Kategoria: O bojach z rzeczywistością

Czasem jest tak, że rzeczywistość skrzeczy. Gdzieś drażni, uwiera, przeszkadza. Coś poszło nie tak, coś wydaje się nie logiczne, coś skłania do myśli i zachęca do tego, by ją rozwinąć w dłuższą formę.

Wpisy poświęcone technologii, przyszłości, konsumpcji i o tym, czemu się w świecie nie odnajduję. W sumie, ten zestaw mógłby się nazywać #poraumierać.

  • Pendolino – wiele hałasu i… nic

    Wersja krótka. Byłem, jechałem i… tyle. Zero emocji, zero ekscytacji, może trochę poczucia obciachu. Jakiego obciachu? A to już w wersji dłuższej.

    Wersja dłuższa zaczyna się od tego, że wcale nie chciałem o tym pisać. Ale skoro piszą wszyscy, to co, gorszy będę? Nie będę. Tym bardziej że byłem, jechałem, widziałem nawet się trochę wody napiłem. Tym razem będzie nietypowo, bo wersja długa będzie relatywnie krótka i prawie (żarcik taki) w punktach.

    Śmieszno smutnym jesteśmy krajem, w którym wielkim wydarzeniem jest wtoczenie się na tory kilku wagonowego pojazdu, który nie różni się niczym od innych znanych nam już kilku wagonowych pojazdów. Tzn. PKP robi co może aby tę różnicę wykazać, ale w zasadzie z mizernym skutkiem.

    Zaczyna się od pań i panów stewardów, którzy witają Cię przy wejściu i – na wszelki wypadek – pytają Cię uprzejmie czy aby na pewno masz bilet na przejazd. Nie, jestem tu przypadkiem. A kiedy pozwoliłem sobie spytać, czy miejsce numer ten a ten to raczej z tego czy tamtego końca wagonu, to rezolutny pan steward uznał, że to zależy od tego, jak stanął. No cóż… zaryzykowałbym tezę śmiałą, że ten pan jest tam od tego aby wiedzieć co i jak staje.

    Jak już wsiądziesz wita Cię Chopin. To znaczy niestety nie częstują Cię wódką, ale z głośników płynie Chopina mazurek jakiś, czy coś innego co wyszło spod jego pióra. Coś co zwykle słyszysz (albo Maciej Stuhr słyszy) kiedy próbujesz się połączyć z infolinią… Tym razem muzyka jest wstępem do informacji że aby podróżować tym pociągiem musisz mieć bilet i to musisz go mieć w garści, bo w przeciwnym razie jesteś w tak zwanej kropce. Biletu nie kupisz u konduktora, co dotychczas było normą i co dotychczas wiązało się z symboliczną dopłatą. Teraz opłata owszem i jest, ale nie symboliczna bo to bagatelka sześć i pół stówy polskich złotych. Za sześć i pół stówy można się wybrać z Krakowa do Warszawy LOTem w te i z powrotem… Serio – przed chwilą sprawdziłem.

    Jest jeszcze informacja podana (tym razem bez Chopina) na 10 minut przed odjazdem, że lada moment odjazd i wszystkich bez biletów (wściekli się czy jak?) uprasza się o opuszczenie najnowszego cudu kolejowej techniki. Bo jak nie, to kara. I to ostatni komunikat przed odjazdem, potem już żadnego gwizdka, żadnego uwaga uwaga, żadnych fanfarów. Z gracją pociąg toczyć się zaczyna…

