Kategoria: blog

  • Dlaczego zadaję tyle pytań?

    To będzie wpis chyba nieco ekspiacyjny. Może nawet delikatnie „coming outowy”. To także wpis co sobie sezonował, bo pierwszy raz w mojej głowie pojawił się rok temu. Teraz dojrzał, by go w słowa ubrać.

    Mam taką, zdaje się niejednokrotnie potwornie irytującą, manierę zadawania pytań. I w pracy, i w domu, i poza domem. Co gorsza, zwykle jest tak, że na jednym pytaniu się nie kończy, a najlepsza nawet odpowiedź zazwyczaj nie gwarantuje, że przestanę drążyć. Raczej im lepsza odpowiedź, tym większą mam ochotę pytać dalej. Co więcej, czasem pytam nawet wtedy, gdy kolejne pytania nic nie wnoszą. Pytam także wtedy, gdy znam odpowiedź (albo wydaje mi się, że znam odpowiedź).
    (więcej…)

  • Jak dorosłem do pre-paida i dlaczego będąc w Play czuję się jak idiota

    Chyba dorastam. Może dojrzewam. Czytam o tym, jak oszczędzać i nieśmiało zerkam też w pozycje jak inwestować. Czasem mam wrażenie, że te wszystkie moje starania mogą być bez sensu, bo rządzą nami ludzie, którzy, jak prezes, nie mają konta bankowego, albo, jak minister obrony narodowej, mają oszczędności w wysokości 1,5k PLN (słownie półtora tysiąca polskich złotych). Dysponując takim majątkiem zapewne zupełnie nie interesuje ich to, jak ich zabawy wpływają nie tyle na stan, ile na wartość moich oszczędności. A do tego można się po nich spodziewać wszystkiego, już nawet tak absurdalnie brzmiące propozycje jak…
    (więcej…)

  • Big Short – ten film zdecydowanie warto zobaczyć

    O tym filmie wielu z Was być może słyszało, wielu z Was go być może już widziało. Ta notka jest dla tych, którzy nie mieli tej sposobności i nie wiedzą co tracą. A absolutnie powinni ten film zobaczyć. Wszyscy. Nie tylko dlatego, że w dość brutalny sposób tłumaczy czym są ratingi i jaki maja wpływ na nasze życie.

    Ostatnimi czasy niestety do kina wybieram się rzadziej. Po trosze dlatego, że brak okazji, po trosze dlatego, że brak jakiejś wielkiej determinacji do tego, żeby akurat do kina się wybrać. I zawsze niestety towarzyszy temu obawa, na jakie towarzystwo w kinie się trafi (i tak, wiem, trzeba chodzić do kin studyjnych, na filmy niszowe wtedy wszystko jest super – wybaczcie, to nie całkiem moja bajka). Ale też czasem są tytuły, przy których coś w człowieku drgnie.
    (więcej…)

  • Moje Małe Tesco – gra, którą chciałem zrobić

    Rzadko mi się to zdarza – pisać na blogu o tym, czym zajmuję się w pracy. W sumie nie umiem wytłumaczyć dlaczego, bo pisanie że nie dzieje się tam nic wartego uwagi albo opisania byłoby nieprawdą. Już prędzej wynika to z obawy, że ewentualnie spisanie pewnych wniosków lub obserwacji może utrudnić pracę…

    Tym razem chciałbym Was zachęcić do spróbowania gry, o której realizację sam chciałem się pokusić. Kilka lat temu, pomyślałem sobie, że sposobem na wytłumaczenie pewnych sytuacji, jakie dzieją się w sklepach dużej sieci handlowej, z perspektywy klienta tyleż oczywiste co niedopuszczalne, wynikają czasem nie ze złej woli albo nieudolności zarządzających, ale niejednokrotnie z dużej ilości zmiennych, które wpływają na to co, gdzie i kiedy w sklepie się znajduje. Równocześnie, mam świadomość, że nie sposób do w sposób zarówno zrozumiały jak i dogłębny opisać albo przedstawić. Jeszcze trudniej zaprosić kogoś „do środka”, wyrwać go z jego codzienności, postawić go w roli zarządzającego sklepu i powiedzieć – przekonaj się sam, to wcale nie takie łatwe, jak się zdaje.

    Tu z pomocą przychodzą telefony i tablety. Pozwalają na stworzenie rozbudowanej gry, symulacji czy managera, który umożliwia wcielenie się w rolę organizatora tego całego zamieszania. Pozwala na zaprezentowanie (jasne, w formie wciąż mocno uproszczonej) ewolucji sklepu.

