Blog

  • Tym razem jest inaczej – Tygodniówka 44

    1. Słowa, które niecnie wykorzystuję w tytule, są frazą przed, którą Marcin Iwuć ostrzega w Finansowej Fortecy. To słowa, których używa się przekonując do jakiejś inwestycji, choć za każdym razem w dotychczasowej historii określone okoliczności prowadziły do okreśłonych zdarzeń (jeśli cośwygląda jak bańka, pachnie jak bańka, zachowuje się jak bańka, to pęknie jak bańka) – ale przecież tym razem jest inaczej. Dziś jednak nie będzie o ekonomii, a o polityce. Ale krótko. Obiecuję.
    2. Bo tak sobie myślę, że dokładnie te słowa brzmią w głowach naszych rządzących polityków. Gdyby.. Gdy ktokolwiek wcześniej używał tego, co oni robią (nadużywanie prawa, forsowanie przepisów, ignorowanie nastrojów społecznych, wyprowadzanie policji i wojsk na ulice celem zachowania porządku, krycie obecnych i potencjalnych, lub tylko chwilowych sojuszników) to było to złe, dewastujące, niszczące pańśtwo. Wymaga potępienia i wypalenia do żywego. Ale teraz, kiedy to my rządzimy, cóż… okolicznosci są takie a nie inne, więc tym razem jest inaczej, tym razem nam wolno.
    3. Po pierwsze, historia ma to do siebie, że weryfikuje takie postawy. Porównaj z (tym) generałem – punktem odniesienia chyba każdej polskiej władzy. On wszak też wiedział, że tym razem jest inaczej, ale jakoś szczególnie nie poprawia to naszej oceny jego decyzji. Miejcie, miejmy to w pamięci. Druga rzecz – po to są zapisy w prawie, żeby przed pokusą „tym razem jest inaczej” powstrzymać. Szkoda tylko, że okazują się tak cholernie nieskuteczne przy odpowiednio zdeterminowanych szkodnikach.
    4. Te słowa są także tytułem książki poświęconej ośmiu stuleciom finansowych kryzysów. I nie uwierzycie. Za każdym razem, tym razem miało być inaczej. I zdaje się – nie było.
    5. A właśnie… książki. Skąd czerpiesz wiedzę i pomysły na to, jakie książki czytać? Bo… mam takie dziwne przypuszczenie, że skoro znajdujesz czas, aby przeczytać moją tygodniówkę, to czytasz. Zatem – skąd czerpiesz wiedzę o kolejnych lekturach (nieobowiązkowych)?

      Moja mama często odwiedzała księgarnie. Potrafiła tam co kilka dni spędzić kilkadziesiąt minut wędrując od półki do półki, od stołu do stołu i niemal zawsze znajdowała coś dla siebie.

      Ja… Kiedyś często korzystałem z promocji wszelakich na ebooki (z tego miejsca ukłony dla Świata czytników), ale ostatnio jakby mniej. Dużo rzadziej książki kupuję, czytam dużo mniej fabuł (choć właśnie wykańczam Milczącą Żonę autorstwa Karin Slaughter) ale to wynika ze słabości wobec Willa i Sary postaci, które wykreowała.
    6. Czasem czytam, albo przynajmniej kupuję książki kiedy trafiam na jakieś ciekawe badanie / artykuł, które o książce wspomina. Wtedy zwykle rzucam okiem na kilka stron dostępnych w sieci i decyduję o zakupie (tak nabyłem Priceless). Czasem decyduję się na książkę na podstawie dostępnego na Youtube „wieczoru z autorem” – czasem to trafiony pomysł (Presto, Penna Jillette), czasem ciut mniej (Throwing rocks at the google bus). Ale najskuteczniej działają na mnie (nic dziwnego) rekomendacje bezpośrednie, lub… podcasty.
      Czasem to może być rozmowa z autorem (tak było z Deadliest Enemy), a czasem to wzmianka w ciekawej rozmowie. I tak np. przyglądam się Najlepszemu sprzedawcy świata, o którym opowiada u Ferrisa Matthew McConaughey;
    7. Wspominałem już, że lubię „momenty Aha„. Kiedy nagle słyszysz, czytasz, widzisz coś, co delikatnie lub trwale przestawia Twoje myślenie, albo podpowiada jak sobie z tym poradzić. Tym razem było podobnie. Próbując złapać oddech, truchtając sobie gdzieś wzdłuż Wisły (10km, 58:42), słyszę kiedy McConaughey mówi:

    Kiedy w domu dochodzimy do momentu, w którym chcę podnosić głos, pytam – jak do tego dopuściłeś. W którym momencie pozwoliłeś sprawom przyjąć taki obrót, że rozwiązaniem, które widzisz jest podnieść głos. Wtedy proszę też o chwilę czasu, abym mógł się zastanowić, co się stało i zatrzymać się, abym odzyskał także kontrolę nad sobą.

    Dzięki Matthew. Bezczelnie i prosto w oczy. Mam nadzieję, że zapamiętam i skorzystam.

    1. Dzisiejsze pytanie też jest zainspirowane tym podcastem:

    Gdybyś mógł przekazać ludziom jedną rzecz / jedną myśl / jedno zdanie, które nie jest reklamą, to co by to było?

    moim zdaniem, moim słowem byłoby chyba „Wątp„. Przy czym do tego muszę zrobić dopisek (głównie do samego siebie).

    Kwestionuj i wątp w to co słyszysz i to co czytasz, a nie w siebie, głupcze!

    1. I jeszcze trochę Matthew, w dłuższej formie 
    https://www.youtube.com/watch?v=BmCTQ_mkzHU

    Fajny zwyczaj mają Ci Amerykanie dzieląc się wiedzą ze absolwentami college’u. Dzielenie się wiedzą jest fajne.

    1.  Gdybym miał wskazać jakiś pewnik wobec świata, to od małego pewnie obok „ziemia jest okrągła” powiedziałbym „Ameryka = demokracja”. I wcale nie jestem pewien, którego z nich byłbym bardziej pewien. A potem przychodzi Trump (oczywiście ze przykład i objaw, a nie zło wcielone) i nagle zamiast nasz świat stawać się bardziej podobny do ich, to oni czerpią wzorce z naszych „taktyk i działań”. Że niszczą podstawy i fundamenty porozumienia i bez żadnych podstaw zasiewają ziarna wątpliwości, których wyplenienie możę być wyjątkowo trudne, jeśli w ogóle możliwe. A spektakl pt. wybory w Ameryce będzie trwał i trwał, a ten podstarzały blond łoś będzie podważał zasady niszcząc, bo tylko niszczyć umie.
    2. Na całe szczęście, święto demokracji wygląda także tak:
    1. Jakoś tak dziwnym trafem wpadłem na nagranie reakcji prezydenta Reagana na huk pękającego balonu dwa miesiące po tym, jak został postrzelony

     I korzystając z okazji, posłuchajcie tego, jak kiedyś się wypowiadali prezydenci: i jak się do tego przygotowywali. Warto.

    1. Chciałbym Ci też podrzucić do sprawdzenia serię… nie tyle wywiadów czy rozmów, ile nagrań ludzi, którzy są w nieco intymnej sytuacji, rozmawiają na poważne tematy, a ich emocje rejestrują kamery. Podglądactwo straszne, ale ciężko sobie tego odmówić. Tu znajdziesz cały kanał ale ja pokażę Ci film, który zrobił na mnie ogromne wrażenie: 

    cholera… popatrz w ich oczy.

    1. Skoro jesteśmy już przy czymś absolutnie Wow, to popatrz proszę na to zdjęcie pewnej nieodległej gwiazdy (w gruncie rzeczy nam najbliższej) wykonane przez jakiegoś amatora.
    1. Nabraliśmy już odpowiedniej perspektywy, więc możemy spojrzeć na rok 2020 z lotu ptaka. Przy odpowiednio dużym uproszczeniu, naprawdę wygląda on właśnie tak:
    W tym miejscu mial być oryginał, ale ktoś skasował twitta i mi zostało zrobienie marnej podróbki
    1. I żeby nie było, że w roku 2020 wszystko jest złe i na opak. Okazuje się bowiem, że naukowcy pracują nad tym, aby lekarstwa móc tworzyć niemal jak playlistę na spotify, umożliwiając tworzenie lekarstw wszelakich „na poczekaniu”, zamiast bawić się w długi, żmudny proces produkcyjny… I tak, to mi przypomina pewien pomysł na badania krwi jaki stosowała firma Theranos, ale przecież tym razem jest inaczej…

      Takie rzeczy ze świata nauki wyłapuje Michał, z Bullet.News
    2. Czy wiesz ile bakterii żyje na Twojej skórze? Spieszę z odpowiedzią. A raczej z twittem z odpowiedzią: 
    1. Sztuką jest pisać, sztuką jest mówić, sztuką jest rysować… Sztuką jest uczyć i uświadamiać. Sztuką jest więc rozumieć i odpowiednio przedstawiać dane tak, aby były one ciekawe i zrozumiałe dla odbiorcy. Trudną sztuką, dodajmy.
    Mona Chalabi – obrazek, którego możesz się na Niecodziennym spodziewać
    Mona Chalabi, inny obrazek, którego się można spodziewać
    1. Ale tego się tutaj pewnie nie spodziewaliście 

    A tu możecie posłuchać całej opowieści o jej pracy

    1. I skoro już jesteśmy przy reprezentowaniu danych, to połączymy to jeszcze ze smutnym obrazkiem związanym z naszymi oszczędnościami: 
    https://www.facebook.com/IRCenterCommunity/photos/a.10151151294212167/10157321068142167/

    Przypomnę tylko, że są sposoby na łatwe (niemal nieodczuwalne) oszczędzanie i że stać Cię na nie.

    1. No chyba, że uznamy, że będziemy wydawać pieniądze na jeszcze większe głupoty niż zwykle, z byle okazji. Bo przecież nie ma i nie może być nic ważniejszego dla Polaka Katolika niż taka moneta, którą dostajesz za darmo oprócz kosztów dostawy.

    Dodajmy równocześnie, że jest to nic nie warta moneta, ale za to jaka piękna…

    1. I skoro już jesteśmy przy Polaku Katoliku. Ponowię mój apel. Odpuśćmy kościołowi, tzn przestańmy się nim zajmować. Że nie zamknęli kosciołów, a zamknęli kina i teatry… Hmm.. A wybierałeś się do teatru? Albo na siłownię? Tak… serio serio, z ręką na sercu. A do kościoła? TO co Cię obchodzi, czy jest otwarty czy zamknięty. I musimy się zdecydować, czy postanawiamy podejmować decyzje samodzielnie, ponosząc za nie odpowiedzialność (mogę iść wszędzie, ryzykując że się zarażę, zachoruję, zagrożę zdrowiu domowników), albo uznajemy że wszystko musi być regulowane przez Państwo, bo tak jest lepiej. Ale jeśli uznajemy, że Państwo wie lepiej… to błagam, zastanówmy się jeszcze raz. Wiemy, że nasza władza nie jest racjonalna. Nie zwalnia nas to jednak, z bycia odpowiedzialnym. Zostawmy ten kościół. Kropka.
    2. A to zdjęcie, niezależnie od tego jak zostało podprowadzone, jest absolutnie piękne. 
    https://twitter.com/MartaHabior/status/1322217764057206787?s=20

    Przy czym… smutne jest to, jak szybko stygnie i jak szybko odpuszczamy nasze święte oburzenie. A dobra wiadomość jest taka, że i tak się zagryzą, tylko potrzeba naszej cierpliwości.

    1. Od czasu do czasu Tim Ferris podrzuca w swoim newsletterze cytat, który mu chodzi po głowie. Prawdę powiedziawszy, zachodzę w głowę, czy się nim dzielić czy nie, ale z drugiej strony, z jakiegoś powodu ciągle mi ten cytat w myślach wraca.

    “I was always ashamed to take. So I gave. It was not a virtue. It was a disguise.”

    Anaïs Nin 

    No siedzi i trochę doskwiera. Niech posiedzi i z Tobą.

    1. Przed nami trudny czas. Wymagający. Obezwładniający, odbierający nadzieję, odbierający siły w stopniu, który może być dla nas niewyobrażalny. Z tego miejsca gorąca prośba. Dbaj o siebie (maseczki, dystans, higiena). Dbaj o innych. Bądź wrażliwa, bądź wyrozumiała, bądź czuła. Pomagaj innym. I przejdziemy przez ten mrok. Nie ma innego wyjścia.
    2. Naprawdę nie wiem jak to się stało, że przez całą tygodniówkę uniknąłem nawiązań do „a imię jego”. Cholera… prawie mi się udało. A z perspektywy czasu, popatrzcie jak cholernie głupie było szukanie nawiązać z Czterdzieści i Cztery z Adamem Małyszem. Pamiętacie? Tak… w czasach Małyszomani nawet tu szukaliśmy kropek do połączenia. A w kąciku siedzi Kahneman z Tverskim i unisono śpiewają:
    1. Wspomnienie o Małyszomanii każe mi nadmienić, że zanim nastąpi bardzo oczekiwana premiera Cyberpunka, w listopadzie będziemy mogli oddać się rozrywce, która jest piękniejszym wnuczkiem gry, którą niszczyliśmy hurtowo myszki pod koniec ubiegłego wieku… Piękne Panie, przystojni panowie, I give you:

    Ilustracją wpisu jest zdjęcie Wesley Tingey z serwisu Unsplash

    Tak jak pisałem w 43 Tygodniówce, mierzę się z problem jak zwracać się do czytelnika kiedy piszę tygodniówkę. I wbrew powszechnej konwencji, zamierzam zwracać się do Ciebie, Czytelniku, „w wersji kobiecej”. Taki eksperyment. Ciekaw jestem czy dla Ciebie ma to jakiekolwiek znaczenie. Się przekonajmy.

    prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) czytelników zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

  • Czy mogę zobaczyć biznesplan? – Tygodniówka #43

    1. Nie wiem jak Ty, ja ku memu własnemu zdziwieniu, każdy dzień zaczynam teraz od szybkiego badania technicznego. Smak? Jest. Węch? Jest. No to działamy. Trochę sobie nie wyobrażam i trochę nie chcę sobie wyobrażać co by było, gdyby / kiedy / jak mi tych dwóch zmysłów zabraknie. Bo trochę się boję. Nie to, że jestem sparaliżowany ze strachu, ale jest we mnie lęk o to co będzie, jak i do mnie przyjdzie.

      Tym bardziej, że teraz problemem nie musi być wcawle CoVID, ale właściwie każda pozornie błaha przypadłość wymagająca hospitalizacji w najbliższych kilku miesiącach może być dużym problemem. Na całe moje szczęście dotychczas wielkiej styczności ze szpitalami nie miałem i mam nadzieję ten stan się utrzyma możliwie długi. Czego także Wam i Waszym najbliższym życzę.
    2. Za chwilę wrócę do polskiego piekiełka, ale najpierw rzućmy okiem za ocean, gdzie czerpiąc z najlepszych polskich wzorców (prawie skutecznych), pojawiła się reklama „a czy Ty zatrudniłbyś Trumpa?”: 
    1. To nie jest jakiś wyszukany zabieg, ale nad samym procesem wyboru przechodzimy zdecydowanie zbyt łatwo. Stawiamy krzyżyk na kimś bo dobrze mu z oczu patrzy, bo jest wyższy, bo jest przystojny, bo to tylko takim tam krzyżyk, raz na cztery czy pięć. A to sobie pstryknę. Żebyś nie miała* wątpliwości – robię dokładnie tak samo. Sobie pstrykam. Potem raz w miesiącu odprowadzam podatek na rzecz naszego państwa i myślę sobie, że…
    2. Gdyby każdy z nas musiał co miesiąc świadomie przelać swoje pieniądze na konta US i ZUS to nasze oczekiwania wobec rządzących i instytucji byłyby zgoła inne. Trochę mądrzej byśmy na to zwracali uwagę. Może nie od razu, może nie od pierwszego miesiąca, ale z czasem byśmy zmądrzeli. Ale w trosce o nasze zdrowie psychiczne władza uznała – lepiej niech robią to pracodawcy. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
    3. Wrócę tu do pytania, które stawiałem w zeszłym tygodniu – jaka jest niby ta wizja Polski, którą ma nasz rząd i (nie) nasza partia?

      Wielka Polska, Sanacka. Jak za Piłsudskiego. Ostoja Kościoła.

      O matko i córko. Za dużo tego i nie o to pytałem. To wszystko co wymieniłem, a co rzeczywiście jest na ustach i sztandarach władzy, to jest jakieś absurdalne mambo jumbo. Jest to wizja na poziomie strategii przygotowanej przesz Szumowskiego, która nie dostrzega nawet, że Kościół, któremu przewodzi Franciszek (a o ile ostatnim razem sprawdzałem, to w tej kwestii nic się nie zmieniało), trochę się jakby z polską wizją katotalibanu nie zgadza… Polak potrafi, a zatem nawet od Papieża wiemy lepiej co znaczy być katolikiem.
    4. Wizja, strategia, plan. Kiedy chcesz być biznesmenem i zaczynasz poważnie myśleć o swoim interesie, to w którymś momencie zaczynasz zastanawiać się – przynajmniej dobrze by było – czy to się zepnie.

      Niezależnie od tego, czy stawiasz innowacyjny startup, sklepik osiedlowy czy myjnię samochodową, siadasz do tabelki i zapisujesz w niej – tyle mam, tyle będzie kosztować ustawienie biznesu, tyle będzie kosztować miesięczna obsługa, tylu mogę mieć klientów, takie są ceny na rynku. Jeśli koszt jest większy od tego ile posiadasz, idziesz do banku / do inwestora / do lions den i mówisz – Hej, mam taki pomysł, oddam Wam trochę, jak mi pomożecie wystartować. Oni na to patrzą (bardziej krytycznie niż Ty i z większym od Ciebie doświadczeniem, bo oni już swoje biznesy postawili) i mówią Ci – „droga nasza, to się nie zepnie”, albo „znakomity plan, wchodzimy w to”.

      Skoro trzeba to rozkminić na poziomie przysłowiowej myjni, to czy nie warto by było stworzyć i oczekiwać tego na poziomie państwa?
    5. Może się mylę, może to gdzieś jest, ale jako żywo nie widziałem. Nie wiem czym ma zostać zasilona Wielka Polska.

      Nie mamy nadmiaru zasobów naturalnych (złota, ropy, gazu) które mogą nam pozwolić na dominację.

      Nie mamy przewagi technologicznej nad sąsiadami / światem – nikim.

      Nie charakteryzujemy się jakąś niezwykłą wydajnością z pracy.

