Nie ma żadnej tradycji, która skłaniałaby mnie do tego, abym co roku pisał podsumowanie tego, jak mi ostatnie 12 miesięcy minęło. Dość powiedzieć, że ostatnie takie podsumowanie napisałem w grudniu 2017, więc z tą regularnością u mnie bywa różnie. Ale… Ten rok jest troszkę inny. I to nie tylko ze względu na CoVID. Ten rok jest dziwny po prostu.

Nie ma żadnej tradycji, która skłaniałaby mnie do tego, abym co roku pisał podsumowanie tego, jak mi ostatnie 12 miesięcy minęło. Dość powiedzieć, że ostatnie takie podsumowanie napisałem w grudniu 2017, więc z tą regularnością u mnie bywa różnie. Ale… Ten rok jest troszkę inny. I to nie tylko ze względu na CoVID. Ten rok jest dziwny po prostu.

Rzucam okiem na to, co się przez ostatnie 12 miesięcy działo i próbuję wyłapać te elementy, które są dla mnie osobiście niespodziewane. Nie myślę o osiągnięciach spodziewanych, albo wydarzeniach które po prostu miały mieć miejsce. Chce połapać te wszystkie rzeczy, które każą mi wymazać z mojego słownika słowo „Nigdy” i karzą mnie za każde jego użycie.

51 popełnionych tygodniówek

To się w głowie nie mieści. Przez kolejne 51 tygodni na niecodziennym i w skrzynkach osób, które na tygodniówkę się zapisały, pojawiały się nowe wpisy. Można powiedzieć, regularnie. Ktoś powie – wodzu, to nic takiego. Dla mnie? Mnie rozpiera wewnętrzna duma, że to się wydarzyło. Że czasem z poślizgiem, że z piątków zrobiła się niedziela… tak, to fakt. Ale te niedoskonałości pozwalają mi się uczyć.

I jeszcze powstał newsletter. Co prawda na dziko (z punktu widzenia prawa) ale działa. Okiełznałem nowe narzędzie (z którym zdążyłem się już posprzeczać), ale nowi subskrybenci do tygodniówki trafiają.

Nie ma chyba przyjemniejszego sygnału niż informacja „ej, ktoś otworzył Twój mail”, a czytelnicy otwierają. I to mimo dzikich pór wysyłki.

To też najlepszy moment aby zaprosić Cię do dołączenia do osób, które otrzymują tygodniówkę.

Jedna książka czytana przez 7 miesięcy

Mowa rzecz jasna o Thinking fast and slow Daniela Kahnemana. Czytana od maja do grudnia. Z wieloma momentami zwątpienia. Z zakreślaniem całej masy fragmentów. Z przekonaniem – ja tego nie ogarniam, ja tego nie zapamiętam. Często też „czy ja to aby na pewno dobrze rozumiem?”;

W lipcu obiecywałem sobie, że skończę ją na wakacjach. Pod koniec listopada (kiedy już naprawdę długo w nią nie zerkałem) pomyślałem sobie – może uda się w okolicach sylwestra… ale nie byłem do tego przekonany. Impulsem żeby się za nią zabrać było to, że otrzymałem ją jako prezent mikołajkowy / świąteczny. Zdaje się że prezentujący nie wiedział, że się z nią mocuję, ale dał mi pretekst do tego, aby sprawdzić „ile mi jeszcze zostało”. Procenty które pokazuje kindle to jednak nie wszystko.

Kiedy uświadomiłem sobie, że od szczęśliwego zakończenia dzieli mnie ledwie kilka rozdziałów, przebrnąłem. Momentem do przebrnięcia były aspekty prawdopodobieństwa i statystyki (banalnie proste przykłady, ale jednak coś mi ze statystyką nie po drodze). Końcówka to już była znów sama przyjemność.

Kahneman.. och Kahneman. Przez cały ten rok mnie prześladował. Trochę cytując Marka Ritsona – „nie miałem tej książki w rękach, ale wszyscy z niej czerpią, więc trochę jakbym ją już przeczytał”. No kurczę jest wszędzie. I od dawna mi towarzyszyła. Jestem niemal pewien że odnosił się do niej Gladwell, że jej tropy znajdę we Freakonomics, że powołują się na nią bracia Heath. Jest w finansowej fortecy Iwucia i w Priceless. Chyba nawet w Inner game of tensis. Wszędzie, normalnie wszędzie.