    I o to właśnie chodzi w grze Moje Małe Tesco, które miało swoją premierę w ubiegły poniedziałek. Gra, która sprowadza się do tego, by pobawić się w sklep. Od pierwszej półki, pierwszej kasy, pierwszego zamówienia, aż do zarządzania siecią. I nagle okazuje się, że zawsze w sklepie jest coś innego niż potrzebują klienci, że dostawa będzie „już za chwilę”, że nie można wyprodukować wszystkiego, od razu i w nadmiarze. A nawet jeśli, to właśnie wtedy nie ma miejsca w magazynie, żeby to wszystko upchnąć. I jeszcze trzeba się nauczyć mówić wirtualnemu klientowi – sorry, nie mamy tego i nie będziemy tego mieć w najbliższym czasie. A konkurencja (również wirtualna) pokazuje, że potrafi lepiej, skuteczniej, efektywniej, choćby dlatego że ma więcej czasu w pracy, albo potrzebuje mniej snu;) Albo nie ma dzieci i żony, które też wymagają trochę uwagi…

    Tak… Moje Małe Tesco to gra, która potrafi odebrać dużo czasu;). Jak twierdzą niektórzy, likwiduje życie osobiste. Bo wciąga. Równocześnie drażni i irytuje, ale wciąga. Bo pozwala poczuć się przez chwilę (albo i dwie) jak dziecko.

    Garść informacji technicznych – gra jest darmowa, nie ma żadnych ukrytych płatności, jest dostępna na iOS, na Androida i na Windows Phone (jak się okazuje, można również bawić się na komputerach stacjonarnych, ale to na ten moment nie jest dobry pomysł, gra nie jest przygotowana na tę platformę). Gra nie jest dziełem skończonym, wciąż jest rozwijana, poprawiana, uzupełniana. Wciąż eliminowane są drobne błędy, wdrażane poprawki. Ale to co w niej kluczowe – grywalność i frajda płynąca z zabawy mam wrażenie dalece przewyższa ewentualne niedociągnięcia.

    Zresztą… co Wam będę makaron na uszy nawijał – zmierzcie się z nią, powiedzcie jak Wam się podoba, co wam przeszkadza. Ja wszakże, większość swego czasu spędzając po drugiej stronie barykady, nie mogę być obiektywny;-) Zatem, Wy spróbujcie gry ( wszystkie linki do sklepów znajdziecie na https://tesco.pl/mojemaletesco ) a ja wracam upewniać się, że towar jest na półkach a klienci są zadowoleni;)

    PS – obserwacja natury ogólnej, nie ma lepszych testerów od polskich użytkowników. Znajdą każdy, najdziwniejszy nawet sposób na „ogranie gry”. I za to szacun;) A przy okazji doskonała okazja do sprawdzenia się w boju;)

  • Nie napiszę 52 wpisów na blogu w tym roku

    No nie napiszę.

    I to nie jest tak, że takie wyzwanie (bo dla mnie to zapewne wyzwanie) mi przez myśl nie przeszło. Przeszło:) Ale…

    To się nie wydarzy. Znam siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć że to się nie uda. Zapału nie starczy 😉

    Zresztą.. już nawet wiem o czym nie napiszę. (więcej…)

  • A czy Ty weryfikujesz informacje, którymi się dzielisz?

    Od ponad dekady żyjemy w XXI wieku. Ta dekada upływa pod znakiem informacji. Nie pamiętamy (a coraz większa część z nas nie zna) świata bez Internetu, bez wszechobecnych telefonów komórkowych, bez wszechwiedzy dostępnej na wyciągnięcie ręki. Wszyscy wiemy, jak z niej korzystać. Już nie potrzebujemy gromadzić wiedzy, nie potrzebujemy zapamiętywać faktów czy reguł, nie potrzebujemy uczyć się tabliczki mnożenia. Być może już niedługo nie będziemy potrzebowali się nawet uczyć języka, bo albo usługa tłumaczeń „over the air” będzie – jak Internet – szybka, wygodna i wszechdostępna. Zapewne wkrótce ktoś sprytny znajdzie sposób na to, aby zacząć się komunikować na poziomie myśli, a nie słów i wtedy też będzie (przynajmniej pozornie) prościej.

