem naprawdę blisko pożegnania się także z Facebookiem, tylko że… to by oznaczało pożegnanie się także Messengerem (dla mnie w tym momencie wartością FB jest głownie rola komunikatora, a nie źródła wiedzy). Na ten moment się na to nie zdecydowałem, ale spróbuję się lepiej pilnować. Brać poprawkę na to, ile czasu na FB spędzam. Pozwalam sobie rzucić okiem na powiadomienia (o ile się jakieś pojawią), ale postanowienie brzmi – nie scrollować, nie postować.

      Tak, to oznacza że nie będzie wrzucania tygodniówki na FB. I’m going deeper underground czy jakoś tak.
    1. To nie koniecznie jest mądre w kontekście mojej pracy i zawodowych zainteresowań. Co gorsza… pomijając zagadnienia zawodowe, skąd ja będę teraz czerpał pomysły i wieści do tygodniówki? I czy będę łaskaw odpowiedzieć, na pytanie zawarte w tytule?

      Cóż… tym razem dużo czasu zajęło mi przygotowanie materiałów do pracy (aby móc podzielić się wiedzą z zakresu digital marketingu). Szkolenie w poniedziałek, a ja jeszcze je porządkuję… przy czym przyszło mi do głowy, że… może warto by było podzielić się tym, co przygotuję z Tobą. Chcesz?
    2. Czy wiesz że (mam nadzieję że nie wiesz), że we wrześniu w Europie zarejestrowano więcej samochodów elektrycznych niż tych z napędem Diesla?
    1. A przy okazji, rzućmy okiem, jakie kolory samochodów były najpopularniejsze w Polsce w ostatnich trzydziestu latach:
    1. Bardzo lubię pizzę… taką robię w domu:

    Ale to tylko pretekst (i okazja do pochwalenia się), bo do pizzy lubię oliwę, w której ktoś zanurzył ostrą paprykę i chilli. Nie każda smakową oliwa mi pasuje, ale ten zestaw zawsze był moim pierwszym wyborem. A w tym tygodniu odkryłem oliwę cztery pieprze i omamo..

    Ja Cię pieprzę jakie to dobre. Gorąco polecam, przyznając się równocześnie do tego, że powolutku w mojej głowie pieprz > chilli.

    1. Na koniec wpisu pokażę Ci jeszcze jak 7dmy sezon zamyka John Oliver.

    Tak bardzo czuję się jak on (choć nie mam takiego studia), ale nawet mi, wielkiemu domatorowi już się uszami wylewa spędzanie większości dnia między kuchnią a salonem.

    Na całe szczęście ten parszywy rok zbliża się ku końcowi. 2021 nie ma wysoko zawieszonej poprzeczki na bycie lepszym. Mam nadzieję, że ten rok, co będzie przed nami, uwolni dużo pozytywnej energii, której nie udało się wykorzystać ze względu na ograniczenia pandemiczne…

    * Tak jak pisałem w 43 Tygodniówce, mierzę się z problem jak zwracać się do czytelnika kiedy piszę tygodniówkę. I wbrew powszechnej konwencji, zamierzam zwracać się do Ciebie, Czytelniku, „w wersji kobiecej”. Taki eksperyment. Ciekaw jestem czy dla Ciebie ma to jakiekolwiek znaczenie. Się przekonajmy.

  • Niemal nienapisana tygodniówka – tygodniówka #45

    1. Pani zamawiała tygodniówkę na piątek?
      To biegusiem, bo już niedziela…
    2. Ja też już straciłem nadzieję, że dzisiejsza tygodniówka powstanie. Mam wrażenie, że mam za mało „materiału” (czytaj za mało czasu spędziłem w tym tygodniu tracąc czas na czytanie Internetu) i trochę za dużo się działo pod koniec tygodnia, żebym przysiadł i napisał. Wszystko zatem wskazuje, że dziś będzie krótko. A przynajmniej krócej.
    3. Rzeczy o których nie napiszę… Strajk kobiet, którego jakby ktoś kapeluszem przykrył. Przerażające jest, jak bardzo stało się nic. Emocje upuszczone wentylem, święte oburzenie świętym oburzeniem, formalnie nie zostało osiągnięte nic, a za trzy lata wszyscy zapomną. Choć przyznam się, nie wierzę, że to będą trzy lata. Bo wiecie…
    1. Nie napiszę też o szczepionce. Nie tylko dlatego, że prezes Pfeizera dzień po ogłoszeniu spieniężył część swoich akcji, raczej dlatego, że… nawet gdyby ona była rozwiązaniem, którego potrzebuje świat (a zapewne nie jest) to i tak matematyka idąc pod rękę z logistyką są nieubłagane, i to potrwa. Dłużej, niżbyśmy chcieli.

    to człowiek którego dopiero niedawno zobaczyłem na TT i… polecam tego allegrowicza.