    Ledwie się rozbujał a już pan kierownik wita na pokładzie życzy miłej podróży. 5 minut ciszy i dawaj z informacją, że zapraszamy do WARSu*. 10 minut przerwy i informacja że wszystkiego o tym cudzie techniki można się dowiedzieć z ulotki, która znajduje się w oparciu fotela przed Tobą… z ulotki dowiesz się tego, że pociąg ma tyle a tyle wagonów, tyle a tyle miejsc, tyle a tyle przedziałów i że to cud techniki. No i że jak się porządnie rozbuja, to może jechać nawet 250km/h. To wszystko mógłbyś przeczytać zapewne także na stronach pkp, gdyby nie to że cud techniki nie oferuje Ci pasażerze (pozdrawiam wszystkich anglojęzycznych) fifirifi. No bo na co to komu dziś. Tak czy inaczej po kolejnych 10 minutach dowiadujesz się, że na pokładzie jest człowiek odpowiedzialny za utrzymanie czystości i w przypadku nastąpienia sytuacji w efekcie której pojawią się wyjątkowo uporczywe zabrudzenia należy skontaktować się z przedstawicielem drużyny obsługi pociągu. To nie jest dosłowny cytat, ale słowa „wyjątkowo uporczywe” i „drużyna” wystąpiły w tym komunikacie na pewno. Po kolejnych 15 minutach kierownik pociągu informuje że właśnie osiągnęliśmy prędkość 200 km /h i że pociągi PKP jako jedyne w tej części Europy Środkowej mkną po szynach z taką to właśnie prędkością. Po kolejnych 15 minutach stoisz w (niemal dzikim) polu a kierownik pociągu informuje Cię że będziemy mieli mniej więcej 10 minutowe opóźnienie… Na całe szczęście był to jeden z ostatnich komunikatów nadanych dla umilenia podróży pasażerom…

    Aby podróż była przyjemna, nad głowami części pasażerów a także nad przejściem zamontowane są monitory na których wyświetlane są bardzo ważne informacje. Bardzo ważną informacją dla pasażerów podróżujących na trasie Kraków Warszawa jest np. to, że rozpuszczalna kawa po czesku to rozpustna kawa. Możesz się także drogi pasażerze dowiedzieć, jak otyłość wpływa na stan kolan. Możesz także obejrzeć (prze-okrutnie nudny) film promocyjny PKP i informację o tym że człowieku są nowe czasy i nowe ceny i że tym to pięknym pociągiem możesz pomknąć nawet za 49zł. (No chyba że masz 650zł na zbyciu). Monitory wykorzystywane są także aby zachwycać podróżujących zdjęciami naszej (chyba naszej) fauny No po pokazany jest np piękny jeleń.. i nie, nie jest to pasażerów portret własny. Są też pingwiny i niedźwiedź polarny (to chyba jednak fauna odrobinę zapożyczona…). Są też ptaki w zimie. I drugi obrazek również ptaka w zimie. Rozumiem, pingwina łatwiej rozpoznać. I podpisać.

    Wszystko to jednak blaknie przy tym, co dla pasażera mimo wszytko najważniejsze, a najważniejszy wydawać by się mógł komfort przejazdu. A Pendolino jest zwyczajnie ciasne. Siedzisz przy oknie, powiesisz okrycie zwierzchnie i już zapomnij o wygodnym rozłożeniu laptopa (burżuju). Z tym laptopem to w ogóle zabawna sprawa, bo oparcie fotela z przodu oferuje stolik. Rozłóż stolik, połóż laptopa, siądź w fotelu i zrozum że o ile powinieneś mieć talię Anny Muchy, to ręce już lepiej Marcina Gortata… I o jakiejkolwiek pracy z wykorzystaniem tego stolika to raczej zapomnij. I kolejny drobiażdżek… jak zawsze przewoźnik oferuje napitek (kawa, herbata, woda, sok). Bierzesz sok i kombinujesz przez najbliższe kilkadziesiąt minut, gdzie go postawić żeby łatwo do niego sięgnąć, nie zgubić, żeby się nie sturlał, nie wylał i żeby Ci pod siedzeniem nie uwierał. I co? I nie ma takiego miejsca… A dla jednego soczka nie będziesz przecież stolika rozkładał… I takie to zagadki Cię w Pendolino czekają.

