Kategoria: blog

  • Dwa lata z Kindlem, czyli jak czytnik zmienia świat

    Niemal dokładnie dwa lata temu, miesiąc po zakupie, nie tylko pytałem retorycznie czy Kindle jest lepszy od tabletu, ale wręcz udowadniałem, że tak jest. Czy po dwóch latach korzystania z czytnika coś się zmieniło? A może raczej co się zmieniło?

    Czytnik nie sprawił, że zacząłem czytać książki (nie jestem aż takim gadżeciarzem, żeby gadżet zmieniał moje zachowanie…) ale zdecydowanie sprawił, że zacząłem książek czytać więcej i częściej. Nie sprawił na przykład, że zacząłem czytać w komunikacji miejskiej – zawsze czytałem, np trzy ceglaste tomy Millenium podczytywałem w tramwaju linii nr 2 w Krakowie. Ale czytnik daje dużo większą wygodę czytania w podróży. No i nikogo nie szturcham łokciem, ani nie dźgam książka przy próbie przewrócenia strony przy każdym ostrzejszym manewrze pana motorniczego. (więcej…)

  • Przeczytane: Alex i Ofiara, czyli kryminały po francusku*

    O kryminałach Pierre Lemaitre’a słyszałem ledwie kilka razy. Wspomniał o nich ktoś w biurze, nie do końca pamiętając nazwisko autora, wspomniał o nim Zygmunt Miłowszewski opisując losy Teodora Szackiego. Ale te wzmianki miały widać w sobie coś z obietnicy i to całkiem niezłej obietnicy. Teraz, po ich przeczytaniu, z prawdziwą przyjemnością mogę polecić je dalej;)

    Co wyróżnia powieści Lemaitre? Jak mało kto potrafi wodzić czytelnika za nos. O ile w przypadku wielu, wielu kryminałów można spodziewać się rozwiązania jakie przygotował dla nas autor i od pewnego momentu rolą czytającego jest towarzyszyć i kibicować bohaterom w ich nierównej walce, o tyle u francuza nigdy nie wiadomo, z której strony przypuszczony zostanie atak na nasze założenia, kiedy wpuści nas w maliny, a kiedy pociągnie za jakąś wajchę i trzeba będzie raz jeszcze mozolnie składać misterną układankę poszlak.

    Nie ma tu wielkich intryg, spisków służb specjalnych. Nie ma mgły ani przeintelektualizowanych czarnych charakterów. Ale i tak opisane zbrodnie są nietuzinkowe i zuchwałe, a autor zagłębia się w mroku ludzkiej natury i nurza się z lubością w fantazjach ociekających obrzydliwością. Nie buduje wielkich konstrukcji, nie zasypuje odbiorcy zbędnymi opisami, oddaje raczej klimat wielkiego miasta, w którym „zło” jest… obecne… Zło, które towarzyszy nam jak sąsiad, którego w zasadzie nie znamy, o którym nic nie wiemy, ale jest zaskakująco bliski. Zło jest zaskakująco namacalne i… cóż, normalne. A potem z każdym zdaniem, stroną, rozdziałem atmosfera staje się gęstsza i dużo bardziej nieprzyjazna. I pojawia się dreszczyk… i nie opuści nas już nawet o krok.

    Akcja wciąga, bohaterowie zarysowani ledwie kilkoma kreskami stają się naszymi przyjaciółmi, a ich problemy naszymi problemami. Nie wiedzieć kiedy mija godzina, druga, trzecia czytania, za oknem ciemno, w mieszkaniu cicho a Ty obiecujesz sobie, że jeszcze tylko jeden rozdział, jeszcze tylko jeden…

    Pokuszę się o mało wyszukane porównanie – kryminały Lemaitre’a są jak ogr, mają warstwy. Więc kiedy myślisz, że już wszystko znasz i ogarniasz, odsłaniają się nowe smaki i konteksty. Wydawca postanowił nie być gorszy i przewrotnie chronologicznie pierwszy tom trylogii o inspektorze Verhoevenie postanowił wydać jako ostatni, więc teraz znając już finał historii, będę się dowiadywał jak to się wszystko zaczęło…

    Tak więc ja sięgam po „Koronkową robotę” a Wam już teraz gorąco polecam „Alex” i „Ofiarę”

    *Kryminały co prawda napisane po francusku, ale na całe szczęście przetłumaczona na polski, bo w przeciwnym razie wiele bym nie zrozumiał…

  • Przeczytane: „Sen o potędze”, który budzi wiele wspomnień

    Mateusz Miga spisał historię Wisły Kraków pod panowaniem Bogusława Cupiała. Dla mnie to opowieść o tyle wyjątkowa, że opisuje nie tylko tytułowy sen, ale przede wszystkim budzi wiele wspomnień. Nie tylko dlatego, że Biała Gwiazda to klub, którego losom się przyglądam, ale dlatego że jako „ultras” (a za takiego się przez lata uważałem) a następnie przez blisko trzy lata pracownik klubu, byłem jeśli nie uczestnikiem to przynajmniej bliskim świadkiem wielu opisanych w książce zdarzeń.

    „Sen” to świetna lektura, widać ogrom pracy włożony przez Mateusza, doskonale oddaje zawirowania wokół klubu, jego upadki i wzloty. Wyjaśnia kilka sytuacji, które przez lata obrosły w mit (jak choćby rzekomą bójkę w szatni po meczu z PAO), przypomina najjaśniejsze punkty minionych 18 lat, przedstawia głównych bohaterów dramatu, choć brakuje głosu właściciela. Szkoda, że nie udało się do niego dotrzeć.

    Jedyny niedosyt który przychodzi mi do głowy, choć to żaden do „Snu” przytyk, to skupienie się wyłącznie na perspektywie piłkarskiej, a przy Wiśle wiele się dzieje „dookoła”, zwłaszcza w warstwie kibicowskiej (kibicowskiej, nie kibolskiej). I tam też drzemie ogrom ciekawych historii i barwnych postaci. Cóż, to zapewne materiał na zupełnie inną opowieść.

  • Zew krwi a społeczeństwo piranii

    Znowu politycznie. I z każdym wpisem coraz smutniej.