      Za to obecna władza jest znakomita w tym, żeby nas izolować (naprawdę jesteśmy tym wujkiem na imprezie, którego każdy obserwuje i sprawdza który to już wypił kieliszek i kiedy się zacznie perorowanie o jego mądrości i wyższości) i coraz rzadziej mogą spływać do nas zaproszenia na wspólne biesiadowanie. Może i mieliśmy jakieś zaskórniaki, ale w myśl zasady – hulaj dusza, piekła nie ma, a jak zabraknie to się dodrukuje, przelewamy sobie z pustego skarbca i rozdajemy komu popadnie nie myśląc za bardzo co się stanie, kiedy zabraknie (a chyba zaczyna brakować). Trochę strach pomyśleć, od kogo przyjdzie nam pożyczać. Aaaa zazwyczaj pożyczkę trzeba spłacić. I o ile to była pożyczka na rozwój, to można ją oddać z zysków. A jeśli to była pożyczka „by żyło się lepiej, wszystkim”…. to jako żywo nie wiem z czego będziemy ją spłacać… to irytuje mnie tylko skłonność do dalszego się zadłużania „bo się zacznie”. No się zacznie.
    6. Polskie piekiełko… Jest taki tekst Daukszewicza:

    Ja Was proszę, panowie, fotografowie,

    by w relacjach ze zdarzeń, drodzy dziennikarze

    były tylko parady, albo barykady na których walczy lud…

    A zresztą, posłuchaj

    1. Cztery dni wystarczyły, żeby ruch 8 gwiazdek zaczął gryźć wszystko i wszystkich. I mam tu problem. Bo z jednej strony, kimże jestem, żeby komukolwiek mówić „nie tędy droga”. Kimże jestem, żeby podpowiadać co będzie lepsze, żeby mówić „to jest niebezpieczne”. A z drugiej – drogie panie (i to myśl głównie wobec liderów, nie uczestników protestów), jak się nie ogarniecie, to Was rozegrają jak dzieci. Więc…

      Pielęgnując Waszą wściekłość, bierzcie poprawkę na to, że nie każdy samiec to gwałciciel, barbarzyńca i nie każdy chce się na Waszych plecach gdzieś wdrapać. Czasem warto posłuchać. Choć odrobinkę.
    2. Módlmy się
    1. Prawem rewolucji jest żądać zmian. Głośno, brutalnie. Fascynuje mnie tylko przyznane sobie prawo i pomysł, aby rewolucję demonstrować w kościołach. I wtedy przed oczami zobaczyłem to:

    I mam taki dopisek, zgodnie z tą myślą:

    Nie podoba Ci się kościół – to tam nie łaź.

    Chcesz żeby inni się odstosunkowali od Twojej decyzji? Odstosunkuj się od cudzej wiary. I skumaj, że kościół dużo bardziej oberwie, kiedy go będziesz omijać szerokim łukiem, niż kiedy uznasz że bardzo chcesz w nim demonstrować.

    1. Rewolucja to także sztuka. To dziesiątki pomysłowych transparentów, to rozmaite mniej lub bardziej wulgarne piosenki. Mnie zachwyciła ta: 
    1. Jeszcze na sam koniec podrzucę dość ciekawy felieton w formie wideo od Tomka Kopyra, z blogu blog.kopyra.com

    No cóż… ja to widzę w zasadzie właśnie tak, jak on.

    1. Natomiast Ciebie poproszę o jedno. Studźmy głowy. Studźmy emocje. Nie dajmy się nakręcać. Nasz sąsiad jest tym samym sąsiadem, ludzie z którymi robiliśmy zakupy są tymi samymi ludźmi. Uśmiechajmy się do nich. Pomagajmy sobie nawzajem.

      To że mamy nieodpowiedzialnych polityków, nie zwalnia nas od bycia odpowiedzialnym. Za siebie. Za swoje zdrowie. Za najbliższych. Za ich formę. Za ich zdrowie. Higiena, dystans, maseczki, uśmiech i wyrozumiałość. To proste, a ile może zmienić.
    2. Jak to się nie da? Co znaczy nie umiem? 

    Spróbuj. A potem spróbuj jeszcze raz. Słuchaj mądrzejszych od siebie. Dasz radę. Damy radę.

    1. Często powyższe słowa kieruję do Jaśka… Stąd przy okazji – zerknij na to, co i jak o świadomym rodzicielstwie pisze Karolina 
    1. I tak już całkiem bez żadnego trybu
    1. Co? Za mało dziś o rewolucji? Dobrze. To wynieśmy się znów z naszego piekiełka na chwilę i posłuchajmy „co tam panie w Ameryce”. Ciekawie, otwiera oczy, ale niestety bardzo mrocznie. 
    1. Pobawimy się z oczami. Zobaczymy to, co ukryte. I piękne. I teraz wszystkie książki będziemy tak sprawdzać;-)
    1. A ponieważ uwielbiam iluzje optyczne, to poczęstuję Cię jeszcze taką porcją. Uważaj na oczy:
    https://www.facebook.com/HowardLeePainting/posts/3325879304172762
    1. Jestem trochę zafiksowany na pizzy i szukam podpowiedzi jak poprawić mój na pizzę sposób i… To jest kolejny zestaw kilku rzeczy do sprawdzenia. Jestem bardzo ciekaw efektów. 
    1. Od kilku dni w moim domu jest nowy sprzęt AGD – suszarka bębnowa. Wybór nie był prosty, ponieważ ilość dostępnych modeli jest absurdalnie duża, porównywanie niełatwe (zwłaszcza gdy ktoś jest w kategorii pierwszakiem), niepewność dobrej decyzji duża ale… kiedy już maszyna stanęła w mieszkaniu, poczułem się jak Eddie. Jaki Eddie pytasz? Ten to: 
    https://www.youtube.com/watch?v=BTyH6UbDs-0
    1. Dygresyjka związana z przyjaciółmi – nie sądziłem że kiedykolwiek na spotkaniu biznesowym od pewnego wysokiego stopniem pracownika korporacji usłyszę „I don’t want to steal your thunder”.

    prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) czytelników zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

    * Miałem to zrobić już jakiś czas temu, bo kiedy zacząłem czytać finansową fortecę autor zaznacza (i tu parafrazuję) że „Droga czytelniczko, wybacz że tak właśnie robię, ale aby uniknąć końcówek damskich i męskich za każdym razem kiedy będę się zwracał bezpośrednio do czytelnika, będę robił to z końcówką męską, mam nadzieję że to zrozumiesz”. Jestem samcem i trochę mi to zazgrzytało, choć rozumiem problem, bo sam się z nim mierzę, kiedy piszę tygodniówkę. Jak pisać? Co pomyśli czytelnik, kiedy zwrócę sie do niego „w wersji kobiecej”. Ciekaw jestem też czy dla kobiecej części czytelników ma to jakiekolwiek znaczenie. Się przekonajmy.

    W tym tygodniu ilustracja wpisu pochodzi z to zdjęcie Jp Valery znalezione na Unsplash; Ale tu znajdziesz wiele innych, legalnych a ciekawych sztuczek z pieniędzmi.

  • Szybko poszło, tylko co dalej? Tygodniówka #42

    1. Zacznę od tego, że cholernie mi się podobała zeszłotygodniowa tygodniówka. Bez polityki i bez zgrzytającej rzeczywistości. W kontrze. Niestety dzisiejsza tygodniówka jest rekontrą. Jest pisana w smutku, złości, bezsilności. Na wszelki wypadek ostrzegam. I, jeśli uznasz że nie masz głowy więcej tego czytać, przeczytaj tylko punkt drugi a po więcej wróć proszę do mnie za tydzień. Będzie lżej. Obiecuję.
    2. Dbajmy o siebie. Myjmy ręce, trzymajmy dystans, nośmy maseczki. Pamiętajmy o tym, że dystans trzymamy i ręce myjemy dla siebie. Maski nosimy dla innych. Noszenie masek, noszenie jakiejkolwiek formy ograniczającej kropelki jakie wypuszczamy nosem i paszczą jest robione dla innych. Dla znanych i nieznanych. Bądźmy odpowiedzialni. Proszę.
    3. A właśnie – odpowiedzialność. Mamy żenujący rząd i żenującego prezydenta, którzy bawią się w najlepsze i kłamią nam w żywe oczy. Manipulują. Ale ich manipulacje i ich dobre samopoczucie nie zwalnia nas z odpowiedzialności. Proszę, dbajmy o siebie i zapamiętajmy jak zachowali się rządzący. Ich nieudolność nie jest naszym usprawiedliwieniem. Mamy własny rozsądek. Korzystajmy z niego.
    4. Posłuchajcie tej rozmowy. Jest spokojna, jest możliwie merytoryczna, jest ciężka. 

    korzystajmy z rozsądku.

    To się jeszcze w tygodniówce nie pojawiało, ale dziś będą didaskalia. Pisze mi się ciężko. Wolno. Gorzko. Z supłem w żołądku. z ciężarem na barkach. Z żółcią w ustach. Ze smutkiem.

    1. Mądre społeczeństwo to takie, które radzi sobie i chroni siebie niezależnie od tego, jak beznadzieją ma władzę. Niestety nie w Polsce. Chaos, który nieustannie rodzi nasz rząd, chaos, kolesiostwo i bezkarność od lat pielęgnuje najgorzej rozumianą polską zaradność. Kiedy nikt za nic nie odpowiada, kiedy nikt za nic nie bierze odpowiedzialności sprawia, że ludzie biorą sprawy w swoje ręce w najgorszym możliwym stylu. Zamiast rozumieć, że sytuacja jest wyjątkowa i że jesteśmy za siebie wzajemnie odpowiedzialni, że trzeba rozumieć ducha prawa a nie jego literę, dochodzimy do etapu, w którym żadna przyzwoitość nie obowiązuje. Istnieje tylko przekonanie, że liczy się tylko to, kto kogo bardziej wydyma, kto kogo bardziej oszuka, kto bardziej efektywnie pozwoli sobie ugrać więcej kosztem innych. Kosztem dobra wspólnego. https://www.tygodnikpowszechny.pl/wolna-deweloperka-czyli-beton-w-kraju-z-kartonu-165337
    2. czy ta piosenka nie mogła by chociaż troszkę tracić na aktualności? 
    1. I na to wszystko, na trzeszczącą w szwach służbę zdrowia, na czający się za rogiem lockdown, na stojącą przed najpoważniejszym od lat kryzysem gospodarką, ktoś postanowił wylać szambo zmieniając przepisy aborcyjne.
    1. Że to niby przypadek. Że nie chcieliście, Że przecież wy do ludzi z otwartą głową, sercem na dłoni. Że wszystko w dobrych intencjach. Że dla Was równość i braterstwo. Dla zgłaszanej przez NGOsy kandydatki na Rzecznika Praw Obywatelskich nie znaleźliście czasu. Jeszcze na wszelki wypadek postanowiliście ją upodlić, bo wydaje się wam, że Wam wszystko wolno. Mam dla Was złą wiadomość. Upadniecie. Za mali jesteście, za głupi żeby to zobaczyć. Nic po Was nie zostanie. Nikt po Was nie zapłacze.
    2. Ogarnia mnie bezradność. Bezsilność. Widzę i rozumiem frustrację kobiet. Czuję smutek, przeraża mnie kierunek, w którym idziemy. Przeraża mnie rzeczywistość. Chcę wierzyć w teorię wahadła, chcę wierzyć, że to zaowocuje zmianami, które uczynią Polskę lepszą. Ale… krucha to nadzieja. Wbrew mojemu dotychczasowemu „spokojnie, przeczekamy, naprawimy”, narasta we mnie przekonanie, że szkodnicy psują organizm państwa tak dalece, że nic z tego nie będzie.
    3. Chcąc ugotować żabę, nie wrzucasz jej do wrzątku. Wrzucasz ją do zimnej wody i czekasz, aż się ugotuje. I tak z nami robią. Wymontowali zabezpieczenia, zainstalowali swoich ludzi, demolują przepisy, tradycję, zwyczaje. Kłamią, manipulują, wywyższają się. Są bezkarni i bezwzględni. Są głupi, ale skuteczni. A my wszyscy zbyt grzeczni. Czekamy jak te żabki. A ja nie mam dość siły, żeby się wkurwić. Nie mam dość przekonania, że mój wkurw coś zmieni. Złodzieje zabierają mi nadzieję. Skutecznie, niestety skutecznie.
    4. Tak bardzo bym chciał, żeby niektóre moje teksty mogły się wreszcie zdezaktualizować… ale przykro mi dziewczyny… Wasz prostest musi zaboleć.
    5. I swoją drogą, gdzie w tym wszystkim jest nasz prezydent wszystkich Polaków, bo coś ostatnio go nie widziałem. A nie przepraszam, powołał pana ministra Czarnka. Pana ministra, któremu nie podoba się protest, bo jakiś taki nieelegancki. Panie Ministrze, elegancji pana fryzurze nikt nie dorówna, ale pan wybaczy, istotą protestu jest to że on ma sie panu i pana kolegom nie podobać. Bo kiedy było grzecznie, to nic sobie z tego nie robiliście. Olaliście lekarzy, olaliście nauczycieli, próbujecie olać kobiety. I nagle robicie się tacy wrażliwi i delikutaśni. Rolą protestu, panie ministrze, jest żeby walić między oczy. Ma się nie podobać. Ma boleć. Niech zaboli.
    6. Wracając. Gdzie jest prezydent? Bo jakoś nie wypłaszczyło się, choć miało. NIe wygraliśmy, choć mieliśmy. Nie uspokoiło się, choć miało. Ale nie, pan prezydent mówi, że wszystko spoko, że on nad wszystkim czuwa, tylko zajmuje się ważniejszymi sprawami. Kurwa. Po pierwsze, nie ma ważniejszych spraw. Po drugie pan prezydent, nie wiem czy zdaje sobie sprawę, ale też wyląduje na śmietniku historii jako nikt. NIc nie zrobił, nic nie naprawił, nikogo nie obchodzi. Nawet o przyszłość własnej córki nie potrafi zadbać.
    7. A właśnie, pozwolę sobie przypomnieć także ten tekst – List do pana Andrzeja, ojca.
    8. Mam tylko jedno pytanie – co dalej. Teraz już nie ma granic, nie ma świętości. Nie ma równości. Nie ma słuchania ludzi. I w dupie mam to, że za PO nikogo nie słuchano. Mieliście być lepsi. Mieliście podnosić standardy, a nie bardziej kraść, bardziej deprawować, bardziej upadlać i tak już upodlony kraj. O co Wam chodzi? Czego chcecie? Jakim prawem meblujecie światopogląd narodu? W imię jakich krzywd? Jaką przyszłość widzicie – pokażcie mi wizję kraju, który chcecie budować? Na razie doprowadzacie go do ruiny. Do długów, do waśni, do dezorganizacji, to wzajemnych żalów i pretensji. Niszczycie, ale.. w imię czego? Jaki ma być ten Wasz projekt „Polska”. Jaki?
    9. Czy naprawdę jedyne co macie do powiedzenia to „proszę się rozejść, to zgromadzenie jest nielegalne”? Będziecie się chronić za CoVIDem, na który nie umiecie się nas(!) przygotować i zasłaniać okolicznościami? Jak długo jeszcze, panowie. Jak długo jeszcze.
    10. Aaaa i na to wszystko jest jeszcze pan podkrążone oczy Szumowski, który przygotował plany, których nie ma. To tak samo jak kupił respiratory, których nie ma, kupił testy i maseczki, które się do niczego nie nadają, wyszedł z choroby, aby móc odpoczywać w szpitalu, w którym nie ma łóżek. A to jeden kurwa minister w całym waszym rządzie. Ostatnia nadzieja białych. Tacy właśnie jesteście… nadziejni.
    11. I jeśli chodzicie, jak opowiadacie, co tydzień do kościoła, to w liturgii jest taki moment, kiedy pod nosem powtarzacie „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.” Wierzę głęboko w to, że usłyszycie tłum rodaków, skandujący tak głośno, by pękały wasze bębenki – Wasza Wina, Wasza Wina, Wasza Bardzo Wielka Wina. To jak teraz wygląda Polska to jest Wasza Wina. Nie żenującej opozycji, tylko Wasza.
    12. Może trzeba, za sugestią Galopującego Majora, liczyć Wam trupy. O to się prosicie, aby na stronie trupycovidu.pl wyświetlał się licznik osób, które z powodu Waszej nieudolności zmarły. Naprawdę dobrze się bawicie?
    13. Im dłużej trwa to, co mamy, tym lepiej rozumiem co też się działo pod koniec XVIII wieku na naszych ziemiach. Naprawdę dziwi Was to, że bratni kraj, jeden z drugim, przyjazną dłoń chciał nam podać, rozwiązując przy okazji wszystkie nasze problemy… egzystencjalne.. Skoro mamy rządy nierządu, nie dziwmy się że jest jak jest.
    14. Przyznam Ci się do czegoś. Nie lubię tej tygodniówki. Wolałbym, aby nie powstała. Tym bardziej, że bardzo chcę wierzyć, że z perspektywy kilku tygodni, kilkunastu miesięcy to co w niej napisałem już nie będzie aktualne. A ja wolę pisać teksty, które z czasem się jednak bronią. Nie lubię jej też, bo mam wrażenie, że nawet wkurzenie z niej nie wyłazi.
    15. W zeszłym tygodniu obiecałem że będę dołączał do tygodniówki pytania.. a zatem

    Kiedy ostatnio sprawiłaś, sprawiłeś ze ktoś się uśmiechnął

    Bezinteresownie.

    Dość na dziś. Mam ochotę przeprosić Cię za to wydanie… Więc to zrobię – przepraszam.

    Dziś nie umiem inaczej. Dziś nie umiem o niczym innym. Dziś mi niesamowicie smutno. Proszę, dbaj o siebie, myj ręce, noś maseczkę, trzymaj dystans. Myśl za innych, kiedy wszędzie wokół tyle bezmyślności.

    I jeszcze taka uwaga – nasze najświętsze oburzenie na Facebooku, na Twitterze nie wystarczy. Może być niezbędne do wzajemnego sobie pokazania, że nie ma na to naszej zgody, ale jeśli uznamy, że zmiana avatarka załatwia sprawę, to tę sprawę za nas załatwią.

    Prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) czytelników zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

  • …a kiwi kiwi kiwi – Tygodniówka #41

    1. Miała przyjść i przyszła. Przyszła razem z chłodem, wilgocią, pobudkami przed świtem, porankami w szarościach. Jesień przyszła, nie ma na nią rady. W tym roku, przyszła w towarzystwie, które czyni ją jeszcze mniej nam przyjazną, niż zazwyczaj. Przebijamy kolejne poziomy zachorowań, testujemy wydolność.. poprawka, przyglądamy się temu, jak testowana ’ jest służba zdrowia, boimy się, aby nie musieć się przekonać o tym samodzielnie i na własnej skórze. Niczym Stanisław Lem odkrywamy niezbadane obszary ludzkiej głupoty, która z jakiegoś powodu w XXI wieku przyjęła nazwę foliarzy. Co do zasady, mamy dość. Więc, tygodniówką spróbuję wbić się pod prąd. Czy mi się uda? No tego się dowiemy za jakieś 29. punktów.
    2. Na dobry początek, przyjrzyjmy się całkiem sensownej teorii, dlaczego rok 2020 wygląda tak, jak wygląda. 
    https://twitter.com/AlyssaM_InfoSec/status/1315752032557568000?s=20
    1. Inna rzecz, kiedy wszystko wygląda źle i bardzo źle, na ratunek potrafią przyjść naukowcy. I na przykład odkryć enzymy które zjadają plastikowe butelki. Szybciej. Jakieś sześć razy szybciej.
    2. Czasem dobrze sobie przypomnieć czym jest, a czym nie jest nauka
    1. Kilka lat temu wydawało mi się, że jesteśmy tak wielkim narodem, że od najbliższych (choć nie tylko) sąsiadów to się nie mamy czego uczyć, a potem wyściubiłem nos z naszego grajdołka i okazało się, że przyda nam się czasem trochę pokory, bo naprawdę żaden z nas naród wybrany (a coraz bardziej zbliżamy się do etapu republiki bananowej, co jest o tyle dziwne, że bananów w Polsce rosnących jeszcze nie widziałem). Nie proponuję abyśmy od razu uczyli się od Węgrów języka, ale humoru od Czechów…
    1. Właśnie.. uczyć się. Nie mam pojęcia czemu, kiedy opuszczałem liceum, a może nawet także na studiach, miałem takie przedziwne wewnętrzne przekonanie, że rzeczy nieużytecznych już się nie nauczę. Myśląc o nieużyteczności, mam na myśli umiejętności, które nijak nie będą przydatne w życiu zawodowym. Miałem jakieś takie wewnętrzne przekonanie, że zbiór umiejętności został zbudowany, okrzepł, koniec. Że już za mną wygłupianie i wyżywanie artystyczne. Że już koniec pisania wypracowań (powiedział gość, który od 2006 roku cośtam sobie „bloguje”). Że żadnego rzępolenia na żadnym instrumencie, gitara mnie przerasta i jak to w ogóle brzmi, „ukulele”.