Ale też nic dziwnego, że jest. Bo tłumaczy trochę czemu jesteśmy i czemu musimy być tak mało racjonalni. W końcu jesteśmy tylko ludźmi.

Bardzo, bardzo, bardzo polecam. Sobie też, coś mi się zdaje, że będę do niej sięgał.

Trochę w tym roku czytałem, mam też już niemałą listę czekającą na najbliższe miesiące. Niech tylko okresy „bezczytelnicze” będą krótkie i będzie dobrze.

Wit i bieganie

No właśnie. Wit i bieganie? Do tramwaju chyba. A i to nie za bardzo, bo się człowiek zazipie. Albo i gorzej. Potknie się jeszcze po drodze, nos obetrze, no będzie źle.

Próbowałem biegać w 2019 i skończyło się na tym, że chodzenie, po schodach w szczególności, wiązało się z bólem (a że mieszkałem na czwartym piętrze wysokiej kamienicy, to bywały dni, kiedy wyjście na zakupy było poprzedzone konkretną rozkminą). W 2020 podjąłem tę rękawicę ponownie. Efekty?

31 treningów. No dobra „treningów”. No dobra, wyjść na bieganie. Z tego 7 było powyżej 10km i poniżej 1h. Tak jak pisałem w tygodniówce, kiedy pierwszy raz pękła dyszka poniżej godziny byłem cholernie dumny, nie spodziewając się, że to będzie miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie (podobnie jak nie spodziewałem się, że poprzednie treningi które o tę granicę się otarły, będę czuł irytację, że jednak się nie udało).

Ten rodzaj aktywności spodobał mi się na tyle że od września noszę opaskę Mi Band 5 (chyba najdłużej noszone cokolwiek na ręce w moim życiu). Towarzyszy mi cały czas, nawet jeśli do treningów (zwłaszcza tych jesiennych) nadaje się średnio, bo z jakiegoś powodu w połowie trasy potrafi stwierdzić „aha, to kończymy rejestrowanie”. Co bywa irytujące, acz może to być przypadłość nadwrażliwości na rękaw bluzy, w której biegam.

Trochę nie wierzę w to, co napiszę, ale coś mi się zdaje, że bieganie będzie mocną częścią 2021. I chciałbym wydłużyć dystans. Tylko nie bardzo wiem, gdzie miałbym biegać, bo teraz moja trasa to „wychodzę z domu i biegnę na Salwator”. Czuję jakąś dziwną satysfakcję oglądając Wawel, i to z tej „drugiej strony” (bo mieszkam w okolicach cmentarza Rakowickiego).

Nie tylko bieganie

Na co dzień natomiast bieganie uzupełniam treningami w konwencji 7 minut (choć wydłużyłem je o połowę, do 10). Pierwszy trening zrobiłem 26 grudnia 2017. Dzisiaj będzie trening numer 1092. Tysiąc dziewięćdziesiąt dwa. Z 1097. Na te trzy lata „opuściłem” 5 treningów. O.o;

Pamiętam jaką miałem rozkminę, czy jest sens wykupywać dostęp do tego programu, bo przecież nigdy w życiu nie starczy mi determinacji, żeby to robić. Chyba jednak starczyło.

A przecież w tym roku jeszcze zmierzyłem się też z deską snowboardową. I po dwóch wieczorach obijania sobie siedziska i przemaczania kombinezonu, okazało się że… nawet na desce umiem z (niewielkiego) stoku zjechać i to w jednym kawałku i za jednym zamachem. To może być początek nowej przyjaźni.

Głodówka co tydzień

Przy poprzednim podsumowaniu wspominałem o tym, jak duży wpływ na moje żywienie miała książka Penna Jillette – Presto. Autor wspominał tam o tym, że dobrym pomysłem w kontekście dbania o siebie jest od czasu do czasu zrobić sobie głodówkę. Jeśli dobrze pamiętam Jilette wspominał o tym, że warto raz na kilka miesięcy zrobić sobie takie 2-3 dni bez jedzenia i że to nie wymaga kontroli lekarza, tak jak dłuższe okresy postu. Uznałem wówczas że to jest zdecydowanie zbyt radykalne, żebym się kiedykolwiek na coś takiego zdecydował.