    Miałem nadzieję, że wraz z ogłoszeniem wyborów emocje opadną. Że wrócimy do codzienności, zajmiemy się pracą, dziećmi, rozrywką. Przestaniemy zajmować się polityką i wytykaniem wszystkim wokół, że są źli i głupi. Tylko że wraz z końcem jednej kampanii płynnie przeskakujemy do kolejnej, a skoro dotychczas tak dobrze żarło i Internet okazał się taki fantastyczny i taki skuteczny, to po co przestawać? Mam wrażenie, że w wielu z nas (niezależnie od poglądów) budzi się duch Sikorskiego i słodko zajadłym głosem cedzi prosto do ucha „na co czekasz, teraz jest czas na dożynanie watahy”… Obrzydlistwo.

    Ci co przegrali liżą rany pakując walizki i lamentując jak to będzie źle. Podkreślają że „#toniemójprezydent” albo wypatrują wyskakującego zza węgła Macierewicza z Kurskim czy Błaszczakiem. Swoją drogą, jeśli PiS się czegoś powinien nauczyć, to tego, że tych ludzi trzeba trzymać z daleka od mediów… Może nauczą się do tego stopnia, że z nich zrezygnują, żeby nie robić sobie pod górkę (o obciachu nie wspominając…) To by był dopiero rechot historii – PiS musi się zmienić bo wygrywa…

    Platforma nie kuma. Nie rozumie, że obrywa za swoje 8 lat i pożegnanie Komorowskiego to może być jedynie przygrywka. Brakuje w PO chyba kogoś, kto by towarzystwo ustawił do pionu, wyznaczył kierunek i narzucił tempo… Brakuje organizatora, a im dłużej ten stan się będzie utrzymywać, tym bardziej gorąca będzie atmosfera, tym większe będzie ciśnienie i większa szansa, że żadne ramy tego nie wytrzymają i rozpierzchną się członkowie po ideowo bliższych i dalszych kręgach.

    Z coraz większym obrzydzeniem czytam co na TT pisze Jarosław Gowin… a wydawał się jakby poważniejszym człowiekiem. Cóż, kiedy włazisz między wrony, przypraw sobie dziób i ogon. I koniecznie rób wszystkich na szaro.

    Swoją drogą, coraz bardziej miałka ta nasza polityka. Już nie musi o nic chodzić, już nie trzeba mieć żadnego celu, nie warto przejmować się wartościami, po co komplikować sprawy. Te wybory wygrał Internet. Memy wygrały. Szydera wygrała. Nie możesz z kimś wejść w polemikę – wyśmiej go. Kłam, obiecuj, stosuj sztuczki. Krzycz, szukaj świrów – kamera kocha świrów… Pokaże takich telewizja, ludzie chcą oglądać pokracznych, zidiociałych, z parciem na szkło. Słabością demokracji zawsze było to że mądry i głupi mają tak samo istotny głos. Mało tego, mądrzejszy zawsze w demokracji z dwoma głupimi przegra. A głupich, smutna prawda, zwykle jest więcej. Ale w dobie internetu doszedł jeszcze jeden element – ponieważ każdy może krzyczeć, to krzyczą wszyscy. I znowu – głupców więcej, krzyczą głupio ale donośnie. W tym hałasie coraz trudniej wyszukać ludzi którzy a) wiedzą co mówią b) mówią z sensem c) mają jakąś wiedzę która uprawdopodabnia punkty a i b. Zwłaszcza że do tego, żeby coś mądrego powiedzieć, zwykle trzeba chwili namysłu. Byle jaki mem stworzyć znacznie łatwiej. A ciemny lud nie tylko kupi, ale i z rechotem będzie udostępniał.

    Ale nie to w tym wszystkim smuci mnie najbardziej. Przeraża mnie to, że idziemy w te gierki. Że wciąż na tych, którzy myślą inaczej niż my patrzymy z żądzą krwi w oczach i czekamy tylko, żeby im dokopać najchętniej dodając przy tym, że to ich wina, bo my święci. Oni są zmanipulowani, bo prawda jest nasza. Oni kłamią, ich prawda w oczy kole. A ponieważ teraz pluć na (wciąż jeszcze obecnego) prezydenta jest w modzie – plujemy. Wygraliśmy wybory, więc teraz będziemy rozdawać razy. Będziemy decydować o tym, kto prawomyślny, kto uczciwy, to winny. Będziemy rozliczać za wszystkie prawdziwe i domniemane wykroczenia i występki. Rozliczać kochamy jak nikt. Grzebać się w przeszłości i udowadniać własne racje. Żeby nam coś z tego przychodziło.. żeby to stanowiło jakąś wartość, jakiś fundament na którym można stawiać coś trwalszego… Jakoś mi się nie wydaje.

    Coraz częściej mam wrażenie, że nie chcemy i nie lubimy rozmawiać. Nie mamy ochoty posłuchać co do powiedzenia ma ktoś, z kim się nie zgadzamy. Wiemy lepiej i nasze musi być na wierzchu.Jakby od tego, że posłuchamy cudzego argumentu i go rozważymy miał się zawalić świat. Smutny to świat, który ślepy jest na wiedzę „z zewnątrz”. To fanatyzm… tylko gdzie nas on może doprowadzić? I tym sposobem mi smutno.

    Kilka razy pisząc tę notkę przerywałem spisywanie kolejnych myśli, zastanawiając się nad sensem ich pisania. Czy mam coś do napisania? Czy to coś zmieni… znowu to samo, znowu grzęźniemy w tym samym bagnie a i mi wątki składa i splata się coraz trudniej. Wszystko dlatego, że chcę wierzyć, że potrafimy inaczej, ale nas widać dużo bardziej bawią znane wojenki. Wszak teraz kto inny w ofensywie. A tylko głupiec nie napiera dalej, gdy przeciwnik oszołomiony. Tylko idiota nie próbuje udowodnić swojej siły kiedy ma do czynienia ze słabszym. Tylko idiota mając za sobą większość przejmuje się tym, co do powiedzenia mają ci w mniejszej grupie. Przecież nie o to chodzi w demokracji.

    Tylko wiecie… im dalej w las, tym więcej drzew i ciemniej jakby też. I za tę wędrówkę w głąb przyjdzie nam kiedyś zapłacić. No a kto zapłaci? Pan zapłaci, Pani zapłaci, społeczeństwo… Bo pamiętajcie, politycy są bogaci naszymi pieniędzmi i strasznie łatwo przychodzi im nimi szastanie. A tymi kosztami, co to je przyjdzie zapłacić w przyszłości nie przejmują się wcale.

