7 - tyle minut czytania

Na tym najlepszym ze światów wszystko kosztuje, za wszystko trzeba płacić. Nawet w Internecie płacimy, choć rzekomo w Internecie wszystko jest za darmo. To czym płacimy, ewoluuje. Kiedyś płaciliśmy rzeczami materialnymi – łatwo i niełatwo dostępnymi. Płaciliśmy swoimi umiejętnościami, płaciliśmy też przywilejami i władzą która bywa słodsza niż majątek (rzekomo). Potrafimy płacić też w naturze i to w niejeden sposób. W drodze rozwoju wymyśliliśmy sobie środki płatnicze i ufamy w moc papierków. Jakimś cudem wierzymy, że papierek z jednym obrazkiem może być więcej warty niż papierek z innym obrazkiem. Co ciekawe, wartość papierka z obrazkiem może gwałtownie zyskać lub stracić, choć on sam przez cały czas grzecznie leży sobie u nas w portfelu. 

XXI wiek obfituje w nowe, nieznane naszym przodkom waluty. Są bitcoiny i ich pochodne, czyli waluty całkiem wirtualne. Są waluty giełdowe których nikt nie ogarnia i bawią się nimi nieliczni, ale ich zabawa niesie dla nas bardzo realne ryzyko (zapraszam do zapoznania się z Big Short – wyjątkowym filmem i książką). Mamy też nowe, nie wyrażalne żadną określoną wartością waluty stosowane w Internecie, a te ostatnie będą chyba zyskiwać, bo w dobie post prawdy wszyscy musimy nauczyć się znajdować wiarygodne źródła informacji.
Tego wpisu możesz posłuchać, bo autor bawi się w radio;-)

Czym jest pieniądz

Większość pieniędzy jakie znamy i z jakimi mamy do czynienia na co dzień, to pieniądz fiducjarny, czyli oparty na zaufaniu. Definicja:

Pieniądz fiducjarny (łac. fides – wiara) – waluta niemająca oparcia w dobrach materialnych (jak np. kruszce), której wartość ma źródło z reguły w dekretowanym prawnie monopolu w wykorzystaniu go na danym obszarze jako legalny środek płatniczy oraz na popycie generowanym przez instytucje państwowe, głównie przez pobór podatków. Wartość pieniądza fiducjarnego opiera się na zaufaniu do emitenta.

Biorąc pod uwagę, że nadciąga ogólnoświatowy kryzys zaufania, będzie super.

Tak czy inaczej, każda waluta to środek płatniczy.  Oczywiście są tacy, którzy lubią gromadzić i posiadać, ale dla większości z nas, waluta to środek ułatwiający nam unormowanie, uregulowanie handlu, wymiany dóbr. Ponieważ lubimy handlować, wymieniamy coś co mamy, na coś co chcemy mieć. Zwykle ktoś zyskuje, ktoś traci, świat się kręci.

Dobrym środkiem płatności jest coś, co jest cenne, mierzalne i jest tego ograniczona ilość. Dzięki ograniczeniu ilości / dostępności, określa się wartość. Dla rynku idealną sytuacją jest stan, w którym każdy coś posiada, bo jeśli coś posiada, to może to wymienić, a rynek żyje z wymienialności, z tego, że się kręci. Co ciekawe i ważne – nawet jeśli coś nie jest transferowalne dziś, to wcale nie oznacza, że nie będzie wymienialne jutro.

Czas – waluta, o której rzadko się pamięta

Czas to coś co jest cenne, mierzalne i każdy ma tego ograniczoną ilość. Czy czas jest walutą? W pewnym sensie tak. W Polsce (ale nie tylko w Polsce) pracę rozliczamy w czasie, nie w efektach. Większość z nas pracując na etacie oddaje około 40h w tygodniu w zamian za określoną ilość cyferek na koncie (bo przecież mało kto idzie do zakładowej kasy i odbiera swój zestaw papierków z obrazkiem). Zainteresowanych odsyłam do książki Douglasa Rushkoffa, „Throwing Rocks at the Google Bus” przy czym lojalnie ostrzegam, im dalej w las tym bardziej trąci socjalizmem i lewicowym podejściem do świata (kiedy to zrozumiałem – odpuściłem dalszą lekturę… ale i tak warto się zapoznać, bo trochę otwiera na rzeczywistość). 