W tym roku zrobiłem 25 głodówek, i każda trwa średnio 38godzin. Zaczynałem od niejedzenia w piątek, przeszedłem na niejedzenie w poniedziałek (a właściwie od niedzielnego popołudnia / wieczoru). To co mnie chyba najbardziej zaskakuje to to, że… to nie jest tak ekstremalne, jak mogłoby się wydawać. To nawet i upraszcza, bo rytuał poniedziałkowy już został przez domowników zaakceptowany i jest kwitowany głównie pobłażliwym -„aaa, dziś poniedziałek”.

Czy polecam głodówki innym? Chyba… nie. To musi wypływać z człowieka. Mogę powiedzieć – spróbuj, to nie jest trudne, ale wcale nie musi Ci się spodobać.

Czy czuję jakąś radykalną poprawę samopoczucia? Albo zdrowia? Albo czegokolwiek takiego? Nie. Ale też nie czuję tego, że brakuje mi kilkunastu kilogramów, wiem natomiast jak bym się czuł, gdyby mi te kilogramy ktoś na grzbiet wrzucił.

Wiem, że muszę sobie zrobić badania krwi, że dobrze byłoby zrobić pełen przegląd techniczny, ale wiem też, że od naprawdę długiego czasu nie przypałętało się do mnie żadne choróbstwo, które złożyłoby mnie do łóżka (to nie jest żadna prowokacja) i myślę, że to jest efekt kombinacji – inne żywienie, trochę więcej ruchu, zimne prysznice i głodówka od czasu do czasu. A może to wszystko nie ma żadnego znaczenia.

A to wciąż jeszcze nie koniec dziwnego testowania

Bo w tym roku dorzuciłem sobie jeszcze ograniczenie w postaci – płacę tylko gotówką (przynajmniej do czasu kiedy to było wykonalne). I dorzuciłem sobie rezygnowanie z kolejnych „oczywistych” elementów mojego telefonu.

Wszystko zaczęło się dość dawno, kiedy sprawiłem że mój telefon stał się szary i dość pusty (przynajmniej jeśli chodzi o ikony). W tym roku poszedłem o krok dalej i korzystając z opcji jakie daje system, schowałem przed sobą przeglądarkę Safari (nie, nie stosuję w jej miejsce innej). Zrobiłem to na próbę chyba na początku roku i tak już zostało. Nie boli.

Na moim telefonie nie mam też podpiętej skrzynki gmailowej (jednej z trzech moich „największych” skrzynek) na którą trafiają przede wszystkim newslettery i rozmaite inne powiadomienia. Nie zdecydowałem się na wycięcie innych kont, chociaż, jak teraz o tym myślę, to można by zrobić kolejne małe porządki. Nie że wszystko od razu, ale może, może, może.. kto wie.

Kolejną „radykalną” przynajmniej pozornie zmianą było pożegnanie się z socialmediowymi aplikacjami. Nie mam na telefonie Twittera, nie mam na telefonie insta, nie mam fb. Mam messengera i whats’appa bo – ostatnim razem jak sprawdzałem – telefon ma służyć komunikacji, a te aplikacje są temu właśnie dedykowane.

Ostatnio testuję jak mi jest bez Twittera i bez instagrama i jest mi bez nich mniej więcej tak, jak bez Snapchata czy TikToka. Nie zauważam ich braku. No może czasem bym sobie coś po-scrollował, ale… po pierwszym „a może by tak”, pojawia się dość głośne „ale jednak nie”. Polecam, naprawdę niewiele się traci.

I jeszcze to ustalenie „tak, możesz być na FB, ale nie będziesz scrollował”. Mam wrażenie, że to trochę jak zamiana papierosa na jego wersję „light”, i pewnie podobnie działa. Takie właśnie ograniczenie nałogu i trochę lepsza kontrola nad tym, co mam pod ręką i kto kradnie mój czas. Choć troszeczkę lepsza.

To co takiego robię w tym czasie, którego mi nie kradną?