    Czy XXI wiek oprócz przynoszenia tak wielu ułatwień i udogodnień, przyniósł nam jakieś nowe wyzwania?

    Blisko cztery lata temu pisałem o tym, ze Internet stał się współczesną stajnią Augiasza. Mamy tu przeładowany teatr rozmaitości, targ na którym znajdziesz wszystko. I o ile wtedy skupiałem się na tym, że dobrze by było ten targ uporządkować, o tyle tym razem mam wrażenie, że trochę problematyczne jest to „wszystko”. Bo wszystko, niestety nie oznacza wszystkiego co dobre. A raczej oznacza jedynie „wszystko co dobre”, w tym zbiorze znajdziemy też wszystko co głupie, śmieszne, straszne ale też wszystko co błędne. Błędne przypadkiem, lub błędne celowo. (więcej…)

  • Nie będę płakał po Platormie, czyli Polska po wyborach

    Króciutko… bo i tekst chyba po czasie… Platforma na swój wynik wyborczy pracowała długo. I nie chodzi nawet o ostatnie 8 lat (choć oczywiście również) ale też nic nie proponowała. Jedyne co mówiła, to – jak nie zagłosujecie na nas, przyjdzie PiS – bójcie się i z tego lęku zagłosujcie na nas. I co? Straszak za słaby, konkretów brak, te osiągnięte 24% to i tak cholernie dużo. Wciąż jeszcze stoi za Platformą elektorat, tylko że Platforma chyba nie wie, jak do niego mówić i zamiast szukać i dopracować pomysł na siebie, skupia się na tym, że oberwała w dwóch kolejnych wyborach. Kluczem jest perspektywa, ale zwykle jak się nie wie co się robi, to się robi głupoty. A Platforma sprawia wrażenie, że nie wie co robi. Serio Giertych? Serio Kamiński? Serio Niesiołowski? Cóż takiego wymieniona trójka miała do zaproponowania… Jeszcze Dorn, Napieralski…

    Nie będę płakał. Żalu do ustępującej władzy trochę mam – afery, nieudolność lub brak działania, grabież OFE, brak planu na przyszłość, brak wizji… Brak czegoś więcej niż skupienia się na przetrwaniu i „niebyciu PiSem”. Natomiast z wszystkich wyżej wymienionych najbardziej doskwiera – chcemy rządzić, bo chcemy władzy, ale co z tą władzą zrobić – nie mamy pojęcia. A tak swoją drogą, jeśli najlepszą odpowiedzią Platformy na porażkę w wyborach jest „każda władza się zużywa” to gratuluję głębokiej analizy i czekam na dalszy rozkład.

    Wciąż zaskakuje mnie to, że najlepsze wnioski i obserwacje tego, co się dzieje politycznie ma Aleksander Mem Kwaśniewski… może dlatego, że on już nie musi się w tym taplać.

    PiS… zwycięzca, który zgarnął wszystko i teraz za wszystko będzie odpowiadał. Ciężko będzie wytykać, że nie mogą czegoś zrealizować, bo nie pozwalają „przystawki”… Teraz przystawki nie będą potrzebne, za to wizja, którą kreślili idąc po władzę przeraża… Bo rozdawnictwo (staliśmy się nagle bardzo bogatym krajem, który wszakże jest „w ruinie”), bo obyczajowo zapowiada się ciekawie… I nie chodzi mi o to, że mam problem z tym, co myślą sobie bardziej konserwatywni ode mnie. Problem mam z tym, że bardziej konserwatywni ode mnie nie zostawiają miejsca na myślenie mniej konserwatywne od ichniego. Boję się trochę ludzi, którzy do władzy zostaną nominowani. I nie myślę tu o Antonim, trochę bardziej niepokoi mnie np. Jarosław Gowin… Niby nic wielkiego, ale wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak były minister sprawiedliwości mógł nie wiedzieć jak działa przedłużenie ciszy wyborczej (to jeszcze z czasów wyborów prezydenckich). Zwyczajnie mam wrażenie, że raczej słaby rząd zastąpi równie słaba ekipa, która różnić się będzie tym, że będzie narzucać tylko swoją wizję rzeczywistości. Choć chcę wierzyć, że gdyby tak się miało wydarzyć, to ta władza nie wytrzyma czterech lat (co zresztą w czasach „nowożytnych” udało się tylko ekipie Tuska)…