    Do czego to doszło, żebym pokazywał Ci swoje zmagania na czterech strunach… Do takich rzeczy skłoniła mnie kilkutygodniowa zabawa z aplikacją Yousician i przegraniu w niej dziewięciu godzin. Oczywiście, że jest teoria 10 tysięcy godzin, która mówi że tyle potrzeba, aby osiągnąć mistrzostwo (nie mój cel). Ale jest inna, że potrzeba tylko 20h aby spróbować osiągnąć podstawy w czymkolwiek. Czym kurde kolwiek. A ja wybrałem Ukulele 🙂

    1. No ale tańczyć, to ja się już na pewno nie nauczę. Niemniej jednak, lubię sobie popatrzeć na wymiataczy:
    https://www.facebook.com/worldofdancemanila/posts/2738222089723870
    1. I tu dochodzimy do momentu, w którym trzeba raz jeszcze przyznać, że wiek to tylko cyferki
    https://twitter.com/RexChapman/status/1315345801942622208?s=20
    1. Podziwiamy, uczymy się, zachwycamy… i tak cholernie potrafią nas zaskoczyć ludzie, którzy robią swoje od lat. Którzy znaleźli swoją pasję i potrafią zrobić rzeczy, które wyglądają jak magia. No bo to jest magia. Koniecznie z dzwiękiem 
    https://www.instagram.com/p/CFSLrHpgmAl/
    1. Magią nazywamy to, czego nie rozumiemy. Przecież ten stół nie ma prawa stać:
    https://twitter.com/UniverCurious/status/1316395701891461120?s=20
    1. A zamarzniętej wody, nie da się tak potraktować palcem: 

    Co tu się wydarzyło? Co to w ogóle jest? To jest zdaje się stan równowagi. To się czasem osiąga. Podobno. A tu pan to ładnie tłumaczy:

    przy czym ja bym to oglądał od 3:11 najwcześniej.

    1. Swoją drogą, taka dziwna refleksja po niemal… 20 lat od wybrania (i nie skończenia) studiów. Strasznie długo mi to zajęło, ale złapałem się na myśli, że niestety przez cały (naprawdę długi) czas studiowania i brania się za bary z informatyką, chyba ani razu nie czerpałem przyjemności z tego czego się uczyłem (czyt. pozorowałem naukę?) i nie czułem się dobry w tym czego się uczyłem. To było raczej skakanie od pożaru do pożaru. Cholernie to dziwne spostrzeżenie. I jeśli bym mial coś podpowiedzieć – nie róbcie tak jak ja. Nie traćcie czasu, nie siłujcie się. Raczej słuchajcie siebie, tego w co was ciągnie. Mając 18, 20, 22 lata macie tak cholernie dużo czasu, że warto poświęcić tydzień albo siedem tygodni albo nawet i pół roku na to, gdzie was ciągnie. Bo zrobicie tam dużo więcej i będziecie czerpali z tego wiekszą przyjemność. I jeśli brakuje wam tego żeby ktoś przyszedł i powiedział, że możecie, to ja przyjdę, poklepię Was po ramieniu i podpowiem – naprawdę możesz. A warto przynajmniej spróbować.
    2. Przy okazji – tu jest artykuł o perspektywie czasu. Czemu czasem nam się dłuży. Czemu czasem nie możemy zrozumieć, gdzie nam uciekł. Także o tym, że nasze nastawienie ma także duży wpływ mna to, ile coś trwa. Taka przewrotna relatywistyka.
    3. Skoro jesteśmy przy relatywistycce… miałem tego nie dawać, ale… Na pewno wiesz, jak Einstein wygląda. Znasz jego teorię.. wróć, znasz jeden wzór z jego teorii. A słyszałaś(eś) kiedyś, jak on o swojej teorii (i słynnym wzorze) opowiada? 
    https://twitter.com/UniverCurious/status/1315463945885491200?s=20

    Nie, nadal nie rozumiem.

    1. Kilka tygodniówek temu wspominałem o powodach, dla których moim zdaniem Tesco żegna się z Polską, a przecież… to wcale nie musiało tak być. Tesco nie było skazane na porażkę. Pracowali tam znakomici ludzie, którzy ogarniali wiele spraw dobrze. Był wyjątkowy program Clubcard (największy w PL, dający ludziom konkretną gotówkę do rąk), były wprowadzone Ezakupy (do których długo się przekonywałem, ale ostatecznie nie podoba mi się myśl, że ich zabraknie). Był niezły marketing i niezłe reklamy. Była niezła marka własna. Wiele rzeczy Tesco wprowadziło ako pierwsze – kasy samoobsługowe, scan&go, click and collect, jedna kolejka do wielu kas. To wszystko mogło dawać przewagę na rynku, gdyby nie chaos wprowadzania, brak cierpliwości i choroby wieku dziecięcego nowych rozwiązań. Trochę mam wrażenie, że problemem Tesco mogło być także to, że chciało pewne rzeczy za szybko i zaczęło się o własne nogi potykać.
    2. To dobre miejsce na ciekawą obserwację od człowieka, który zwraca uwagę na efektywność działań marketingowych:

    Większość ludzi myśli, że to klient powinien być lojalny wobec twojej marki. Ale tak naprawdę to twoja marka powinna być lojalna wobec klienta.

    Tak oczywista, a tak nie łatwa do uchwycenia perspektywa.

    1. No dobra. O co chodzi z tym kiwi? Z dwóch powodów. Bo warto (i można) sobie na nie popatrzeć
    1. A po drugie, jak zobaczyłem ten powyższy filmik, to wzięło mnie na wspominki i przypomniałem sobie filmik, który kilkanaście lat temu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Taka (nie)prościutka animacja. Przygotuj chusteczki: 
    1. Myślę że wiecie, że mam słabość do pytań. To chyba po mnie widać, czy coś. Okazuje się, że James Clear, autor Atomic Habits w swoim cotygodniowym newsletterze (oczywiście ze się do niego zapisałem), publikuje jedno pytanie do swoich czytelników. Na całe (moje i Twoje) szczęście, ktoś wybrał najciekawsze ubrał je w wątek na TT: 
    https://twitter.com/teukimounga/status/1309223686159757313?s=20

    Takie są… do zastanowienia się.

    1. Ponieważ od mądrzejszych trzeba się uczyć, zamierzam podkraść tę koncepcję i również zostawiać w Tygodniówce pytania. Może nawet skusisz się, aby na nie odpowiedzieć 😉 I chociaż to pierwsze miało być inne, to tygodniówka ułożyła się mocno w stronę się niespodziewanego uczenia, więc pytanie do Ciebie:

    Czego w ostatnim czasie sie nauczyłaś (łeś), a nigdy nie sądziłaś, że to się stanie?

    A czy jest coś czego chciałabyś / chciałbyś się nauczyć?

    To co Cię powstrzymuje?

    Cholera. Miało być jedno. Wit nie umie w krótką formę.

    1. W mojej przestrzeni ostatnio pojawiła się ta piosenka i to jest bardzo dobry przekaz, nawet jeśli skierowany do najmłodszych. Uprasza się słuchać. Głośno.
    1. W tygodniówkach wspominałem o poniedziałkowych głodówkach i o tym, że wciąż jeszcze pielęgnuję zimne prysznice. Wspominałem też o tym, że dbam o to, aby poćwiczyć choć kilka minut dziennie i że dobrze by było zadbać o lepszy, dłuższy sen. O lepszy, dłuższy sen mogę zadbać, kładąc się wcześniej spać. I nawet to sobie obiecałem parę razy w tym tygodniu i za każdym razem kończyło się to zasypianiem niewiele przed północą. Coś robię źle. Równocześnie, co jest ze mną nie tak, że umiem odmówić swojemu ciału kalorii czy temperatury, a nie umiem o swoje ciało zadbać, dając mu się wyspać? Przecież masz o siebie dbać, chłopie!
    2. Wieczorami mógłbym więcej czytać. Ale ostatnio nawet z Finansowej Fortecy wyziera i gapi się na mnie Kahneman, gdyż Marcin Iwuć zwraca uwagę na znaczenie emocji i psychiki w zarządzaniu pieniędzmi. Czuję się prześladowany.
    3. Co Wit robi po nocy, kiedy powinien już albo spać, albo pisać tygodniówkę? Ogląda i zachwyca się:

    Miało być punktów 30, dziś wyszło 24. Nie będę tygodniówki niepotrzebnie puchł. Zamiast tego, wolę prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) czytelnikó zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

  • Nieprzyjazna bezcelowość – Tygodniówka #40

    1. Są czasem takie dni, że cały plan bierze w łeb przed godziną ósmą i potem przez cały dzień próbujesz dogonić swój własny cień, który z Ciebie bezczelnie drwi. Piątek był dniem takiego berka. Marne to wytłumaczenie, pewnie ma coś wspólnego z planowaniem. Będzie dziś o tym kilka słów, tym bardziej, że
    2. Zeszłotygodniowa tygodniówka kończyła się słowami:

      Bo za tydzień… będzie o śnie. O czytaniu na głos. O Trumpie (i jego pieniądzach). O tym co zmieniłem w swoim planowaniu… tak, już wiem co będzie za tydzień, bo uznałem, że jak to wszystko wpakuję w tę jedną notkę, to już więcej do mnie nie wrócisz z przesytu…


      Brawo Wicie. Bądź łaskaw ograniczyć swoje zapędy predykcyjne, zwłaszcza wobec własnych zobowiązań. bo najlepiej na świecie wiesz, że to Ci różnie wychodzi. No ale jak żeś sobie nawarzył, to teraz pisz.
    3. Zacznę od wątku planowania.

      Po pierwsze… – wybacz, bez wyliczanki nie umiem, bo się gubię – zatem, po pierwsze dlatego, że wkroczyliśmy już w ostatni kwartał roku 2020, i powoli, nieśmiało, nieśmiało możemy zacząć przymierzać się i zerkać, co by tu zrobić ze sobą jak już 2020 przetrwamy.


    Właśnie, jeżeli dotrwamy powinniśmy sobie wszyscy przyznać jakąś formę odznaki. Tak jak w paszporcie miałem wbite „I have crossed the Arctic Circle”, tak powinniśmy mieć gdzieś odznaczone „i have survived 2020”. Inna rzecz, nie mów Wicie hop.

    Natomiast jeśli chodzi o planowanie, to pragnę nieśmiało przypomnieć ten wpis Planowanie roku i tygodnia z Notion, gdzie pokazuję swój pomysl na przygotowanie sobie planera i na tydzień, ale – co jeszcze ważniejsze – zachęcam do stworzenia sobie manifestu.

    1. Przy czym, chciałbym Ci powiedzieć, że trochę przy tym narzędziu majstruję. Bo z jednej strony bardzo mi służy, z drugiej czuję pewną jego niedoskonałość.

      Rzecz w tym, że w każdym tygodniu stawiałem nową listę zadań, co było by bardzo wygodne i bardzo zasadne, gdybym umiał też zamknąć wszystkie tematy w tygodniu, do którego został przypisane. No cóż, mój prokrastynator ma się dobrze i zdrowo, więc tematy się czasem przeciągają. I w obecnym układzie, musiałbym je przepisywać, a to komplikuje rzeczywistość.

      Rzeczy komplikujące rzeczywistość należy usuwać, marginalizować bo… nie są potrzebne, ale też nawet takie maleństwa mogą wysadzić w kosmos całą koncepcję, cały nawyk, całą chęć. To w sumie niezwykłe jak krucha potrafi być nasza własna determinacja.
    1. Więc co majstruję? Wprowadziłem jedną listę zadań, na której bazują kolejne tygodnie (jak już to wymyśliłem, to to jest z zasadzie oczywiste…). Dodałem nie tylko termin realizacji, ale też sygnalizację na jakim etapie dane zadanie jest. Dodałem krótki status i miejsce na określenie kolejnych kroków. Na wszelki wypadek, dodałem też priorytet, oraz – stosowaną w linkowni, opcję „już”. Wygląda to teraz mniej więcej tak:
    1. Powoli powstaje usprawnione planowanie. Jeszcze nie wszystko jest tak jakbym chciał (jak choćby to że status opublikowanego elementu nie powinen już mnie poganiać). Jak skończę testować, to poprawię dostępne szablony i udostępnię dla chętnych swój przepis. 6. Natomiast z tym planowaniem jest też jeszcze jedna refleksja, którą zresztą też sobie na stałe wpisałem w planowanie tygodnia:
    Tako rzecze Witoelho
    1. Z planowaniem wiąże się jeszcze jeden wątek – cel, czyli kierunek. Bo planuje się po coś. To planowanie ma czemuś służyć. I tu napotykam całkiem sporą trudność (moją własną, prywatną). Zaatakowała mnie w niedzielę i trochę mi od niej szumi w głowie.

      Brak mi celowości. Brakuje mi kierunku, brakuje mi celu zawodowego, osobistego. Ten cel mógłby dawać sens. Bo kiedy masz cel, to się do niego przybliżasz. Robisz krok i możesz zweryfikować, czy to krok w dobrym kierunku, czy Cię do do celu przybliżył.

      Nie nauczyłem się stawiać celów firmy, jako własnych… Publicznie takie rzeczy pisać, to może nie być najlepszy pomysł, więc od razu dodam – to nie oznacza, że nie chcę firmie w osiąganiu celów pomagać – chcę. Natomiast nie stają się one moimi celami życiowymi. Mała wielka różnica. A ja nadal jestem bezcelowy.
    2. Cele pomagają też o tyle, że można je osiągać. Można się na nich skupić. Kiedy powiesz sobie – chcę oszczędzić taką a taką kwotę – robisz to. Kiedy powiesz sobie – potrzebuję znaleźć zatrudnienie – robisz to. Kiedy powiesz sobie – chciałbym przebiec 10km poniżej godziny – dążysz do tego. To pomaga. Brakuje mi celu. Tydzień temu mi to nie przeszkadzało, nie myślałem o tym. Teraz to zobaczyłem, poczułem, nazwałem. Mam świadomość, nie mam celu.
    3. Osiąganie celów jest fajne, tym bardziej, że pozwala (jak już się zatknie ten swój sztandar na upragnionym szczycie) rozejrzeć za nowymi. Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie Finansowy Ninja (tak wielkie, że to książka, którą uważam, że każdy powinien przeczytać) i mocno uporządkowała moje podejście do finansów. Swoją drogą, muszę wrócić do spisywania wydatków, bo wersja „spokojnie, stać mnie” jest bardzo wygodna, ale… jakoś oszczędności od niej nie przybywa.
      Oszczędności to pierwszy krok (w zasadzie drugi – pierwszym jest ogarnięcie ewentualnych zobowiązań). Kolejnym krokiem są ewentualne inwestycje, a dotychczas mi z nimi jakoś nie szło. Nie szło, bo i wiedzy nie starczało. Jak wspomniałem w zeszłym tygodniu, zaczynam działać z Finaxem i ETFami, ale teraz w moje ręce (dzięki rekomendacji Marcina) trafiła:
    1. Tak więc znowu zdradzam Kahnemana.. ale Finansową Fortecę Marcina Iwucia, choć to prawdziwa cegła, czyta się bardzo szybko (przynajmniej na razie, póki ugruntowuje ona moją obecną wiedzę). Lubię książki, które zmuszają mnie do myślenia, lubię książki, które potrafią mnie wytrącić i każą stanąć troszkę obok i zastanowić się nad tym, co się robi i jak się myśli. Ledwie Fortecę napocząłem, a już:
      • dostałem trochę po uszach, za wiarę w pieniądz papierowy. Bo nie ma on oparcia o wartość, a skoro tak, to zdecydowanie zbyt zależny jest od polityków. I to nie tylko w naszym kraju, ale w zasadzie w każdym kraju naszego świata. Więc trzymanie swojego majątku w tej formie, to nie jest najbystrzejsze rozwiązanie.
      • pieniądze mają jeszcze jedną zasadniczą wadę. Ze względu na swoją konstrukcję, tracą wartość w czasie, a że czas szybko płynie, one równie szybko (a nawet szybciej) wartość tracą. Przy naszej inflacji, aby pieniądze zachowywały swoją moc nabywczą, musiałyby przyrastać około 5% rocznie. RORy są nieoprocentowane, oszczędnościowe są nieoprocentowane, lokaty w najlepszym razie trzymają się na poziomie 1% (a i to sukces). A gdzie ja trzymam swoje dotychczasowe oszczędności? Więc, że tak błyskotliwie spytam Wicie: 
    1. zostałem więc zmuszony do zweryfikowania swojego dotychczasowego postępowania i… mam tu trochę do poprawy. Jak choćby poduszka finansowa. Do tej pory, wydawało mi się, że ją mam, i że czas patrzeć w stronę inwestycji. No więc… choć Forteca nie zawiera żadnego nowego przepisu na poduszkę, kazała mi na nią spojrzeć i chwycić się za głowę, gdyż jej niedoszacowałem. Stąd plan na najbliższe miesiące – zwiększyć, zwiększyć, zwiększyć. I zastanowić się, jak ją rozdzielić, żeby nie kwitła.
      • Ale żeby nie było tak pochmurnie, to po raz kolejny przypomniano mi, że mądrą formą inwestycji jest inwestycja w siebie, gdyż jeśli uda się zadbać i zdobyć trochę większy przychód, to ten wysiłek może być wart więcej (i przynieść więcej efektu) niż najlepsza nawet inwestycja. Bo za dobrą inwestycję przyjąłbym taką, która pozwala mi mój kapitał rocznie zwiększać o… 10%? No bo… to by znaczyło, że z zainwestowanego tysiąca chciałbym po roku móc mieć 1100.

        To nie brzmi (chyba) jakoś przesadnio wydumanie (choć pewnie jest to jakiś absolutnie szalony wynik). Ale równocześnie jest to cały czas mniej, niż odsetki na jakie bank pożycza pieniądze (ostatnio Alior zaproponował 13,38%). No to te 10 może jednak nie jest absurdem.