  • Lata mijają, a Kali ma się dobrze

    Kilka luźnych spostrzeżeń powyborczych.

    Wieczór wyborczy śledziłem na twitterze. Ja wiem, Twitter nie jedno ma imię i jakich sobie wybierzesz obserwowanych, tak sobie potem czytasz. Jakiś czas temu, teraz już nie wiem na ile świadomie i na ile z premedytacją, wybrałem do grona obserwowanych ludzi o poglądach ode mnie zgoła odmiennych. No i potem co wszedłem na TT to mi jadem we mnie pluło. Korciło mnie, żeby ich ze swojej rzeczywistości wygonić, bo to przecież takie proste. Ale to że ich wygonię, nie oznacza, że ich nie ma. Są. I mają swoje poglądy. I zwykle moje poglądy się w ich rzeczywistości nie mieszczą. Bo oni mają rację, a ja zdradzam…

    Cisza wyborcza to fikcja. Ploty jak na bazarze. Wszyscy wszystko wiedzą, bez obciachu wszystko piszą. W jednym jesteśmy doskonali – w ignorowaniu prawa. Nie zależnie od tego, czy to prawo wyborcze czy drogowe. Ono jest po to, żeby go inni przestrzegali. Ja – o…o… mogę wszystko (gimbazy nie znajo).

    Społeczeństwo mamy takie, co nie umie w demokrację. I tu dwa niestety konteksty. Mały i duży.

    Mały – w związku z nieszczęśliwym zdarzeniem, śmiercią w jednej z komisji, cisza wyborcza przedłużona o 90 minut. I nagle gwałty, krzyki, ludzie nie rozumieją więc się drą. Że jakim prawem, że na co to komu, że teraz wszyscy będziemy czekać na jedną komisję, że skandal. Otóż, epitet, nie. Nie po to się jeden z drugim dogadał czas jakiś temu, że jak gdzieś jest obsuwa, to reszta czeka, żeby wszyscy obywatele mieli równe szanse i prawo (a – do zagłosowania, b – do tego żeby im nikt nad głową nie krzyczał na kogo mają głosować), żeby teraz dla wygody rozwrzeszczanych, rozemocjonowanych pyskaczy ten moment równości łamać. Tak, Kowale były w mniejszości. Ale na tym demokracja polega, że szanujemy mniejszości. Że potrafimy swój interes poświęcić czasem w imię wspólnej wartości. A jedną z ważniejszych wartości demokracji są – śmiem twierdzić – wolne wybory. Tak, stało się. Tak, poczekamy. Krzywda naprawdę nam się nie stanie.

    I jeszcze dygresja, mamy takiego byłego pana Ministra, co sądy ustawiał i za prawa stanowienie chciał się brać. Ministrem być przestał, więc zgubił notatki, prawa zapomniał i teraz całkiem poważnie pyta:

    Gowin pyta o ciszę wyborczą
    Gowin pyta o ciszę wyborczą

    Panie Ministrze, miałby Pan dość rozsądku o takie rzeczy publicznie nie pytać, bo wstyd. A jak Pan nie wie, to na miłość boską RTFM lub w najgorszym STFW! A nie zachowuj się Pan jak gimnazjalista na sprawdzianie.

    Duży – PIS wygrał pierwsze wybory od dawna i tu – niespodzianka – to pierwsze od dawna wybory, co to ich nikt nie sfałszował. Wszystkie inne były oszukane, ale te co my wygrywamy są ok. Dla mnie to zamach na rozsądek. I – niesamowite – znikopisów nie było. No nie może być. I komisje normalne? No szok.. Szok. W każdym razie jak Polska długa i szeroka przemknął okrzyk zwycięstwa, przykryty zaraz jękiem zawodu pokonanych. Drodzy moi współobywatele – na tym polega urok demokracji. Czasem wygrywają ci, z którymi się nie zgadzamy. Ci sami, którzy przez lata mieli problem z uznaniem wszystkich wyborów wygranych przez Twoich faworytów. Tylko że oni przez ostatnie 8 lat zagryzali zęby i pracowali na to, żeby u nas dało się żyć. Oni żyli w przekonaniu, że rządzący są źli, ale tu żyć trzeba. Wygrał ktoś z ich ugrupowania, więc teraz wszyscy zawiedzeni rzucają łaciną na prawo i lewo, bo oni w tym kraju mieszkać nie będą i że klęska i że trzeba wyjeżdżać. Serio? Pierwszy raz poczułeś od dawna smak goryczy (bo do uczucia niesmaku chyba już się przyzwyczailiśmy) i ajwaj to nie mój kraj, tu się nie da żyć. Jak Kalemu źle, to Kali zły…

    To czy się będzie dało żyć czy nie, nie zależy od nowo nam wybranego Mister Poland (który na pewno będzie walczył o pokój na świecie) ale od tego, czy będziemy uczciwie wobec swoich krajan żyć i pracować. Jak będziemy, to żadna polityka nam nie przeszkodzi.

    Aaa… i pamiętajcie – sondaże, to nie wybory. Gdyby to były narzędzia wymienne, nie trzeba by było wszystkich obywateli pytać o ich zdanie. Wystarczyłaby reprezentatywna próbka wyborców, magia statystyki i za śmieszne pieniądze wybierzemy / wylosujemy / wysondujemy sobie prezydenta. I tak, między innymi dlatego są różnice między sondażem a wyrokiem wynikiem wyborów. To nie oznacza fałszerstwa, to oznacza, że statystyka czasem kłamie i warto o tym pamiętać.

    Dygresyjka… Jakiś czas temu byłem pod wrażeniem politycznych wpisów Krzysztofa Stanowskiego. Miałem nadzieję, że człowiek dotychczas prawie wyłącznie o sporcie, który tak ciekawie zaczął pisać o polityce, będzie miał z każdą notką więcej ciekawego do powiedzenia. I niestety mam wrażenie, że im więcej słów, tym mniej treści, a więcej emocji. A emocje tak potrzebne w sporcie, często w polityce przeszkadzają. A w nadmiarze stają się – moim zdaniem – trudne do przyswojenia.

