Kategoria: blog

  • Żywot klienta współczesnego, czyli jak kupowałem telewizor

    Istnieje niebezpieczeństwo, że notkę piszę zbyt wcześnie. Że to jeszcze nie koniec historii. Że przede mną jeszcze kilka niezapowiedzianych zwrotów. Że trzeba będzie zmienić pointę, albo dopisać akapit albo dwa… nie mniej jednak, zaryzykuję.

    Więc tak… Zacznę od opisania planu sytuacyjnego. Od dłuższego czasu nie mam w domu ani telewizora ani telewizji. Za ekrany do oglądania filmów, seriali czy zmagań sportowych służył tablet i laptop, ale największa nawet rozdzielczość na wiele się nie zdaje, kiedy do czynienia masz z 13 calami ekranu. Oczywiście można, ale od czasu do czasu pojawia się kaprys, by może coś jednak obejrzeć na czymś jakby większym. Zatem decyzja – kupujemy telewizor.

    Wydawałoby się – nic prostszego. Kasa jest, potrzeba jest, pewnie towar też się znajdzie. Tak telewizor jakieś 20 lat temu kupowali nasi rodzice. Ale od kilku lat tego towaru jest tyle, że idzie oszaleć. Ponieważ jestem dzieckiem internetu, poszukiwania zacząłem od porównywarki. Pod hasłem „telewizor” pojawia się bagatelka 1394 pozycje. I zaczynamy wybrzydzać. LCD, LED, OLED czy może jednak plasma? Full HD, 3D czy może jednak 4k? Producent A, B, C, D, E, F, G, H czy J? Rozmiar? Funkcje? Pilot? Sterowanie? Wifi? Częstotliwość odświeżania? Tuner?

    Ograniczenie się do kwoty pomaga, ale niestety niewiele.

    No dobra, dzieciaku Internetu, nie marudź, rób research. Tylko że jako dzieciak Internetu wiem, że marki rozmaite wiedzą, jak ważny jest społeczny dowód zaufania i mają swoich ludzi, którzy oficjalnie lub nieoficjalnie podpowiadają, podszeptują, oceniają lub krytykują produkty niekoniecznie w dobrej wierze, a raczej ku chwale płatnika. Więc z tym researchem trzeba ostrożnie. Tym bardziej, że o połowie cech które w testach się pojawiają nie mam bladego pojęcia, a drugiej połowy absolutnie nie rozumiem albo nie rozpoznam, Ja chcę mieć tylko _dobry_ telewizor. Nie muszę się z tego tematu doktoryzować. Nie mam na to czasu ani ochoty.

    Więc może podpytam kolegów / przyjaciół / znajomych. No więc każdy ma swój _dobry_ telewizor, każdy swój ogonek chwali, przy czym każdy ma telewizor innej marki i w innej technologii. Nie ma łatwo. Jeden kolega bardziej niż inni zorientowany (i też taki, któremu w tych kwestiach ufam bardziej niż innym) powiedział – sprawdź producenta A. Dlaczego tak powiedział? Trzeba jego pytać. Ale ponieważ gdzieś zacząć trzeba, zaufałem.

    Przegryzłem się przez stronę producenta, sprawdziłem opinie tam i na porównywarce, przekonałem się że w zasadzie nie ma różnicy w cenie jeśli zdecyduję się na zakup u producenta, w sklepie internetowym lub w sklepie tradycyjnym (taka magia). Już się ucieszyłem, że w tym rozmiarze co mnie interesuje jest tylko jeden góra dwa rozsądne modele, ale ponieważ karma jest wszechobecna od razu zacząłem jęczeć, kiedy okazało się że każdy z modeli ma trzy podmodele które różnią się parametrami o których nie mam zielonego pojęcia. Cóż… lajf is brutal.