    Przydałaby się jakaś pointa…. Wniosek jest taki – pociąg jeździ w takim czasie jak już jeździł, spóźnia się tak jak się spóźniał, nic nikomu nie urywa, a jedynie pasażerowie jeszcze się nie nauczyli, że współpodróżników absolutnie nie interesuje 10ta rozmowa o tym że halo halo nic nie słyszę bo jadę pendolino, i zadzwonię do Ciebie bo nic nie słyszę, no bo Pendolino. I koniecznie do tego musi być jeszcze Marimba w komórce, żeby każdy wiedział że z nie byle jaką komórką mamy tu do czynienia. Na całe szczęście po dojechani do stacji końcowej nikt nie klaskał…

    * Jedyna taka piosenka o PKP…

  • Dlaczego darmowa komunikacja miejska to zły pomysł

    Czas najwyższy zmienić tytuł bloga z „niecodzienny” na „maruder”, „malkontent” lub „za wszelką cenę krytykant”, bo ciągle mam do czegoś ale i nic mnie nie zachwyca. A nie prawda, zachwyca mnie wiele, tylko rzadziej o tym piszę. A nie napiszę że mnie coś zachwyca, kiedy nie zachwyca. No bo jak…

    Skąd mi się ta komunikacja miejska wzięła? Otóż drodzy państwo przed nami wybory samorządowe, więc w ramach kampanii co i rusz pojawiają się różne wyjątkowo dobre pomysły. Ostatnio na fali w różnych miastach, także w tych dużych, wydaje się być „darmowa komunikacja miejska”. Płacisz podatki – jeździsz za darmo. Taki deal. Tylko że… (więcej…)

  • Jak sprawić, by o nierewolucyjnej ofercie szumiała cała Polska

    Szkoląc krótką formę…

     

    Czy słyszeliście o telewizyjnej ofercie vectry? A może znacie koszt pakietów w UPC? Czy ktoś z Was wie, ile kosztuje Netia albo czy Cyfrowy Polsat jest konkurencyjny na rynku?

     

    Z drugiej strony, czy wyobrażacie sobie, aby jakakolwiek poważna firma medialna w XXI wieku decydowała się na wejście w spór ze swoimi klientami, arogancko ich traktując, bez świadomości konsekwencji, jakie to ze sobą niesie? Czy w 2013. roku ktokolwiek poważny powie – kasujmy w sieci nieprzychylne komentarze, nic się nie stanie? Albo potraktujmy klientów „z buta” przecież nikt się nie zorientuje?

     

    Nawet ogromne budżety reklamowe nie dają gwarancji zostania usłyszanym. Aby ktoś zechciał część uwagi poświęcić na daną ofertę,  musi poszukać czegoś więcej. Musi poszukać czegoś, aby zaszumiało. Musi być wyrazisty. Musi budzić emocje. Musi wkurzać. Nie da się zrobić szumu będąć grzecznym. Trzeba pokusić się o wulgaryzm, szok, skandal. I mieć w odwodzie plan ratunkowy. Trzeba mieć odpowiedzi, trzeba wytrzymać presję, a potem spijać śmietankę.

     

    Każdy kryzys jest okazją do zdobycia uwagi i należy go przekuć w sukces. To naprawdę da się zrobić (choć rzecz jasna nie każdy potrafi – w sumie na całe szczęście). Natomiast trzeba mieć wielkie cojones aby kryzys wywołać, tylko po to aby go zażegnać. Swoją drogą, jeśli ktoś Wam opowiada, że kryzys wywołuje się sam i rozchodzi się sam, buja Was. Do tego, aby się niosło (cokolwiek, czy to dobre, czy to nie) muszą być tacy, którzy chcą go rozprzestrzeniać (w tym miejscu polecam poczytać sobie ”Punkt przełomowy” Gladwella). I w miarę upływu czasu, potrzebne jest dodatkowe paliwo, aby ogień nie zgasł…

     

    Gdzie spotkaliście się z nc+? Wiecie o niej z ulotki? Z reklamy? Z billboardu? A może z internetu, prasy, programu radiowego? Gazeta, onet, Rzeczpospolita, tvn, natemat, wp, interia i inni, oddali miejsce (darmowe!) abyście usłyszeli o nc+. A potem o ich przeprosinach. A potem o ich ofercie, która aż tak bardzo się nie różni.

