Kategoria: O bojach z rzeczywistością

Czasem jest tak, że rzeczywistość skrzeczy. Gdzieś drażni, uwiera, przeszkadza. Coś poszło nie tak, coś wydaje się nie logiczne, coś skłania do myśli i zachęca do tego, by ją rozwinąć w dłuższą formę.

Wpisy poświęcone technologii, przyszłości, konsumpcji i o tym, czemu się w świecie nie odnajduję. W sumie, ten zestaw mógłby się nazywać #poraumierać.

  • Przyszłość, która mnie przeraża i z którą nie podyskutujesz

    Chyba wszyscy lubimy zerkać w przyszłość. Sięgamy po prognozy pogody, horoskopy, przepowiednie. Snujemy plany, lubimy przewidywać, co też bliska lub daleka przyszłość nam przyniesie. Mamy tendencję do widzenia przyszłości raczej w jasnych, różowych barwach. Bagatelizujemy to co nieprzyjemne, minimalizujemy ryzyko i prawdopodobieństwo wystąpienia nieprzychylnych nam zdarzeń losowych.

    Mam na to jakiś dowód? Żadnego. Ale taki oto eksperyment wykorzystał reklamie amerykański ubezpieczyciel:

    Bierzmy poprawkę na to, że to reklama i nawet jeśli eksperyment nie został odpowiednio „podprowadzony” to reklamodawca chciał osiągnąć taki, a nie inny efekt. Ale i tak śmiem twierdzić, że dość łatwo przychodzi nam myśleć że przyszłość niesie to, co dobre. Nie zostawiamy sobie miejsca na czarnowidztwo. (więcej…)

  • Ile kosztuje kawa?

    Na wszelki wypadek uzupełnię, w pytaniu nie chodzi mi o każdą kawę. Pytanie nie dotyczy tej kupowanej na stołówce w pracy, ani tej, którą kupujesz w jednej z modnych krakowskich kawiarenek. Na to pytanie odpowiadali natomiast założyciele Starbucksa. Bodaj to oni pierwsi zmienili kontekst pytania – „ile powinna kosztować kawa”. W jaki sposób? Otóż postawili pytanie nie ile powinna kosztować, ale ile można za kawę sobie zażyczyć, pod warunkiem, że to wokół niej będzie się kręcił cały biznes. Poczytajcie sobie tu*… Ale ja dziś nie o tym. Mi dziś przyszło do głowy, ile kosztuje kawa, którą robię sobie w domu.

    Pytanie nawiązuje trochę do tego, które nie tak dawno usłyszałem… a dlaczego tyle za kawę (ziarnistą) zapłaciłeś. Wtedy odpowiedziałem, że „ale nie przesadzajmy, mniej więcej tyle kosztują trzy kawy na wynos gdzieś na mieście”. Z drugiej strony, zapłaciłem tyle za 250g kawy (taki miałem szalony gest). Za te same pieniądze mógłbym kupić mniej więcej 600gr jakiejś kawy rozpuszczalnej** popularnej marki. Bo, tak po prawdzie, to kto normalny by liczył, ile kosztuje go kawa… I po co?
    (więcej…)

  • Dlaczego zadaję tyle pytań?

    To będzie wpis chyba nieco ekspiacyjny. Może nawet delikatnie „coming outowy”. To także wpis co sobie sezonował, bo pierwszy raz w mojej głowie pojawił się rok temu. Teraz dojrzał, by go w słowa ubrać.

    Mam taką, zdaje się niejednokrotnie potwornie irytującą, manierę zadawania pytań. I w pracy, i w domu, i poza domem. Co gorsza, zwykle jest tak, że na jednym pytaniu się nie kończy, a najlepsza nawet odpowiedź zazwyczaj nie gwarantuje, że przestanę drążyć. Raczej im lepsza odpowiedź, tym większą mam ochotę pytać dalej. Co więcej, czasem pytam nawet wtedy, gdy kolejne pytania nic nie wnoszą. Pytam także wtedy, gdy znam odpowiedź (albo wydaje mi się, że znam odpowiedź).
    (więcej…)

  • Jak dorosłem do pre-paida i dlaczego będąc w Play czuję się jak idiota

    Chyba dorastam. Może dojrzewam. Czytam o tym, jak oszczędzać i nieśmiało zerkam też w pozycje jak inwestować. Czasem mam wrażenie, że te wszystkie moje starania mogą być bez sensu, bo rządzą nami ludzie, którzy, jak prezes, nie mają konta bankowego, albo, jak minister obrony narodowej, mają oszczędności w wysokości 1,5k PLN (słownie półtora tysiąca polskich złotych). Dysponując takim majątkiem zapewne zupełnie nie interesuje ich to, jak ich zabawy wpływają nie tyle na stan, ile na wartość moich oszczędności. A do tego można się po nich spodziewać wszystkiego, już nawet tak absurdalnie brzmiące propozycje jak…
    (więcej…)