    Dobra – wybrałem. Ten kupię. Ale skoro cena online i offline jest taka sama, a sklep offline jest wcale daleko, pomyślałem – kasa w dłoń, buty na nogi i ruszam na zakupy – tym sposobem będę się cieszył zakupem szybciej (to że mogę zapłacić i mieć sprawia – jak już pisałem – że nie jestem chętny do robienia zakupów przez Internet). W sklepie zaatakowała mnie ściana telewizorów, poprzedzona morzem telewizorów, na którym były wyspy telewizorów i jeszcze od czasu do czasu zalewała mnie kolejna fala telewizorów. Więc tak wygląda fizyczna reprezentacja wirtualnych „1394 pozycji”. I wtedy popełniłem pierwszy poważny błąd.

    Zobaczyłem sprzedawcę i zanim zdołałem opanować impuls zadałem pytanie. „Jaki mam wybrać telewizor i dlaczego nie ten od producenta A?”. Taki byłem sprytny. Myślałem że mój wybór był na tyle dobry, że sprzedawca uśmiechnie się i rzecze tak – „pana wybór jest świetny, poproszę pana pieniądze, tu jest pana telewizor, nie ma lepszego”. Nie powiedział tak. Popatrzył za to na mnie jak na impertynenta i z przekonaniem powiedział że – producent A to beznadzieja, paranoja i syf w jednym. Że go kupią, sprzedadzą i że zbankrutują. Że robią coraz gorsze sprzęta, do niczego się nie przykładają, tu i tam się coś pieprzy, matrycę ma nie wiadomo od kogo i nie bierz pan tego. Weż pan natomiast telewizory producenta B. Patrz pan jaki piękny, kolorowy, wyrazisty. I w każdym calu lepszy. I niech mi pan wierzy, tu na koszulce mam nazwę producenta C, kolega jest od producenta D ale bierz pan koniecznie tego tu od B bo tylko on sprawi że będzie pan szczęśliwy. A konkrety? Dynamika obrazu, czystość dźwięku, jakość wykonania, częstotliwość odświeżania (12 razy większa od tego u producenta A) i najważniejsze proszę Państwa – tu pan może sobie odtworzyć dowolny film który pan ściągnie z torrentów, a ten producent A to wie Pan, filmy kręci, muzykę nagrywa, na nic panu nie pozwolą. Będzie pan musiał za wszystko płacić (mówi to człowiek pracujący w sklepie który sprzedaje także i filmy i muzykę i oprogramowanie i książki… ). No ale.. ponieważ cenię sobie wolność i zwykle wierzę ludziom, przyjąłem opinię sprzedawcy za dobrą monetę, ale ponieważ jestem dzieckiem Internetu pomyślałem, że przed zakupem przynajmniej opinie o sprzęcie sprawdzę + okazało się że producent B nie dostarcza do tego sklepu tego modelu w tym rozmiarze co to mnie interesował.

    No to wracamy do punktu research – i znowu cholera wszyscy ten telewizor chwalą. Za kolory, za jakość, za matrycę. I cena lepsza od pierwszego typu. No ręce same składały się do oklasków, taką się mądrością wykazałem i do tego jeszcze zaoszczędziłem. Co więcej, telewizor w interesującym mnie rozmiarze jest do kupienia w innym sklepie offline’owym do którego też mam nie daleko. Widać gotówka w portfelu mnie swędzi – jadę kupować. W sklepie popełniłem drugi poważny błąd.

    Niczego się nie nauczyłem i zamiast jak w pełni świadomy i zdecydowany na zakup klient znowu na widok sprzedawcy zgłupiałem i ponownie nie umiałem opanować impulsu aby zadać to samo pytanie – jaki telewizor w tym rozmiarze mam wybrać? Sprzedawca bez wahania wskazał na upatrzony poprzednio model od producenta A. W tym miejscu wewnętrznie zawyłem. Drobnym pocieszeniem było to, że tuż obok polecanego telewizora wisiał ten co to mi go polecano poprzednio. Więc jakie argumenta? W zasadzie te same, tylko trochę na odwrót. Wykonanie, jakość, matryca, kolory. A częstotliwość odświeżania? Sztucznie nakręcana. Oba telewizory (rzekomo) mają taką samą częstotliwość sprzętową, ale można je „podkręcić”. I niech pan popatrzy na tę czerń – widzi pan? Ni cholery nie widziałem. To stańmy tu, teraz pan widzi? No teraz jakby bardziej.