    I już zupełnie na koniec. Panie Prezydencie Elekcie Andrzeju Dudo, jest Pan totalnie nie z mojej bajki. Nie głosowałem na Pana i w wielu punktach się z Panem nie zgadzam (emerytury, dodatki, in vitro, Jedwabne – żeby wymienić kilka z gatunku „top of mind”). Niemniej jednak, życzę Panu powodzenia w budowaniu dobrego wizerunku Polski i efektywnej pracy nad jej rozwojem. Ma Pan niepowtarzalną szansę wiele osiągnąć. To, czy zostanie Pan zapamiętany jako dobry prezydent, czy jedynie marionetka w rękach innych, zależy przede wszystkim od Pana. Pan już nie ma nad sobą prezesa, ani partii, ani nikogo innego. Odpowiedzialność jest Pana. Niech Pan o tym pamięta.

  • Kandydatów debata nasza powszednia

    Chciałbym, żeby ten tekst był radosny i optymistyczny. Chciałbym dowodzić, że z zadawanych pytań i udzielanych odpowiedzi wynika chęć nawiązania porozumienia i wspólnego kombinowania nad lepszą przyszłością. Niestety, moim zdaniem nie wynika.

    Kandydaci nie słuchają pytań, a już na pewno nie udzielają na nie odpowiedzi.
    Moderatorzy nie mają sposobu aby towarzystwo skłonić do trzymania się reguł ani nie mają narzędzi by móc odpowiedzi na zadane pytania wyegzekwować
    Kandydaci nie mają planów ani konkretów, mają za to sztuczki i wytrychy, którymi chcą zaszachować swoich rozmówców.
    Rozmówców nie interesuje co ma do powiedzenia ich partner, bo to nie partner tylko kreatura, którą trzeba zniszczyć, ośmieszyć, pogrążyć.
    Dla rozmówcy najważniejsze jest by wygłosić swoje tezy, niezależnie od tego czy mówią na temat, ani czy ktokolwiek ich słucha.
    Nie próbują przekonać. Nie potrzebują sposobu na pozyskanie rządu nowych dusz, za to wszystko robią by utrzymać swoje w strachu i mobilizacji.
    Widzowie nie słuchają pytań, nie słuchają odpowiedzi, za to bardzo chętnie wypatrują klucza w mowie ciała, w wieżyczkach składanych palcami.
    Komentatorzy swoje komentarze mają poukładane zanim wypowiedziane zostaną pierwsze debaty słowa.
    Obserwatorzy szukają ciosów, fauli i szpilek rozdawanych przez uczestników.
    A wszyscy uczestniczący w tej zabawie dopatrują się oszustwa na każdym kroku.

    Debata mówi wiele nie tylko o naszych już-niedługo-panujących i niewiele-brakowało-panujących. Dużo więcej mówi o nas.

    Przestaliśmy słuchać, zapomnieliśmy jak się dyskutuje, nie próbujemy się niczego dowiedzieć. Wszyscy wszystko wiemy najlepiej, najchętniej zakrzykując wszystkich, którzy śmią myśleć inaczej. Bo tylko będąc głośniejszymi od innych krzyczących czujemy się pewnie. Bo krzycząc w grupie czujemy siłę i moc naszych bzdurnych argumentów. Odmawiamy wszelkich praw przeciwnikowi, wszak on jest nikim, nic nie wie, nic nie potrafi, na pewno kłamie i lży. Jest głupi i bezmyślny. Jest też niewątpliwie zdrajcą i będzie szkodzić rzeczywistości. A Ci co go słuchają są nawet gorsi. Piętnujemy, z łatwością i rozkoszą. Bo tak prościej. Odmawiamy wszystkim prawa do wizji świata innej, niż nasza. Bo tylko nasza ma rację bytu, każda inna jest zła.

    Debata dwóch panów co to startują na Mistera Poland (ten konkurs na prawdę znaczenie ma mniej więcej wyborów Miss Polonii) budzi w widzach emocje większe, niż niejedno mordobicie. Z tą różnicą, że mordobicie nie ma wpływu na naszą rzeczywistość, a tak emocjonalny spór przeniesie się na codzienność. Codzienność, którą – chcąc nie chcąc – musimy budować razem. A tu ciężko rozmawiać, skoro każdy sporny temat okazją jest do krzyku i zaciśniętych pięści, a nie do wypracowania kompromisu. Smutną widzę przyszłość, niestety. Niezależnie od zwycięzcy.

  • Książka, którą musisz przeczytać

    O tej książce chciałem Ci powiedzieć.. nie, chciałem Ci o niej krzyczeć chwilę po tym, jak zacząłem ją czytać, ale się bałem. Bałem się tego, czy jest tak dobra jak myślę, że jest. Czy nie zmieni się w coś złego w między czasie. Bałem się tego, jak się skończy. Im bliżej byłem końca, tym bardziej się bałem. I tym lepsza stawała się ta książka. Tak, to książka, którą warto przeczytać.

    Jakie jest Twoje wewnętrzne zwierzę?

    Czytałem i chciałem Ci ją podsunąć pod nos i dać Ci do czytania. Żebyś ją znał / znała. Żeby Cię porwała. Żeby Cię przestraszyła. Żeby Ci otworzyła oczy. Bo to książka, którą warto przeczytać.

    To nie jest łatwa książka. To nie jest lekka książka. To nie jest śmieszna książka. To cholernie trudna, poważna i ciężka rzecz. Ale warto ją przeczytać.

    Wiek internetu przyniósł jeszcze większe kuriozum: lubienie czegoś ironicznie. To jest dopiero tarcza przeciwuderzeniowa, to jest dopiero potworniak emocji. Beka ze wszystkiego. Beka z moherów, beka z gimbazy, beka z siebie. Wyśmiejmy wszystko i tylko w głębi swojego pluszowego serduszka uważajmy, że coś nam się podoba, ale się do tego nie przynawajmy. Wyśmiejmy, bo nie wiadomo, jak nas ocenią. A tak – czysta karta. Spokój. Nic z siebie nie pokazaliśmy, te rzeczy są takie bekowe hehehehe.

    Na początku roku pisałem o Marsjaninie – ale wiesz, to zupełnie inna kategoria wagowa. Marsjanin to fraszka, igraszka, rozrywka. Tu masz boksera z superciężkiej, który nawala w Ciebie tym, co mu Bozia w genach dała. Pod żebra, na wątrobę, prosty, sierpowy, hak, podbródek. Taka kombinacja rodem z Mortal Kombat. Zapraszam do ringu z Tysonem, bo wiesz, to książka, którą warto przeczytać.