  • Moje Małe Tesco – gra, którą chciałem zrobić

    Rzadko mi się to zdarza – pisać na blogu o tym, czym zajmuję się w pracy. W sumie nie umiem wytłumaczyć dlaczego, bo pisanie że nie dzieje się tam nic wartego uwagi albo opisania byłoby nieprawdą. Już prędzej wynika to z obawy, że ewentualnie spisanie pewnych wniosków lub obserwacji może utrudnić pracę…

    Tym razem chciałbym Was zachęcić do spróbowania gry, o której realizację sam chciałem się pokusić. Kilka lat temu, pomyślałem sobie, że sposobem na wytłumaczenie pewnych sytuacji, jakie dzieją się w sklepach dużej sieci handlowej, z perspektywy klienta tyleż oczywiste co niedopuszczalne, wynikają czasem nie ze złej woli albo nieudolności zarządzających, ale niejednokrotnie z dużej ilości zmiennych, które wpływają na to co, gdzie i kiedy w sklepie się znajduje. Równocześnie, mam świadomość, że nie sposób do w sposób zarówno zrozumiały jak i dogłębny opisać albo przedstawić. Jeszcze trudniej zaprosić kogoś „do środka”, wyrwać go z jego codzienności, postawić go w roli zarządzającego sklepu i powiedzieć – przekonaj się sam, to wcale nie takie łatwe, jak się zdaje.

    Tu z pomocą przychodzą telefony i tablety. Pozwalają na stworzenie rozbudowanej gry, symulacji czy managera, który umożliwia wcielenie się w rolę organizatora tego całego zamieszania. Pozwala na zaprezentowanie (jasne, w formie wciąż mocno uproszczonej) ewolucji sklepu.

    I o to właśnie chodzi w grze Moje Małe Tesco, które miało swoją premierę w ubiegły poniedziałek. Gra, która sprowadza się do tego, by pobawić się w sklep. Od pierwszej półki, pierwszej kasy, pierwszego zamówienia, aż do zarządzania siecią. I nagle okazuje się, że zawsze w sklepie jest coś innego niż potrzebują klienci, że dostawa będzie „już za chwilę”, że nie można wyprodukować wszystkiego, od razu i w nadmiarze. A nawet jeśli, to właśnie wtedy nie ma miejsca w magazynie, żeby to wszystko upchnąć. I jeszcze trzeba się nauczyć mówić wirtualnemu klientowi – sorry, nie mamy tego i nie będziemy tego mieć w najbliższym czasie. A konkurencja (również wirtualna) pokazuje, że potrafi lepiej, skuteczniej, efektywniej, choćby dlatego że ma więcej czasu w pracy, albo potrzebuje mniej snu;) Albo nie ma dzieci i żony, które też wymagają trochę uwagi…

    Tak… Moje Małe Tesco to gra, która potrafi odebrać dużo czasu;). Jak twierdzą niektórzy, likwiduje życie osobiste. Bo wciąga. Równocześnie drażni i irytuje, ale wciąga. Bo pozwala poczuć się przez chwilę (albo i dwie) jak dziecko.

    Garść informacji technicznych – gra jest darmowa, nie ma żadnych ukrytych płatności, jest dostępna na iOS, na Androida i na Windows Phone (jak się okazuje, można również bawić się na komputerach stacjonarnych, ale to na ten moment nie jest dobry pomysł, gra nie jest przygotowana na tę platformę). Gra nie jest dziełem skończonym, wciąż jest rozwijana, poprawiana, uzupełniana. Wciąż eliminowane są drobne błędy, wdrażane poprawki. Ale to co w niej kluczowe – grywalność i frajda płynąca z zabawy mam wrażenie dalece przewyższa ewentualne niedociągnięcia.

    Zresztą… co Wam będę makaron na uszy nawijał – zmierzcie się z nią, powiedzcie jak Wam się podoba, co wam przeszkadza. Ja wszakże, większość swego czasu spędzając po drugiej stronie barykady, nie mogę być obiektywny;-) Zatem, Wy spróbujcie gry ( wszystkie linki do sklepów znajdziecie na https://tesco.pl/mojemaletesco ) a ja wracam upewniać się, że towar jest na półkach a klienci są zadowoleni;)

    PS – obserwacja natury ogólnej, nie ma lepszych testerów od polskich użytkowników. Znajdą każdy, najdziwniejszy nawet sposób na „ogranie gry”. I za to szacun;) A przy okazji doskonała okazja do sprawdzenia się w boju;)

  • Nie napiszę 52 wpisów na blogu w tym roku

    No nie napiszę.