        Od 2016 roku spisuję co miesiąc stan na swoich kontach (ilość kont nie mnoży posiadanych na nich środków, prędzej mnoży koszty z kontami związane). Żeby było zabawniej, zacząłem to robić w październiku, więc mogłem szybko i sprawnie sobie to porównać i… cholera… w pierwszym roku +30%, w drugim roku + 30% , w trzecim +30%, w czwartym -15% (ale to dlatego, że trochę pieniędzy mam u ludzi). Ja wiem że baza niewielka, przez co o wzrosty łatwiej, ale… trochę przybiłem sobie wirtualną piątkę.
    2. W tym temacie, taki prosty tweet:

    cholera… tzn. technicznie, w innym życiu ja już zarobiłem jakieś pieniądze w Internecie. Tylko wtedy to trochę bardziej Sławek niż ja, ale… no da się. I to wcale nie było takie cholernie trudne. Może jednak więc warto by się tu było zastanowić….

    1. Skoro już o książkach mowa, w ostatnim czasie skończyłem czytać „Ślepnąc od świateł” oraz słuchać Bernarda Minier – Nie gaś światła. Ta druga pozycja to kryminał, cykl o komisarzu Servaz. Dość klimatyczna, dość mroczna (choć nie tak mroczna jak Lemaitre) i po wysłuchaniu tej książki mam wrażenie, że Minier bardzo nie lubi swoich kobiecych bohaterek. Nie ustaje w wysiłkach aby sprawić im krzywdę. Natomiast Ślepnąc…
    2. Ślepnąc… Najpierw oglądałem serial, potem sięgnąłem po książkę. Z serialu zapamiętałem przede wszystkim koszmarnie drewniane dialogi i mistrzowskie aktorstwo starej gwardii. Pazura, Chabior, ale przede wszystkim Frycz robili niesamowitą robotę, niesamowity klimat 
    1. A książka… Cóż.. ma swój klimat, ma swój urok, ale dialogi są równie drewniane, co w filmie. Pewnie taki był zamysł autora, ale to potrafi czasem irytować czytającego. Natomiast ma też fragmenty, które zupełnie inaczej brzmią kiedy się je czyta tylko oczami po słowach wędrując, a zupełnie inaczej wybrzmiewają, kiedy się je czyta na głos. Ciekawe, czy autor zrobił to z premedytacją, czy chciał by ludzie spróbowali przeczytać jego tekst na głos.
    2. A skoro ślepnąc od świateł, to czas na sen. Już wspominałem o tym, że to niespodziewanie ważny aspekt naszego życia, że wpływa na zdrowie, efektywność i na kondycję psychiczną. Że odmawianie sobie snu jest złym pomysłem. Natknąłem się na taki artykuł, który wręcz mówi że „sen to hack produktywności„. Ja mimo wielu składanych sobie obietnic, chodzę spać późno.

      Odkąd mam opaskę (i zaskakuje mnie to, że w zasadzie towarzyszy mi ona non stop), dostaję też rano podsumowania swojego snu. I opaska twierdzi / podpowiada jakiej jakości sen miałem i tu rzut oka na wyniki z ostatnich trzech dni:
    1. Zaciekawił mnie ten „deep sleep”. Co zacz i kto zacz. Ile tego snu powinienem dostawać? I co zrobić, żeby dostawać go więcej? Z tego co udało mi się przeczytać wynika, że – ilość głębokiego snu maleje z czasem, że może wynosić około 2h kiedy jest się przed 30, i niewiele ponad 30 minut (lub mniej) kiedy ma się ponad 65 lat. To ta faza snu odpowiada za wypoczywanie i regenerację. Będę się jej przyglądał dalej. Na razie sprawdzam, czy korzystanie z medytacji i ćwiczeń oddechowych przed snem, poprawia jego jakość.
    2. Tu jeszcze jeden ciekawy artykuł o badaniach nad snem. Potrzebujemy 7.5h snu dziennie. Kto z nas tyle dostaje? I co ciekawe, faza REM u dzieci trwa dużo dłużej, bo do wieku 2,5 roku pozwala na gwałtowny rozwój mózgu, tworzenie i wzmacnianie połączeń neuronowych, potem nagle przechodzi w tryb utrzymania tego, co udało się zbudować przed pierwszych 30 miesięcy. Żeby było ciekawiej podobny proces ma zachodzić także u zwierząt (tylko proporcjonalnie krócej, ale mniej więcej do tego samego momentu rozwoju).
    3. Czy wiecie że ruszył nowy sezon Śledztwa Pisma? Pierwszy zrobił na mnie niesamowite wrażenie, ciężko się było oderwać, ciężko było uwierzyć. A już teraz możemy poznać nową, historię kryminalną rodem z Polski. Posłuchajmy… 
    4. Bo przecież nie powinno być nic trudnego dla gwiazdora reprezentacji Bułgarii i Barcelony żeby pobawić się skakanką…

     równocześnie, jestem pod wielkim wrażeniem tego, co potrafi tylko trochę od niego starszy Cruyff. Aż sprawdziłem ile lat ma tu Cruff – 48. Tak, chciałbym mieć taką sprawność mając 48 lat. W kurtce puchowej…

    1. Ponieważ jesteśmy przy piłce, to to jest wyjątkowy wątek:

    Powtarzam, wątek. Tego w linku jest więcej.

    1. Teraz mamy dwie możliwości. Pójść po skojarzeniach władzy, albo po skojarzeniach sportu… Może zacznijmy od sportu. Bo to jest niesamowite, że kiedy tylko wymyślisz sobie jakieś ograniczenia, to przychodzi ktoś i mówi Ci – ograniczenia? Kochany, to nie dla mnie.

    Wow, no wow.

    1. Niestety, po drugiej stronie tego samego zwrotu, są też politycy. Ci Polscy. Nie całkiem umiem tę myśl schwycić, ale mam taki wewnętrzny zgrzyt, który mówi, że jest coś poważnie niewłaściwego w tym, że ludzie, którzy powinni odpowiadać przed trybunałem za swoje działanie, bezkarnie nadal bawią sie w rządzenie.
      Za co przed trybunałem?
      Za psucie (moim zdaniem) naszego kraju.
      Za traktowanie go jak prywatny folwark.
      Za nieodpowiadanie za nic.
      Za to, że przepieprzyli pół roku, i nie zrobili nic, aby przygotować się, przygotować nas do nieuchronnej drugiej fali.

      Jestem pełen obaw wobec sytuacji, jaka czycha na nas za rogiem i jestem przerażony indolencją i brakiem jakiejkolwiek woli żeby nad sytuacją zapanować, po stronie rządu.

      Bo ważniejsze jest dobrze się bawić i okładać się łopatkami w piaskownicy.
    2. CoVID ma też jedną cechę, o której nie myślimy. Jest pierwszym wydarzeniem naszego życia, które zmienia radykalnie świat, jaki znamy.
      Nasi dziadkowie mieli świat przed wojną, wojnę i po wojnie – radykalne zmiany.
      Nasi rodzice znali świat PRL i przejście do wolnej, kapitalistycznej Polski.
      My przed ostatnie 30, 35 lat nie mieliśmy okazji doświadczyć wydarzenia, które nagle przestawia rzeczywistość. Aż do CoVIDu.

      Ciekawe czy będziemy dzielić nasze życie na przed i po CoVIDzie. Bo zakładam, że przed nami życie po CoVIDzie, ale… przyjdzie nam na nie poczekać jeszcze rok. Niezależnie od tego, jak bardzo groźne miny i głupie słowa wypowiadają miłościwie nam (i nie nam) panujący.
    3. A właśnie. Mistrz ceremoni, taki piękny, taki hAmerykański, który tak wiele nauczył się o wirusie, że teraz będzie nas przekonywał, że nie ma się czego bać (pod warunkiem, że masz do dyspozycji najlepszych medyków świata). Tylko… czy byłoby Cię na nich stać, gdybyś kochany nie był tam, gdzie jesteś? Niekoniecznie…
      Z tej okazji zabiorę Cię w interesującą podróż po świecie finansów, wzlotów i upadków biznesowych Trumpa. Ciekawa w treści, ciekawa w formie.
      NYT chyba najlepiej wykorzystuje możliwości jakie daje online do przedstawiania treści.
    4. Inna rzecz – potrzebujemy też tych słów otuchy i motywacji – że damy radę, że nasze rodziny, nasze społeczności, nasze społeczeństwa, nasze narody i nasza ludzkość ogarnie zmagania z tym wirusem. Tylko niekoniecznie chcemy słyszeć je wypowiadane przez klaunów i kłamców. Za mistrzem Młynarskim
    I w mądrych ludziach przygasł duch, 
    Choć ciągle im tłumaczę, 
    Że gdy to samo śpiewa dwóch, 
    To nie to samo znaczy!
    1. A tu jeszcze jedna ciekawa obserwacja dotycząca tego, jak można rozumieć te finansowe zabiegi prezydenta (bądź, co bądź) Stanów Zjednoczonych: 
    https://twitter.com/adamdavidson/status/1310929478030426112?s=20
    1. Jako że jesteśmy przy wygibasach.. .to ja nie wiem czy mnie to bardziej zachwyca, czy przeraża… w każdym razie mój błędnik mówi – nie, jednak nie, może jednak nie próbuj:
    https://twitter.com/FigenSports/status/1311982094424379392?s=20
    1. Ciekawa rzecz, niemal dostałem choroby lokomocyjnej przyglądając się tej przejażdżce Kubicy:
    1. I na koniec taka obserwacja czysto fizyczna… Nieoczywista 😉 
    https://www.youtube.com/watch?v=mBaT7hdqDu8
    1. W ostatnim punkcie spróbuję Cię jeszcze zachęcić do bazgrania. Bez celu. Dla przyjemności pisania. Bo z tego pisania / bazgrania / szlaczków, pojawiają sie myśli całkiem niespodziewane, nieoczywiste. Mnie na ten przykład pozwoliły zastanowić się, czy przypadkiem nie odkryłem mojego wewnętrznego impostora. Kiedy został tak ślicznie nakarmiony, że trzyma się mocno do dziś…

    Droga czytelniczko, drogi czytelniku, czy uważasz, że powinienem mocniej promować tygodniówkę? Bo może czytasz ją jedynie / aż po znajomości, żeby Witowi przykro nie było… Dlatego pytam wprost – czy powinienem spróbować wyjść z nią na szersze wody?

    A jeśli tak, to czy masz pomysł, gdzie powinienem z nią uderzyć? Bo wiesz, szewc bez butów chodzi, a ja mając trochę ze strategią komunikacji digitalowej do czynienia, nie bardzo wiem czy powinienem ani jak powinienem się promować.

    To jest ten moment, w którym prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) mogę zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

  • Czy możliwa jest odręcznie pisana tygodniówka? #39

    1. Wbrew mądrym powiedzeniom (nie mów hop póki nie przeskoczysz) podzielę się z Tobą wrażeniem, że przed Tobą (ale i przede mną, bo pisałem to zdanie jako pierwsze) naprawdę fajna tygodniówka. Kiełkowała w mojej głowie już od kilku dni, doklejałem w myślach do niej kolejne elementy i jestem bardzo ciekaw ostatecznego kształtu, ale mam to wewnętrzne wrażenie – będzie dobrze. Będzie naprawdę dobrze. To nie jest częste uczucie. Tym bardziej mam nadzieję, że pod koniec czytania będziesz mieć (będziemy mieć) takie samo wrażenie. Niemniej jednak, najlepsze nawet uczucie nie wystarczy i nie przeczytasz najlepszej nawet tygodniówki, jeśli jej nie napiszę. Zatem do dzieła.
    2. Tygodniówkę najczęściej piszę w Notion, próbowałem Ulyssessa, ale się nie dogadaliśmy. Tę tygodniówkę piszę na tablecie (przynajmniej zaczynam), ale wykorzystuję zewnętrzną klawiaturę, bo pisanie dłuższego tekstu na wirtualnej nie jest wcale wygodne. Od niedawna mógłbym spróbować pisać z wykorzystaniem Apple Pencil i funkcji Scribble, jaką Apple wprowadził w najnowszym iPadOS. Tylko że nie do końca.
    1. bo iPad dużo lepiej radzi sobie, kiedy piszę po angielsku
    1. Ale… niech żywi nie tracą nadziei. Co prawda nie od Apple, ale od Nebo, ale jest aplikacja która nawet z moim pismem i językiem polskim sobie radzi. Prosz:

    A pomyśleć, że kiedyś myślałem że przyszłością jest gadanie do iPada i w ten sposób tworzenie wpisów. Gdyby istniało w latach 90tych, moja polonistka pokochała by nebo…

    1. Kilka wniosków z tym moim pisaniem związane. Po pierwsze, pisania rysikiem na ekranie trzeba się nauczyć, to nie jest (przynajmniej dla mnie) tak samo naturalne jak pisanie ołówkiem po papierze. Po drugie, jestem bardzo ciekaw, czy z czasem moje pisanie się poprawi, bo – taka hipoteza – może jednak bazgram tak strasznie nie tylko dlatego żem dysgrafik, ale także dlatego, że za mało się do tego przykładałem i znowu istotą poprawy może być świadome ćwiczenie. Wreszcie po trzecie, okazuję się że takie pisanie na ekranie jest dla mnie całkiem przyjemnie i może to będzie ta poszukiwana forma pisania dziennika.
    2. Bo tu kolejna seria wniosków – pisanie odręczne jest bardziej intymne od pisania na klawiaturze. Jest wolniejsze, wymaga więcej wysiłku. Równocześnie daje czas na to, żeby pomyśleć, żeby słowa w głowie poobracać, posmakować je.

      Komputery rozpieściły nas w masowym tworzeniu słów. Ponad miarę i ponad potrzebę. Tworzymy słowa w ilości, starając się nimi nadrabiać jakość. Gdybyśmy mieli pisać nasze maile odręcznie, byłoby ich mniej, byłyby treściwsze, a tak robimy nasze „trrrrrrt” na klawiaturze i okazuje się, że tekst napisany, mail wysłany, robota zrobiona. Brawo my.

      Co gorsza, pisząc więcej (wszyscy i w masie), zupełnie nie zwracamy na to, czy ktoś inny ma czas czytać te nasze elaboraty. Zazwyczaj nie ma, ale co nas to obchodzi. Wszakże my celebrujemy nasze klawiaturowe „trrrrrrt”
    3. Napisał Wit robiąc siódmy punkt tygodniówki o pisaniu. Choć mam na swoją obronę to, że Ty, drogi czytelniku, droga czytelniczko, celowo i świadomie otwierasz maila ode mnie. W swoim wolnym czasie, dla swojej własnej przyjemności. Dziękuję.
    4. Jeszcze jedna niesamowita rzecz – pamiętam jak jeszcze kilka lat temu pracując na ThinkPadzie obróbka plików NEF wymagała cierpliwości przy komputerze, bo były to tak duże pliki, że laptop sobie z tym po prostu nie radził. Teraz NEFY obrabiam na Ipadzie Pro w darmowej aplikacji Darkroom „on the fly”, w hotelowym pokoiku.

      Inna rzecz, że do tego, aby te NEFy na iPada zgrać przydałaby się przełączka za prawie dwieście złotych (da się to obejść przez komputer, czytnik kart i pendrive z usb-c). Żyjemy w niezwykłych czasach. Tak wiele umożliwiających, tak wiele upraszczających.
    5. Swoją drogą, Darkroom jest wystarczająco kumaty, żeby ogarnąć NEFy, ale nie dość kumaty, żeby umożliwić zmianę nazwy pliku (nie mówiąc o działaniu hurtowym), zmienić rozdzielczość pliku wyjściowego czy umożliwić jakieś sensowne uporządkowanie… Nie można mieć wszystkiego.
    6. Właśnie.. Czy my aby na pewno chcemy mieć tyle wyborów? Czy te wybory są nam potrzebne? Biorąc pod uwagę efektywność TikToka (dobór treści dla widza bez angażowania widza) vs. czas spędzany aby znaleźć coś ciekawego do obejrzenie na Netflxie.

      Scott Galloway proponuje przełożenie tego o krok dalej. Zwraca uwagę na to, że tak jak obserwowaliśmy rozkwit ecommerce, które podgryza klasyczny commerce, to wkrótce – pomijając m-commerce (mobile) – wejdziemy w świat a-commerce. Handel prowadzony przez algorytmy. Zakupy dokonywane przez algorytmy, bo naprawdę nie mamy ochoty (ani nie bardzo potrzebujemy) decydować czy chcemy jogurt tej czy tej firmy, a może mleko tego czy tego producenta, albo piwo z tego albo tego browaru. Za dużo możliwości.

      Swoją drogą, ciekawe jaki to będzie miało wpływ na brand marketing… kiedy okaże się, że firmy będą musiały ogrywać algorytmy sieci handlowych tak, jak muszą grać wedle reguł facebooka. Pamiętajmy jednak, że nawet w 2020 roku ludzie nie rozumieją, że Facebook jest po to, aby zarabiać na ich złudzeniu tworzenia społeczności, a nie po to, aby dzięki nim z ludźmi docierać z naszą (jakże zawsze ciekawą) komunikacją. W każdym razie – ciekawy komentarz Gallowaya
    1. Ostatnio mam dziwną przypadłość przyglądania się temu, jak korzystam z YT. Po pierwsze – wkurzają mnie yt’bowe reklamy. Przesyt ich mam, efektywności nie dostrzegam. Po drugie coraz częściej oglądam YT w tempie x1.5. Po trzecie, coraz częściej przeskakuję do przodu o 5 sekund, często nawet kilkukrotnie (na komputerze kursor w prawo, na tablecie / telefonie – „tapnięcie” w prawą część ekranu). Wszystko aby minimalizować ilość przepalanego czasu… Do tego jeszcze dzisiaj wrócimy.
    2. Wspominałem o handlu, wspominałem o marketingu, czas na trochę własnych obserwacji w związku z tym, że już niedlugo Tesco naprawdę zniknie z naszego polskiego otoczenia. Jak to możliwe, co takiego się wydarzyło, że sieć która jeszcze na początku drugiej dekady XXI wieku była drugą największą siecią handlową w Polsce, z początkiem trzeciej żegna się z krajem nad Wisłą i to niepyszna. Jak w każdej (pięknej) katastrofie to nie był efekt jednego wydarzenia. To raczej seria niefortunnych zdarzeń. Mój, bardzo subiektywny przegląd powodów:
      1. Wieloformatowość, a może nawet chaos w owej wieloformatowości. Biedronka wszędzie była mniej wiecej tego samego rozmiaru. Lidl tak samo, Kaufland również. Auchan – wszędzie tak samo absurdalnie wielki. A Tesco? Tesco chciało być supermarketem, compact hipermarketem, hipermarketem, sklepem Extra, pasażem handlowym. Do tego dochodziły jeszcze dawne przejęcia i różnice pomiędzy sklepami tego samego formatu.
      2. Tesco bardzo chciało budować wizerunek sieci wielkopowierzchniowej, podczas gdy większość klientów miała styczność raczej z formatem supermarketu (bo było ich radykalnie więcej ok. 80 hiperów vs 300 supermarketów). No i był trochę zgrzyt, bo trochę co innego znajdziesz w hipermarkecie, co innego w sklepie ciut bardziej osiedlowym.
      3. Zmieniły się zwyczaje zakupowe Polaków. Zamiast jeździć na wielkie zakupy co jakiś czas, okazało się że można robić częstsze zakupy w Biedronce, która jest na każdym rogu. A nie, na każdym rogu jest żabka, ale przy takim nasyceniu biedronek, jakiś absurdalnie wysoki procent naszego społeczeństwa (obstawiam około 90%) ma swoją Biedronkę nie dalej niż kilometr od domu. O.o. Kryzys vel okazja w przebraniu nauczył nas też, że ta Biedronka oferuje całkiem niezłe produkty, więc…
      4. Więc tu się aż proszą dwa równoległe podpunkty.
        D1 – Lokalizacje. Mój ukochany przykład to Tesco w Kłaju, które wszędzie dookoła otoczone jest piękną zieloną puszczą.