    Nie wiem, czy ona jest „na prawdę”. Nie wiem, co jest obserwacją, a co odczuciem autorki. Nie wiem o kim jest mowa, ale to moim zdaniem rzecz prawdziwa. To książka, którą warto przeczytać.

    To chyba pierwszy raz, kiedy w Kindle’u zacząłem robić notatki. Takie zdania zaznaczać, małe i duże. Dobre. Mięsiste. Konkretne. Zdania z książki, którą warto przeczytać.

    Chciałbym umieć tak pisać. Nie chodzi o styl, chodzi o treść. Chodzi o odwagę. O obserwacje, o umiejętność przebicia się z przekazem. Myślę, że gdyby te nawet gdyby to miała być jedna jedyna rzecz, którą autorka napisała, to było cholera warto. To książka, do której będę wracał. Bo to książka, którą trzeba przeczytać.

    XX wiek był wiekiem nerwic i histerii. XXI wiek jest wiekiem depresji i nałogów.

    To książka, o której myślisz. Która zmusza Cię do myślenia (pierwsze i drugie zdanie, to nie jest to samo i nie oznacza tego samego). To książka, której będziesz się bać. I od której nie będziesz się mógł / mogła oderwać. Przypomni Ci się, kiedy będziesz oglądać swój ulubiony serial, jeść spóźnione śniadanie czy pić zasłużoną kawę. Będzie Ci towarzyszem. Bo to książka, którą warto przeczytać.

    Mnie wzięła z zaskoczenia. Nie wiem, czemu mi wpadła w ręce. Nie spodziewałem się o czym będzie. Nie czytałem chyba nikogo, kto ją chwalił. Może była na nią promocja, czy coś… ale wiesz… chcę żebyś ją przeczytał / przeczytała. Może to ja będę Twoim przypadkiem. A Ty idź, czytaj. Bo to książka warta przeczytania.

    Ja się domyślam, że jesteście znudzeni tematem, że ciągle to samo, że byście woleli poczytać sobie o piłce nożnej albo wylicytować coś na Allegro.

    Ale sorry, chuj, ja mam tu misję i są ważne rzeczy do dowiedzenia się.

    Małgorzata Halber, „Najgorszy człowiek na świecie”. Książka, którą warto przeczytać.

  • Dlaczego w ncplus House of Cards to tak po prawdzie domek z kart?

    Na początek muszę się pokajać. Bo jestem strasznym maruderem. Nic nie robię, tylko chodzę i marudzę. Jak mam wolną chwilę, to marudzę. A jak nie mam wolnej chwili, to marudzę bardziej, bo nie mam czasu marudzić. I się czepiam, ciągle się czepiam. I nawet jeśli czepiam się z jakiegoś powodu lub dlatego że na czymś mi zależy, to i tak nie idzie ze mną wytrzymać. Czasem… coraz częściej podziwiam tych, którzy ze mną wytrzymują, bo to nie może być łatwe. Sam ze sobą bym nie wytrzymał, to w zasadzie pewne. No ale dość ekspiacji. Czas – tu włącza się humor sytuacyjny – pomarudzić.

    Pisałem, że kupuję telewizor. Wspomniałem, że zostałem też abonentem telewizji cyfrowej. Czemu zostałem takim właśnie abonentem? No cóż… Przez wiele ostatnich miesięcy żyłem w błogostanie bez telewizji. Jeśli już coś oglądałem, to na wyraźne życzenie, zwykle po uiszczeniu jakiejś opłaty, co oznaczało że byłem szczęśliwie pozbawiony polskich produktów reklamowych i pseudoreklamowych. Już po zakupie telewizora miałem okazję zderzyć się reklamami przy VOD tvn’u i… wymiękłem. Olej, potencja, grypa plus kilka jeszcze innych niezapamiętanych przeze mnie motywów w krótkim bloku reklamowym i przerywanie materiału żeby mi tę reklamę wcisnąć, sprawiła, że chciałem krzyczeć / wyć / płakać. Wniosek? Chcesz mieć telewizję to płacz po zapłaceniu abonamentu. Chcesz mieć co oglądać, płać odpowiednio więcej i trzymaj kciuki żeby puszczali coś dobrego.

    Czemu nc+? Bo jestem masochistą i lubię tę naszą rodzimą pokraczną odmianę futbolu pooglądać. Lubię też pooglądać czasem jak grają w Anglii czy w Hiszpanii. I czasem na Ligę Mistrzów też zerknę. Do tego filmy / seriale i wybór wydawał się w zasadzie oczywisty. Koszty akceptowalne.

    Dodatkiem są serwisy VOD i w ramach jednego z nich – seriale. I tu miałem nadzieję, że gwiazdy zaczynają mi sprzyjać, ponieważ moja decyzja o wstąpieniu w grono abonentów zbiegła się z premierą nowego sezonu House of Cards i ta seria miała być dostępna właśnie na ncplusie. Cudownie. Będę oglądał super serial w super rozdzielczości na moim super (no bo jakże inaczej mogę myśleć o świeżym zakupie) telewizorze i to na legalu. Czy mógłbym chcieć czegoś więcej? Wydawać by się mogło, że nie… Ale znacie mnie, coś musiałem znaleźć;-)

    Co gorsza, nie musiałem bardzo szukać. Wytrwałem do daty premiery, odpalam, chce oglądać (nawet zaległem w pozycji horyzontalnej) i nagle słyszę że Frank Underwood mówi głosem polskiego lektora. Zasmuciłem się, ale pomyślałem, przecież to platforma cyfrowa, satelita, mogę sobie dobrać ścieżkę dźwiękową. Niestety, mimo najszczerszych chęci i wciskania wszelkiej możliwej kombinacji przycisków na pilocie, Frank nie chciał gadać głosem Kevina. Filutek. Ale to przecież niemożliwe (mój wewnętrzny głos nie tracił nadziei). Sprawdź instrukcję… cisza. Sprawdź serwis ncplus – cisza. Sprawdź forum serwisu ncplus – nikt nie zadał wcześniej mojego pytania.. Google też milczy w kwestii wyboru ścieżki dźwiękowej materiału VOD. Smuteczek.