     

    Ryzyko? Oczywiście, jest. Dlatego potrzbne są cojones. Bo trzeba kogoś wkurzyć. Ale ilu jest tych aktywistów, którzy rzeczywiście coś zmienią, dlatego że zostali wkurzeni… Garstka…

     

    Cholera… To naprawdę miała być krótka forma…

     

    PS. Swoją drogą, zadanie domowe. Wskażcie kryzys wizerunkowy, który coś zmienił w zachowaniu frim / korporacji (poza BP i Nestle kitkat). W szczególności, kryzys w polskich social media, który miał jakiekolwiek konsekwencje w rzeczywistości.

  • Czy kupować bilety przez Eventim? Zdecydowanie odradzam

    Od czasu do czasu stajemy przed koniecznością lub jak kto woli przyjemnością sprawienia drobnego prezentu komuś znajomemu. Facetowi zawsze można kupić różową, przepraszam, łososiową koszulę. W życiu jej nie założy, ale przynajmniej będzie śmiesznie. Kobiecie… zawsze można kupić kwiaty, ale powiedzmy sobie otwarcie, takich prezentów robiliśmy już na kopy i zdarzają się takie okazje, że trzeba postarać się nieco bardziej.

    W moim przypadku padło na koncert Męskiego Grania. Wiele o tej akcji słyszałem i to raczej same dobre rzeczy, więc postanowiłem postawić „na tego konia”. Na stronie akcji przeczytałem, że bilety można zamawiać przez Eventim lub w empiku i jak łoś uznałem, że wygodniej będzie kupić online i dostać je do rączek własnych w rozsądnym czasie. Bilety kupowałem w poniedziałek, ostateczny termin imprezy kiedy należało je wręczyć jubilatowi wypadał w piątek, więc czasu było że ho, ho. Poza tym spodziewałem się – nie ukrywam – działania na zasadzie – wybieram, kupuję, płacę za dostawę, w ciągu dwóch dni mam. Aby mieć pewność, że „w ciągu dwóch dni mam” wybrałem droższą formę – kupowania przez kuriera DHL; No bo wiecie, bądź co bądź ale oni powinni dostarczać usługę na czas i na pewno. Kurierów ich chyba nie brakuje, wciąż śmigają to tu, to tam…

    Eventim uczy cierpliwości

    Zapłaciłem i… czekam; Dostałem potwierdzenie płatności od systemu Dotpay, dostałem potwierdzenie rezerwacji ze strony eventim i cisza. W panelu klienta na eventim.pl mogę za to zobaczyć, że status zamówienia jest opłacony, zaś zamówienie jest „gotowe do wysyłki”.

    Ok. Jestem grzeczny, nie nerwowy, czekam. Poniedziałek cisza, wtorek cisza, środa cisza; Ani widu, ani słychu, ani nawet mailu; W czwartek postanowiłem skorzystać z infolinii, ale po kilkukrotnym powtórzeniu przez automat „prosimy o kontakt mailowy lub oczekiwanie na wolną linię ponieważ wszyscy nasi konsultanci są zajęci*” odpuściłem. Napisałem natomiast maila – że skorzystałem z usługi, że zaplaciłem za bilety, że zapłaciłem za kuriera, że zależy mi na czasie i że liczę na odpowiedź. No i dostałem odpowiedź:

    „W przypadku przesyłki kurierem termin realizacji zamówienia wynosi do 2 tygodni. Zamówienie jest w trakcie realizacji i na pewno niebawem trafi pod wskazany adres.”

    Ile cierpliwości w sobie znajdę?

    Dwa tygodnie. DWA TYGODNIE. Na bilety za które zapłaciłem i na kuriera, którego opłaciłem będę czekał DWA TYGODNIE? Ja najmocniej przepraszam, ale o co kaman? Co on na wrotkach do mnie jedzie? A może dopiero kółka do tych wrotek szykuje; Co dla mnie ważniejsze, nigdzie na stronie tej informacji o dwu tygodniowym terminie dostawy nie zobaczyłem. Może jestem ślepy, a może jej tam nie ma. W każdym razie, zapłaciłem 17 złotych za dostawę kurierem, na którego wciąż czekam. Może warto zgłosić się do programu ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?

