Nie wiem czy znasz tę myśl – „to nie dla mnie, to dla mnie za trudne, tego nie umiem, tego się nigdy nie nauczę”? Ja ją znam trochę aż za dobrze. Żyję przekonaniem, że są takie obszary, w których Bozia poskąpiła mi talentu.

Może i chętnie i często kwestionuję rzeczywistość, może już przyznaję się sam przed sobą, że słowa się mnie słuchają i grzecznie ustawiają się w równych rządkach przemycając czasem trochę znaczenia, ale… to wyjątki. Jest za to cała masa rzeczy, które pewnie i bym chciał umieć i znać, ale… no to nie dla mnie. Więc może lepiej się nie będę za nie zabierał. No chyba że…

Przypadek. Bardzo często wyręcza mnie przypadek. Idąc na szybkie zakupy przed pracą trafiam na książkę, która sprawia, że nagle zaczynam rysować. Od najprostszych rysunków, aż do prób zmierzenia się z portretami.

To się nie miało prawa udać.

Przez czysty przypadek w moim domu pojawia się ukulele i z pewną ciekawością, choć zupełnie bez przekonania (za to z przeświadczeniem że instrumenty strunowe są nie dla mnie) okazuje się, że zaczynam sobie przygrywać i mierzę się z „Por una cabeza” czy „Bolero” z (jeśli mogę sam sobie ocenę wystawić) całkiem niezłym efektem.

To się nie miało prawa udać.

Czasem potrzeba jest matką wynalazku, więc zmuszony do zrobienia w pracy kilkuset screenshotów, zacząłem szukać rozwiązania w Internecie i skoro brak gotowych rozwiązań do moich celów, to z pewną bezczelnością postanowiłem spróbować wykorzystać w tym celu Pythona (którego nie znałem) i parę bibliotek i teraz okazuje się że „mój pyton” robi screenshoty fachowo i efektywnie, a ja przy okazji nauczyłem się trochę automatycznego obsługiwania przeglądarki i „mój pyton” przydaje się także w innych rzeczach.

To się nie miało prawa udać.

Tak, można to wszystko robić lepiej, oj wiem, że można. Tylko że dla mnie nawet ten prezentowany tu poziom był absolutnie nieosiągalny. Powielokroć. 

To wszystko przypadki z ostatniego roku, co najwyżej kilku lat. Ale w tym roku przyszło mi się zmierzyć z demonem lat dziecięcych, pielęgnowanym i hołubionym przez lat niemal 30. Jak dziś pamiętam lekcje gry na pianinie w domu rodzinnym, gdzie zamiast grać, zagadywałem nauczycielkę, panią Gizbert Studnicką (jak widać pamięć mam całkiem niezłą). Pamiętam też, że w efekcie mojego zagadywania postępów w moim graniu raczej nie było, zwłaszcza na tle tego, jak grała na pianinie moja siostra.

Była jedna melodia, która wyjątkowo zapadła mi w pamięć. Enternainer. Melodia, którą znasz jeśli widziałeś Żądło. Marta grała to zawodowo, a ja o tym graniu mogłem tylko pomarzyć. I marzyłem, przez lata. Przez lata obiecując sobie niejednokrotnie, że gdybym tylko miał w domu pianino, to bym szedł w to normalnie jak dzik w żołędzie. Byłbym jak Bill Murray w Dniu Świstaka

Zdeterminowany znaczy.

I mogłem sobie marzyć, dopóki dwa miesiące temu w moim domu nie pojawiło się pianino. Ale wówczas moje marzenie było już skwapliwie przykryte kurzem czasu i nie wypadało go ze snu budzić. Nawet kiedy okazało się, że używana Yamaha podpowiada jak grać „Dla Elizy” czy „Marsz Turecki” nic nie zwiastowało problemów. A potem znalazłem tam przytoczonego „Enternainera” i… skończyły się wymówki.

To się nie miało prawa udać.

Kilkanaście minut dzienie. Nawet nie codziennie (jak to na niecodziennym hłe, hłe), ale przez miesiąc sprawiły, że to, co przez te 30 lat było niemożliwe, stało się dokonane… I mam to na filmie. Jak do tego doszło? Nie wiem.

Magia 1%. Magia atomowych nawyków. Magia pozwolenia sobie na nieumienie i nieprzejmowanie się tym, że nie wychodzi „od strzała”. Bawienie się nieumieniem. Dostrzeganie i cieszenie się postępami. Karmienie się perspektywą i dopingowanie się tym, że co, ledwie w miesiąc? No właśnie w miesiąc.

Już jakiś czas temu spotkałem się z myślą, aby podpowiadać uczącym się, żeby do frazy „nie umiem” dodawać zawsze „jeszcze”. I że to „jeszcze” jest kluczem. Rozbraja definitywność „nie umiem” i otwiera „wszystko jest możliwe”. Wiedziałem o tym, ale… teoria teorią, a praktyka praktyką.

Jedna rzecz mnie w tym wszystkim wkurza. Tak nawet bardziej, to wkurza mnie w mojej własnej, osobistej głowie. Że nawet jeśli mam na wyciagnięcie dowody, choćby nawet te, które tu przytaczam – rysunek, ukulele, pianino, programowanie – że umiem sięgnąć i opanować rzeczy, które dla mnie samego były autentycznie nieosiagalne, to cały czas mierząc się z czymś nowym / nieznanym / nieprzepracowanym mam to uparte i niezasadnie dumne przekonanie – to się nie ma prawa udać. Nie mi. Zupełnie nie wiem jak to sobie wytłumaczyć, że to głównie w moim własnym przekonaniu rzeczy są niemożliwe, aż je zrobię, tylko muszę spróbować. Tylko muszę dać sobie te piętnaście minut dziennie.

Zwykle zdaję się na przypadek, na cudowne zrządzenie losu albo sprzyjający układ gwiazd aby rozbroić te moje własne niemożliwości. Tym razem jednak spróbuje trochę inaczej. Karmiąc się swoją wewnętrzną irytacją i tym, że temat sezonuje się we mnie już od roku, próbuję się wziąć za bary z subskrypcjami. Bez szturmowania, bez wielkich imperialnych zakusów. Cierpliwie. Przez piętnaście minut dziennie. Przez większość dni w miesiącu. Zobaczymy co to przyniesie.

Na razie przyniosło to, że pojawiły się pierwsze wpisy poświęcone kilku pudełkom jakie można w Polsce zamówić w subskrypcji, przyniosły to, że wiem już jak zacząć, że już wiem jak to może wyglądać i że mam o jedną wymówkę mniej. Że teraz muszę tylko poświęcić te 15 minut dziennie i dodawać cegiełki. Zobaczymy jaki powstanie z tego mur.

Czy to się może udać?

Cóż. We will say what time will tell.

Back to Top