    I to nie jest tak, że takie wyzwanie (bo dla mnie to zapewne wyzwanie) mi przez myśl nie przeszło. Przeszło:) Ale…

    To się nie wydarzy. Znam siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć że to się nie uda. Zapału nie starczy 😉

    Zresztą.. już nawet wiem o czym nie napiszę. (więcej…)

  • Kilka luźnych spostrzeżeń

    Skoro pojawia się myśl za długa na twitta, a zbyt krótka na wpis pojawia się pytanie, co z nią zrobić. Zapomnieć? Przeedytować, żeby zmieściła się w 140 znakach? Zakolejkować na lepsze czasy, które nie nadchodzą? Kiedy tych myśli w ciągu dnia zbierze się kilka jest łatwiej, można dla każdej zaplanować akapit, a potem to już jakoś będzie. Dziś atakowały myśli wychowawczo-religijne, a dalej to już tylko moje spostrzeżenia. (więcej…)

  • Dlaczego w ncplus House of Cards to tak po prawdzie domek z kart?

    Na początek muszę się pokajać. Bo jestem strasznym maruderem. Nic nie robię, tylko chodzę i marudzę. Jak mam wolną chwilę, to marudzę. A jak nie mam wolnej chwili, to marudzę bardziej, bo nie mam czasu marudzić. I się czepiam, ciągle się czepiam. I nawet jeśli czepiam się z jakiegoś powodu lub dlatego że na czymś mi zależy, to i tak nie idzie ze mną wytrzymać. Czasem… coraz częściej podziwiam tych, którzy ze mną wytrzymują, bo to nie może być łatwe. Sam ze sobą bym nie wytrzymał, to w zasadzie pewne. No ale dość ekspiacji. Czas – tu włącza się humor sytuacyjny – pomarudzić.

    Pisałem, że kupuję telewizor. Wspomniałem, że zostałem też abonentem telewizji cyfrowej. Czemu zostałem takim właśnie abonentem? No cóż… Przez wiele ostatnich miesięcy żyłem w błogostanie bez telewizji. Jeśli już coś oglądałem, to na wyraźne życzenie, zwykle po uiszczeniu jakiejś opłaty, co oznaczało że byłem szczęśliwie pozbawiony polskich produktów reklamowych i pseudoreklamowych. Już po zakupie telewizora miałem okazję zderzyć się reklamami przy VOD tvn’u i… wymiękłem. Olej, potencja, grypa plus kilka jeszcze innych niezapamiętanych przeze mnie motywów w krótkim bloku reklamowym i przerywanie materiału żeby mi tę reklamę wcisnąć, sprawiła, że chciałem krzyczeć / wyć / płakać. Wniosek? Chcesz mieć telewizję to płacz po zapłaceniu abonamentu. Chcesz mieć co oglądać, płać odpowiednio więcej i trzymaj kciuki żeby puszczali coś dobrego.

    Czemu nc+? Bo jestem masochistą i lubię tę naszą rodzimą pokraczną odmianę futbolu pooglądać. Lubię też pooglądać czasem jak grają w Anglii czy w Hiszpanii. I czasem na Ligę Mistrzów też zerknę. Do tego filmy / seriale i wybór wydawał się w zasadzie oczywisty. Koszty akceptowalne.

    Dodatkiem są serwisy VOD i w ramach jednego z nich – seriale. I tu miałem nadzieję, że gwiazdy zaczynają mi sprzyjać, ponieważ moja decyzja o wstąpieniu w grono abonentów zbiegła się z premierą nowego sezonu House of Cards i ta seria miała być dostępna właśnie na ncplusie. Cudownie. Będę oglądał super serial w super rozdzielczości na moim super (no bo jakże inaczej mogę myśleć o świeżym zakupie) telewizorze i to na legalu. Czy mógłbym chcieć czegoś więcej? Wydawać by się mogło, że nie… Ale znacie mnie, coś musiałem znaleźć;-)

    Co gorsza, nie musiałem bardzo szukać. Wytrwałem do daty premiery, odpalam, chce oglądać (nawet zaległem w pozycji horyzontalnej) i nagle słyszę że Frank Underwood mówi głosem polskiego lektora. Zasmuciłem się, ale pomyślałem, przecież to platforma cyfrowa, satelita, mogę sobie dobrać ścieżkę dźwiękową. Niestety, mimo najszczerszych chęci i wciskania wszelkiej możliwej kombinacji przycisków na pilocie, Frank nie chciał gadać głosem Kevina. Filutek. Ale to przecież niemożliwe (mój wewnętrzny głos nie tracił nadziei). Sprawdź instrukcję… cisza. Sprawdź serwis ncplus – cisza. Sprawdź forum serwisu ncplus – nikt nie zadał wcześniej mojego pytania.. Google też milczy w kwestii wyboru ścieżki dźwiękowej materiału VOD. Smuteczek.