    1. W temacie CoVIDu… Skoro już się uodporniliśmy na codzienne dane i naprawdę nam rybka, czy maszyna losująca wypluwa bardziej 20 tysięcy niż 25 tysięcy (ilości dla nas niepojmowalne w głowie – nie umiemy sobie tego wyobrazić), i nie czujemy że ktoś nas robi w balona, mówiąc coś o jakichś wypłaszczeniach (kiedy 40-45% testów wypada pozytywnie, to każde wachnięcie „na górze” – a to łatwe jest, bo to liczba zrealizowanych testów, przekłada się w zmianę „na dole”- liczbie pozytywnych. Póki ludzie nie pokumają i nie po liczą, można bredzić o wypłaszczeniach). Trochę nas mrozi liczba zmarłych – przekraczamy liczbę pół tysiąca dziennie (3. Miejsce na świecie – to miejsce nam się po prostu należało)… Ale jest jedna liczba, która mnie trochę zmroziła.

      Czy wiecie jaka jest liczba aktywnych przypadków CoVID w Polsce? Przekroczyliśmy liczbę 407 tysięcy potwierdzonych chorych. (Na razie pomijam że to niedoszacowanie, o tym będzie w następnym punkcie). Najpierw te czterysta tysi. Tym bardziej, że przecież sam jeszcze chwilę temu mówiłem, że by sobie tego nie wyobrażamy. Bo nie wyobrażamy, ale możemy to troszkę przedefiniować. Po pierwsze, 400k oznacza, że to mniej więcej co setny Polak. Ale to też jeszcze dość mgliste. Te 400 tysięcy, to cała populacja Szczecina, albo pół populacji Krakowa. A to już trochę robi w głowie wyobrażenie czy skalę. Tym bardziej, że my wcale tego licznika nie zatrzymujemy. My go trochę jakby nieudolnie hakujemy.
    2. Przyznam się do czegoś wstydliwego (to będzie pierwsze z dwóch „przyznań się” dziś”). Jestem kibicem ekstraklasy. Kibicem to może za dużo powiedziane, ale śledzę sobie co tam nasze zuchy robią na zielonej (czasem) murawie, mecz jakiś obejrzę (głównie Wisłę, nawet gdy zęby bolą). I wiem, że ostatnio całkiem sporo spotkań nie odbyło się w naszej ekstraklasie, ze względu na przypadki CoVIDu w drużynach. Przykładem może być Pogoń Szczecin (30 przypadków) albo Wisła (w sumie około 10 przypadków).

      Zastanawia mnie, skąd ta przypadłość akurat klubów piłkarskich… tym bardziej, że te przypadki miały miejsce zanim rozszerzał się pełzający narodowy lockdown, więc nie wiem jak bardzo różniła się interakcja piłkarzy z interakcją w innych środowiskach. Chyba że… to wszystko dlatego że Ekstraklasa regularnie testuje piłkarzy, przez co jak na wiosnę w kopalniach odkrywane są ogniska ponieważ tam przeprowadzane są testy, a zatem skoro więcej testów = więcej przypadków, to aby mieć mniej przypadków musimy mieć

    I w tym i w tym przypadku zatrzymanie licznika nie zmienia sytuacji. To tylko nieudolne zaklinanie rzeczywistości.

    1. Well… Niezmiennie. Dbajcie o siebie – trzymajcie dystans, myjcie ręce, ruszajcie się trochę. I dbajcie o innych, noście maseczki. Maseczka jest teraz najlepszym sposobem pokazania – myślę o Tobie, drugi człowieku.
    2. Nie napiszę o Kościele, choć mam wrażenie, że ziarna które siali przez lata zaczynają zbierać plony. Po dwóch filmach braci Sekielskich, którzy dobrali się delikatnie do skóry polskiego Kleru, TVN wytoczył niemałą armatę waląc prosto w jednego z najważniejszych polskich kościelnych hierarchów, którego jedyną odpowiedzią jest – nic nie wiem, nic nie słyszałem, te sutanny można kupić w każdym sklepie.

      Nie wiem na ile mocny jest mit Jana Pawła II, ale obawiam się, że kardynał Steve Wonder podłożył solidny ładunek wybuchowy pod każdy z pomników, który Papieżowi Polakowi został postawiony. A Kościoły będą pustoszeć… chyba że jednak znajdą coś, co będą mogli zaoferować swoim wiernym, poza pustym często kazaniem co niedziela.
    3. Zaczyna się sezon świąteczny, poznałem po reklamach.. i prawdę powiedziawszy, to ich nie kumam.
      Jest nowa reklama CocaColi

    Jak zawsze trzymająca poziom reklama Johna Waitrose Lewisa

    https://www.youtube.com/watch?v=Juv2c0xgGno

    Całkiem przyjemna reklama McDonalds:

    Jest też reklama Amazonu, która jak rozumiem jest dobra, bo robi ciary, ale… dla mnie jest zupełnie o niczym w kontekście marki.

    https://www.youtube.com/watch?v=gQdLD6kk960

    A komentując to na Linkedin dokładnie w tym stylu usłyszałem „tak to się właśnie robi. Ale co się robi? Co ta reklama mówi o Amazonie? O ich usługach? Jak emocje z reklamy przechodzą na markę. O co cho?