    Dzieciaku Internetu, posłuchaj młodszych pokoleń, sprawdź siłę social media. Zapytaj na profilu ncplus, na pewno będą mogli Ci pomóc, na pewno znają odpowiedź na Twoje pytanie i okaże się ze jesteś technologicznym debilem.. Tzn jesteś technologicznym debilem, a teraz okaże się, że są na to dowody. A dowody chyba są, bo odpowiedź moderatora ncplus zabrzmiała kategorycznie:

    Wszystkie odcinki nowego sezonu „House of Cards” można ogląda również w oryginalnej wersji językowej.

    Rzadko się cieszę gdy ktoś mi udowadnia, że się mylę, ale tym razem przyjąłem to za dobrą monetę. Zapytałem jak, zastosowałem zaproponowane rozwiązanie i Frank Underwood wciąż wyjątkowo płynnie gada po polsku. Aż dziw, że nie wykorzystali tego jego talentu w reklamach BZWBK (swoją drogą, w tej reklamie nie wykorzystali żadnego z talentów Spacey’a). Poskarżylem się moderatorom (taki byłem wredny) i polecili skontaktować się z obłsugą przez formularz. Formularze to zło, o czym już pisałem, tym bardziej zasmuciłem się, bo ten formularz to był lajfczat… a z tym wiele szczęścia ostatnio nie mam. Ale przynajmniej nie było kolejki oczekujących (albo jeśli była, to nie byłem o niej informowany).

    Komunikacja poszła zaskakująco sprawnie, niestety wnioski nie były przyjemne. Cytuję:

    Istnieje możliwość wyboru ścieżki dźwiękowej wyłącznie przy kolekcjach VOD+ zapisanych na dysku twardym dekodera. W przypadku korzystania z usługi netVOD+ brak jest takiej możliwości.

    Merde! zakląłem pod nosem wykazując się ubogim francuskim słownictwem i beznadziejnym akcentem. Zakląłem raz jeszcze, ponieważ:

    W ofercie platformy nc+ są dwa modele terminali umożliwiające korzystanie z usługi VOD+

    [ale oczywiście nie mój terminal]

    Podłączenie przenośnego dysku twardego nie pomoże

    Karma. Ewidentnie sobie na to zasłużyłem. No ale nie sądzicie, że to jednak trochę #smuteczek? Nie pytałem o tą możliwość przy wyborze dekodera, a pewnie bym się zastanowił. Nikt też mi nie powiedział, że seriale będą dostępne tylko z tłumaczeniem… No cóż, za dwa miesiące ta usługa zostanie mi wyłączona, w przeciwnym wypadku będę musiał za nią płacić. Płacić za możliwość oglądania filmów z lektorem. W takim wypadku oglądanie zakłócane byłoby zgrzytaniem zębów, a ja lubię swoje zęby, więc nie chcę nimi zgrzytać…

    Frank, nie mógłbyś czegoś w tej kwestii zrobić?

  • Żywot klienta współczesnego, czyli mój Fun (prawie pack) z Orange

    Wszystko zaczęło się od telefonu, jakich każdy z nas otrzymuje wiele. Dzień dobry, dzwonię do Pani / Pana z bardzo typową sprawą, czyli jest Pan naszym niewol.. abonentem i kończy się Panu umowa. W związku z tym chcemy Panu / Pani zaproponować cyrogr.. umo… bardzo korzystne warunki pozostania naszym niewolnikiem, tj. klientem. Zgodzi się Pan / Pani ze mną, że te doskonałe paragrafy sprawiają, że klaszcze pan uszami na sam dźwięk mego głosu…

    Tym razem okazało się, że kończy mi się umowa z Orange. Znaczy wkrótce się skończy. Znaczy jakoś za dwa miesiące. Mój największy problem, a zarazem moja największa wina polegała na tym, że nie byłem zainteresowany poszerzaniem oferty. Chciałem to, co mam, ewentualnie trochę taniej. I trochę szybciej, ale szybko się okazało, że szybciej się nie da. Co najwyżej mogę przedłużyć to co mam, na tych warunkach, które mam. Jak świadomie nie przedłużę, to umowa zostanie automatycznie przedłużona o kolejne pół roku. Innymi słowy, jeśli wybiorę bramkę A to wybieram opcję A, a jeśli spróbuję wybrać dowolną inną opcję, to okaże się, że i tak wybieram opcję A.

    Nie skorzystałem, podziękowałem, uznałem że czas poszerzyć horyzonty. W tak zwanym międzyczasie, okazało się, że będę kupował telewizor. Cudownie, pomyślałem, oto okazja, aby poszerzając swój pakiet usług wejść na cudowne oszczędzanie i mieć mniej za więcej. Albo na odwrót… Ponieważ jestem dzieckiem Internetu, wierzącym w to, że człowiek powinien sprawdzić to czy tamto samodzielnie zanim zacznie rozpaczliwie nagabywać Bogu-ducha-winną telefoniczną obsługę klienta, zacząłem od sprawdzenia co Orange ma dla mnie na swojej stronie. Szukałem, szukałem, nawet jakieś połączenie ofert znalazłem, ale wstyd się przyznać, przestałem rozumieć warunki i cenniki oferty. Wobec tego, ponieważ swego czasu widziałem na stronie pomarańczowych live chat uznałem, że to doskonałe rozwiązanie dla mnie, dziecka Internetu.

    Znalezienie livechatu nie jest oczywiste. Nadal nie wiem gdzie się pojawia i czemu czasem znika ani czemu nie widać go na stronie kontaktowej. W każdym razie czasem się pojawia. Można się zalogować swoim nr abonenta i już za chwileczkę już za momencik poznać rozwiązanie swojego problemu. W końcu tak rozumiem komunikat „rozmawiaj teraz”. Zdziwiłem się trochę, bo po oczach dostałem tym:

    Jeden z naszych przedstawicieli wkrótce do Pana/Pani dołączy. Jest Pan/Pani 4 w kolejce. Czas oczekiwania wynosi ok. 29 minut. Dziękujemy za cierpliwość

    Szybko stałem się 2gi w kolejce, po 2 osoby szybko uciekły. Minęło 5 minut, 10 minut, 15 minut a ja ciągle czekałem. Nie doczekałem się. Temat poszedł w zapomnienie.