A to różnie. Czasem więcej piszę, choćby tygodniówki. Czasem więcej czytam (żeby mieć co do tygodniówki włożyć. Czasem się uczę dziwnych rzeczy (na przykład znowu pisać bezwzrokowo na klawiaturze, choć nie spodziewałem się, że to będzie tak irytująco trudne – oduczenie się złego nawyku to strasznie trudna rzecz). Albo grać na ukulele.

Nie przypuszczałbym, że będę sięgał po czterostrunowy instrument i usiłował coś na nim zagrać. To się nie miało prawa udać. Tym bardziej, że mam doświadczenie sprzed lat, kiedy przyszło mi porzucić grę na pianinie i grę na harmonijce ustnej. Rok 2020 upływa pod znakiem ukulele. Pierwsze efekty pokazywałem już w tygodniówce:

Teraz tylko muszę zrobić aktualizację i pokazać, czy czegokolwiek nowego się nauczyłem. Przy czym przede wszystkim znaczenie ma to, jaką mi to sprawia frajdę. Kto wie, może z czasem będzie to nawet i swobodne granie?

Tym bardziej, że fajnie by było zagrać na ukulele motyw z Coco… oooo… taki sobie rzucam challenge.

To co w tym najprzyjemniejsze, to chyba uświadamianie sobie, że naukę zawsze jest czas i ze uczenie polega na tym, aby robić rzeczy, których się nie zna i gdzie można popełniać błędy. I żyć, razem z tymi popełnionymi błędami. Na wielu polach toczy się ta moja „wewnętrzna gra w tenisa”.

A na co wydałem w tym roku pieniądze?

Na treści. Trochę się spodziewałem że tak może być w przyszłości, ale nie spodziewałem się, że ta przyszłość to ona jest już. Bo oprócz tego co mniej więcej oczywiste (czyli kupowanie dostępu do usług typu Netflix, Apple Music, TVN24 i im pokrewne), zacząłem wydawać pieniądze na indywidualnych twórców (w formie Patronite – Raport o stanie świata, Sekielscy czy – już kilka lat – Maltreting) ale też płacąc za dostęp do pewnych społeczności – Klan Finansowych Ninja i Newsletter (oraz slack) Bartka Pucka.

Z jednej strony myślę, że to społeczności warte swojej ceny (choć myślę, że Pucek mógłby spokojnie cenę podnieść), jestem dziwnie przekonany, że w przyszłym roku jeszcze jakaś forma stałego dostępu do mojej puli dołączy.

Z drugiej… wcale nie jestem pewien, czy z tych miejsc umiem korzystać. Czy mam dość śmiałości (i wiedzy) żeby się tam wypowiadać. Oj głośno się w tych miejscach odzywa mój wewnętrzny impostor, który wyraźnie mówi – to nie dla Ciebie miejsce. Do tego niemal za każdym razem kiedy się tam ze swojej skorupki wychylę, mam wrażenie że jestem niczym chłopiec w krótkich spodenkach bawiący się łopatką wśród cokolwiek poważniejszych gości.

I tak, nadal twierdzę, że to są dobrze wydane pieniądze. Na pewno lepiej, niż te np. na dostęp do LinkedIn premium (choć z tego narzędzia dotychczas korzystałem tylko dzięki darmowym miesięcznym okresom testowym).

I zacząłem swoje pierwsze inwestycje

Wszystko dzięki Klanowi Finansowych Ninja – zakupiłem swoje pierwsze ETFy, o których słyszałem i czytałem dość dawno, ale za niv w świecie nie wiedziałem jak się za to zabrać. Michał Szafrański i spółka doprowadzili do tego, że pieniądze trzymane (ze smutkiem i bezradnością w oczach) na lokatach i kontach oszczędnościowych spoczęły w części na rachunku, który umożliwia inwestowanie właśnie dzięki ETF’om.

To początek długiej przygody (mam taką nadzieję), choć nie mam pojęcia co zrobi moja psychika, kiedy nadejdzie na rynki nieuchronny czas korekt. Przekonam się… a coś mi się zdaje, przekonam się o tym wcześniej, niżbym chciał.

Znowu kupiłem iPada i zacząłem pisać Apple Pencil

To nie tak miało być, zupełnie nie tak. Opierałem się temu rozwiązaniu, bo to przecież nie może być dobre. Nie może być nic dobrego w pisaniu rysikiem po ekranie. To nie ma prawa być zamiennik dla pisania po papierze, o rysowaniu nie wspominając.