    i jeszcze słówko o tej wizji „Polska w ruinie”… To co mnie przeraziło, to blisko 40% które, można odnieść wrażenie, uwierzyło w taką interpretację naszej rzeczywistości, z którą ja się nie zgadzam. I nie, nie chodzi mi o to, że jesteśmy krajem mlekiem i miodem płynącym. I nie. nie chodzi mi też o to, że nie ma czego naprawiać. Raczej o to, że nie uważam, aby Polska była w ruinie, co więcej, w moim odczuciu zaspokajanie najprostszych instynktów (jak choćby rozdawnictwo na dzieci, „ratowanie” kredytów frankowiczów (a jeszcze lepiej także tych złotówkowych), lub wysokie opodatkowanie wszystkiego, co jeszcze potrafi w Polsce pieniądze zarabiać) może nas do takiej ruiny doprowadzić. Bo nie stać nas na to, a skoro nas na to nie stać, to żeby móc takie kaprysy (tak właśnie, kaprysy) społeczeństwa spełniać, trzeba będzie albo zaciągać dalsze długi (zły pomysł) albo.. no właśnie, co? Podwyższyć podatki? A wszystko to w mocno niespokojnych czasach geopolitycznych. I to bardzo blisko nas. I dlatego gorąco proszę, o więcej rozwagi i ostrożności, a mniej ułańskiej fantazji, wywijania szabelką, pchania się na sztandary i zostania Chrystusem narodów.

  • Co dobrego ostatnio przeczytałem – szybki przegląd

    Zanim zachęcę (bo zwykle o zachętę mi chodzi) do czytania czegoś, co sam niedawno przeczytałem, odpowiem na niezadane pytanie – czy piszę o wszystkich książkach, które przeczytałem? Nie. I nie chodzi o to, że czytam więcej i nie chcę się chwalić (jakby było czym). Raczej chodzi mi o to, że o niektórych książkach nie wiem co napisać. A skoro nie wiem co napisać, to po co męczyć siebie i czytelnika… I nie chodzi nawet o to, że to złe książki. To mogą być dobre książki, tylko… ja nie wiem co o nich napisać. Dużo łatwiej mi się pisze, jak mam coś do powiedzenia.

    Po pierwsze Lemetre i „Suknia Ślubna”. Autora już wychwalałem (tu i tu), a o samej Sukni słyszałem wiele dobrego i nie rozczarowałem się. Co prawda w moim prywatnym, raczej nigdzie nie publikowanym, rankingu wyżej stawiam trylogię Verhoveena, ale… Lemetrowi w Sukni udało się bodaj dwu czy trzykrotnie sprawić, że mi się bebechy z wstrętu, obrzydzenia, i szeroko pojętego niesmaku wywróciły. To ten moment, w którym szczęka spadła na podłogę a Ty nie masz siły jej podnosić, tym bardziej że doskonale wiesz, że nawet jak ją pozbierasz i dopasujesz, to jeszcze długo będziesz czuł niesmak w gębie po tym, co przeczytałeś. A równocześnie nie sposób się oderwać od lektury. Wciąga, łapie za fraki, szarpie za fraki, wybija zęby, sprawia, że ciarki po plecach wędrują w górę i w dół, a zegar litościwie wybija drugą w nocy, kiedy Ty po raz niewiadomojużktóry obiecujesz sobie, że ten teraz rozpoczęty rozdział będzie ostatnim. Ooooostatni. No prawie…

    I tak, niezmiennie ustawiam trylogię wyżej, ale też do czytania Sukni gorąco, gorąco zachęcam.

    Po drugie, „Wyspa na prerii” Wojciecha Cejrowskiego. Autor, tłumacz i redaktor (a przy tym rzecz jasna podróżnik) w jednym, każdą swoją książką sprawia, że mu zazdroszczę. Tego gdzie był, tego co przeżył, co zobaczył, z kim rozmawiał. Przy tym opisuje to w sposób tak lekki i tak prosty (absolutnie nie mylić z prostackim) że nie sposób mu nie wierzyć, tym bardziej, że czytając można odnieść wrażenie, że na jego miejscu mógłby być każdy (pod warunkiem, że miałby dość śmiałości aby kupić bilet za wielką wodę sprzedając przyniesioną na plecach lodówkę lub ruszyć do kraju gdzie posługują się językiem którego zupełnie (czyli że w ząb) się nie zna).