    Dzieciaku Internetu, posłuchaj młodszych pokoleń, sprawdź siłę social media. Zapytaj na profilu ncplus, na pewno będą mogli Ci pomóc, na pewno znają odpowiedź na Twoje pytanie i okaże się ze jesteś technologicznym debilem.. Tzn jesteś technologicznym debilem, a teraz okaże się, że są na to dowody. A dowody chyba są, bo odpowiedź moderatora ncplus zabrzmiała kategorycznie:

    Wszystkie odcinki nowego sezonu „House of Cards” można ogląda również w oryginalnej wersji językowej.

    Rzadko się cieszę gdy ktoś mi udowadnia, że się mylę, ale tym razem przyjąłem to za dobrą monetę. Zapytałem jak, zastosowałem zaproponowane rozwiązanie i Frank Underwood wciąż wyjątkowo płynnie gada po polsku. Aż dziw, że nie wykorzystali tego jego talentu w reklamach BZWBK (swoją drogą, w tej reklamie nie wykorzystali żadnego z talentów Spacey’a). Poskarżylem się moderatorom (taki byłem wredny) i polecili skontaktować się z obłsugą przez formularz. Formularze to zło, o czym już pisałem, tym bardziej zasmuciłem się, bo ten formularz to był lajfczat… a z tym wiele szczęścia ostatnio nie mam. Ale przynajmniej nie było kolejki oczekujących (albo jeśli była, to nie byłem o niej informowany).

    Komunikacja poszła zaskakująco sprawnie, niestety wnioski nie były przyjemne. Cytuję:

    Istnieje możliwość wyboru ścieżki dźwiękowej wyłącznie przy kolekcjach VOD+ zapisanych na dysku twardym dekodera. W przypadku korzystania z usługi netVOD+ brak jest takiej możliwości.

    Merde! zakląłem pod nosem wykazując się ubogim francuskim słownictwem i beznadziejnym akcentem. Zakląłem raz jeszcze, ponieważ:

    W ofercie platformy nc+ są dwa modele terminali umożliwiające korzystanie z usługi VOD+

    [ale oczywiście nie mój terminal]

    Podłączenie przenośnego dysku twardego nie pomoże

    Karma. Ewidentnie sobie na to zasłużyłem. No ale nie sądzicie, że to jednak trochę #smuteczek? Nie pytałem o tą możliwość przy wyborze dekodera, a pewnie bym się zastanowił. Nikt też mi nie powiedział, że seriale będą dostępne tylko z tłumaczeniem… No cóż, za dwa miesiące ta usługa zostanie mi wyłączona, w przeciwnym wypadku będę musiał za nią płacić. Płacić za możliwość oglądania filmów z lektorem. W takim wypadku oglądanie zakłócane byłoby zgrzytaniem zębów, a ja lubię swoje zęby, więc nie chcę nimi zgrzytać…

    Frank, nie mógłbyś czegoś w tej kwestii zrobić?

  • Żywot klienta współczesnego, czyli mój Fun (prawie pack) z Orange

    Wszystko zaczęło się od telefonu, jakich każdy z nas otrzymuje wiele. Dzień dobry, dzwonię do Pani / Pana z bardzo typową sprawą, czyli jest Pan naszym niewol.. abonentem i kończy się Panu umowa. W związku z tym chcemy Panu / Pani zaproponować cyrogr.. umo… bardzo korzystne warunki pozostania naszym niewolnikiem, tj. klientem. Zgodzi się Pan / Pani ze mną, że te doskonałe paragrafy sprawiają, że klaszcze pan uszami na sam dźwięk mego głosu…

    Tym razem okazało się, że kończy mi się umowa z Orange. Znaczy wkrótce się skończy. Znaczy jakoś za dwa miesiące. Mój największy problem, a zarazem moja największa wina polegała na tym, że nie byłem zainteresowany poszerzaniem oferty. Chciałem to, co mam, ewentualnie trochę taniej. I trochę szybciej, ale szybko się okazało, że szybciej się nie da. Co najwyżej mogę przedłużyć to co mam, na tych warunkach, które mam. Jak świadomie nie przedłużę, to umowa zostanie automatycznie przedłużona o kolejne pół roku. Innymi słowy, jeśli wybiorę bramkę A to wybieram opcję A, a jeśli spróbuję wybrać dowolną inną opcję, to okaże się, że i tak wybieram opcję A.