    Zapytałem (powinienem już nauczyć się aby nie zadawać pytań, które komplikują sytuację) o to, czemu nie poleca mi telewizorów firmy C, która ma chyba najwięcej modeli na rynku i przygotowuje matryce dla większości oferowanych modeli. Bo pytałem o rozmiar 42’’, gdybym zapytał o inny, to i odpowiedź by była inna. To mnie bardzo upewniło w wyborze.

    Powinienem w tym miejscu podziękować, zapłacić i szczęśliwie udać się do domu z wielkim kartonem pod pachą. Powinienem, ale akurat w tym sklepie nie było tego modelu nie z wystawy. A jakoś tv powystawowego nie chcę kupować. Więc do domu, do Internetu, szukać oferty. I jest. I w Krakowie. I z odbiorem osobistym (za darmo). I to wszytko natychmiast. Biorę!

    Ale pierwsze – ponieważ telewizor ma takie a nie inne gabaryty, odbiór osobisty nie jest za darmo.
    Ale drugie – gotowy natychmiast, czyli do odbioru za trzy dni. (czy pisałem już, że nie lubię kupować przez Internet?)

    No to czekam. W ramach ciekawostek tylko dodam, że wymyśliłem sobie płaski telewizor, żeby go powiesić na ścianie. i fajnie by było, żeby móc go trochę odchylić (nachylenie wobec ściany a nie kręcić nim na boki). No to okazało się, że wybrałem sobie tivi, co to nie spełnia standardów uchytów. Karma, czyż nie?

    A jak już jesteśmy przy karmie, to jeszcze dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, przez najbliższe tygodnie śledzić mnie będą w Internecie sprzedawcy sprzętu RTV… Czas skasować cookie;)

    Spostrzeżenie drugie… Jak już mam (mieć będę) telewizor, trzeba będzie pomyśleć o telewizji… I to wcale nie musi być łatwiejszy wybór…

  • Marsjanin – przeczytaj koniecznie

    Dziś króciutko i na temat, bo wolę książki czytać, niż o książkach pisać. Zresztą nie zamierzam pisać streszczenia;-)

    Andy Weir – Marsjanin, czyli zmagania astronauty (choć w zasadzie kosmicznego pirata) o przetrwanie na czerwonej planecie, kiedy zostaje pozostawiony (przez czysty przypadek, co sam wielokrotnie powtarza i przypomina) na tejże planecie sam. I co najważniejsze, nie traci przy tym głowy (ta się przydaje) i poczucia humoru. I NASA prawie mu nie przeszkadza;) (A NSA tylko trochę podgląda) I prawie wszystko robi tam jako pierwszy. Brzmi jak science fiction? Well, to jest science fiction ale za to bardzo dobre science fiction. miejscami techniczne, ale można to autorowi wybaczyć, bo przecież dzieli się swoją pasją, a przy okazji stara się udowodnić że wszystko co opisuje mogłoby się wydarzyć na prawdę (albo się wydarzy, jak już zaczniemy Marsa podbijać…)

    Książka wciąga, bardzo wciąga. Tak bardzo, że nie sposób się od niej oderwać. Książka też bawi – nie przypominam sobie, kiedy ostatnio rechotałem do lektury, a tu rechotałem nie raz i nie dwa, a wiele, wiele razy. Książka jest też doskonałym materiałem na film (który już kręcą). Prawdziwie przyjemna beletrystyka. Niezależnie od tego czy lubisz fantastykę czy nie (ja nie przepadam), niezależnie od tego czy podobał Ci się Robinson Crusoe, niezależnie od tego ile masz lat i ile masz czasu. Tę książkę powinnieneś / powinnaś, musisz (a co, znalazłem wersję bezpłciową) przeczytać. Bo to bardzo dobra rozrywka. Więc jeśli czytasz tylko jedną książkę w roku, to w 2015 wybierz Marsjanina. Nie pożałujesz, może nawet podziękujesz i podasz dalej:) A kto wie, może uznasz, że warto czytać 😉

  • Pendolino – wiele hałasu i… nic

    Wersja krótka. Byłem, jechałem i… tyle. Zero emocji, zero ekscytacji, może trochę poczucia obciachu. Jakiego obciachu? A to już w wersji dłuższej.