    Swoją drogą, wciąż wydaje mi się, że kurier to była wersja bezpieczniejsza. Nie chcę wiedzieć, ile czekałbym na list z poczty polskiej. I to nie z winy poczty polskiej, zapewne.

    No cóż.. zamówienie było złożone i opłacone 25 czerwca. 29 dostałem odpowiedź żebym grzecznie czekał. Czekam grzecznie do dziś… może dobrze, że koncert jest dopiero 21 lipca. Kto wie, może kurier się znajdzie. Ale z usług Eventimu więcej nie skorzystam. I to kolejny przyczynek do tego, że kupować online nie lubię;

    * Nawet się nie dziwię, że wszyscy konsultanci są zajęci, pewnie ludzie dzwonią i pytają gdzie są ich bilety…


    Cześć, widzisz, jest taka głupia sprawa, bo chciałem Cię poprosić o email. Po co mi Twój email? Żebym mógł Ci dać znać, że coś nowego na blogu napisałem. To także dla mnie zachęta, do tego, aby więcej pisać… Więc – zachęcam – podaj swój email i tym sposobem zapiszesz się na niecodzienną dostawę tego, co się na Niecodziennym pojawia.

    [rainmaker_form id=”2947″]

    A przy okazji, więcej o tym, dlaczego CIę o email proszę znajdziesz we wpisie: Porozmawiajmy o emailu >

  • Dlaczego nie robię zakupów przez internet?

    Bo nie jestem dość cierpliwy. Bo kiedy decyduję się na jakiś zakup, na wydanie pieniędzy, to nie chcę czekać na to, aż to co kupiłem, do mnie dotrze.

    Wolę pójść do sklepu, znaleźć to, co mnie interesuje, pomacać (nie mówimy o żywności – tam obowiązuje zasada towar macany należy do macanta), powybrzydzać, pokontemplować… Przejść się w jedną, w drugą stronę, sprawdzić alternatywy i zamienniki, wreszcie dokonać wyboru, podejść do kasy, zapłacić i móc korzystać „od razu”. Bez zbędnej zwłoki. (więcej…)

  • Infolinia ZUS – tylko dla wybranych

    Jak zapewne pamiętacie – a jeśli nie pamiętacie to jesteście ludźmi prawdziwie szczęśliwymi – jakiś czas temu (przeszło już rok) sprawdzałem stan mojego konta w ZUS. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, nawet rzecznik mi odpowiedział, że to przecież nie ich wina i czego ja się czepiam. A ja się czepiam z natury…

    W każdym razie, parę dni temu dostałem informację o stanie konta na 31 grudnia 2010 (na piśmie pisze, jest napisane że na dzień 31 grudnia, ale to trochę masło maślane może być…) anyway… z informacji ZUS wynika, że składki na OFE dzielą się na dwa rodzaje. Te odprowadzone – w ilości X oraz te należne w ilości 2X. Sweet. Moje zasadnicze pytanie brzmi, skąd ta różnica i czy ZUS coś robi, aby ją zniwelować. Pod informacjami jest wzmianka, że jeśli tylko chcę, mogę dowiedzieć się więcej m.in. dzwoniąc na infolinię ZUS (numer na infolinię znajdziemy na stronie ZUS – w piśmie miejsca na ten krótki numer brak… na szczęście internet mam).

    ZUS ma dwa pomysły na obsługę klienta (czyli mnie). Pierwszy to Automatyczny system informacyjny, drugi to Połączenie z konsultantem.  Ponieważ do automatów podchodzę z pewnym dystansem, wybrałem połączenie z konsultantem. Mam do wyboru infolinię z numerem 801, lub telefon warszawski.Ponieważ od mniej więcej 7miu lat telefonu stacjonarnego nie używam, więc dzwonię na lokalny. Szybko nawiązane połączenie (plus dla Zus), zgłasza się konsultant i na moje pytanie o rozbieżność w składce, pani mnie informuje, że to nie do niej pytanie, tylko że muszę dzwonić na Automatyczny system informacyjny… Yeak ;/