    Nie mam pojęcia kto mialby do tego sklepu jeździć. I po co. No właśnie, po co? Tu potrzebny jest równoległy podpunkt
    D2- powód pojechania do Tesco. Mam taką swoja własną roboczą teorię, że każda sieć jest jakaś i sklepy każdej sieci są jakieś.
    Żabka jest wszędzie i do Żabki wbijasz po Szamkę, Piwko i papierosy.
    W Biedronce robisz codzienne zakupy.
    Do Auchana jeździsz jak masz za dużo czasu i lubisz powybrzydzać.
    Do Lidla – śmiem twierdzić każdy klient Lidla ma produkt, po który specjalnie do Lidla jedzie i uznaje zakupy za udane, jak ten produkt znajdzie. Dla mnie to chusteczki i bułki fińskie, dla kogoś będą ciastka korzenne, albo Pesto, dla jeszcze kogoś parówki. Każdy taki produkt ma.
    A Tesco? Po co miałbym jechać do Tesco? I jak bardzo muszę być w tej swojej misji zakupowej zdeterminowany, żeby jechać przez pół miasta po jakiś produkt, który jest właśnie w Tesco, mijając wszystkie inne sklepy po drodze.

    e. Chaos produktowy. Tesco wprowadzało marki własne (oraz private label – podobnie jak Biedronka czy Lidl) tylko trochę dziwnie. Zaczęło się od wprowadzenia marki Tesco Value (ukłony dla Czesuawa), która była z jednej strony spójna na całej szerokości swojego asortymentu (spójna, to znaczy łatwo rozpoznawalna niezależnie od tego, czy kupujesz orzeszki, ryż czy makaron). Tylko że Value, to jakość za rozsądną cenę, czyli tak tanio jak tylko się da, jak długo nie będzie szkodliwe. I to budowało percepcję Tesco.

    Sklepy Tesco były postrzegane jak produkty Tesco – value. Tym bardziej, że marka Tesco Standard (tak, była taka) była w każdej kategorii układana do lidera kategorii. Czyli – Mleko Tesco miało wyglądać jak Łowicz, ciastka Tesco jak Delicje, chipsy jak Lays itp. Więc choć to były produkty dobrej jakości w dobrej cenie, to za każdym razem kiedy sięgałeś po ten produkt z trochę innej kategorii, musiałeś się upewnić, czy aby na pewno właśnie to chcesz kupować, czy to jednak podróbka.

    Była jeszcze próba ratowania przez Finest, ale… czy Ty wiesz czym jest Tesco Finest?

    f. to już szósty punkt i on też nie będzie o działaniach konkurencji, ale o ludziach w firmie. Bo ludzie w Tesco są i byli absolutnie fantastyczni. Tylko organizacja zupełnie nie potrafiła tego wykorzystać, a Ci ludzie nie wiedzieli co robić. Brakowało kierownictwa, które rozumie sytuacje, potrafi określić kierunek i się go trzymać. Zamiast strategii była głównie taktyka, która zresztą zbyt często zmieniała się w razie doraźnych potrzeb.

    g. Moim zdaniem każdy z powyższych punktów, a zwłaszcza ich suma, sprawia, że Tesco było jak krowa na lodowisku, nie trzeba jej pomagać żeby się… Ale zamiast cierpliwie czekać, Lidl postanowił zaangażować ze strony marketingowej (popierając to dobrą organizacją, dobrą strategią, dobrymi produktami, dobrymi ludźmi). I zaczął wydawać bardzo dużo na marketing. A jak wielokrotnie przypomina Mark Rittson – chcesz mieć większe udziały w rynku? Musisz wydawać odpowiednio więcej. I wydawał. I wydawał. I choć wszyscy patrzyli na to z niedowierzaniem, Lidl wciąż wydawał. I wydawał. Doszedł do poziomu banków i telekomów. I nadal jeśli chodzi o wydatki marketingowe bije się tylko z farmaceutami. A Tesco nie całkiem rozumiejąc co się dzieje, najpierw tego nie widziała, a potem oglądała tylko plecy konkurencji.

    1. Wita kolejne przygody finansowe. Pisałem o swoich pomysłach, o tym że umiem oszczędzić 1000 złotych bez wysiłku, o tym że daje sobie tygodniówki, o tym że zbudowałem sobie jakąś poduszkę (nie za wielką, ale jest). Od czasu do czasu uświadamiam sobie, że dobrze by było nie tylko oszczędzać i trzymać pieniądze na koncie oszczędnosciowym (bo 0% to takie fajne oprocentowanie oszczędności), albo na lokacie (1% przy dobrych wiatrach). I do tego złotówka to taka.. waluta pewnej troski. Ale nasza, więc hołubię. Patriotyzm patriotyzmem, ale licho nie śpi. Kilka lat temu uznaliśmy z siostrą, że trzeba zamiast trzymać garść złotówek, trzymać garść funtów. Jak myślisz, w którym momencie kupiliśmy funty?

    Od jakiegoś czasu przyglądam się ETFom. Bo to ma być dobre rozwiązanie dla tych, którzy chcą skorzystać z rozwoju giełdy, a nie mają w tym doświadczenia i niekoniecznie chcą poświęcać dziesiątki godzin, aby szukać spółek wartych inwestowania, a nie chcieliby zostać ogoleni przez prowizje (bo to właśnie w wysokości prowizji drzemie ogromna moc sprawcza – warto obejrzeć Johna Olivera). Więc ETF. No i znowu sprzyjające okoliczności i coś, co dla klanowiczów przygotował Michał Szafrański sprawiło, że z początkiem września trochę swoich pieniędzy w ETFy włożyłem. I co? I co?

    Ok. To jest tylko jeden indeks (S&P 500), ale on dość dobrze obrazuje efektywność (krótkoterminową) mojej inwestycji. Ja tu dostrzegam pewną prawidłowość. Tym bardziej boję się, że jak wreszcie kupię sobię tę pierwszą złotą monetę, to zachwieję całym globalnym rynkiem złota. Nie wiem czy mam w sobie tę śmiałość. Naprawdę nie wiem.

    1. Jedna rzecz, która poprawia mi humor. Po pierwsze, w ETFy chcę odkładać trochę swoich pieniędzy w perspektywie 20 lat. A po drugie wykres S&P 500 w dłuższej perspektywie wygląda tak
    1. Żeby było zabawniej, ma ogromne znaczenie, czy kupujesz na otwarciu i sprzedajesz na zamknięciu, czy sprzedajesz na otwarciu i kupujesz na zamknięciu. Jak dużą różnicę? O taką:

    I oczywiście, ze covid tu też namieszał i odwrócił cykl 😉

    1. Bardzo ciekawa prelekcja o prokrastynacji. 

     Może autor ma rację, może wcale się tak bardzo nie różnimy, tylko mamy trochę różne deadliny 😉

    1. Gdzieś mi po świadomości przemknął już ten arkusz, który widać na końcu prelekcji, ale wtedy jakoś mnie nie wzruszył. Może dlatego, że nie był mój. Mój wygląda tak:

    jestem zieloną kropeczką. Hmm… więc już wszedłem na drugą kartkę. Pierwsza przeleciała zanim się zorientowałem, a trzecia, zwłaszcza ta część na niebiesko, jest na mocny kredyt. Taka perspektywa.

    Jeśli to dla Ciebie niezrozumiałe – każdy kwadracik, to jeden tydzień. Każdy wiersz – rok. To jest kalendarz mojego życia z lotu ptaka.

    1. Przechodzimy do wagi lekkiej. Jedną z nowinek, którą wprowadził iOS 14 jest możliwość mini aplikacji, które można wykorzystywać bez ściągania i instalowania ich na swoim telefonie. Tak to może wyglądać:

     i mam wrażenie, zę sudoku z emotek nie jest wcale łatwe do zrobienia;)

    1. Jak nie idzie, to nie idzie. Jak ma wpaść, to wpadnie. 
    1. Kiedy ktoś Ci oddaje coś, co wydawało się już na zawsze stracone. Emocje przechodzą przez ekran. 
    https://twitter.com/RexChapman/status/1310631340883275776
    1. Na czym polega nierówność wobec podatków? Taka mała reprezentacja:
    1. Ale tak wysoko to nie podskoczysz. Ja nie podskoczę? Ty nie podskoczysz. Potrzymaj mi piwo.
    1. Ściągawka dla każdego preppersa: 
    1. Kiedy myślisz sobie, że coś musi być nie tak z naszymi politykami, weź pod uwagę następującą zależność: 
    1. Miałem się pochwalić czymś sportowym. Chętnie. Chwalę się.

    Tysiąc ćwiczeń przez 1007 dni. Pierwsze ćwiczenia? 26 grudnia 2017 roku. Najdłuższy łańcuszek ponad 230 dni. To mi się trochę w głowie nie mieści. To się nie miało prawa udać.

    1. I na drugą nóżkę, podzielę się najprostszym a bardzo smacznym deserem prosto od Jamiego Olivera – Trochę ricotty, trochę miodu, kilka ziaren roztartych w moździerzu. Et voila:

    Spróbuj. Naprawdę warto.

    1. A to po prostu ładne jest. I smaczne jest. Albo przynajmniej smacznie wygląda. Ślinka cieknie:

    I… jak oceniasz tę tygodniówkę? Czy udało mi się dowieźć rozbudzone w pierwszym punkcie oczekiwanie? Mam nadzieję że tak. Mam nadzieję, że widzimy się za tydzień.

    Bo za tydzień… będzie o śnie. O czytaniu na głos. O Trumpie (i jego pieniądzach). O tym co zmieniłem w swoim planowaniu… tak, już wiem co będzie za tydzień, bo uznałem, że jak to wszystko wpakuję w tę jedną notkę, to już więcej do mnie nie wrócisz z przesytu…

    To jest ten moment, w którym prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) mogę zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

  • A więc wojna – Tygodniówka #38

    1. Zdaje się, że tygodniówka jest lepsza, kiedy nie ma w niej polityki. Zwłaszcza polskiej. Co do zasady świat jest chyba lepszy, kiedy nie ma w nim polityki. Niestety, czasem nie umiem się powstrzymać, zwłaszcza gdy czytając Dziennik Gazetę Prawną trafiam na wywiad z panią Jadwigą Emilewicz.
    2. Pani Jadwiga jest ministrem ds. rozwoju, jest także wiceministrem polskiego rządu (stan na godzinę 9.00 w piątek, 25 września, bo jak wiemy to się może jeszcze pozmieniać). W każdym razie, sądząc po tytułach i stanowisku, pani Jadwiga jest szychą w polskiej polityce. Pani Jadwiga wie, co mówi, pani Jadwiga ma wpływ na rzeczywistość. Jeśli pani Jadwiga nie ma wpływu, to nie wiem kto w tym kraju może mieć wpływ na cokolwiek.
    3. W każdym razie, pani Jadwiga mówi, że jesteśmy na wojnie (kulturowej) i jej (Jadwigi Emilewicz) najważniejszym celem dla którego jest w polityce, to wziąć udział w tej wojnie. Drugim powodem bycia w polityce pani Jadwigi, jest „utrzymać fundamenty prawa naturalnego, na których zbudowana jest nasza cywilizacja„. Prawem naturalnym jest rodzina jako związek mężczyzny i kobiety, oraz ochrona życia najsłabszych.
    4. Odnoszę wrażenie, że najważniejszym orężem w tej wojnie, jest katecheza i różaniec, a największym wyzwaniem – tęczowe piątki. I myslę sobie, szczęśliwy to kraj, w którym najważniejszym problemem dla wicepremiera rządu są tęczowe piątki.
    5. Swoją drogą, jak rozumiem, problemem tęczowych piątków jest to, że mają akceptować niezgodne z prawem naturalnym postawy seksualne. A nie jest przypadkiem tak, że tęczowe piątki mają / mogą promować szeroko rozumianą akceptację wobec każdej różnorodności?

      Otwartość wobec ludzi innych, niż my.

      Tolerancję.

      Jeśli dobrze rozumiem, to jest kwestia zakomunikowania i zaakcentowania: w naszym społeczeństwie możesz być sobą i jest tu dla Ciebie miejsce.

      Nie dlatego że się nam podobasz, ale dlatego że takie są nasze zasady. Takie jest nasze (polskie) prawo. Przynajmniej tak mi się do nie dawna wydawało, że takie jest nasze prawo. I z tym mamy problem? To jest najważniejsza kwestia dla wicepremiera?
    6. Aaaa… właśnie. Obrona prawa naturalnego. Fundamentu naszej cywilizacji. Przepraszam, ale co? Jaka jest definicja prawa naturalnego? Gdzie są jakieś paragrafy? Gdzie jest cokurdekolwiek o co można się w tej kwestii oprzeć. Może jest jakiś kodeks?

      I czy przypadkiem nie jest tak, że cywilizacja jest efektem narzucania zasad ograniczających prawo naturalne (prawo silniejszego), na rzecz równości prawa wobec całego społeczeństwa? Jak ładnie dowodzi Harari w „Sapiens” nie warto ryzykować trwałości praw „rzekomo naturalnych”, ponieważ są one, dziwnym zbiegiem okoliczności, zmienne w czasie i są one wszystkie wymysłem człowieka.

      Nie jest wymysłem człowieka prawo powszechnego ciążenia i prawa dynamiki. Nie jest nim prawo zachowania momentu pędu – one istnieją bez naszego udziału, umiemy je dostrzec, ale nie zmieniać je. A takie prawa człowieka, kodeks wyborczy, podatkowy już tak. Ręką ludzką napisane, ręką ludzką zmienione.
    7. Zresztą, zapytajmy specjalisty. Czy prawa naturalne są wymysłem człowieka i można je zmieniać (jeśli zajdzie taka potrzeba)?
    1. A skoro jesteśmy już przy prawach natury, tu foka chyba próbowała upomnieć się o swoje prawa u orki
    https://twitter.com/NatureisScary/status/1200249776916353024
    1. Co ciekawe, przeciwnikiem w tej wojnie nie są ludzie, tylko jak już zostało nam wyjaśnione, ideologia. Jak się zwalcza ideologię? Jak się prowadzi z nią wojny? Ideologia jest – tak mi się zdaje – czymś ulotnym, a z drugiej strony, czymś co nie istnieje bez ludzi. Ideologia nie jest napisem na murze, albo zatkniętą gdzieś flagą. Nie stoi za nią niewidzialna ręka rynku, której nie można schwytać, zamknąć, wykręcić, pobić. Zapytajmy eksperta. Czy można walczyć z ideologią, nie walcząc z ludźmi?

    Cholera… Ten ekspert to ma łeb…

    1. Więc jeszcze raz. Wicepremier rządu (stan na 12.00 w piątek, 25 września) uznaje za najważniejsze w naszym kraju, w XXI wieku, jest wygranie wojny kulturowej. Swoją drogą, jakby to miało wyglądać? Jednomyślność? Jednoideowość? Jest jeden Wódz, Wódz wszystko wie i wódz ma zawsze rację? W imieniu Wodza można wszystko? Wódz wie co jest dla Ciebie dobre, wódz powie Ci kiedy jesteś szczęśliwy, Wódz powie kto będzie Twoim mężem lub żoną? W co my gramy? I nie można być innym niż Wódz chce, bo wtedy nie jesteś „Nasz”?
    2. I nie, to nie oznacza, że podoba mi się wszystko, wobec czego proszę o tolerancję (no helllou, na tym polega tolerancja – otwartość i zrobienie przestrzeni na coś, czego nie rozumiem, co nie jest w moim światopoglądzie, co mi nie służy i mnie nie zachwyca). I nie, to że ktoś jest inny, nie oznacza, że muszę z nim toczyć wojny. To że ktoś jest inny, nie oznacza, że muszę go naprawiać albo poprawiać. Nie, to że jestem silniejszy nie daje mi prawa zmuszania go do zrezygowania z siebie.
    3. Może też być tak, że to wszystko komplikuje seksualność. Bo nam się wszystko z seksem kojarzy i kiedy myślimy sobie o jakiejś odmiennej orientacji, to widzimy siebie w tej sytuacji i myślimy sobie „bleh”.

      Ok… a teraz po pierwsze, pomyślmy, że ktoś uzna naszą – zgodną z prawem naturalnym – seksualność za bleh.. czy to sprawia, że dla nas ona jest bleh? A może nikomu nic do tego, jaka ta nasza seksualność jest pod warunkiem, że nikomu jej nie narzucamy? Ale to wciąż seksualność, trudno wobec tego podejść bez emocji.

      To – po drugie – zmieńmy trochę język, zmieńmy kontekst. Porozmawiajmy o zupach. Odkąd usłyszałem ten Ted Talk, zakochałem się w porównaniach kulinarnych, i dlatego proszę Cię, abyś wyobraził(a) sobie, że lubisz pomidorową, bo smaczna. A komuś innemu smakuje ogórkowa. Albo czosnkowa. Nieistotne. Tym od pomidorowej, nie przeszkadza, że Ogórkowi lubią ogórkową. Są tacy, którzy lubią tylko jeden rodzaj zupy, albo wybrane rodzaje zupy. Są takie zupy, których nie chcesz próbować, ale rozumiesz, że innym to może być w smak, i to jest ok. Nie zaglądasz im do talerza, nie zaglądasz im do garnka, nie obrzydza Cię co jedzą. Nie rościsz sobie większych praw dlatego, że lubisz pomidorowe, nie odbierasz nikomu prawa dlatego, że lubi ogórkową. Nie przeraża Cię myśl, że w szkole / w pracy / w kinie spotykają się ludzie, którzy lubią różne zupy.

      Bo to nie ma żadnego znaczenia. Nie przyznaje, ani nie odbiera żadnych praw. Nie daje podstaw do tego, aby wszczynać o to wojnę.
    4. Krzysztofie, czy to prawda, żę niektórzy mogą lubić pomidorową, a inni ogórkową?
    1. A co na to powie miś? 
    https://twitter.com/NatureisScary/status/1309193886116573185
    1. Inna rzecz, kiedy szukałem linku do wywiadu z panią wicepremier, trafiłem też na taką jej wypowiedź:

    Ten rok to nie jest czas na oszczędzanie – mówiła we wtorek na Forum Ekonomicznym wicepremier, minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. Wskazała, że nadmierna fetyszyzacja długu czy skąpstwo minionych 10 lat mogłoby doprowadzić do konsekwencji, z którymi znacznie trudniej byłoby się mierzyć.