    Wrócił dwa tygodnie później. Znowu uwierzyłem, że chat może więcej. Była niedziela wieczór. Kto normalny pisze do Orange w niedzielę wieczór? Nikt normalny, ale piszę ja, pisze Pan, Pani, społeczeństwo. Tym razem byłem 19. w kolejce, czas oczekiwania 98 minut. DZIEWIĘĆDZIESIĄT OSIEM MINUT czekania na czacie, aż ktoś się do mnie odezwie. Ale jestem wredna bestia, odpaliłem sobie jutuba albo inne paskudztwo i czekałem. Miałem wolną chwilę, więc napisałem o tym na FB, otagowałem #orange (w tym miejscu pragnę pozdrowić zespół Brand24 (albo Sotrendera, albo IRC, albo Bóg wie kogo jeszcze) i brygadę monitorującą sieć dla pomarańczowych, życzę miłej lektury. Wiem, że czytacie. Nie odpisujcie, serio, nie warto). Nothing personal. Ale skoro Orange się na moim profilu odezwał i spytał jak może pomóc – odpisałem. I zostałem skierowany na formularz na stronce Orange. Nie, dziękuję, postoję (skoro już i tak czekam na czacie). Nie ma gorszych rzeczy niż formularze na stronach www. Nie ma i już. Wie o tym każde dziecko Internetu.

    Odczekałem swoje 98 minut (plus minus ze dwa kwadranse… raczej plus), chat zaplumkał zgłosiła się miła pani z infolinii. Zadała mi chyba ze trzy pytania. Jak może pomóc, czy mam tylko jedną usługę i czy chcę szybszego Internetu (tak chcę, ale się nie da się) po czym najpierw zamilkła (dygresja i złośliwość z mojej strony, ale nasza rozmowa składała się głównie z milczenia i długiego czasu wpisywania treści jak „w czym mogę pomóc”), a potem dostałem komunikat, że jestem na końcu kolejki oczekiwania i że już za 50 minut ktoś z wielką przyjemnością zajmie się moim problemem. Ja Ciebie też drogie Orange, ja Ciebie też.

    Skoro nie działa czat, Social Media odsyłają do formularza, a żeby dzwonić na infolinię i słuchać Chopina nie mam ochoty, trzeba by spróbować rozwiązań offline’owego. Znaczy przyjdzie mi odwiedzić punkt obsługi klienta (tu powinno powiać grozą, powinna skądeś zostać rozpylona mgła, powinno się zrobić zimno, źle i smutno).

    Próbowałem mniej więcej 7 razy zostać obsłużonym w różnych punktach Orange. Popyt na usługi tej firmy jest tak znamienity, że niezależnie od punktu obsługi kolejki wypełniają punkty obsługi. Obsługa zaś jest tak znakomita, że albo w trosce o dobro klienta podaje mu telefon mówiąc – pan to sobie wyjaśni na infolinii, albo we trzy osoby próbuje rozwiązać prawdziwy problem prawdziwego klienta, jakim jest przesłanie kontaktów z telefonu A na telefon B bez utraty danych, za pomocą karty SIM, bo wszystkie inne metody zawiodły. A skoro wszystkie metody zawiodły, to sprawa robi się tym ciekawsza, więc konsultanci przekazują sobie prawdziwego klienta z prawdziwym problemem z rąk do rąk ze słowami „weź, Ty spróbuj”. A ja czekam. Od kwadransa bez mała. W zasadzie od dwóch, bo wcześniej był Pan, który musiał zarejestrować swoją kartę, ale widzi Pan, u nas ta usługa potrwa 48 godzin, więc niech się pan zastanowi czy aby na pewno pan tego chce. Był też drugi klient, który potrzebował roamingu, no ale do roamingu jest potrzebna konsultacja z infolinią – niech pan dzwoni… A jeszcze w międzyczasie (czas był na tyle długi, że nie trudno się było dostać w „między”) pojawiła się klientka, która chciała doładować swój telefon (jak zawsze) i przedłużyć okres ważności konta na 90dni (jak zawsze) ale zrobiła to w innym punkcie (niż zawsze) i teraz przedłużyli jej ważnośc tylko na 50dni i NIECH PAN TO TERAZ ODKRĘCI. Co Pan zrobił? Posłusznie wybrał numer na infolinię. Klientka starsza, telefon też niemłody, więc zrobiło się głośno. Tak głośno, że aż inny konsultant zaczął na nią krzyczeć, że on tu przecież pracuje. Komentarz miałem na końcu języka ale… przemilczałem i z tego domu wariatów wyszedłem.

    Każda z 7dmiu moich wizyt wyglądała mniej więcej tak ja ta. Z innych dowiedziałem się między innymi, że w Orange nie może wyłączyć usług sms premium w punkcie, bo my tu świadczymy inne usługi. Dowiedziałem się też, że na zapleczu konsultanci znikają bezpowrotnie (może piją jakieś ziółka?). I że mojego czasu i mojej cierpliwości nikt mi nie odda. Stracone. Było minęło. Ale telewizji od tego operatora nie wezmę. W sumie nic nowego od nich nie wezmę. Bo jakby się coś zepsuło… to jeno płacz i zgrzytanie zębów mi pozostanie. A umowa na Internet przedłuży się sama.

    A wiecie co jest najlepsze? Że żeby zamówić praktycznie tę samą usługę (telewizję sat) tyle że bez funpacka, czyli bez udziału Orange potrzebuję dosłownie 25 minut. Bez kolejek, bez czekania, z bardzo miłą obsługą. Nikt nie krzyczał, nikt nie wykopywał, nie miałem ochoty uciekać. Przyszedłem, powiedziałem czego chcę, dostałem co chciałem, jestem klientem* nc+. (O tym dlaczego jestem ich klientem i dlaczego nie wszystko jednak takie super – wkrótce). I co, dało się? Dało się. Orange… naprawdę pokombinujcie jak obsługiwać lepiej, bo Was zjedzą. Nie jesteście sami na rynku, nie macie bezkonkurencyjnej oferty. Nie macie serca, a i rozumu u Was jakby coraz mniej. Ale tak jak usługi Play polecam każdemu (i kilka osób już do nich przeniosłem) tak do Was przekonywać nie mam zamiaru. Ale to też chyba jasno wynika z całego mojego przydługiego tekstu.

    *Jestem strasznym klientem. Marudzę, narzekam, myślę, piszę, wymagam. Ale też płacę. Regularnie. I tyle ile trzeba. Więc może jednak warto ze mną rozmawiać?