    Nie skorzystałem, podziękowałem, uznałem że czas poszerzyć horyzonty. W tak zwanym międzyczasie, okazało się, że będę kupował telewizor. Cudownie, pomyślałem, oto okazja, aby poszerzając swój pakiet usług wejść na cudowne oszczędzanie i mieć mniej za więcej. Albo na odwrót… Ponieważ jestem dzieckiem Internetu, wierzącym w to, że człowiek powinien sprawdzić to czy tamto samodzielnie zanim zacznie rozpaczliwie nagabywać Bogu-ducha-winną telefoniczną obsługę klienta, zacząłem od sprawdzenia co Orange ma dla mnie na swojej stronie. Szukałem, szukałem, nawet jakieś połączenie ofert znalazłem, ale wstyd się przyznać, przestałem rozumieć warunki i cenniki oferty. Wobec tego, ponieważ swego czasu widziałem na stronie pomarańczowych live chat uznałem, że to doskonałe rozwiązanie dla mnie, dziecka Internetu.

    Znalezienie livechatu nie jest oczywiste. Nadal nie wiem gdzie się pojawia i czemu czasem znika ani czemu nie widać go na stronie kontaktowej. W każdym razie czasem się pojawia. Można się zalogować swoim nr abonenta i już za chwileczkę już za momencik poznać rozwiązanie swojego problemu. W końcu tak rozumiem komunikat „rozmawiaj teraz”. Zdziwiłem się trochę, bo po oczach dostałem tym:

    Jeden z naszych przedstawicieli wkrótce do Pana/Pani dołączy. Jest Pan/Pani 4 w kolejce. Czas oczekiwania wynosi ok. 29 minut. Dziękujemy za cierpliwość

    Szybko stałem się 2gi w kolejce, po 2 osoby szybko uciekły. Minęło 5 minut, 10 minut, 15 minut a ja ciągle czekałem. Nie doczekałem się. Temat poszedł w zapomnienie.

    Wrócił dwa tygodnie później. Znowu uwierzyłem, że chat może więcej. Była niedziela wieczór. Kto normalny pisze do Orange w niedzielę wieczór? Nikt normalny, ale piszę ja, pisze Pan, Pani, społeczeństwo. Tym razem byłem 19. w kolejce, czas oczekiwania 98 minut. DZIEWIĘĆDZIESIĄT OSIEM MINUT czekania na czacie, aż ktoś się do mnie odezwie. Ale jestem wredna bestia, odpaliłem sobie jutuba albo inne paskudztwo i czekałem. Miałem wolną chwilę, więc napisałem o tym na FB, otagowałem #orange (w tym miejscu pragnę pozdrowić zespół Brand24 (albo Sotrendera, albo IRC, albo Bóg wie kogo jeszcze) i brygadę monitorującą sieć dla pomarańczowych, życzę miłej lektury. Wiem, że czytacie. Nie odpisujcie, serio, nie warto). Nothing personal. Ale skoro Orange się na moim profilu odezwał i spytał jak może pomóc – odpisałem. I zostałem skierowany na formularz na stronce Orange. Nie, dziękuję, postoję (skoro już i tak czekam na czacie). Nie ma gorszych rzeczy niż formularze na stronach www. Nie ma i już. Wie o tym każde dziecko Internetu.

    Odczekałem swoje 98 minut (plus minus ze dwa kwadranse… raczej plus), chat zaplumkał zgłosiła się miła pani z infolinii. Zadała mi chyba ze trzy pytania. Jak może pomóc, czy mam tylko jedną usługę i czy chcę szybszego Internetu (tak chcę, ale się nie da się) po czym najpierw zamilkła (dygresja i złośliwość z mojej strony, ale nasza rozmowa składała się głównie z milczenia i długiego czasu wpisywania treści jak „w czym mogę pomóc”), a potem dostałem komunikat, że jestem na końcu kolejki oczekiwania i że już za 50 minut ktoś z wielką przyjemnością zajmie się moim problemem. Ja Ciebie też drogie Orange, ja Ciebie też.

    Skoro nie działa czat, Social Media odsyłają do formularza, a żeby dzwonić na infolinię i słuchać Chopina nie mam ochoty, trzeba by spróbować rozwiązań offline’owego. Znaczy przyjdzie mi odwiedzić punkt obsługi klienta (tu powinno powiać grozą, powinna skądeś zostać rozpylona mgła, powinno się zrobić zimno, źle i smutno).