    Połknąłem „Wyspę” i chcę na prerię. Chcę poczuć piach i kurz, chce poznać ten świat po PPP (Pierwszym Praniu Portek), chcę poznać ludzi, którzy tworzą Stado, a Stado zawsze człowieka zna lepiej, niż zna on siebie sam. I tu trochę smutna, zupełnie dziwna konstatacja… Coś mi się zdaje, że aby poczuć to „stado”, aby poczuć się dobrze wśród ludzi, trzeba być daleko od naszej rzeczywistości. I nie chodzi o to, że źle mi wśród ludzi, z którymi na codzień spędzam czas, chodzi raczej o to, jaki mam stosunek do szeroko pojętego społeczeństwa… a stosunek mam taki, że niestety wracając z dalekich wakacji słysząc polską mowę mam niejednokrotnie ochotę odwrócić się na pięcie… dziwne to uczucie. Jeszcze gorsze? Mniej mi doskwiera niemiecki szwargot… Ale to dygresja z książkami nie związana. Wyspę polecam. Choćby po to, by posmakować czym pachnie i zgrzyta odległy, odległy świat.

    Jedno tylko mam małe ale… Wyspy nie ma na czytnik.. i nie chodzi o to, że źle mi się teraz z papieru czyta, ale… już jestem chyba ebookowym narkomanem i bardzo sobie cenię wygodę, która z tym się wiąże…

    No i mała ciekawostka. Pamiętam, jaką falę hejtu musiał na siebie przyjąć Jarosław Kuźniar za historię o tym, że w Wallmarcie można wszystko kupić, a potem wszystko oddać. Trafił na sam szczyt szczytów Cebuladeals. I mając to na uwadze, proponuję przeczytać ze zrozumieniem opowieść WC o tym jak działa Wallmart i dlaczego tak właśnie działa ta sieć.

    I jeszcze jedno polecenie, tym razem kolejny skandynawski kryminał (a raczej kolejny skandynawski autor kryminałów) – Jorn Lier Horst. Możecie śmiało poczytać Jaskiniowca, Psy Gończe (to już za mną) i Poza sezonem (to jeszcze przede mną). Żadne wielkie aj waj, ale za to porządne pisarskie rzemiosło. Ciekawi bohaterowie, niezgorsze intrygi, ale też nic nowego dla tych, co kryminały pochłaniają (nie twierdzę, że sam pochłaniam, ale wiele dobrych rzeczy do czytania polecam, i to też jest niezłe, natomiast jeśli ktoś ma ochotę na coś dobrego, to w ciemno niech bierze Lemetra).

    No i właśnie… ponieważ w jakimś stopniu Millenium Larssona utożsamiam z impulsem, który ponownie pchnął mnie do czytania. Millenium czytałem kilka razy i pewnie jeszcze raz lub dwa mi się zdarzy… No i do tomu czwartego (Co nas nie zabije) podchodziłem nieufnie, ostrożnie i… Cóż, póki co pozostanie pozycją do przeczytania na później, choć zdarzyć się może, że będzie książką po którą nie sięgnę nigdy. Sami bohaterowie to nie wszystko, nawet intryga to nie wszystko. U Larssona mistrzowski był sposób zawiązywania historii, drobiazgi, które porywały i uwiarygadniały opowieść. Nowe Millenium, przynajmniej po pierwszych paru rozdziałach sprawia raczej wrażenie zabawy w „połącz kropki” czyli idź z punktu a do punktu b, gdzie dowiesz się o punkcie c, niż dobrą, wielowątkową powieść. Wiem, to prawie jak ocenianie książki po okładce, ale… myśl taka mnie czasem napada, zbyt wiele jest dobrych książek do czytania, i za mało czasu, żeby tracić czas na przekonywanie się do czytania książek, które na pierwszy (a także drugi i trzeci) rzut oka dobrymi nie są. Zwyczajnie nie ma sensu się męczyć.

  • Co Cię nie zabije – wersja australijska

    Scenka rodzajowa w całkiem zwyczajnym domku na przedmieściach małego miasta w Australii, wyróżniająca się nadmierną ilością dialogów i wymownej ciszy. A zaczęło się całkiem niewinnie…

    – Wkładając buty, sprawdźcie, czy nie ma tam pająków.
    – Pająków?
    – Tak, pająków. Uważajcie zwłaszcza na te, które nazywamy „redback”.
    – Redback?
    – Tak, to te z czerwonym paskiem na grzbiecie.

    Czerwony pasek na grzbiecie. Nie należy pytać o więcej, prawda?