    Wersja dłuższa zaczyna się od tego, że wcale nie chciałem o tym pisać. Ale skoro piszą wszyscy, to co, gorszy będę? Nie będę. Tym bardziej że byłem, jechałem, widziałem nawet się trochę wody napiłem. Tym razem będzie nietypowo, bo wersja długa będzie relatywnie krótka i prawie (żarcik taki) w punktach.

    Śmieszno smutnym jesteśmy krajem, w którym wielkim wydarzeniem jest wtoczenie się na tory kilku wagonowego pojazdu, który nie różni się niczym od innych znanych nam już kilku wagonowych pojazdów. Tzn. PKP robi co może aby tę różnicę wykazać, ale w zasadzie z mizernym skutkiem.

    Zaczyna się od pań i panów stewardów, którzy witają Cię przy wejściu i – na wszelki wypadek – pytają Cię uprzejmie czy aby na pewno masz bilet na przejazd. Nie, jestem tu przypadkiem. A kiedy pozwoliłem sobie spytać, czy miejsce numer ten a ten to raczej z tego czy tamtego końca wagonu, to rezolutny pan steward uznał, że to zależy od tego, jak stanął. No cóż… zaryzykowałbym tezę śmiałą, że ten pan jest tam od tego aby wiedzieć co i jak staje.

    Jak już wsiądziesz wita Cię Chopin. To znaczy niestety nie częstują Cię wódką, ale z głośników płynie Chopina mazurek jakiś, czy coś innego co wyszło spod jego pióra. Coś co zwykle słyszysz (albo Maciej Stuhr słyszy) kiedy próbujesz się połączyć z infolinią… Tym razem muzyka jest wstępem do informacji że aby podróżować tym pociągiem musisz mieć bilet i to musisz go mieć w garści, bo w przeciwnym razie jesteś w tak zwanej kropce. Biletu nie kupisz u konduktora, co dotychczas było normą i co dotychczas wiązało się z symboliczną dopłatą. Teraz opłata owszem i jest, ale nie symboliczna bo to bagatelka sześć i pół stówy polskich złotych. Za sześć i pół stówy można się wybrać z Krakowa do Warszawy LOTem w te i z powrotem… Serio – przed chwilą sprawdziłem.

    Jest jeszcze informacja podana (tym razem bez Chopina) na 10 minut przed odjazdem, że lada moment odjazd i wszystkich bez biletów (wściekli się czy jak?) uprasza się o opuszczenie najnowszego cudu kolejowej techniki. Bo jak nie, to kara. I to ostatni komunikat przed odjazdem, potem już żadnego gwizdka, żadnego uwaga uwaga, żadnych fanfarów. Z gracją pociąg toczyć się zaczyna…

    Ledwie się rozbujał a już pan kierownik wita na pokładzie życzy miłej podróży. 5 minut ciszy i dawaj z informacją, że zapraszamy do WARSu*. 10 minut przerwy i informacja że wszystkiego o tym cudzie techniki można się dowiedzieć z ulotki, która znajduje się w oparciu fotela przed Tobą… z ulotki dowiesz się tego, że pociąg ma tyle a tyle wagonów, tyle a tyle miejsc, tyle a tyle przedziałów i że to cud techniki. No i że jak się porządnie rozbuja, to może jechać nawet 250km/h. To wszystko mógłbyś przeczytać zapewne także na stronach pkp, gdyby nie to że cud techniki nie oferuje Ci pasażerze (pozdrawiam wszystkich anglojęzycznych) fifirifi. No bo na co to komu dziś. Tak czy inaczej po kolejnych 10 minutach dowiadujesz się, że na pokładzie jest człowiek odpowiedzialny za utrzymanie czystości i w przypadku nastąpienia sytuacji w efekcie której pojawią się wyjątkowo uporczywe zabrudzenia należy skontaktować się z przedstawicielem drużyny obsługi pociągu. To nie jest dosłowny cytat, ale słowa „wyjątkowo uporczywe” i „drużyna” wystąpiły w tym komunikacie na pewno. Po kolejnych 15 minutach kierownik pociągu informuje że właśnie osiągnęliśmy prędkość 200 km /h i że pociągi PKP jako jedyne w tej części Europy Środkowej mkną po szynach z taką to właśnie prędkością. Po kolejnych 15 minutach stoisz w (niemal dzikim) polu a kierownik pociągu informuje Cię że będziemy mieli mniej więcej 10 minutowe opóźnienie… Na całe szczęście był to jeden z ostatnich komunikatów nadanych dla umilenia podróży pasażerom…