    Jak podkreśliła wicepremier Emilewicz podczas panelu inaugurującego Forum Ekonomiczne w Karpaczu, w wyniku pandemii po raz pierwszy Europa „solidarnie zdecydowała się zaciągnąć wspólnotową pożyczkę” – społeczny międzypokoleniowy dług w słusznej sprawie

    1. Cholera, nie wiem gdzie zacząć.
      Kiedy wicepremier mówi mi, że nie czas oszczędzać, to robi mi się ciasno przy kołnierzyku.
      Kiedy wicepremier mówi mi o fetyszyzacji długu, to robi mi się miękko w kolanach i nie jest to zdecydowanie przyjemne miękko.
      Pragnę też zaznaczyć, że jak szerokie pole do popisu znajduje się między nie oszczędzaniem, a zaciąganiem długu. Mało tego, twierdzę, że najlepiej w sytuacji kryzysowej nie musieć zaciągać długów, tylko korzystać ze zgromadzonych oszczędności (skoro tak chętnie odnosicie się do pisma świętego, to tam była mowa o 7 grubych krowach, 7 chudych… może dzwoni wam dzwoneczek w jakimś kościele).
      A kiedy słyszę solidarne zaciąganie wspólnotowej pożyczki jako międzypokoleniowy dług, to mi w głowie wybucha bomba narodowa. W imię naszego lepszego życia teraz, zaciągniemy długi w imieniu naszych dzieci. Genialne.
    2. Jakiś czas temu robiąc przelew do urzędu skarbowego, pomyślałem, że gdyby każdy pracujący musiał raz w miesiącu samodzielnie odprowadzić do US i ZUS swoje składki, zgoła inaczej byśmy podchodzili do Państwa i do polityków. Tak to jest pomyślane, abyśmy tego przypadkiem zbyt często nie robili, nie widzieli, nie liczyli… 
    1. Jednym z newsletterów do którego jestem zapisany, jest newsletter Tima Ferrisa. Żaden on mój ulubiony, ale czasem trafia się w nim jakaś perełka, więc wciąż subskrybuję, skanując maile, które od niego dostaję. W ostatnim czasie Tim opublikował, jak sam określa, najważniejszy dla niego podcast. To rozmowa byciu wykorzystywanym seksualnie w dzieciństwie i jakie to miało dla niego konsekwencje. Nie chciałem tego słuchać, ale zobaczyłem, że to nagranie rekomenduje Szaffi, więc jednak postanowiłem się z nim zapoznać.

      Z podcastami jak z książkami, nawet tam gdzie się tego nie spodziewasz, może się kryć jakieś jedno zdanie, które zmusza Cię do myślenia i do zmiany. I tak było też tu.
    2. To zdanie, to jedna z technik jakie w swojej terapii stosował Tim. Chwila medytacji, w trakcie której zastanawiał się, jakiej rady udzieliłby młodszemu sobie, co chciałby sobie podpowiedzieć. Od czasu do czasu sam się zastanawiam, co mówiłbym młodszemu sobie, jak brzmiało by to zdanie. Brzmiałoby tak:

    Wicie – cierpliwości. Spokojnie. Ogarniesz. Daj sobie prawo do kolejnych prób i będzie dobrze. Z czasem nauczysz się więcej.
    Próbuj. Zaufanie, cierpliwość, spokój.

    Ciekawe, czy uwierzyłbym starszemu sobie…

    1. W jakiś przedziwny sposób kolejna myśl i kolejny punkt się z tym wiąże. Wspominałem, że mam w sobie dobrze wypielęgnowany Imposter Syndrome, w związku z tym bardzo szukam u ludzi potwierdzenia i akceptacji dla tego co myślę, mówię, piszę, proponuję.
      Jestem bardzo złakniony feedbacku, choć wiem że każdy pozytywny potrafię zbagatelizować i umniejszyć, potraktować z przymrużeniem oka i żartem, bo to przecież nie może być o mnie. Równocześnie każdą krytykę przyjmuję do siebie jak prawdę objawioną, jak kolejny sznyt na kolbie, kolejne trofeum.

      A mogło by się okazać, że gdybym sobie odpuścił, to byłoby mi lepiej. Nawet jeśli nie pisałbym lepiej, albo nie wymyślał lepiej, to mógłbym pozbawić moje rzeczy posmaku „przepraszam, że jest takie a nie inne, ale lepiej nie umiem” a przy okazji jeszcze, mógłbym czerpać z tego jeszcze trochę przyjemności.

      Zaufać sobie. Bo wiesz Wicie, z czasem i z kolejnymi próbami będzie lepiej. A zaczynasz z całkiem niezłego poziomu.
    2. Mam taką „rule of thumb” w kwestii tego, co do tygodniówki trafia. Jeśłi w ciągu tygodnia wpadam na coś, czym chce się podzielić z conajmniej trzema osobami, to uznaję, że jest to coś, co powinno się w tygodniówce znaleźć (nawet jeśli początkowo nie jestem do tego przekonany).

      Tym razem, to propozycja spojrzenia na cele. Wiemy że są ważne, bo są niezbędne do określenia kierunku i zabrania się do działania. Ale też zwykle paraliżuje nas to, jak są odległe i jak wiele mamy jeszcze do zrobienia, aby je osiągnąć. A gdyby tak zmienić odrobinę perspektywę?Cytat z którym się spotkałem:

    Myśląc o celach zwracaj uwagę nie na to wszystko, co Cię dzieli od mety, ale na to, ile już zyskałeś od czasu, kiedy podjąłeś działanie

    Ali Abdaal, How I think about goals

    Taka motywacja.

    1. Czy wiecie że zostały rozdane IgNoble 2020? Tu pełna lista, ale jeśli o mnie chodzi, na specjalne wyróżnienie / wymienienie w tygodniówce zasługują:
      • Badacze, którzy postanowili sprawdzić, czy na podstawie nierówności w krajowych dochodach, można przewidzieć podejście do pocałunków „usta usta”
      • Nieoczywiści badacze efektywności zarządzania przez delegowanie – 5 kontraktowych zabójców, którzy podzlecali sobie konkretne zlecenie, zmniejszając na każdym etapie stawkę, ostatecznie doprowadzając do tego, że kontrakt nie został wypełniony.
      • Badacze którzy sprawdzali, jaki odsetek naukowców zajmujących się owadami, cierpi na arachnofobię (trzeba zaznaczyć, że pająki nie należą do rodziny owadów).
      • Wreszcie badacze którzy udowodnili, że noże stworzone ze zmrożonych ludzkich odchodów… za bardzo się do niczego nie nadają.
    2. Dla odmiany proponuję zerknąć w głąb.. wgłąb… do wnętrza czaszki i pooglądać sobie mózg.
    https://twitter.com/SteveStuWill/status/1307431994914037760
    1. Byłem przekonany, że powodem dla którego nie potrafię jeździć na jednokołowcu jest to, że nie mam jednokołowca. A teraz się czuję jak mierna to była wymówka:
    https://twitter.com/SteveStuWill/status/1308692805812805632
    1. Dziwne to czasy, kiedy każdy chce zarobić i nagle na sprzedaż zostaje wystawiony Twój wizerunek i możesz go sobie kupić, choć wcale nie miałeś ochoty go sprzedawać… Albo ktoś oczekuje, że za swój wizerunek zapłacisz… Oczywiście, najpierw trzeba mieć taki pożądany wizerunek, ale i tak jest to przedziwne, przewrotne. 
    2. Przez długi czas okazywało się, że robiąc filmy taniej rzeczywistość, którą potem oglądamy na ekranie, wykreować w komputerze i obrobić z pomocą algorytmów, niż bawić się w jakieś wymyślne scenografie. Czasem jednak taniej jest kupić prawdziwy samolot (Boeinga 747) i go wysadzić, niż dłubać programach graficznych… 
    3. Skoro już jesteśmy przy magii kina, to zobacz jak kręci się „Modę na sukces” w dobie CoVidu
    1. Denise Richards w Modzie na Sukces? To jest informacja któej zdecydowanie nie potrzebowałem. Ciekawe czy jest wielu aktorów, którzy wystąpili i w Przyjaciołach i w Modzie na sukces. Krzysztof, czy tak być może?
    2. O tym, że rok 2020 jest niezwykły świadczą wyniki (niekoniecznie gra) naszych eksportowych drużyn piłkarskich. Co prawda jeszcze nie w fazie zasadniczej, ale w ostatniej fazie kwalifikacji mamy dwie drużyny. Ostatni raz taki wynik mieliśmy w sezonie 2015-2016, więc można powiedzieć, że mamy co świętować.
    3. Miałem się w tym tygodniu pochwalić swoim osiągnięciem parasportowym, ale pomyliłem się w obliczeniach, wiec przechwałka będzie dopiero za tydzień.

    To jest ten moment, w którym prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) mogę zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

  • Tak prosto, jak tylko się da – Tygodniówka #37

    1. W tym tygodniu parę razy uderzyły mnie między oczy rzeczy proste. Ale zanim do nich, słówko o prostocie. Bo mam wrażenie, że my nie bardzo przepadamy za tym co „proste”, trochę także dlatego, że językowo jest to niebezpiecznie bliskie „prostackie”, a znaczeniowo „łatwe”. Oba konteksty sprawiają, że „proste” nie może być cenne, wartościowe, wymagające. Że jest jakieś „zbyt łatwe”, „zbyt oczywiste”, przecież tak to każdy może.
    2. Swoją drogą, te konteksty językowe mają swój urok i głębokie znaczenie. I warto pamiętać, że niby te same rzeczy brzmią zupełnie inaczej (a zaraz za tym mkną konsekwencje) w różnych językach i różnych kulturach. Skorzystam tu z przykładu jaki zamieścił Jacek Dukaj w „Do kresi nadziei”, esej znajdziesz w „Po Piśmie”. Autor zwraca uwagę, że my, Polacy, mamy (miewamy) na coś nadzieję. British people, on the other hand, usually hope for something. I o ile Anglosasów możemy wsadzić w formę bierną, i tym sposobem „make them have hope or hopes” o tyle ciężko w języku polskim uczynić z nadziei czasownik. Ciężko powiedzieć, że ja, Polak, na coś nadziejuję. Kiedy mam nadzieję, można mi ją zabrać. Kiedy nadziejuję, to moje, integralne, nieodbieralne. Język ma znaczenie, nawet kiedy o tym nie myślimy, to nas dość mocno ustawia.
    3. To ma swoje konsekwencje kulturowe, społecznościowe… I wybacz, z nikim się na to nie umawiałeś, nikt tego z Tobą nie uzgadniał, a tak jest. Jesteśmy trochę upupieni. Sorry, not sorry. Tak, to też jest odpowiedź na pytanie czym się różni podejście europejskie do rolnictwa „Jak Bóg da, to plony będą obfite”, vs azjatyckie „jak zadbam o warunki, to zbiorę dobre plony”. Więc trochę, chcąc nie chcąc, to jacy jesteśmy, jest także pochodną tego, w jakiej kulturze jesteśmy osadzeni i wychowani (porównaj Gladwell, Outliers) Ma to też swoje dobre strony, „ja nie dam rady?”
    4. Chciałbym zatem podkreślić cnotę prostoty, broniąc jej przed posądzeniem o prostactwo, czy łatwość. Zachęcam do poszukiwania piękna w prostocie i doceniania tego, z jak wielu rzeczy trzeba umieć zrezygnować i jak wiele elementów trzeba porzucić, aby ostała się istota, bez przerostu formy. Wicie, czy Ty sam siebie czytasz?
    5. Proste, wcale nie musi być łatwe. Na ten przykład tangram, czy nawet jego prostsza, czteroelementowa wersja.

    Jestem pod wrażeniem tego, ile kształtów można wyczarować z tych kilku klocków i jak niejednokrotnie trzeba się nagłowić, aby rozwiązać jakąś zagadkę. Albo sto.

    1. Swoją drogą, oryginalny Tangram, to chińska łamigłówka znana od około trzech tysięcy lat. Co tylko dowodzi, jak pomysłowi potrafią być ludzie, kiedy mają za dużo czasu na obserwację i myślenie, a pod ręką trochę drewna do wykorzystania. Mogą na ten przykład obalić teorie płaskoziemskie.
    https://twitter.com/SteveStuWill/status/1306358601791844353?s=20
    1. Czy znacie jakiś prosty sposób, na zapamiętanie „która strona folii aluminiowej czemu służy?” Bo ja nigdy nie wiem, która lepiej sprawdza się do zapiekania, a która do izolowania ciepła na dłużej. Bo przecież jest jakaś różnica, prawda? W przeciwnym razie nie robiliby tej różnicy. Cóż… wychodzi na to, że jedynym powodem „dwustronności” folii jest to, że gdyby z obu stron była taka sama, była by dużo bardziej krucha, przez co mniej wytrzymała i nie bardzo dałoby się z niej korzystać. A jak to się ma do gotowania? Zobaczmy:

    Zatem to którą stroną stosujemy folię zależy od naszej natury. Błyszczącym na zewnątrz, jeśli to my jesteśmy gwiazdą w kuchni, błyszczącym do środka, jeśli gwiazdą ma być danie. Tak się tworzy lajfhaki.

    1. Ale jak już jesteśmy w kuchni i przy piekarniku, to… jakiego koloru formy do pieczenia stosujecie? Czarne? Srebrne? A czy wiecie, że kolor ma znaczenie i może mieć wpływ na to, jak Wasze wypieki wychodzą? Najbardziej będzie to widać zwłaszcza przy różnych typach piekarnika (gazowy i elektryczny) ale kolor ma znaczenie. Jasne blachy więcej ciepła potrafią odbić, ciemne dużo więcej ciepła przyjmują. W sumie nie różni się to od zachowania jasnego / ciemnego podkoszulka w słoneczny dzień, ale i tak nigdy nie zwracałem na to uwagi. Przy czym piekarniki będą się też różniły sposobem dostarczenia ciepła – gazowe są w założeniu bardziej efektywne, potrzebują mniej czasu na rozgrzanie, co z kolei może za szybko rozgrzać podstawę czarnej blachy. Dobre wyjaśnienie znajdziesz tu: a dobre przykłady znajdziesz tu.
    2. Pozostając w kuchni, nareszcie nabyłem drogą kupna (tak jak zapowiadałem, w coffeedesk.pl) Oatly i byłem bardzo ciekawy, jak bedzie mi z nimi smakować kawa.

    Well… To jest napój owsiany i owszem, wow, no cow, ale to wciąż jest napój z owsa. Ma dobry skład i dobrze smakuje, ale nie mam wrażenia, aby wynosił kawę na jakiś wyższy poziom (są tacy, którzy powiedzą, że każde zabielenie kawę i tak psuje). Zaprzyjaźnimy się zapewne ze względu na skład, ale co do zasady, robotę robi materking i zacne opakowania.

    1. Dlaczego mnie to dziwi… Przecież… o ile pamiętam, to mleko Łowicz od dajmy takiego Łaciatego też się w smaku jakoś radykalnie nie różni, nawet jeśli krowy po godzinach słuchają Bacha….
    2. Jeśli mowa o marketingu i niedoścignionym pięknie prostej formy pełnej treści (co za zdanie mi wyszło), to oczywiście że będzie o apple, a nawet bardziej o Jobsie. Tylko że nie o Jobsie z lat 2000+, ale o Jobsie z roku 1980. 25 letnim gościu, który kilka lat wcześniej razem z kumplem postanowili sprzedać wszystko co mieli, aby składać wymyślone przez siebie komputery. I ten gość, cztery lata po założeniu swojej pierwszej firmy, mówił tak:
    1. Przecież to jest niemożliwe. Nie można być tak pewnym siebie, tak świadomym swojego produktu i swojego pomysłu, snuć takiej wizji mając 25 lat. W świecie, w którym komputerów w zasadzie nie było. Jak bezczelnym trzeba być (i mam tu na myśli tak bardzo pozytywne znaczenie tego słowa jak tylko to możliwe), aby będąc takim małolatem być przekonanym o tym, że zmienię świat. A potem go zmienić. Wow. No cow.
    2. Równocześnie, jedną z rzeczy, którą można łatwo pominąć w tej prelekcji, jest to że Jobs mówi:

    Poświęciliśmy z Wozem na to pół roku, aby z części uwolnionych z Atarii i HP stworzyć komputery, ma które nie było nas stać.

    Steve Jobs

    Mam pytanie – kiedy ostatnio poświęciłeś / poświęciłaś pół roku na swój projekt? Swój temat. Bo rzeczy nie powstają z dnia na dzień. One powstają z pracy i z efektów. Jakoś nie z „bóg da”.

    1. Druga rzecz, na którą chcę zwrócić Twoją uwagę – Jobs z Wozniakiem nie stworzyli komputera dlatego, że potrzebowali go inni. Zrobili go, dlatego, że chcieli go mieć sami. Rozwiązywali swój problem, swój „ból”. I okazało się, że ten ból (problem / potrzeba) jest wspólna dla całkiem sporej grupy ludzi, tylko nikt jej jeszcze w ten sposób nie zaadresował. Mało tego, nie tworzyli komputera, który ma służyć konkretnemu zadaniu, jak powiedział Jobs – stworzyli narzędzie i dali go ludziom, żeby oni wymyślili, co można z nim zrobić. I tak drogie wnuki, powstała firma, która teraz jest warta absurdalne pieniądze. Do tego jeszcze dziś wrócimy.
    2. Rzeczy nie robi się samemu, nawet najwięksi nie są „samowystarczalni”. Tu opowiada o tym swego czasu najsilniejszy, albo przynajmniej najlepiej umięśniony człowiek świata:

    a tu całe AMA z Arnoldem

    1. W tym tygodniu Apple pokazało nowy zegarek i po raz pierwszy zdaje się pomyślałem sobie – a może jednak… Może jednak się przekonam, może jednak to jest właśnie mój następny gadżet. Tym bardziej, że zaraz obok wersji 6stej pełnej wodotrysków, zaprezentowali wersję SE, która miała być bardziej przystępna. No więc (ku memu przerażeniu) zakiełkowała we mnie myśl, aby się temu SE przyjrzeć, ale na całe szczęście przystępna cena zatrzymała się na poziomie tysiąca trzystu złotych i otrzeźwiałem. Nie chodzi o to czy mnie na to stać, czy nie, ale jednak myśl o tym, aby wydać tysiąc trzysta złotych na gadżet, do którego nie jestem przekonany jest lekko trzeźwiąca. Tym bardziej, że cały czas mam w głowie tekst Michała Szafrańskiego – po co mi coś, co może mieć każdy.
    2. Ale potem zdarzyło się coś dziwnego. Okazało się, że ta bardziej wypasiona wersja jest do kupienia w zasadzie za tysiąc dziewięćset złotych i w jakiś magiczny sposób ten wydatek wydał mi się bardziej rozsądny (racjonalność siadła w kąciku i szlocha, a Kahneman z bezczelnym uśmiechem kiwa głową i wyjmuje tabliczkę z napisem „kotwiczenie”).
    3. Na całe szczęście racjonalność się ogarnęła, strzeliła mnie w czoło i zaczęła się seria pytań – po co Ci to.
      – Podoba Ci się tak, że się nie możesz się powstrzymać?
      No nie.
      – A może funkcje ma takie, że potrzebujesz?
      No… nie.
      – A może to jakaś wyjątkowa okazja?
      No… nie.
      – A jakokolwiek zegarek w ogólności nosisz? kiedykolwiek nosiłeś?
      No… nie.
      – To czego chcesz?
      Chcę, żeby mi jakieś małe urządzenie wspomagało trening, podpowiadało tętno, może też jestem ciekawy jak wspomaga sen… To weź sobie to.
      No, to sobie wziąłem.

    Ja naprawdę prowadzę ze sobą takie dialogi.