    Próbowałem mniej więcej 7 razy zostać obsłużonym w różnych punktach Orange. Popyt na usługi tej firmy jest tak znamienity, że niezależnie od punktu obsługi kolejki wypełniają punkty obsługi. Obsługa zaś jest tak znakomita, że albo w trosce o dobro klienta podaje mu telefon mówiąc – pan to sobie wyjaśni na infolinii, albo we trzy osoby próbuje rozwiązać prawdziwy problem prawdziwego klienta, jakim jest przesłanie kontaktów z telefonu A na telefon B bez utraty danych, za pomocą karty SIM, bo wszystkie inne metody zawiodły. A skoro wszystkie metody zawiodły, to sprawa robi się tym ciekawsza, więc konsultanci przekazują sobie prawdziwego klienta z prawdziwym problemem z rąk do rąk ze słowami „weź, Ty spróbuj”. A ja czekam. Od kwadransa bez mała. W zasadzie od dwóch, bo wcześniej był Pan, który musiał zarejestrować swoją kartę, ale widzi Pan, u nas ta usługa potrwa 48 godzin, więc niech się pan zastanowi czy aby na pewno pan tego chce. Był też drugi klient, który potrzebował roamingu, no ale do roamingu jest potrzebna konsultacja z infolinią – niech pan dzwoni… A jeszcze w międzyczasie (czas był na tyle długi, że nie trudno się było dostać w „między”) pojawiła się klientka, która chciała doładować swój telefon (jak zawsze) i przedłużyć okres ważności konta na 90dni (jak zawsze) ale zrobiła to w innym punkcie (niż zawsze) i teraz przedłużyli jej ważnośc tylko na 50dni i NIECH PAN TO TERAZ ODKRĘCI. Co Pan zrobił? Posłusznie wybrał numer na infolinię. Klientka starsza, telefon też niemłody, więc zrobiło się głośno. Tak głośno, że aż inny konsultant zaczął na nią krzyczeć, że on tu przecież pracuje. Komentarz miałem na końcu języka ale… przemilczałem i z tego domu wariatów wyszedłem.

    Każda z 7dmiu moich wizyt wyglądała mniej więcej tak ja ta. Z innych dowiedziałem się między innymi, że w Orange nie może wyłączyć usług sms premium w punkcie, bo my tu świadczymy inne usługi. Dowiedziałem się też, że na zapleczu konsultanci znikają bezpowrotnie (może piją jakieś ziółka?). I że mojego czasu i mojej cierpliwości nikt mi nie odda. Stracone. Było minęło. Ale telewizji od tego operatora nie wezmę. W sumie nic nowego od nich nie wezmę. Bo jakby się coś zepsuło… to jeno płacz i zgrzytanie zębów mi pozostanie. A umowa na Internet przedłuży się sama.

    A wiecie co jest najlepsze? Że żeby zamówić praktycznie tę samą usługę (telewizję sat) tyle że bez funpacka, czyli bez udziału Orange potrzebuję dosłownie 25 minut. Bez kolejek, bez czekania, z bardzo miłą obsługą. Nikt nie krzyczał, nikt nie wykopywał, nie miałem ochoty uciekać. Przyszedłem, powiedziałem czego chcę, dostałem co chciałem, jestem klientem* nc+. (O tym dlaczego jestem ich klientem i dlaczego nie wszystko jednak takie super – wkrótce). I co, dało się? Dało się. Orange… naprawdę pokombinujcie jak obsługiwać lepiej, bo Was zjedzą. Nie jesteście sami na rynku, nie macie bezkonkurencyjnej oferty. Nie macie serca, a i rozumu u Was jakby coraz mniej. Ale tak jak usługi Play polecam każdemu (i kilka osób już do nich przeniosłem) tak do Was przekonywać nie mam zamiaru. Ale to też chyba jasno wynika z całego mojego przydługiego tekstu.

    *Jestem strasznym klientem. Marudzę, narzekam, myślę, piszę, wymagam. Ale też płacę. Regularnie. I tyle ile trzeba. Więc może jednak warto ze mną rozmawiać?

    Swoją drogą, z tym Internetem u mnie coś mocno nie podrodze… Jak sobie pomyślę o przebojach z Netią…

  • Żywot klienta współczesnego, czyli jak kupowałem telewizor

    Istnieje niebezpieczeństwo, że notkę piszę zbyt wcześnie. Że to jeszcze nie koniec historii. Że przede mną jeszcze kilka niezapowiedzianych zwrotów. Że trzeba będzie zmienić pointę, albo dopisać akapit albo dwa… nie mniej jednak, zaryzykuję.

    Więc tak… Zacznę od opisania planu sytuacyjnego. Od dłuższego czasu nie mam w domu ani telewizora ani telewizji. Za ekrany do oglądania filmów, seriali czy zmagań sportowych służył tablet i laptop, ale największa nawet rozdzielczość na wiele się nie zdaje, kiedy do czynienia masz z 13 calami ekranu. Oczywiście można, ale od czasu do czasu pojawia się kaprys, by może coś jednak obejrzeć na czymś jakby większym. Zatem decyzja – kupujemy telewizor.