    Aby podróż była przyjemna, nad głowami części pasażerów a także nad przejściem zamontowane są monitory na których wyświetlane są bardzo ważne informacje. Bardzo ważną informacją dla pasażerów podróżujących na trasie Kraków Warszawa jest np. to, że rozpuszczalna kawa po czesku to rozpustna kawa. Możesz się także drogi pasażerze dowiedzieć, jak otyłość wpływa na stan kolan. Możesz także obejrzeć (prze-okrutnie nudny) film promocyjny PKP i informację o tym że człowieku są nowe czasy i nowe ceny i że tym to pięknym pociągiem możesz pomknąć nawet za 49zł. (No chyba że masz 650zł na zbyciu). Monitory wykorzystywane są także aby zachwycać podróżujących zdjęciami naszej (chyba naszej) fauny No po pokazany jest np piękny jeleń.. i nie, nie jest to pasażerów portret własny. Są też pingwiny i niedźwiedź polarny (to chyba jednak fauna odrobinę zapożyczona…). Są też ptaki w zimie. I drugi obrazek również ptaka w zimie. Rozumiem, pingwina łatwiej rozpoznać. I podpisać.

    Wszystko to jednak blaknie przy tym, co dla pasażera mimo wszytko najważniejsze, a najważniejszy wydawać by się mógł komfort przejazdu. A Pendolino jest zwyczajnie ciasne. Siedzisz przy oknie, powiesisz okrycie zwierzchnie i już zapomnij o wygodnym rozłożeniu laptopa (burżuju). Z tym laptopem to w ogóle zabawna sprawa, bo oparcie fotela z przodu oferuje stolik. Rozłóż stolik, połóż laptopa, siądź w fotelu i zrozum że o ile powinieneś mieć talię Anny Muchy, to ręce już lepiej Marcina Gortata… I o jakiejkolwiek pracy z wykorzystaniem tego stolika to raczej zapomnij. I kolejny drobiażdżek… jak zawsze przewoźnik oferuje napitek (kawa, herbata, woda, sok). Bierzesz sok i kombinujesz przez najbliższe kilkadziesiąt minut, gdzie go postawić żeby łatwo do niego sięgnąć, nie zgubić, żeby się nie sturlał, nie wylał i żeby Ci pod siedzeniem nie uwierał. I co? I nie ma takiego miejsca… A dla jednego soczka nie będziesz przecież stolika rozkładał… I takie to zagadki Cię w Pendolino czekają.

    Przydałaby się jakaś pointa…. Wniosek jest taki – pociąg jeździ w takim czasie jak już jeździł, spóźnia się tak jak się spóźniał, nic nikomu nie urywa, a jedynie pasażerowie jeszcze się nie nauczyli, że współpodróżników absolutnie nie interesuje 10ta rozmowa o tym że halo halo nic nie słyszę bo jadę pendolino, i zadzwonię do Ciebie bo nic nie słyszę, no bo Pendolino. I koniecznie do tego musi być jeszcze Marimba w komórce, żeby każdy wiedział że z nie byle jaką komórką mamy tu do czynienia. Na całe szczęście po dojechani do stacji końcowej nikt nie klaskał…

    * Jedyna taka piosenka o PKP…

  • Dlaczego piszę bloga, skoro go (prawie) nikt nie czyta?

    Musiałem dodać to prawie, żeby nie było przesadniego dramatyzmu. Ktoś czasem czyta. Co prawda prawie nikt nie komentuje, ale widać nie można mieć wszystkiego:-) natomiast wg liczb czytają nieliczni (nazwijmy Was na potrzeby waszego i mojego ego – elita) i czytającym wyjaśnię, czemu piszę.