    – A czemu mamy na nie uważać?
    – Są trujące.
    – Trujące?
    – Trujące.

    Wspomniana chwila wymownej ciszy..

    – ale trujące tak trochę czy…?
    – Całkiem poważnie. Śmiertelnie.
    – A one są duże, te pająki?
    – Nie, nie bardzo, mniej więcej wielkości paznokcia.
    – Ale one są tu raczej rzadko widziane?
    – Są całkiem popularne, na pewno mamy kilkanaście w ogródku. Chcesz poszukać?

    W ogródku. 4 m2 bez kępki trawy. Naprawdę ciężko cokolwiek przeoczyć.

    – Ale to mamy się nimi przejmować, ta kreska na grzebiecie jest duża?
    – W ogóle się nie przejmuj. Nawet ich nie zauważysz.

    Chwila poświęcona na kontemplacje i jeszcze odrobinę wymownego milczenia.

    – Ale… na tę ich truciznę jest jakaś odtrutka?
    – Nie. Jak Cię użre, to nie ma rady.
    – …. a ile czasu od ukąszenia do objawów?
    – 20 minut. Mniej więcej.
    – ….
    – Ale spokojnie, dorosły co najwyżej konkretnie zachoruje.
    – Aha… na długo?
    – Tak na tydzień. Mniej więcej. Ale naprawdę się nie przejmuj.
    – Nie przejmuj się?
    – No tak, one naprawdę niewiele osób zabiły. Poza tym, jest tyle rzeczy, których się trzeba bać, że Redback nie jest warty zachodu.
    – To czego np. powinienem się bać?
    – Choćby tego, że Cię potrąci samochód.

    Proste? Proste.

    A jednak czuję się nieco mniej komfortowo;)

  • Przeczytane: Koronkowa robota chyba najlepszy (znany mi) kryminał…

    Oj mocne słowa. Oj duże słowa. Oj… zasłużone…

    W jakimś sensie jestem pies na kryminały. Pochłonąłem Larssona, Nesbo, Perssona, duety Hjorth&Rosenfeldt czy Rosslund&Hellstrom. Zaczytałem się w Ciszewskim, Miłoszewskim i Głuchowskim i wszystkie one są bardzo dobre a nawet świetne. A jednak mam wrażenie, że na ten moment powieści Lemaitre przejmują koszulkę lidera… Ocena to rzecz jasna subiektywna, ale emocje, które francuz funduje czytelnikowi… no zalecam ostrożność tym, którzy mają niezdrowy nawyk obgryzania paznokci…

    O dwóch książkach Pierre Lemaitre’a (Alex i Ofiara) pisałem nie tak dawno i już one zostawiły po sobie świetne wrażenie… Ale zacznę od tego, że prawdziwego psikusa sprawił wydawca, publikując je w złej chronologii. Z przyczyn tylko jemu wiadomych, najpierw wydał część 2gą trylogii i komisarzu Camille Verhoevenie, potem część trzecią, a na deser zostawił czytelnikom historię, która stała się przyczynkiem całej opowieści.. Czytając w kolejności polskich wydań, niestety część czytelniczej przyjemności jest nam odbierana, ponieważ pewne wątki autor pociągnął przez całą trylogię, więc znając dalsze losy Camille’a siłą rzeczy znamy kilka istotnych zwrotów akcji, które przygotował dla nas Lemaitre.

    Nie wiem czy przypadkiem czegoś nie zamieszałem. Zatem w prostych słowach – nie czytaj Alex i Ofiary przez Koronkową robotą, bo stracisz wiele przyjemności tego świetnego kryminału.

    A poza tym… Lemaitre to moje tegoroczne odkrycie. Sam mówi, że chce pisać kryminały takie, jak Hitchcock. I… no cholera udaje mu się. Pisze o okrucieństwach na jakie stać człowieka, zabiera nas trochę w świat, który znać możemy choćby z 8mm (film taki…) a przy okazji wielokrotnie wpuszcza nas z gracją w maliny, o czym przekonujemy się dopiero wtedy, kiedy dłonie mamy podrapane przez chaszcze a policzki mamy pełne czegoś, co jeszcze przed chwilą malinami nam się zdawało. Opowieść wciąga, obrzydza, przeraża… Ale strasznie ciężko się od niej oderwać.

    Koronkowa robota, a i cała trylogia to świetna rzecz. Nieprzespana noc i wypieki gratis.