1. Zacznę od złożenia zażalenia. Co to za majówka, co trwa trzy dni, w tym dwa i tak wolne? I co to za majówka, która jest zimna i wietrzna. To nie przystoi. Inna rzecz, co to za pierwszy maja, w którym nie ma pochodów (choć jestem z pokolenia które o pochodach pierwszomajowych głównie słyszało… choć o ile pamiętam (bardzo, bardzo przez mgłę) jakiś pochód widziałem… ale poza tym, że przez mgłę i że byłem wtedy noszony „na barana” to nie pamiętam nic. Równie dobrze mogło mi się przyśnić.
  2. W każdym razie, w związku z wymienionymi okolicznościami, tygodniówka będzie krótka jak tegoroczny weekend majowy.
  3. To co z tej majówki zapamiętam, to kolejki do szczepień. Co prawda sam się na to majówkowe szczepienie nie wybrałem (choć mam już(?) skierowanie i mam już(?) termin, i postanowiłem zaczekać na umówione szczepienie, ale i tak to parcie na szczepienia mnie cieszy. Choć właśnie… parcie?
  4. W materiale oko.press czytam, że 42% mężczyzn w wieku 18-39 lat (czyli to wciąż mój zakres) nie chce się szczepić. I co ja mogę na to powiedzieć? No jedyne co mogę, to chyba

A może nawet bardziej

Chłopaki, jakby to Wam powiedzieć… już niedługo i Wy przestaniecie grać na kodach i w „God Mode”. [Copyright – o ile wiem – Miszewski]

  1. W sumie, to nie wiem jakich argumentów używać. Straszyć, że to nie żart i że z powodu tej choroby w Polsce zmarło już ponad 68 tysięcy osób z jakąś koszmarnie wysoką średnią w kwietniu. Straszyć, że to choróbstwo zostawia po sobie ślady także neurologiczne? Tłumaczyć, że potrzebujemy się zaszczepić masowo, żeby to zatrzymać (a brak szczepienia, czyli brak odporności oznacza także umożliwienie mu mutowania, czyli także ryzykowanie że pojawi się jakaś inna, bardziej zajadła odmiana). Może trzeba jak w żarcie, siąść na ambicję „Ja wiedziałem, Polak, że Ty się nie zaszczepisz”… Choć to wszystko metoda kija. A może trzeba metody marchewki.
  2. Szczepienie uwalnia. Daje nadzieję na przywrócenie jakiejś formy normalności. Odzyskania tego, co przez ostatnie blisko półtora roku straciliśmy. Jest też – podobnie jak cholerna maseczka – formą wyrazu odpowiedzialności i patriotyzmu. Taki nieoczywisty patriotyzm XXI wieku.
  3. My chyba nie całkiem zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo szczęśliwymi jesteśmy ludźmi, że możemy szczepionką odpowiedzieć na chorobę i to w tak krótkim czasie i to pomimo nieudolności wszelakiej akurat naszych rządzących. Nie chodzi o to, czy wierzymy w szczepionkę czy nie. Doświadczamy dobrodziejstwa nauki i otrzymujemy ją za darmo. Może gdyby szczepionka kosztowała tyle co nowy ajfon i była dostępna tylko dla 10% populacji to byśmy o nią prosili. Ale my, przynajmniej część z nas, wie lepiej.
  4. Swoją drogą, dziś (bo coś mi się zdaje, że tygodniówka wyjdzie po północy) mamy święto Konstytucji 3. Maja (inna rzecz, dziś (kiedy piszę, czyli wczoraj kiedy czytasz) mieliśmy zdaje się flagi państwowej… I tak mi chodzi po głowie – a może trzeba odebrać symbol narodowcom. Nie, nie siłą. Ale pokazać / pokazywać im, że Polska flaga jest naszą flagą. Że nie mają wyłączności. Że patriotyzm ma nie tylko siłowe i wykluczający odmienność (poglądów) oblicze.
  5. W tym tygodniu napadła mnie też refleksja – czy chciałbym obejrzeć film o sobie. Ale nie taki, który miałby być cukierkową ekranizacją, z dobrymi aktorami, świetnymi dialogami… Raczej taki, który pokazuje jaki jestem. Możliwie obiektywnie. Czy podobałby mi się główny bohater. Czy rozumiałbym go (znaczy siebie), czy raczej, no wiesz…
  1. I tak mi jakoś po głowie chodzi taka jedna piosenka…
  1. A właśnie.. film. Bo nie wiem czy wiecie, w zeszłą niedziele były Oscary. Te takie bardzo ważne nagrody filmowe, dla których kiedyś się zarywało nocki, a teraz już się jakoś nie zarywa. No więc w każdym razie, duński film o którym wspominałem tydzień temu – „Na rauszu” – zdobył Oskara za najlepszy film zagramaniczny.
  2. W tym tygodniu odsłuchałem – i to było nieco wymagające, bo to nie jest jakoś szczególnie ciekawy w formie wywiad – rozmowy Tomasza Sekielskiego z dziennikarzem Oko.Press o polskich biznesmenach w sutannach i cokolwiek to jest jednak niesmaczne.
  1. YouTube potrafi zaskoczyć. I zachwycić. Chemią. Tu: Co wygląda jak jakaś szalona animacja:

lub tu – z dedykacją dla tych, którzy lubią jak bawełna wybucha i płonie.:

Lub tu, dla tych, którzy lubią jak coś zjada złoto:

  1. I w temacie złota – czy to możliwe, że cyfrowa waluta jest bardziej zasobożerna niż złoto? Wydaje się niemożliwe, ale… No tu piszą, że jest właśnie tak… A tu jeszcze więcej o tym, jak bardzo kosztowna jest ta waluta

A dla dociekliwych jeszcze jedno źródełko;

  1. Robert polecił mi – rzuć okiem na tego gościa:

i prawdę powiedziawszy zgłupiałem. Bo to przecież wygląda niemal jak animacja, albo film rodem z Boston Dinamics. A potem się okazało…

  1. Że ten chłopak, to Polak.

https://www.tiktok.com/@saintfluencer i to z całkiem sporą dawką dystansu do siebie i świata. Nie to, że rzucę się dla niego na TikToka (no jednak cały czas nie) ale… może troszeczkę zaczynam kumać dlaczego ludzie tam się odnajdują.

  1. Bo czy ten gość mógłby się odnaleźć na YouTube? Mógłby. Ale tu chyba nie o to chodzi.

    Brawo Wit, zaczynasz – być może – kumać. To troszkę jak w przypadku Vine (śpij słodko aniołku). Chodzi o możliwość wyrażania się w krótkiej formie bez zobowiązań. Tzn z zobowiązaniem pewnie też można, ale chodzi o to, że TikTok nie ogranicza, a nawet wręcz zachęca do tego, żeby cały czas próbować się wymyślić na nowo. Na YouTube to nie jest tak proste – bo jednak format, bo widownia, bo dłuższa forma, bo trzeba scenariusz, montaż i takie tam.

    A TikTok to żywioł. Zabawa. Wrzutka kilkunasto sekundowa – wyjdzie – super, nie wyjdzie – nic się nie stanie, wrzuci się za chwilę następną. Trochę to też zapewne wynika ze sposobu konsumpcji – swipe, swipe, swipe. Może to to.
  2. Wspominałem o książce „Bad Food Bible” którą sobie podczytuję, i tam jest wzmianka o tym, że wiele twierdzeń które dotyczy tego, co wiemy o jedzeniu, opiera się o niesprawdzone badania rozdmuchane przez koncerny albo dziennikarzy albo ideologów tej czy innej diety. I myślę sobie – guilty as charged.

    Jako marketer (trzeba spojrzeć prawdzie w oczy) wiem, że kiedy przygotowuję jakąś komunikację, nie ma lepszej rzeczy niż choćby jedno badanie o które mogę się oprzeć, żeby wzmocnić swoją tezę. Trochę mniej interesuję się tym, na ile to jest prawda, w końcu nie jestem naukowcem tylko reklamiarzem, więc skoro „amerykańscy badacze dowodzą”, to nieważne jak dowodzą, ani skąd ten ich dowód. Nie ważne jak zrobili badanie, ważne że mam argument. Potem ten argument podlewa się odpowiednią ilością gotówki (jeśli reklamodawca ową gotówkę posiada) i już możemy przystąpić do przekłamywania rzeczywistości. Nie ma za co.
  3. A na linkedin Marcin polecił, więc się zainteresowałem tym wpisem. Cóż, zbyt często nie rozumiemy koncepcji reklamiarza aż nastąpi błysk:

Choć musimy pamiętać także o tym, że czasem żaden błysk nie następuje (bo i koncepcja nie była najlepsiejsza).

  1. W tym tygodniu, a może od tego tygodnia zamierzam spróbować nowej rzeczy. W trosce o to, aby tygodniówka była trochę bardziej na czas, spróbuję pisać tygodniówkę przez 10 minut dziennie, codziennie. Brzmi łatwo, brzmi prosto, może się udać (choć z drugiej strony chciałem tego spróbować już tydzień temu i nie wyszło – brakuje mi widać dyscypliny). A wszystko to zainspirowane tym filmikiem:
  1. Jest jeszcze jedna rzecz której zamierzam próbować. Bo wszystko rzeczą jest nastawienia. Propozycja odpowiedzi na pytanie „jak się masz” podsłuchana w „Pivot”.

I’ve never been better.

I tego właśnie sobie i Tobie w nadchodzącym tygodniu życzę. Abyśmy czuli się tak, że nigdy nie było nam lepiej.

Do przeczytania za tydzień.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to Top