Teraz muszę to wszystko odszczekać. Teraz muszę przyznać, że lubię pisać na tablecie tak bardzo, że aż mi wstyd. Tak bardzo, że jestem niepocieszony, że nie mogę w wygodny sposób wypełniać w ten sposób swojego planera, jaki przygotowałem w Notion (o nim jeszcze będzie słówko czy dwa).

Lubię to do tego stopnia, że mój quasi dziennik spisuję tak właśnie. Jest to chyba najwygodniejszy sposób na komentowanie prezentacji. I najprzyjemniejszy sposób, do pracy nad moim charakterem pisma. Zaskakuje mnie to, że ja wcale nie chcę, żeby moje pismo zostało zamienione na czytelną komputerową czcionkę, ale zależy mi na tym, aby moje pismo stawało się bardziej czytelne.

W mojej przygodzie towarzyszy mi i GoodNotes i Notability i Nebo. Ciężko wskazać mi ulubioną z tych aplikacji. Najrzadziej sięgam po Nebo. A GoodNotes i Notability są absolutnie siebie warte.

Napisałem swój manifest

Ten rok upłynął mi także pod znakiem korzystania z Notion, aplikacji, która ma stać się wszechstronnym cyfrowym notatnikiem, z bogatą funkcjonalnością.

Aplikacją, która pozwoliła mi – po raz pierwszy w życiu, stworzyć coś na kształt tygodniowego planera i naprawdę go, w miarę regularnie stosować. To też taki planer od którego chcę zaczynać każde większe zadanie. Ale ja nie o tym.

Bo aby moc dobrze zaplanować swój czas, dobrze mieć określone kierunki, w których chce się podążać. Nie zawsze po to, by ostatecznie osiągać cele, które się sobie stawia, ale aby mieć okazję do zweryfikowania, czy przemieszczamy się w tę stronę, na której nam zależy. Bo podróż często ważniejsza, niż stacja końcowa. Aby móc ten kierunek obrać, musiałem stworzyć coś, co nazywam swoim osobistym „Manifestem”

Przy okazji wyszło zauważyłem jeszcze jedna rzecz. Najbardziej nawet niedoskonała próba spisana na kartce lub w choćby wirtualnym kalendarzu jest lepsza od najdoskonalszego pomysłu który spoczywa wyłącznie w naszych myślach – bo pozwala zawsze się odnieść do konkretnych słów i sformułowań, i w ten sposób ułatwia weryfikacje. Jest też jednak coś ważniejszego. Nawet kiedy nie wiesz gdzie zacząć, nawet jeśli uważasz ze po Twojej głowie chodzą same truizmy – spisz je.

Po pierwsze dlatego, ze kiedy to zrobisz, Twoja głową sama zacznie kombinować jak to można ulepszyć i z czasem powstaną bardziej odpowiadające Ci teksty i sformułowania.

Po drugie dlatego, ze bez najsłabszej nawet próby, nie wejdziesz na ścieżkę realizacji, tylko cały czas pozostaniesz na etapie dumania, rozważania, przyglądania się. Nie próbuje lekceważyć wagi etapu rozkminy. Pragnę tylko zaznaczyć, że najlepsze nawet idee muszą sprawdzić się w boju.

Po trzecie wreszcie, nie wiesz co odkryjesz, kiedy już spróbujesz. Nie jesteś w stanie tego przewidzieć, a jestem niemal pewien – nie chcesz, aby Cię to ominęło.

Zachęcam – napisz swój manifest.

To już jest koniec (wpisu)

Tak, na tym zakończę swoje podsumowanie, rzeczy, które nie miały się wydarzyć w roku 2020. Wyszło całkiem przegadane top 10. A można by jeszcze pisać o zmianie pracy (i miasta), o przesiedzeniu koszmarnie dużej części roku we własnych czterech kątach. Chciałbym jeszcze wspomnieć że ku memu niemałemu zaskoczeniu a ogromnej przyjemności, ludzie tworzą swoje Okna Johari. Z mojego „narządka” skorzystało ponad 230 osób. Wow…

Mam nadzieję, że kolejne 12 miesięcy pozwoli na obalenie kolejnych „nigdy”. Czego i sobie i Tobie życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to Top