    Wydawałoby się – nic prostszego. Kasa jest, potrzeba jest, pewnie towar też się znajdzie. Tak telewizor jakieś 20 lat temu kupowali nasi rodzice. Ale od kilku lat tego towaru jest tyle, że idzie oszaleć. Ponieważ jestem dzieckiem internetu, poszukiwania zacząłem od porównywarki. Pod hasłem „telewizor” pojawia się bagatelka 1394 pozycje. I zaczynamy wybrzydzać. LCD, LED, OLED czy może jednak plasma? Full HD, 3D czy może jednak 4k? Producent A, B, C, D, E, F, G, H czy J? Rozmiar? Funkcje? Pilot? Sterowanie? Wifi? Częstotliwość odświeżania? Tuner?

    Ograniczenie się do kwoty pomaga, ale niestety niewiele.

    No dobra, dzieciaku Internetu, nie marudź, rób research. Tylko że jako dzieciak Internetu wiem, że marki rozmaite wiedzą, jak ważny jest społeczny dowód zaufania i mają swoich ludzi, którzy oficjalnie lub nieoficjalnie podpowiadają, podszeptują, oceniają lub krytykują produkty niekoniecznie w dobrej wierze, a raczej ku chwale płatnika. Więc z tym researchem trzeba ostrożnie. Tym bardziej, że o połowie cech które w testach się pojawiają nie mam bladego pojęcia, a drugiej połowy absolutnie nie rozumiem albo nie rozpoznam, Ja chcę mieć tylko _dobry_ telewizor. Nie muszę się z tego tematu doktoryzować. Nie mam na to czasu ani ochoty.

    Więc może podpytam kolegów / przyjaciół / znajomych. No więc każdy ma swój _dobry_ telewizor, każdy swój ogonek chwali, przy czym każdy ma telewizor innej marki i w innej technologii. Nie ma łatwo. Jeden kolega bardziej niż inni zorientowany (i też taki, któremu w tych kwestiach ufam bardziej niż innym) powiedział – sprawdź producenta A. Dlaczego tak powiedział? Trzeba jego pytać. Ale ponieważ gdzieś zacząć trzeba, zaufałem.

    Przegryzłem się przez stronę producenta, sprawdziłem opinie tam i na porównywarce, przekonałem się że w zasadzie nie ma różnicy w cenie jeśli zdecyduję się na zakup u producenta, w sklepie internetowym lub w sklepie tradycyjnym (taka magia). Już się ucieszyłem, że w tym rozmiarze co mnie interesuje jest tylko jeden góra dwa rozsądne modele, ale ponieważ karma jest wszechobecna od razu zacząłem jęczeć, kiedy okazało się że każdy z modeli ma trzy podmodele które różnią się parametrami o których nie mam zielonego pojęcia. Cóż… lajf is brutal.

    Dobra – wybrałem. Ten kupię. Ale skoro cena online i offline jest taka sama, a sklep offline jest wcale daleko, pomyślałem – kasa w dłoń, buty na nogi i ruszam na zakupy – tym sposobem będę się cieszył zakupem szybciej (to że mogę zapłacić i mieć sprawia – jak już pisałem – że nie jestem chętny do robienia zakupów przez Internet). W sklepie zaatakowała mnie ściana telewizorów, poprzedzona morzem telewizorów, na którym były wyspy telewizorów i jeszcze od czasu do czasu zalewała mnie kolejna fala telewizorów. Więc tak wygląda fizyczna reprezentacja wirtualnych „1394 pozycji”. I wtedy popełniłem pierwszy poważny błąd.