    Obserwuję u siebie regularną cenzurę i świadomość – nie komentuj, nie komentuj, nie komentuj. Nie ma po co.

    1. Jest też fajna i długa reklama apa*tu. I muszę przyznać, że jeśli Apart za tę przeróbkę nie zapłacił, to powinien (a mam cień przypuszczenia, że to jest jednak dobrze zrobiona ustawka).
    1. Zwróćcie uwagę, że przy całej szyderce wobec reklamy, nie ma w przeróbce cienia zarzutu czy wulgarności wobec marki, jest za to podkreślenie tego kto i co sprzedaje. Mało tego, zastanówcie się proszę, o jakiej marce biżuterii będziecie pamiętać robiąc prezenty świąteczne, i czy wtedy też będzie wam przeszkadzać bajkowość i głupkowatość oryginału. Jaka fajna i długa reklama, która obejrzeliście w całości.
    2. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie tekst o reklamach na YouTube. Taki troszkę bardziej marketingowy. Może wreszcie się skuszę. Może już za tydzień.
    3. W temacie świąt i prezentów, zgodnie z prawidłami thank you economy, jak ja Ci coś dam, to Ty będziesz czuć się zobowiązana i mi się zrewanżujesz. Co Ci dam? Pomysł na prezent 😉 Jeśli masz wśród osób, które chcesz obdarować, kogoś, kto lubi gry planszowe i gry fabularne, to przyglądnij się grze „Władca Pierścieni, podróż przez śródziemie” – to planszowa gra fabularna, gdzie w rolę mistrza gry wciela się… komputer. Miałem przyjemność spędzić z tym trzy wieczory i mam ochotę na jeszcze (choć to też sprawia, że poziom mojego internetowania spadł). Tańsza opcja bardzo grywalnej gry to przytaczane już przeze mnie Hero Realms – również bardzo polecam.
    4. A czy Ty podpowiesz mi jakiś ciekawy pomysł na prezent świąteczny? Moja kolejna podpowiedź… w kolejny piątek.
    5. Przyznanie się do czegoś, odsłona druga. Kiedy komuś pożyczasz książki, to czasem ktoś w tych książkach coś znajduje i… oddaje. Mi oddano wypracowanie z języka angielskiego sprzed wielu, wielu lat. Przeczytałem, zawstydziłem się, na wszelki wypadek schowałem do szuflady, aby nikt go nigdy więcej nie widział. I właśnie dlatego, publikuje go tu:
    1. Publikuję, bo mam mieszane uczucia. Z jednej strony, jest mi głupio, bo widzę wszystkie popełnione błędy, widzę ocenę, rozpoznaję swój charakter pisma.

      I pierwsza myśl – Wicie, jak Ty bardzo nie umiałeś… I czego się tą „lufą” chwalisz…

      A z drugiej strony… Myślę, że to jest napisane gdzieś pod koniec podstawówki. Przez gościa, dla którego język angielski jest niezmiennie obcy, ale napisał podanie o pracę. Podanie nie jest piękne literacko, ale w obcym języku, zachowując formę, przekazał czego chciał i z czym przychodzi.

      I prawdę powiedziawszy, jak patrzę na tą ocenę, to z nią mam jeszcze większy problem. Bo czego na Boga miałem się z tej oceny nauczyć. Źle, źle, źle, błąd, błąd, błąd, siadaj pała. Serio? W ten sposób chcemy czegoś nauczyć? Skąd pomysł, przypuszczenie, nadzieja że następnym razem napisałbym to cokolwiek lepiej.

      Nie chodzi mi nawet o to, czy ta jedynka była zasłużona, czy nie (pewnie zasłużona, zapewne nie trzymałem spodziewanego poziomu, może trzeba by mnie było zrzucić do grupy niżej. Ale… mam ochotę przytulić tamtego siebie i powiedzieć mu – ogarniesz. Może w to nie wierzysz, ale będziesz czytał książki, oglądał filmy, pisał prezentacje i potem prezentował a nawet żartował po angielsku.
    2. Skoro jesteśmy przy edukacji, to to jest ciekawy wątek: 

    muszę go sobie dobrze przemyśleć. I nie chodzi o to, że chcę się kłócić z badaniami, raczej chcę się zastanowić, czy dobrze je interpretuję.