    ZUS podaje „Schemat struktury Telefonicznego Serwisu Informacyjnego” więc dość szybko można się zorientować jakie numerki wklepać, aby dowiedzieć się więcej o tym co się człowiek dowiedzieć chce. Niestety, ASI to tylko i wyłącznie lektor odczytujący informacje teoretyczne, nie mający wiele do powiedzenia w sprawie konkretnych przypadków. W związku z tym, w mojej sprawie absolutnie i totalnie nieprzydatny. Na całe szczęście jest jeszcze jeden numer infolinii, pod kŧórym powinienem móc się dowiedzieć, służy on bowiem w szczególności do:

    Wyjaśniania przyczyn nieprawidłowości w „Informacji o stanie konta w ZUS” (np. braku lub nieprawidłowej wysokości składek na ubezpieczenie emerytalne).

    Yes! O to chodzi pomyślałem. I już wybieram numer i już serce moje rośnie, gdyby WTEM! nie napadła mnie następująca informacja:
    Dla kogo jest infolinia ZUS

    I tu zaczynam wbijać obolałą głową gwóźdź wpisu. JAKIM PRAWEM INFOLINIA ZUS DOSTĘPNA JEST TYLKO Z TELEFONÓW STACJONARNYCH ORAZ Z TELEFONÓW WYBRANEJ SIECI KOMÓRKOWEJ?! ZUS nie jest jakąś tam firmą. ZUS jest instytucją utrzymywaną z pieniędzy pracowników. Z moich pieniędzy. (A miałaby więcej moich pieniędzy, gdyby była łaskawa dbać o swój interes, a nie tylko przejadać, przejadać, przejadać). Żeby poznać numer infolinii, muszę mieć Internet. Żeby skorzystać z infolinii muszę być (w 90% przypadków) klientem TP. Bo najważniejsze jest, aby klient miał łatwy dostęp do informacji.

    Nie zamierzam odpuścić;) Nie wykupię abonamentu w Orange, ani nie założę telefonu w TP. Zadzwonię do Was ze Skype ;P

  • 1. wpis na blogu przygotowanym bez użycia klawiatury

    Wczoraj po raz 1. wpadła mi w ręce aplikacja przygotowana na iPada – Dragon. Dragon potrafil rozpoznać mowę i zamienić ją na tekst pisany. po chwili zabawy przyszło mi do głowy aby spróbować jak sprawdzi się ta aplikacja w przygotowaniu wpisów na bloga nie jest to rozwiązanie idealne, ale przy odrobinie dobrej woli potrafi rozpoznać dokładnie to co mówię.

    co prawda nie ma możliwości bezpośredniego przesłania nagranego tekstu na niecodziennego ale skorzystam z możliwości przesłania tekstu na maila następnie wstawię odpowiednie fragmenty z wykorzystaniem Myszki do nowego wpisu.

    ponieważ dopiero poznaję możliwości tej aplikacji co kilka, kilkanaście słów sprawdzam jak rozpoznana została moja nowa. zabawa jest przednia, ale na ten moment trudno mi sobie wyobrazić aby wszystkie moje teksty przygotowywać w ten sposób.co ciekawe, Dragon dobrze radzi sobie również z trudnymi zdaniami takimi jak np: no i cóż, że ze Szwecji. Ten fragment był nagrany raz i nie musiałem go poprawiać. No dobra, trochę przesadziłem ponieważ musiałem ten fragment powtórzyć ale, aby oddać sprawiedliwości , powtórzyłem całość i całość została przez Dragona rozpoznana prawidłowo.

    Podsumowując, jest to naprawdę ciekawa propozycja dla tych, którzy nie lubią wędrować palcami po klawiaturze . Na całe szczęście, oprogramowanie nie jest idealne , co z kolei oznaczaże dobrze znane nam  klawiatury nie zostanąznikną nagle z naszego otoczenia. Zwiastuje to jednak pewne zmiany w tym jak będziemy obsługiwać komputery już niedługo. I to także po polsku.

    po chwili korzystanie z Dagona, łapie się jednak na tym, że przygotowując tekst i pisząc nową notkę nie mam problemu Z zachowaniem myśli wątku czy koncepcji, co swoją drogą nie jest zawsze udaje mi się na blogu przekazać czytelnikom. natomiast kiedy tekst przygotowany jest w formie przemówienia tak jak ten wpis zapewnienie pewnego ciągu logicznego wymaga większego wysiłku i koncentracji, choć zapewne to może się zmienić, w miarę upływu czasu.

    zauważam również, że ma on pewne problemy z rozpoznawaniem np. tego kiedy użyć małej a kiedy. mimo wszystko sprawdza się dużo, dużo lepiej niż mogłem to sobie wyobrażać. Tym bardziej, że nie ma naprawdę prawie żadnych problemów z rozpoznawaniem języka polskiego.