    Zobaczyłem sprzedawcę i zanim zdołałem opanować impuls zadałem pytanie. „Jaki mam wybrać telewizor i dlaczego nie ten od producenta A?”. Taki byłem sprytny. Myślałem że mój wybór był na tyle dobry, że sprzedawca uśmiechnie się i rzecze tak – „pana wybór jest świetny, poproszę pana pieniądze, tu jest pana telewizor, nie ma lepszego”. Nie powiedział tak. Popatrzył za to na mnie jak na impertynenta i z przekonaniem powiedział że – producent A to beznadzieja, paranoja i syf w jednym. Że go kupią, sprzedadzą i że zbankrutują. Że robią coraz gorsze sprzęta, do niczego się nie przykładają, tu i tam się coś pieprzy, matrycę ma nie wiadomo od kogo i nie bierz pan tego. Weż pan natomiast telewizory producenta B. Patrz pan jaki piękny, kolorowy, wyrazisty. I w każdym calu lepszy. I niech mi pan wierzy, tu na koszulce mam nazwę producenta C, kolega jest od producenta D ale bierz pan koniecznie tego tu od B bo tylko on sprawi że będzie pan szczęśliwy. A konkrety? Dynamika obrazu, czystość dźwięku, jakość wykonania, częstotliwość odświeżania (12 razy większa od tego u producenta A) i najważniejsze proszę Państwa – tu pan może sobie odtworzyć dowolny film który pan ściągnie z torrentów, a ten producent A to wie Pan, filmy kręci, muzykę nagrywa, na nic panu nie pozwolą. Będzie pan musiał za wszystko płacić (mówi to człowiek pracujący w sklepie który sprzedaje także i filmy i muzykę i oprogramowanie i książki… ). No ale.. ponieważ cenię sobie wolność i zwykle wierzę ludziom, przyjąłem opinię sprzedawcy za dobrą monetę, ale ponieważ jestem dzieckiem Internetu pomyślałem, że przed zakupem przynajmniej opinie o sprzęcie sprawdzę + okazało się że producent B nie dostarcza do tego sklepu tego modelu w tym rozmiarze co to mnie interesował.

    No to wracamy do punktu research – i znowu cholera wszyscy ten telewizor chwalą. Za kolory, za jakość, za matrycę. I cena lepsza od pierwszego typu. No ręce same składały się do oklasków, taką się mądrością wykazałem i do tego jeszcze zaoszczędziłem. Co więcej, telewizor w interesującym mnie rozmiarze jest do kupienia w innym sklepie offline’owym do którego też mam nie daleko. Widać gotówka w portfelu mnie swędzi – jadę kupować. W sklepie popełniłem drugi poważny błąd.

    Niczego się nie nauczyłem i zamiast jak w pełni świadomy i zdecydowany na zakup klient znowu na widok sprzedawcy zgłupiałem i ponownie nie umiałem opanować impulsu aby zadać to samo pytanie – jaki telewizor w tym rozmiarze mam wybrać? Sprzedawca bez wahania wskazał na upatrzony poprzednio model od producenta A. W tym miejscu wewnętrznie zawyłem. Drobnym pocieszeniem było to, że tuż obok polecanego telewizora wisiał ten co to mi go polecano poprzednio. Więc jakie argumenta? W zasadzie te same, tylko trochę na odwrót. Wykonanie, jakość, matryca, kolory. A częstotliwość odświeżania? Sztucznie nakręcana. Oba telewizory (rzekomo) mają taką samą częstotliwość sprzętową, ale można je „podkręcić”. I niech pan popatrzy na tę czerń – widzi pan? Ni cholery nie widziałem. To stańmy tu, teraz pan widzi? No teraz jakby bardziej.

    Zapytałem (powinienem już nauczyć się aby nie zadawać pytań, które komplikują sytuację) o to, czemu nie poleca mi telewizorów firmy C, która ma chyba najwięcej modeli na rynku i przygotowuje matryce dla większości oferowanych modeli. Bo pytałem o rozmiar 42’’, gdybym zapytał o inny, to i odpowiedź by była inna. To mnie bardzo upewniło w wyborze.

    Powinienem w tym miejscu podziękować, zapłacić i szczęśliwie udać się do domu z wielkim kartonem pod pachą. Powinienem, ale akurat w tym sklepie nie było tego modelu nie z wystawy. A jakoś tv powystawowego nie chcę kupować. Więc do domu, do Internetu, szukać oferty. I jest. I w Krakowie. I z odbiorem osobistym (za darmo). I to wszytko natychmiast. Biorę!

    Ale pierwsze – ponieważ telewizor ma takie a nie inne gabaryty, odbiór osobisty nie jest za darmo.
    Ale drugie – gotowy natychmiast, czyli do odbioru za trzy dni. (czy pisałem już, że nie lubię kupować przez Internet?)

    No to czekam. W ramach ciekawostek tylko dodam, że wymyśliłem sobie płaski telewizor, żeby go powiesić na ścianie. i fajnie by było, żeby móc go trochę odchylić (nachylenie wobec ściany a nie kręcić nim na boki). No to okazało się, że wybrałem sobie tivi, co to nie spełnia standardów uchytów. Karma, czyż nie?

    A jak już jesteśmy przy karmie, to jeszcze dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, przez najbliższe tygodnie śledzić mnie będą w Internecie sprzedawcy sprzętu RTV… Czas skasować cookie;)

    Spostrzeżenie drugie… Jak już mam (mieć będę) telewizor, trzeba będzie pomyśleć o telewizji… I to wcale nie musi być łatwiejszy wybór…