    1. Z Internetem działam niemal 25 lat… Moja pierwsza skrzynka email była zakładana przez szkolnego informatyka na Polboxie chyba w 1997 roku… strasznie dawno temu. Od tamtej pory niemal codziennie email mi towarzyszy, i cały czas mam wrażenie, że robię go źle. Że jestem wychowany w nurcie „Ping”

    nowa wiadomość, na którą trzeba odpowiedzieć, chociaż kilka najlepszych podpowiedzi w kwestii maila brzmi:

    • wiadomość w której jesteś na CC nie wymaga Twojej odpowiedzi. CC = DW = Do wiadomości.
    • jeśli to naprawdę jest poważne, to do Ciebie zadzwonią.
    • nie ma potrzeby i nic nie wnosi odpowiadanie natychmiast (jedyne co powoduje, to że kiedy nie odpiszesz natentychmiast, to ludzie zaczną się niepokoić dlaczego lub zaczną dostrzegać drugie dno Twojej mniejszej reaktywności).
    1. Widzę, że z mailem działam źle. Jeśli nie źle wprost, to nie tak efektywnie, jak jest to możliwe. Próbuję różnych rzeczy, czasem bardziej psuję niż poprawiam, ale kombinuję. Kombinuję tym bardziej, że mocno w email wierzę. Zapisuję się chętnie do newsletterów, a potem nie umiem się wydostać przysypany zbyt wieloma wydaniami (wersja codzienna newslettera to absolutne zło. Optymalnie jest imho 1/tydzień, pod warunkiem że ma się coś do powiedzenia…).

      Jedna z ważniejszych skrzynek, z których teraz (i od lat) korzystam jest gmail, próbowałem różnych klientów pocztowych pod nią podpiąć i jak dotychczas najbliżej mi jest do Mimestream, uznałem że jeszcze nie będę wydawał pieniędzy na „superhuman” ale… Trafiłem na betatesty do Tempo, i… podoba mi się pomysł na tę minimalistyczną aplikację, która zachęca do – szybkich, krótkich, konkretnych odpowiedzi i przyjmowania maili w partiach, aby uwolnić się od reakcji na „Ping”.

      Ciągle nie wiem, czy skuszę się na odpłatną wersję tej aplikacji (po zakończeniu betatestów) ale… coraz bardziej się z tą myślą oswajam.
    2. Jedyny problem jest taki, że przyjmowanie maili w partiach jest spoko, tylko że… cały czas mam pod ręką klienta webowego i… jak zawsze okazuje się że najsłabszym elementem każdego procesu i każdej aplikacji jest element białkowy korzystający z klawiatury i jego przyzwyczajenia. Pracuję nad sobą.
    3. Podrzucam ciekawy artykuł o tym, że nie jest naszą rolą kreślać, co jest naszym najlepszym dziełem. To zadanie musimy oddać innym, naszą rolą jest dawać z siebie wszystko. Nie mamy wpływu na to, kiedy „wypali”. Ale musimy dawać temu „odpaleniu” podstawę.
    4. Z lajfhakami jest tak, że pięknie wyglądają na zdjęciu, ale są zbyt dobre, aby mogły być prawdziwe. Ten na przykład: 
    1. Kiedy jesteś pewien, że masz zły dzień w pracy, i wszystko co mogło pójść źle, tak właśnie poszło, pozwól, że potrzymam Ci piwo: 

    Dla porządku dopowiem tylko, że – tak, to się wydarzyło, zdjęcia nie są autentykiem, a raczej są autentykiem tylko, że pochodzą z rekonstrukcji programy telewizyjnego. Pilot przeżył, a trzymali go tylko dlatego, aby nie wpadł w silnik…

    1. Ważna informacja o psach przewodnikach: 
    https://www.facebook.com/belinda.vaughan/posts/2528069047280680

    Nie wiem czy polskie znają te zasadę, ale… warto wiedzieć.

    1. Jak To Jest Możliwe? 

    Mam nadzieję, że jest możliwym, aby przyszłotygodniowa edycja tygodniówki wyszła o czasie. Najlepiej w piątek. Będę się pilnował.

    Tak jak pisałem w 43 Tygodniówce, mierzę się z problem jak zwracać się do czytelnika kiedy piszę tygodniówkę. I wbrew powszechnej konwencji, zamierzam zwracać się do Ciebie, Czytelniku, „w wersji kobiecej”. Taki eksperyment. Ciekaw jestem czy dla Ciebie ma to jakiekolwiek znaczenie. Się przekonajmy.

    Prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) czytelników zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

    Ilustracją do wpisu jest zdjęcie autorstwa  Andy Beales z serwisu Unsplash