Umiemy więc czas wymieniać w pracy… Ale czy tylko pracodawca potrafi (albo wydaje mu się że potrafi) wycenić nasz czas? Czy przypadkiem nie jest tak, że wraz z przemijaniem kolejnych dni, tygodni, miesięcy i zmieniającej się rzeczywistości, okazuje się że nasz czas staje się coraz cenniejszy dla wszystkich wokół? I warto się zastanowić, jak o niego zabiegają.

Dziś o czasie jako walucie którą wartość dostrzegają inni. Wkrótce wpis o tym, dlaczego czas powinien być ważny dla nas. 

Czas zyskuje na wartości

Czy wiecie w jakiej walucie rozliczają się współczesne podmioty reklamowe? Co pomaga osobie zarządzającej budżetem reklamowym wskazanie w którym programie, której stacji, u którego wydawcy, u którego twórcy zostawić swoje pieniądze? Zdolność nadawcy do przykucia uwagi wyrażana w średnim czasie jaki odbiorca spędza przy jego „kanale” konsumując dostarczaną treść.

Strasznie pokręcone zdanie wyszło. Przekładając z mojego na zrozumiałe – im więcej czasu ktoś spędza u ciebie, tym większa jest szansa, że ktoś będzie chciał wykupić u Ciebie reklamę. To nie jest szczęśliwy zabieg, ale my wciąż się uczymy jak robić dobrą reklamę. Ale nawet jeśli ten model rozliczenia się zmieni, to to co będzie kupowane, to uwaga, czyli czas odbiorcy, który chce poświęcić na odbiór czyjegoś komunikatu.

Nie ma takich zabiegów, których nie stosuje się aby przykuć do siebie użytkownika. Wszyscy wokół wymieniamy informację co zrobić, żeby widz / czytelnik u nas został, do nas wrócił (żaden spisek, ale czy nie do tego służą fora, blogi, szkolenia?). Upraszczamy, krzyczymy, szokujemy, powiadamiamy, okłamujemy.

Nie ma świętości w dobie postprawdy i clickbaitu. Ponieważ uwaga odbiorcy jest atakowana ciągle i ze wszystkich stron, trzeba nawoływać głośniej, ostrzej, skuteczniej. Wszystko po to, aby mieć ładne statystyki, w oparciu o które można więcej zarobić, aby więcej produkować, aby więcej zarobić. A jeśli Ty wzdrygniesz się przed jakimś rozwiązaniem – spokojnie, konkurencja (oddalona od ciebie o klik) nie będzie miała takich skrupułów. I zobaczysz jak Ci odjeżdża, tak jak codziennej prasie odjechały tabloidy. 

Czas to…

Chciałbym wierzyć, że ogromny natłok treści, olbrzymie budżety, które są w Internet pompowane i rozwój twórców zaowocują tym, że na placu boju zostaną tylko dobre treści, reszta zginie we własnym bagnie. Wszystko wskazuje jednak na to, że łatwiej, taniej i efektywniej (a ewolucja kocha efektywność) jest tworzyć treść, która schlebia najniższym gustom. Może być więc i tak, że w przypadku i tej waluty prawdziwe okaże się „zły pieniądz wypiera dobry pieniądz”. 

Na koniec tego przydługiego tekstu czas na samozaoranie. Czas to pieniądz. Ughhh, tyle pisania i taka mądra myśl na koniec. Spróbujmy to przekuć w coś sensownego.

Jak na razie, to wszyscy dookoła chcą i mają coraz lepsze sposoby do tego, aby nas (z czasu) skubać. Wszyscy dookoła zarabiają kosztem naszej uwagi. Nie mamy mechanizmów obronnych, ale… może czas najwyższy wziąć sprawy w swoje ręce. Czy Ci się to podoba czy nie, twój czas jest ograniczony. Może jeszcze nie wiesz, ile tego czasu masz, ale na pewno się skończy. I nie ma za bardzo opcji „doładowania”. Czas nauczyć się lepiej swoimi zasobami zarządzać. I lepiej pilnować swojego portfela. Do tego jeszcze wrócę.

Póki co, dziękuję czytelniku, że poświęciłeś mi swój czas. Mam nadzieję, że nie uznajesz tego za chybioną inwestycję.  Swoją drogą, pisząc niemal każdy post boję się, że to ten będzie tym złym (bo ten zły, słaby, zbędny musi przyjść). Pozostaje wierzyć, że stres będzie motywował do starań, a nie paraliżował przed działaniem.