    1. I skoro sobie wziąłem, to oprócz tego, że na mnie krzyczą, bo się moje zwyczaje związane ze spaniem nie podobają, i choć trudniejsze to w obsłudze w całym ekosystemie apple i nie działa to tak „one touch” jakbym chciał, to nie tylko jestem zadowolony, ale też się pochwalę. Gdyż właśnie w te środę

    co by nie było chyba możliwe, gdyby opaska skwapliwie nie sygnalizowala każdego pokonanego kilometra, i gdybym nie złapał odpowiedniego „pace makera” w połowie trasy. Ale… nie spodziewałem się tego, że to zrobię, że stanie się to w pewnym momencie moim celem i ambicją, że da mi to tak dużą satysfakcję. A już w przyszłym tygodniu, tak myślę, pokażę jeszcze jedno swoje „sportowe” osiągnięcie.

    1. Inna rzecz, oglądając ostatnio mecz Wisły, widziałem, młodych gości, których łapały skurcze po 80 minutach gry i prawdę powiedziawszy, za bardzo nie kumam. Jeżeli ja jestem w stanie przebiec 10 km w godzinę i żyć, a prowadzę siedzący tryb życia, to nie kumam jak młodszy ode mnie facet, zawodowo zajmujący się sportem, nie jest w stanie rozegrać pełnych 90 minut. Tak, wiem, inna intensywność, tak, pewnie są również inne zależności. To może być zarówno odpowiedzialność jego (podejście do swojego zawodu), trenera (rozpiska treningowa), trenera od przygotowania fizycznego, ale… ja mam 10 lat więcej, powielokroć mniej treningów… coś tu mi nie gra.
    2. Więc zegarka nie kupiłem (i prędko zdaje się nie kupię), ale apple w jakiś magiczny sposób nie bieduje. Może się kończą, wszak ich przychody radykalnie nie rosną, a mimo to gwałtownie rośnie ich wartość giełdowa. Ale dlaczego? Między innymi o tym opowiada w krótkim, ale mocno dopakowanym treścią, wykładzie Scott Galloway (z którym po dłuższej chwili się przeprosiłem i znowu go słucham). Dowiedz się jak CoVID zmienia świat marketingu, handlu i reklamy:
    1. Ciekawym aspektem o którym wspomina Galloway jest także to, jak można samodzielnie wykorzystać czas około epidemii. Jak zmienić siebie – z czego zrezygnować, czym się zainteresować. Jedną z rzeczy, o których wspomina, jest także „jeśli możesz – więcej pracuj, to jest ten czas”. Jednym z problemów przed którym ja zawsze staję, jest jak wycenić swoją pracę. Okazuje się, że i na to jest sposób i formuła. Pewnie trzeba by ją trochę dostosować do realiów PL, ale i tak jest to znakomity punkt wyjścia:  
    https://twitter.com/xavierck3d/status/1093937746958143488?s=20
    1. Teraz tylko mieć okazję do tego, aby się wyceniać.
    2. Pamiętam jak kilka lat temu oglądałem koncepcję stołu Surface – interaktywny dotykowy ekran w formie stołu, który w futurystycznej wizji miał stać się naszą codziennością. Lata minęły spokojnie, akurat ta wizja się nie spełniła… przynajmniej do czasu. Tym bardziej, że teraz zamiast stołu, można to zrobić…. rzutnikiem:
    https://www.youtube.com/watch?v=Us_wU5KmFsw

    Zawsze chciałem mieć rzutnik, a skoro oszczędziłem na zegarku….

    1. Jak pozyskiwać inwestorów do swojego pomysłu (tu opisane na przykładzie gry, ale to przecież nie różni się niczym od pozyskiwania środków dla filmu / książki / projektu blogowego) w czasach, kiedy trudno się z ludźmi spotykać na targach i miejscach do tego przeznaczonych – trzeba to robić inaczej. Tu opisana krok po kroku podpowiedź jak robić networking, gdy nie ma warunków do networkingu.
    2. W zeszłym tygodniu zabrakło zdjęć kosmosu, więc czym prędzej nadrabiam. Po raz pierwszy:
    1. I od razu, aby nie tracić czasu, po raz drugi 
    https://twitter.com/_Astro_Nerd_/status/1306684480019746816?s=20
    1. Zwróć też uwagę na tę małą białą kropeczkę po lewej stronie Jowisza powyższego zdjęcia. To Europa.
    2. Od czasu do czasu dopada mnie świadomość, że kosmos taki wielki, a my tacy malutcy, że niech nas ktoś przytuli. I właśnie w temacie przytulania – to daje same korzyści. Rozładowują stres, podnoszą poziom oksytocyny, zmniejszają poziom kortyzonu, wzmacniają relacje, są dobre dla mózgu małych ludzi… po prostu musimy się dużo przytulać. Czego sobie i Tobie życzę.
    3. Dla wytrwałych odrobina nieoczywistego Wita. Kombinowałem, czy można zrobić Tygodniówkę w formie podcastu, ale… no chyba jednak nie. Za dużo byłoby opowiadania o obrazach. Ale pokusiłem się o przymiarkę w formie wideo… taka wygląda materiał oparty o zeszłotygodniową edycję:
    1. Jedna z podpowiedzi dla startupów, jaką znajdziecie na stronie ycombinator (ja ją poznałem dzięki Pucek.com/newsletter) brzmi – znajdź 10 – 100 klientów którzy kochają Twój produkt. I wiesz co drogi czytelniku… nic nie sprzedaję, ale mam wrażenie że jesteś właśnie jedną / jednym z tych pierwszych 100 zakochanych w produkcie. Dziękuję.

    To jest ten moment, w którym prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) mogę zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

  • Czym żyjemy na sztandarach? Tygodniówka 36

    1. Jednym z pytań, które lubię sobie od czasu do czasu zadawać jest – czemu ludzie korzystają z Instagrama. Czemu korzystają i jak z niego korzystają. Instagram – Świat szczęśliwych ludzi (to parafraza z Wojewódzkiego), o którym wszyscy wiedzą, że jest przekłamany, choć udaje rzeczywistość #nofilter. Tak bardzo różnorodny, taki pomiędzy ulotnością, a czymś trwałym, takie miejsce gdzie można się chwilę pozachwycać i polizać cukierki (i dosłownie i w przenośni), ale… cały czas zastanawia mnie co on nam daje. Nam, odbiorcom. Wiem co daje organizatorom (pieniądze), influcelebrytom (wiernych wyznawców), reklamodawców (przestrzeń do pokazania swojego produktu). Co daje nam, przeciętnym szaraczkom? Czy to jest nasz odpowiednik „Gali” i „Tele tygodnia”? Zaspokaja naszą potrzebę podglądania innych i daje złudną nadzieję że i nas ktoś będzie podglądał?
    2. Ja znowu o tym, bo trochę odpowiedzi znalazłem chyba w „Po Piśmie” Dukaja, konkretnie w felietonie / eseju „Żyj mnie”, gdzie jednym z wniosków jest, a może raczej być może to, że istotą naszego życia jest to, aby inni żyli nas. Wtedy my żyjemy pełniej. Dzięki temu, że oni nas żyją, czy raczej żyją nami. Przewrotne? Tak to odbieram, ale też trochę lepiej rozumiem. Nasze doświadczenia są bardziej, kiedy możemy się nimi podzielić, a to jest miejsce w którym w tym momencie najłatwiej jest to zrobić. Więc… zgodnie z nasza naturą i psychiką, żyjemy innych, aby inni żyli nas.
    3. Przyznam się równocześnie, że może zupełnie nie zrozumiałem myśli autora, czy też treści, która wykorzystała autora, aby zostać napisaną. Nawet jeśli napisana została po polsku, to wcale nie mam pewności, że wszystko i że dobrze rozumiem.
    4. O życiu słówko. Chciałem mieć trochę pretensji do rodziców, którzy zadbali o to, abym tak wiele umiał, nie całkiem nauczyli mnie żyć. Nie podpowiedzieli co to znaczy dobrze żyć. Choć może uczyli, tylko tego też nie zrozumiałem. Zaraz po tej myśli, pojawiła się druga – ale jak mieli mnie tego nauczyć? Czy przypadkiem to nie jest dyscyplina, którą żeśmy sobie sami w XXI wieku wymyślili? Czy nie jest tak, że nasi rodzice uczyli nas i przygotowywali nas na życie, jakie znali, które już było zupełnie inne niż życie naszych dziadków, ale zupełnie nie było takie, jak to które my żyjemy, a co dopiero mówić o życiu naszych dzieci.
    5. No bo popatrzcie – celem życia naszych dziadków, było przeżyć. Naszym celem, jest gromadzić przeżycia. Sensem życia naszych rodziców… dla bezpieczeństwa poprawię – sensem życia pokolenia naszych rodziców było zadbać o to, aby dotrwać do pierwszego, my przez całe życie szukamy sensu. Dla naszych dziadków matura była wydarzeniem, dla naszych rodziców liczył się magister, w naszej rzeczywistości obrodziło doktorami, często wielu kierunków. Nasi rodzice często mieli jedną prace i jednego pracodawcę przez całe życie, my się zastanawiamy „po ilu latach można uznać, że się zasiedzieliśmy”. Jak tu przygotować do życia, kiedy tak wiele się zmienia.
    6. Tylko czy przypadkiem nie stawiam źle pytania? Może problemem nie jest to, czego nie nauczyli, tylko że brakuje mi jakichś wyraźnych kryteriów „dobrego życia”, czymkolwiek jest. Poza tym, to dobre, nie oznacza łatwe, bo nie zawsze chodzi o to, żeby było łatwo. Nie wiem nawet, czy kilkadziesiąt lat temu ludzie się nad tym zastanawiali (mogli się zastanawiać filozofowie). Może być więc tak, że kiedy nie masz innych problemów, to sobie je wymyślasz.
    7. A to życie krótkie jest. A tu jest niedługi artykuł o tym, że takie jest i że zbyt często tracimy czas na g*wniane sprawy. Czekej… czy ja już o tym nie pisałem? Na przykład tu, wspominając o największym kłamstwie świata, albo tu, kiedy podpowiadałem że czas to pieniądz, więc trzeba uważać na kieszonkowców…
    8. Nie tylko jest krótkie, ale się jeszcze czasem potrafi niespodziewanie zatrzymać. Ku pamięci, ja jego zapamiętam tak właśnie:
    1. Pisałem na pewno o tym, że czasem warto zadać sobie to niewdzięczne pytanie „co chce robić w życiu”. Niewdzięczne, bo cholernie często robimy cokolwiek, byle tego pytania nie zadawać i byle nie szukać odpowiedzi na nie. Tu z pomocą przychodzi także to samo pytanie, tylko au rebours:

    czy nadal chcę robić to, co robię.

    To działa w dużej perspektywie, ale pomaga też świadomie radzić sobie z prokrastynacją. Tak, bardzo przyjemnie jest scrollować kolejny ekran Twittera czy na przytoczonym już instagramie przeglądać wyjątkowo smaczne kąski (w zależności co dla kogo smakowite, to tam znajdzie) ale rzadko robimy to świadomie, częściej odruchowo. Dlatego czasem warto siebie samego / siebie samą spytać – czy chcę robić właśnie to, co robię. Jeśli tak – super, jeśli nie – przestanę. To nie boli.

    1. A skoro życie jest krótkie, to są tacy, którzy próbują kombinować, czy da się coś zrobić, aby je wydłużyć. Oj da się, średnia długość życia regularnie rośnie (ZUS bardzo tego nie lubi), pomaga w tym higiena, medycyna, pokój na świecie i większa dostępność żywności. A badania trwają – w tym artykule znajdziesz bardzo ciekawy przegląd tego, co może wpłynąć na długość naszego życia.  
    2. Kiedy zaczynasz coraz częściej myśleć że życie jest krótkie, i może jednak warto zadbać o siebie w przyszłości, to wiedz, że właśnie czujesz, że wyczerpuje się Twój własny osobisty God Mode (AFAIK copyright należy się Łukaszowi) i że już niedługo będziesz regularnym użytkownikiem Listerine.
    3. Inna rzecz, że nasi rodzice, przygotowali nas do życia najlepiej jak potrafili. Wedle najlepszej wiedzy i najlepszych wzorców. Z czasem mogło się jednak okazać, że te najlepsze wzorce, wcale takie najlepsze nie są. Ale też dopiero od niedawna wsadzamy ludzi (od razu ludzi, dzieci) do tomografów i sprawdzamy co im się w głowie zaświeca, w zależności od tego, jak się uczą. Się okazuje, że znaczenia nabiera fakt, czy uczymy się aby znaleźć odpowiedź do klucza, czy może jednak traktujemy naukę jako okazję do zaspokojenia własnej ciekawości, nawet jeśli będziemy w tym zaspokajaniu błądzić. I wiecie, cholera, nasz mózg lepiej działa, kiedy pozwalamy mu robić błędy i wyciągać z nich wnioski, gdyż uczymy sie na…
    4. Czyli nie dość, że nikt nas nie uczył się uczyć, nie wiedział na co nas przygotować, to jeszcze uczył nas nie do końca efektywnie. To ja dorzucę jeszcze takie spostrzeżenie, że sposób uczenia jaki znamy, trochę nas upośledza, gdyż doprowadza do tego, że co do zasady boimy się popełniać błędów. Za małolata za błędy nas karano, więc teraz zostało w nas to przekonanie, że błędów popełniać nie wolno, no bo co ludzie sobie o nas pomyślą. A co Ty sobie pomyślisz o kimś, kto popełnia błędy? I czy naprawdę lepszą wersją jest żeby nie próbował(a) nic robić? Sztuką jest stworzyć przestrzeń do popełniania błędów, aby móc się z nich uczyć.
    5. I jeszcze ciekawe (mądre) podejście nauczycielki do zadań domowych. Co prawda kłóci mi się trochę z tym co czytałem o efektach w szkołach Kipp, ale… mądre. 
    1. Oczywiście, jedynym małym haczykiem jest to, że o efektywności tychże nowatorskich sposobów uczenia przekonamy się nie my, a nasze dzieci i dzieci naszych dzieci. I nie jutro, a za 30 lat. I wtedy to one nam podziękują.
    2. Niemniej jednak jest coś niezwykłego w naszej edukacji, że ten tekst potrafimy rozpoznać mniej więcej pod koniec pierwszego zdania. Nawet jeśli (wstyd się przyznać) nie czytaliśmy oryginału.
    1. Ważne jest też nie tylko to, jak długo żyjesz, ale tez jaka jest jakość tego życia. Czyli to, jak długo zachowasz sprawność ciała i umysłu. Czyli dbamy o tężyznę fizyczną, gdyż sport to zdrowie – tak długo jak nie jest wyczynowy. Bo kiedy jesteś wyczynowcem, to chcąc osiągać najlepsze na świecie wyniki, robisz to tak (zwróć uwagę na lewe kolano): 

    a przy okazji, jak zostało ładnie wyliczone, aby zrobić taki wynik, na tę nogę musiała zapracować siła o wartości jednej tony.

    Nie wiem jak Tobie droga czytelniczko / drogi czytelniku, ale mi to robi wcale nie takie małe aua.

    1. A jeśli chodzi o dbanie o sprawność umysłu… Powiedzcie mi, jak to jest, że kiedy idziemy do pracy, na etat, to tam mamy skierowanie żeby raz na trzy lata ktoś sprawdził jak jest z naszym zdrowiem. Albo, w zasadzie dobrze jest od czasu do czasu pójść do dentysty, tak dla higieny, żeby nam spojrzał w paszczę i powiedział czy wszystko ok, czy może jednak warto z jakimś ubytkiem zmierzyć się póki jest mały, a nie czekać na potrzebę przemodelowania całej szczęki. A takiego sprawdzenia zdrowia psychicznego raczej nie robimy. Owszem, coraz mniejsze jest tabu na chodzenie do terapeuty / psychologa / psychiatry, ale zwykle idziemy tam jak już jest z czym i nad czym pracować (inna rzecz, że zdaje się wszyscy nadajemy się do pracy). Tylko takiego produktu pt. „Sprawdź czy warto pójść do terapeuty i co możesz z niej wynieść” jakoś dotychczas nie spotkałem.
    2. To jest chyba najlepszy czas aby zrobić Ci krzywdę, zmienić Twój świat na zawsze, i od tej pory zawsze będziesz słyszał nie tylko kaszankę, ale też zapamiętasz, że do kaszanki potrzebne są widelce.
    https://twitter.com/naprawdejoanna/status/1303408126914433025?s=20
    1. Ludzie to jednak mają fantazję. No kto normalny będzie wkuwał na blachę słowa w trudnym języku obcym, którego nie zna, tylko po to, żeby wygrać jakąś grę planszową? Cóż… Jest taki jeden Nowozelandczyk…
    1. Przy czym nas nie trzeba przekonywać, że język potrafi być przewrotny. Nasz zwłaszcza:

    I nie, to nie jest tak, że nasz język jest najtrudniejszy na świecie.

    1. Zobacz niesamowity i przerażający montaż zdjęć z San Francisco. Bez podkręcania kolorów…

    Co tu się dzieje? Cóż…

    Ta mroczna, psychodeliczna i przytłaczająca przyszłość jest już. Chyba że czekasz na Cyberpunka, to akurat na tę mroczną przyszłość jeszcze chwilę musisz zaczekać.

    1. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę o tym pisał, ale… tu możecie zobaczyć, jak wygląda elektroniczny test ciążowy „od środka”. 
    https://twitter.com/Foone/status/1301707401024827392

    i nie było by to w najmniejszym stopniu ciekawe, gdyby nie to, że owa elektronika służy tylko temu, żeby odczytać wynik „paskowy” i przedstawić go w trochę innej formie. I cały ten manewr służy tylko temu, aby sprzedać produkt drożej. My (ludzkość) naprawdę nie ogarniamy tego, jak doskonałym sprzedawcą jest człowiek, rozumiejący niewiedzę klienta.

    1. Gdyby nie to, że człowiek był ciekawy co w tym maleństwie siedzi, gdyby nie to, że miał wiedzę o tym, żeby fakty pokleić, to nie dowiedzielibyśmy się, że taki test ciążowy ma, czy raczej może mieć, wiele więcej zastosowań. Może na ten przykład posłużyć za przenośną konsolę do gier. Sukcesu na miarę Nintendo Switch mu nie wróżę, ale… Ladies and Gentleman, przed Wami nowe oblicze gamingu:
    https://twitter.com/Foone/status/1302820468819288066?s=20
    1. Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiło na mnie swego czasu Memento, jak dużą przyjemność miałem z czytania tak przedstawionej historii, tylko po to, żeby na jej końcu dostać koncertowo po głowie. A teraz mogę posłuchać co też autor miał na myśli i jak do tego doszedł
    1. Od czasu do czasu trafiam na Twitterze na takie rzeczy, które no jakby mi dały w twarz. A w tym przypadku muszę niestety zrezygnować z tego „jakby”. Bo choć chce wierzyć i mieć nadzieję że nasi politycy wybrańcy społeczeństwa oraz wybrańcy wybrańców społeczeństwa, wpływ na rzeczywistość może i mają, to jednak ograniczony i niekoniecznie będzie on mnie tak bardzo dotykał, i wtedy własnie ktoś pokazuje mi że 

    i coraz mocniej rośnie we mnie myśl i obawa, że już niedługo znowu ktoś przyjdzie po moje pieniądze, bo lepiej ode mnie będzie wiedział jak je wydać i z jakiegoś powodu uzna, że są mu bardziej potrzebne.