    W ciekawy sposób rozwiązany został problem znaków interpunkcyjnych. Jak się okazuje aby wstawić taki znak wystarczy powiedzieć jego określenie i tym sposobem możemy osiągnąć,.!? () –
    nauczyłem się również w jaki sposób rozpoczynać zdanie od nowej linii. Wystarczy powiedzieć ’ od nowej linii ’ i tym sposobem przechodzimy do nowego wiersza. Im więcej czasu spędzam przy tej aplikacji tym łatwiejsza staje się jej obsługę co naprawdę dobrze Dragonowi wróży . Do przeczytania zatem… Choć może powinienem powiedzieć, do usłyszenia: –)

  • To nie tak miało być, zupełnie nie tak…

    Czasem, często poniewczasie, trafia nas wieść… prosto w słoneczny splot… Niby nic, normalna rzecz, tak mamy urządzony świat.. a mimo wszystko.. wszystko jakieś takie w poprzek.. jakieś takie absolutnie zupełnie bez sensu…

    http://paulapruska.blogspot.com/2011/09/od-wczoraj-wszystko-na-zawsze-jest.html

  • Mała rzecz, a cieszy…

    Od początku niecodzienny.net, od dziś także niecodzienny.pl; Podoba mi się;)

  • Polska kibolska, czyli niczyj problem

    Na stadion nie zabrał mnie tata*, nie byłem wychowany na trybunach, nie byłem też zmuszany do kibicowania jednemu z krakowskich klubów przez wcześniej uświadomionych kolegów. Najpierw mecze oglądałem w telewizji, a potem chciałem dowiedzieć się, jak smakuje ten sport oglądany na żywo. To było dawno, ale nawet dziś pamiętam, że z pierwszych meczów nie pamiętam wiele. Tam nie ma powtórek, nie ma zbliżeń, nie ma komentatora. Jest za to żywioł kibiców, są wspólne śpiewy, jest wspólne przeżywanie meczu. Jest pozytywna energia i wielkie emocje jakich trudno doświadczyć gdzie indziej.

    Przez ostatnie lata nakłaniałem wielu, aby spróbowali wybrać się na mecz. Przekonywałem, że na stadionie jest bezpiecznie, że wszyskie te podawane przez media informacje są wyolbrzymione i nieadekwatne. Że to już nie te czasy, kiedy kibic oznaczał zadymiarza, że jest… lepiej. Że na stadionie można spotkać i dzieci i kobiety i całe rodziny i że wszyscy tam się bawią. Oczywiście, że idealizowałem. Oczywiście, że nader często ojcowie muszą zasłaniać uszy swych pociech, bo ten i ów postanowił zwyzywać sędziego lub piłkarza przeciwnej drużyny przez kilka pokoleń wstecz. Ale – czy ktoś w to wierzy czy nie – nawet to się zmienia. Coraz mniej jest bluzgów, coraz więcej głośnego dopingu. Oczywiście, są momenty.. ale to już nie jest reguła. Można było tłumaczyć – idzie lepsze. Poza tym, co jak co, ale na stadionie jest bezpiecznie. A raczej nie jest bardziej niebezpiecznie niż w pubie, czy na ulicy.