    Swoją drogą, z tym Internetem u mnie coś mocno nie podrodze… Jak sobie pomyślę o przebojach z Netią…

  • Niepodległość z terminem przydatności do spożycia

    Choć tak mogłoby się wydawać, to nie będzie wpis zasadniczo polityczny, choć kwestie polityczne będzie poruszać. I nie będzie to chyba wpis radosny ani zabawny. Nie jest też jego rolą straszyć, może jedynie spróbować podnieść jedną kwestię.

    Należę (jeszcze) do pokolenia 30latków (i to jak na razie wczesnych 30 latków). Jestem z tych, którzy wychowali się na 5-10-15 i Teleranku, ale już o tym kiedy zamiast Teleranka w telewizji objawił się generał Jaruzelski tylko słyszałem. Spędzałem popołudnia na oglądaniu Kulfona i Moniki, weekend zaczynałem z bajkami Hanna Barbera a kończyłem dobranocką Disneya. Nie znam kolejek przy pustych sklepowych półkach, ale pamiętam zakupy w Pewexie (za dolary!) i mniej więcej świadomie przeżywałem wymianę złotówek starych na nowe. Nie wiem czemu Balcerowicz musiał odejść ani gdzie stało ZOMO. Wiem natomiast, że zawsze żyłem w wolnym kraju.

    Kraju z własnym językiem, własną walutą, własną kulturą. Własnymi problemami, kłótniami i politykami. Własną historią, której można się uczyć – jeśli tylko kto zainteresowany. Doświadczam wolności, która nam przynależy. Nad którą nikt się nie zastanawia, bo ona jest. Tak jakby zawsze była. Tak jakby zawsze miała być. Bez wysiłku. Bez ceny. Aż korci żeby dopisać „bez wartości”?

    Uczyłem się o zaborach, o powstaniach, o przegranych bitwach i wojnach. O szarpaniu się z wrogiem, o konspiracji i knuciu przeciwko ciemiężycielom. Niestety, więcej wiem o tym co działo się w Sparcie czy Atenach przed naszą erą, niż co działo się w Polsce po 45 roku. O Jałcie wiem tyle co wyśpiewał Kaczmarski, ale nawet gdybym wiedział więcej, znałbym tylko nasz, nieco ułomny | subiektywny punkt widzenia.

    Zastanawia mnie, co dla mnie oznacza wolność. Nie ta w kontekście penitencjarnym, ale obywatelskim. Że mogę iść gdzie chcę? Wyjechać dokąd mi się żywnie podoba? Czytać co chcę? Myśleć i mówić co chcę? Co w XXI wieku oznacza wolność, a co zniewolenie? Może kiedyś było prościej… były wyraźne granice kto wróg, kto przyjaciel. Kto grabi, a kto pomaga. Dziś osłabiać naród można na dziesiątki sposobów – można ogłupiać latami odpowiednio wykorzystując media. Można podsycać skrajne emocje odpowiednio działając w Internecie, w szczególności w Social Mediach gdzie nie nauczyliśmy się jeszcze weryfikować tego ani kto, ani co, ani dlaczego mówi. Można wyprowadzać pieniądze rozmaitymi licencjami, opłatami… można od siebie uzależniać (np. tworząc centra outsourcingu) po to tylko aby w dogodnym momencie kurki pozakręcać, zostawiając po sobie mgliste wspomnienie raju utraconego, przeniesionego tam gdzie zatrudniać się bardziej opłaca (płacąc odpowiednio mniej). Można nas także uzależnić od swojej ropy i swojego gazu, bez którego ani nie ruszy gospodarka a i zimy zaczną odpowiednio mocno dawać w kość. Siedząc u kogoś w kieszeni wcale nie musimy być trzymani pod kluczem ani pod bronią. Tylko czy kiedykolwiek się zorientujemy, że oto nasza wolność jest jakby ciut ograniczona?

    Z drugiej strony, co w XXI wieku oznacza rozbiór kraju? Czy można podzielić naród między inne i kazać ludziom myśleć w innym języku? Czy byłoby to ekonomicznie uzasadnione? A jeśli nie, to jaki jest sens odkrawania Ukrainy plasterek po plasterku przez Rosjan? O co toczyć się będą wojny? O surowce? Nie mamy ich. O ziemię? Ziemi ci w takiej Rosji pod dostatkiem. O wpływy? Do tego nie potrzebujesz wyprowadzać wojska. Choć z drugiej strony wydawać by się mogło, że gdy do działań rusza armia, to wszystko jest jakby jasne – kto agresor, kto w opresji.. Ale nie dla zachodniej Europy.

    I przechodząc do kolejnych pytań. Czy gdyby doszło do ograniczenia naszej wolności, potrafilibyśmy o nią zawalczyć. Czy potrafilibyśmy ze sobą rozmawiać i wspólnymi działaniami przeciwstawić się zagrożeniu, czy jednak w każdej rozmowie musielibyśmy wysłuchiwać „ja wiedziałem, że tak będzie, tylko mnie nie słuchaliście”? Czy jeszcze potrafimy się dogadać, czy jednak podziały wynikające z tego jak obchodzimy się z naszą wolnością są już tak głębokie, że można nami umiejętnie grać i pogrywać?

    I teraz będzie najsmutniejsze… To jak jest zależy od nas. Nie od naszych rodziców, nie od naszych dzieci. Nie jesteśmy już tak młodzi, by z rozmowy wykluczał nas wiek. Nie jesteśmy też starzy by oddawać pole młodym. Natomiast skupiliśmy się na tym, aby dobrze było jednostce (mi, mi, mi, mnie, mnie, mnie), troszkę chyba jednak zaniedbując obszar społeczny. Pozwalamy innym narzucać ton i jakość dyskusji, pozostając biernym, najczęściej decydując się na to, że nie bierzemy udziału w ich gierkach, ich wyborach, ich decyzjach. Bo przecież musimy ciężko pracować w tygodniu, aby udowodnić wszystkim że jesteśmy lepsi, ważniejsi, silniejsi, mądrzejsi niż inni. Udowodnić to wszędzie. W szkole, w pracy, na ulicy i w rozrywce. A ponieważ zwycięzców się nie sądzi, nie przebieramy w słowach ani metodach, byle wyszło na nasze. Wszak reguły i zasady są po to, by je łamać i by stanowić od nich wyjątki.

    Tak rozumiemy naszą wolność, do tego potrzebujemy naszej niepodległości. Taki budujemy sobie świat.