    1. Na całe szczęście w kolejnej napoczętej książce, przeczytałem takie ładne zdanie:

    „When is the last time everyone predicted a recession in advance?”

    The short answer is: never. Yet how many experts are now forecasting a recession? And how many of us believe it?

    Everyone Believes It; Most Will Be Wrong: Motley Thoughts on Investing and the Economy, Morgan Housel

    Miejmy zatem nadzieję (nie tę lichą marną), że i tym razem tak pięknie się mylę.

    1. Z tymi pieniędzmi i z tym kapitalizmem jest coś nie teges. Przestaliśmy to ogarniać. Tę skalę, te wartości. Tu dość ciekawa próba przedstawienia majątku Bezosa i kilku innych najbogatszych ludzi Ameryki na tle całego amerykańskiego społeczeństwa. Zobacz jak wyglądałby ich majątek, gdyby jeden piksel reprezentował tysiąc dolarów. Coś tam się dzieje bardzo źle.
    2. W tym tygodniu na listę książek przeczytanych trafiło Mindless Eating, czyli kolejna pozycja, która traktuje nie tyle o tym, jak jeść mądrzej, ile że możesz jeść wszystko, pod warunkiem że bedziesz tego jadł troszkę mniej. Korzystając z okazji, kilka cytatów które zwróciły moją uwagę w tej książce:

    Unless a person consistently weighs him- or herself, most people start realizing they’ve overeaten (and have gained weight) only when their clothing gets uncomfortably tight.

    Mindless Eating: Why We Eat More Than We Think, Brian Wansink Ph.d.

    We eat the volume we want, not the calories we want.

    Mindless Eating: Why We Eat More Than We Think, Brian Wansink Ph.d.

    Czyli to nie tylko tak, że to ja nie kumam kalorii?

    It seems that when estimating almost anything—such as weight, height, brightness, loudness, sweetness, and so on—we consistently underestimate things as they get larger.

    Mindless Eating: Why We Eat More Than We Think, Brian Wansink Ph.d.

    We all consume more from big packages, whatever the product. Big dishes and big spoons are big trouble. As the size of our dishes increases, so does the amount we scoop onto them.

    Mindless Eating: Why We Eat More Than We Think, Brian Wansink Ph.d.

    On average, if you eat with one other person, you’ll eat about 35 percent more than you otherwise would. If you eat with a group of seven or more, you’ll eat nearly twice as much—96 percent more—than you would if you were eating alone at the Thanksgiving card table in the other room.

    Mindless Eating: Why We Eat More Than We Think, Brian Wansink Ph.d.

    Recent surveys of all foods ordered in restaurants show that burgers, French fries, pizza, and Mexican food comprise almost 50 percent of all food purchases. We order these foods five times more frequently than we order vegetables or side salads.

    Mindless Eating: Why We Eat More Than We Think, Brian Wansink Ph.d.

    I na koniec słówko o przewidywanej jakości wpływu podatku cukrowego na życie i zdrowie społeczeństwa:

    What is certain is that large increases in food prices make us shop for alternatives. It doesn’t mean that we look for healthier options, it doesn’t change our food desires, it just changes where we would go to buy our French fries and candy bars. Raising prices within a reasonable free-market range doesn’t change behavior, it penalizes the people with the least money.

    Mindless Eating: Why We Eat More Than We Think, Brian Wansink Ph.d.
    1. A o co chodzi z tymi sztandarami? W Toruniu odbywa się http://artmovesfestival.org festiwal billboardów i tak wygląda zwycięska praca.
    https://www.facebook.com/ArtMovesFestival/photos/a.2199634610052989/4556830384333388
    1. Zwykle, kiedy ktoś Cię spyta (choć przecież nikt nie pyta, o ile nie trafiasz na komisję śledczą) co robiłeś danego dnia 19 lat temu, nie masz pojęcia. No chyba, że 19 lat temu, wydarzyło się to:

    Przypuszczam, że wiesz gdzie wtedy byłaś / byłeś i gdzie oglądałaś / oglądałeś relacje z 11 września 2001.

    To jest ten moment, w którym prawdziwie wytrwałych (a wciąż ciekawych) mogę zachęcić do przeglądnięcia wcześniejszych wydań tygodniówki 😉

  • W górę! Choćby na balonach – Tygodniówka #35

    1. Lubię iluzje. Wszelakie. Optyczne, dźwiękowe, karciane. Z wypiekami na twarzy oglądałem za małolata Copperfielda, zachwyca mnie – o czym pisałem – Lennart Green. Niejednokrotnie z opadniętą szczęką zostawił mnie Derren Brown (choć jemu czasem pomagały nie tyle zabiegi telewizyjne, ile odpowiedni dobór materiałów, które ostatecznie w telewizji się pojawiły). Jestem często zauroczony tym, co jest pokazywane w „Fool Us”. Uwielbiam iluzje oparte o sprawność rąk czy błyskotliwość umysłu. Trochę mniej lubię te „spektakularne” ze znikającymi samolotami, statuami czy wolnościami obywatelskimi. Lubię iluzjonistów. Niektórzy nawet sprawili, że zacząłem inaczej jeść (ciągle mało mądrze) i że zacząłem brać zimne prysznice. Tak… Lubię iluzjonistów. Ale im więcej ich znam, tym bardziej jestem wybredny. I jakoś nigdy nie było mi po drodze z Davidem Blaine’m.
    2. To wrażenie „lubię / nie lubię” jest często bardzo mocne, choć często oparte wyłącznie na pierwszym wrażeniu. Nie na wiedzy, nie na doświadczeniu, tylko na rzucie okiem i takim „meh, mnie to nie bardzo wzrusza”. Czytając Kahnemana (a jakże), ale też Gladwella (Blink), czy nawet ostatnio Wansika, pozwalam sobie na tezę, że wszyscy tak mamy. Świadomie lub nie, pozwalamy by nasze pierwsze odczucia kierowały naszymi decyzjami. W rzeczach małych i dużych. A potem od czasu do czasu zdarza się nam pewne rzeczy zobaczyć, zrozumieć i… troszkę zmienić zdanie.
    3. Często w grę wchodzi przypadek. Siegniesz nie po tę ksiażkę co trzeba, posłuchasz nie tego co trzeba podcastu i… jesteś ugotowany. Ja zupełnie przypadkiem sięgnąłem po tę rozmowę Joe Rogana z Blainem:
    1. I gość w moich oczach rośnie i staje się ciekawy. Nie dlatego że nagle jego iluzje są ciekawsze, ale dlatego, że pokazuje jak wiele z jego występów, nie jest iluzją, ale są pokazem siły woli i wytrzymałości ciała. I przykładem tego, jak wiele rzeczy można wyćwiczyć. Do jak ekstremalnych granic można się zbliżyć i bezpiecznie z nich wrócić.
    2. Bo ciało potrafi robić takie rzeczy, że zbieram szczękę z podłogi. Tylko trzeba być go świadomym.
    https://www.facebook.com/Qaswart.El.Aikido/videos/2092798847682359/
    1. A tu możecie zobaczyć to, o czym opowiada u Rogana w realizacji.

    Bo okazuje się, że to wcale nie był przypadek, że tę rozmowę zobaczyłem. Tzn jakiś marketer uznał, że każdy występ potrzebuje promocji, więc trzeba zrobić tour i się pokazać, aby ludzie mogli zobaczyć i być zaciekawieni tym, co zamierzamy dla nich przygotować. 

    1. Ten film zobaczyło 10 dotychczas milionów ludzi. I tu dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, jak bardzo zblazowanym jesteśmy towarzystwem (my, Homo Sapiens AD 2020), że nie śledzimy tego z wypiekami na twarzach (facet wznosi się na balonach w niebo… niech się przyzna, kto nie miał takiej fantazji za małolata… A my mamy transmisję live z realizacji tego pragnienia, w kolorze, ze zbliżeniami). Taki mamy róg obfitości rzeczy, które walczą o naszą uwagę.
      Po drugie (no nie umiem się powstrzymać od robienia podpunktów) to pokazuje, jak ogromny wynik osiągnęli bracia Sekielscy z oboma filmami dotyczącymi pedofilii w polskim kościele.
    2. Jeśli dobrze pamiętam, pierwszym „celebrytą”, z którym miałem taką osobistą voltę był Jim Carrey. Bo Głupi i Głupszy, bo Ace Ventura, bo jakieś absurdalne skecze w SNL i byłem totalnie mu niechętny, ale… potem zrobił Truman Show… A potem zrobił Man on the Moon… a potem zrobił Majestic. I nagle te wszystkie miny przestały mnie drażnić, a zaczynałem widzieć niezwykle plastycznego aktora, który potrafi robić rzeczy, na które nie mogą sobie pozwolić inni (i nie mają też po temu odwagi). A potem Jim zrobił to. I jeśli tego nie znasz, to proszę, poświęć kilka minut na ten film.  
    1. Niezwykłe jest, jak wiele umiejętności mają zdolni ludzie. Jakby nabierali garściami z puli talentów i często sięgali z tak wielu różnych dziedzin. O, taki przykład pod ręką mam.
    1. Właściwie to połączmy to, że lubię iluzję z tym, że lubię sobie czasem porysować:
    https://www.facebook.com/watch/?v=979521739232870&extid=Rj6TiW1WWZHFV4nP
    1. Trochę w odniesieniu do punktu 7, czyli… Chyba dość rzadko zdajemy sobie z tego sprawę, ale w ogromnym stopniu determinuje nas to, co mamy dostępne pod ręką. I nie chodzi mi teraz o bańki społecznościowe (choć tak, to także ma wpływ), raczej… Jesteśmy przekonani, że nasza wolna wola jest niezagrożona i nic / nikt na nią nie wpływa, a nawet jeśli próbuje, to nie pozwalamy mu, bo jesteśmy od tego mądrzejsi. Cóż. Nie jesteśmy i można na nas wpływać. Poprawka. Jesteśmy pod wpływem. I to zdecydowanie częściej, niż byśmy chcieli.
    2. Czytam teraz „Beztroskie jedzenie”, ale nawet kiedy próbuję zdradzać Kahnemana, to on mnie dopada pod inną postacią, w przebraniu albo w cytacie. I tak właśnie czytając o tym dlaczego jemy, to co jemy, okazuje się, że często jemy właśnie to, bo to jest pod ręką. Jakby nie było, to… nic by się nie stało. „Out of sight, out of mind”. Czyli po raz kolejny znaczenie ma to, co mamy w zasięgu ręki…
    3. Inna rzecz, ja naprawdę nie mam skrzywienia na punkcie jedzenia. Polecono mi tę książkę, bo opisuje eksperymenty na ludziach, a to mnie interesuje. W efekcie poznaję kolejne metody i podpowiedzi jak jeść mniej. A ja już nie chcę jeść mniej. No chyba, że akurat głoduję. Coraz mocniej dociera do mnie myśl, że może i przez ostatnie dwa lata jem inaczej niż jadłem przez prawie całe swoje życie, ale nadal nie jem mądrze.
    4. Pozostając w temacie dostępności – wpadł mi w ręce artykuł o tym, jak dostępność wiedzy i informacji wpływa na nasze postrzeganie świata i jakie znaczenie ma paywall. Innymi słowy, musimy mieć na uwadze, że fakty są płatne, to fake newsy są za darmo. I to ma swoje wielkie, wielkie, wielkie konsekwencje. Bo często argumenty i dowodzenie, które może obalić szkodliwe społecznie teorie i pomówienia które są dostępne w przestrzeni publicznej, są dostępne wyłącznie dla tych, którzy decydują się płacić abonament. Założenie że prawda się obroni (i samo sfinansuje) jest błędne.
    5. Brakuje nam mechanizmów, które nas przed tym ochronią. To konsekwencje tego, że w ostatniej dekadzie największą wartością jest pieniądz. On rzekomo determinuje wszystko. Ale pieniądz nie jest najważniejszy, to tylko wrażenie czasów, w których przyszło nam żyć. Pieniądz nie był najważniejszy w dziejach ludzkości i myślę, że wcale nie musi być. To przejściowe. Cywilizacja to ogarnie, wolny rynek to ogarnie. Tylko że to przejściowe może potrwać kilka, albo kilkadziesiąt, albo kilkaset lat. My wcale nie musimy tego doczekać.
    6. Ale że takich mechanizmów nigdy nie było? Że to jest nieznane terytorium? 

    Genialnie napisane przez Aarona Sorkina.

    1. Myślę, że docieramy do momentu (a może zawsze tak było), w którym masy znowu będą ciemne. Dobra wiadomość jest taka, że to nam (ludzkości) nie przeszkadzało w rozwoju. Potrafiliśmy stawiać i udowadniać bardzo śmiałe teorie (kulistość ziemi, heliocentryczność układu słonecznego), które przeczyły przekonaniu mas i z czasem okazywało się, że to te teorie przetrwały i o nich się uczymy, z nich korzystamy. A nieprzekonane masy musiały z tym żyć. Żal tylko niewykorzystanych szans, zmarnowanego potencjału i czasu. I świadomość wszechotaczającej pełzającej niemądrości (bo nie głupoty). To nie wina mas.
    In sight = in mind. 
    What you see is all there is. 
    Fast news vs paid news.
    Fake News > real news. 

    Doskonały przepis na katastrofę i robienie przestrzeni dla efektywnej propagandy. Nikt nie ma sił, czasu, wiedzy aby weryfikować informacje, które do niego docierają.

    1. Cholera, mam wrażenie, że o tym pisałem. O tu.
    2. Ten zawód przyszłości… i zaufanie. Wiecie na czym polega zaufanie? Że idziecie do łysego człowieka po poradę co zrobić ze swoimi pieniędzmi i ten człowiek mówi Wam – to jest dobre narzędzie, daj tu swoje pieniądze, będziesz zadowolony. A Ty po godzinie czy 15 minutach wchodzisz w to i dajesz tam swoje pieniądze, choć wiesz, że nie rozpoznałeś tego tak dobrze, jak powinieneś. Więc… tak Michale Szafrański, są twarde dowody mojego zaufania. Jakieś pięć tysięcy dowodów. Na początek.
    3. Ważne dopowiedzenie – zaufałem Michałowi w kwestii polecenia narzędzia, nie efektu, który mogę osiągnąć. Tzn za jego radą stosuję rozwiązanie dla ETF’ów (o których myślałem już czas jakiś), ale nie zakładam, że to cudowna inwestycja i że Michał gwarantuje, że dzięki niej bedę piękny, młody i bogaty. Nic z tych rzeczy. Zaufałem Michałowi, że rozpoznanie które zrobił i oferta którą przedstawił jest warta tego, aby z niej skorzystać.
    4. Out of sight, out of mind. No i tak własnie kończy się… na tym właśnie cierpi moje pisanie dziennika. Z okazji jakichś porządków dziennik trafił w miejsce, w którym go nie widziałem i przestałem pisać. Ale ja chcę… więc teraz robimy eksperyment, i dziennik został wczoraj wyciągnięty, i leży „na widoku”. Co prawda wczoraj w nim nic nie napisałem, ale za to czuję z tego powodu pewne wyrzuty i pewną presję, więc.. to działa.
    5. Dwa punkty o głodówkach. Ponieważ je sobie organizuje, to się wypowiem, choć mam pełną świadomość, jak niewiele o tym wiem. I pamiętaj proszę, że to wcale nie jest odpowiedzialna podpowiedź dietetyczna. To się o poradę nawet nie otarło.
    6. Przeniesienie głodówek z piątku na poniedziałek nie spowodowało żadnych perturbacji, nie spowodowało myśli o rezygnacji. Czytałem o korzyściach dla ciała i dla ducha. Tych dla ciała nie umiem wyczuć. Myślę, że przydałyby się jakieś badania kontrolne, żebym się upewnił, że nie robię sobie krzywdy (na 99% nie robię, ale statystyka to suka, a ryzyko 1% sprawia wrażenie większego niż jest nim na prawdę – Kahnemana będę podrzucał także w ten sposób). Korzyści dla ducha, dla skupienia, dla efektywności – nooo… nie wiem. Nie zauważam. 36h post nie sprawia, że mój umysł staje się ostry jak brzytwa. Więc po co to robię? Bo… lubię. Bo to fajne. Bo to inne. Bo to pokazywanie swojemu ciału i swojej głowie – możesz robić dziwne rzeczy. To tak jak z zimnymi prysznicami. Bo mogę.
    7. Wicie… czytałeś o korzyściach dla ciała i ducha i nie przeszło Ci przez myśl, że ta darmowa wiedza może być jedynie kolejną teoryjką, która stoi na równi z płaskoziemcami, covidowym 5g. Kurcze… No przyszło. Muszę poczytać dalej. Poszukać. A na razie eksperyment prowadzę na sobie.
    8. Głodówka od komputera, zaplanowana na niedzielę, ma wadę. Niedziela jest też dniem, w którym dobrze by było podsumować tydzień i posprzątać na komputerze po tygodniu. I trudno to zrobić, jak się nie korzysta z komputera (a korzystanie z tabletu to jednak wytrych, a to nie całkiem o to chodzi). Więc na razie rozwiązanie które rozważam to „bez komputera do zachodu słońca”. Sprytnie Wicie, wszak idzie zima. Dlatego… może od sobotniego zmierzchu do niedzielnego zmierzchu… O. Spróbuję.
    9. Tablet. Skoro tablet, to gry. Skoro gry, to manager piłkarski, choć absolutnie się na tym nie znam, nawet jeśli gram w managery rozmaite od lat, wielu, wielu lat, to zawsze mam wrażenie, że robię to źle, że gram źle.
      To trochę tak, jakbym siadał szachów upierał się, że gram w warcaby. Niby podobne, ale są tam pewne drobne różnice.
      Manager piłkarski to dziwna gra („o… znowu grasz w pasek”), w którą dziwnie gram i choć mam tego świadomość, to ponieważ nie gram w multiplayer, jakoś mniej mnie to boli (choć cały czas czuję, gdyż zawsze samoświadomy Wit). Kiedy gram w tę grę, najczęściej gram Wisłą, bo jednak sentyment pozostał. I nagle w grze pojawia się taki komunikat:

    Ktoś się grubo pomylił.

    1. Ale to jeszcze nic. Kilkanaście / kilkadziesiąt minut później pojawia się ten komunikat

    i to jest ten moment, w którym cały na biało wjeżdża mój imposter syndrome, stwierdzajac „ooo.. ktoś popsuł algorytmy”. No rejczel. Komputer się pomylił. Nie ma innego wyjścia.

    1. Sprawdzam też ten pomysł na hakowanie LinkedIn:
    1. Pamiętaj – na drodze spodziewaj się niespodziewanego: 
    1. Mówi się, że właściciel samochodu jest prawdziwie szczęśliwy tylko w dwa dni – w dzień zakupu samochodu i w dniu jego sprzedazy. Tygodniówka, to także kilka emocji. W piątek, kiedy ją kończę i wysyłam, zwykle mieszanka dumy i wątpliwości. Dumy, kiedy jestem spokojny że fajna tygodniówka wyszła i wątpliwości, co jeśli to tylko moje wrazenie. Potem wysyłka i pewna ulga – domknięte, wysłane. A potem przychodzi czwartek i myśl – chłopie – znowu jesteś w lesie i nic jeszcze nie masz. Jak ty z tych kilku punktów sklecisz coś „wysyłalnego”… well.. to juz za tydzień;)