    Dziś wymiękam, odpuszczam. I nie chodzi mi o to, że kibole Legii pogonili się z kibolami Lecha. Bardziej smuci mnie to, że w tym piłkarskim towarzystwie nie ma winnych. Są oskarżycielskie media, są obserwatorzy, organizatorzy, kibice, są też anonimowi uczestnicy, ale nie ma winnych. I nie będzie. Ani dziś, ani jutro. Politycy pochylą się nad tematem póki podgrzewają go media, ale skończy się na samym podgrzewaniu, mądrych minach, surowych spojrzeniach, deklaracjach. Jutro, czy pojutrze, wszystko wróci do „normy”. I znowu będzie to samo i tak samo.

    Organizator (PZPN) mówi, że nic nie może zrobić. Kluby mówią, że nic nie mogą zrobić. Policja mówi że nic nie może zrobić, kibice mówia, że nic nie moga zrobić, Politycy nic nie mogą zrobić. Nikt nic nie może. A gdyby tak…

    PZPN i kluby mogą – mogą zmienić sposób orgazniacji meczów, bo ten którą przyjął obecnie, najwyraźniej się nie sprawdza. Trzeba wymyślić sposób dławienia pożarów w zarodku, a nie czekać aż się rozleją po gorących głowach kibiców. Trzeba wyłapywać i izolować prowodyrów, a nie czekać, aż pociągną za sobą tłum. PZPN musi zacząć o tym myśleć. Musi zacząć wychowywać kibiców – jeśli nie przez eliminację złych, to poprzez wzmacnianie pozytywnych wzorców. A że to nie da efektów dziś, ani jutro, tylko za 5 albo i 10 lat? No tak, ale im później zaczniemy, tym dłużej będziemy na normę czekać.

    Swoją drogą, naprawdę karykaturalnie słucha się np. Wawrzyniaka, który przekonuje, że kibice super, cacy, fantastyczni, tylko media beeee. Beeeee… Beeeee….

    Policja nie może? Może! Tylko musiałaby kartkować – stosując piłkarską terminologię – wszystkie drobne przekroczenia. Na stadionie i poza nim. A może przede wszystkim poza nim. Czy jest możliwe, aby normalny człowiek wchodząc na stadion, stawał się niebezpiecznym bandytą? Czy naprawdę na trybunach czujemy się bezkarni? A może bezkarni czujemy sie na codzień, a na trybunie to uczucie zostaje wzmocnione emocjami tłumu… Czasem trzeba przykładnie ukarać, ale wtedy trudno pisać prośby, o wpuszczenie ukaranego prowodyra na stadion…

    Kibice nic nie mogą zrobić. Kibice, wbrew pozorom, nie są bezmyślną tłuszczą, a mimo to legitymizują działania zadymiarzy. Wszyscy się oburzają – sam to robię – że media szukają wytrychów do naszej świadomości i tworzą „pseudokibiców”, „kiboli” czy „chuliganów” zamiast wprost powiedzieć, że to bandyci lub przestępcy. Przestępca, to osoba, która łamie prawo. Stadion piłkarski nie jest wyjęty z pod prawa. Barwy klubowe nie nadają nikomu immunitetu. Kibice muszą pamiętać, że normalnych fanów na meczu jest 95%, a mała grupka robi im pr. Cholernie szkodliwy pr. Mała grupa narzuca swoją wizję świata, a kibice potulnie się na to zgadzają. I kto tu jest społeczeństwem owieczek i baranków?

    Politycy… nie, ci naprawdę nic nie mogą. I lepiej, niech nic nie robią.

    To jak się będzie mówiło, pisało i myślało o piłce nożnej w Polsce zależy od wszystkich. Piłkarzy, klubów, kibiców, działaczy. I wszyscy powinni zmieniać to, co jest w ich zasięgu i możliwościach, a nie patrzeć po sobie i wmawiać wszystkim, że „na moim odcinku, wszystko cacy. To inni chuje”.

    Ale cóż. Wczoraj była zadyma, dziś jest news, jutro będzie dyskusja, za kilka dni będzie cisza. Do następnej zadymy. To już lepiej włączyć jakąś normalną ligę w telewizji. Tam przynajmniej w piłkę grają.

    *To znaczy na taki poważny stadion, z poważnym meczem. Bo z tatą byliśmy kiedyś oglądać Orły Górskiego, ale to już było oglądanie Tomaszewskiego jakieś 20 kilo poźniej.