    (więcej…)

  • Kolejne przyczyny tego, że nikt nie czyta mojego bloga

    W uzupełnieniu notki „czemu nikt nie czyta mojego bloga” bez przesadnych wstępów, szukając powodów tego, że wciąż jeszcze nie zostałem bardzo poczytnym blogerem (choć nigdy nie było to celem mojego pisania, ani nie boli mnie to tak bardzo, jak może wynikać z obu notek;-)

    Więc… pierwsze dziewięć powodów już spisałem. Do głowy przychodzą mi kolejne:

    Po dziesiąte, bo nie wykorzystuję wszelkich możliwych narzędzi do promocji
    XXI wiek jest dziwny (to się nazywa cudowna diagnoza). Jest dziwny, bo wszyscy mogą pisać. Wszyscy mają dostęp do prawie wszystkiego, tworzenie treści jeszcze nigdy nie było tak proste. Jeszcze nigdy nie istniały narzędzia, które pozwalałyby niemal każdemu stać się osobą, którą słuchają, za którą podążają inni. Jeszcze 10 lat temu niezbędne byłoby namaszczenie telewizji. 30 lat temu niezastąpione byłoby radio. 40 – pewnie kronika filmowa. Ale też nawet 10 lat temu wszystko toczyło się wolniej i budowanie swojej „pozycji” trwało dłużej (ale też i miało dłuższy efekt) + trzeba było naprawdę coś umieć / coś potrafić / coś osiągnąć aby być „kimś”. No dobra, przeważnie trzeba było. Dziś? Dziś każdy może, nie umiejąc wiele, walczyć o swój kawałek tortu uwagi społeczeństwa. Każdy może pytać, krytykować, eksponować się. Dziś każdy może wyznaczać trendy dobrego smaku, trendy dobrego ubioru, dowolne trendy. Kluczem wiec nie jest to, czy masz coś co powiedzenia, ani ile warte jest to co masz do powiedzenia (znowu, uogólniam), ale to czy Cię czytają czy nie wynika wprost z tego, czy Cię znajdują, czy nie. I można pomagać w tym, aby Cię znaleźli. Można być aktywnym, dzielić się linkami, chwalić się tekstami, zajmować się rozmaitego rodzaju promocją. Można dbać o optymalizację, można postawić mocno na seo. Są też praktyki mniej „czyste” i „właściwe”, i tych stosować nie należy, choć na kró†ką metę pewnie byłyby skuteczne. Ja działań promocyjnych w zasadzie nie prowadzę – czasem wrzucę linka tu (tt) lub tam (fb) ale wszak poważnymi aktywnościami nazwać tego nie można. Może to błąd.

    Po jedenaste, bo (prawie) nikt mnie nie zna
    W punkcie wyżej udowadniałem, że każdy może. No więc każdy może, ale nie przed każdym ta sama droga. W dalszym ciągu media tradycyjne i odpowiednie budżety są trudne do zrekompensowania samymi działaniami online. NIelicznym (i bardzo zdeterminowanym) się to może powieść, ale nic tak dobrze nie działa, jak znane nazwisko. Znane z telewizji działa najlepiej – po prostu odpowiednia grupa ludzi miała szansę o Tobie usłyszeć, z tego jakaś część będzie Tobą zainteresowana, z tego jakaś część będzie zainteresowana na tyle, aby poszukać Cię w sieci, znaleźć, poczytać i np. wejść w interakcję. Więc, jak już zostanę znany i bogaty będzie mi łatwiej. Ale na całe (wasze) szczęście mi to nie grozi 😉

    Po dwunaste, bo za mało tu obrazków
    Obrazki łatwiej zrozumieć. Obrazki łatwiej ogarnąć. Żyjemy w czasach obrazków, więc obrazkami lubimy się dzielić. Prosta forma, jak swego czasu swoje żarty opisał Jimmy Carr – feed line, punch line, nothing to fuck about. A ja rysować nie potrafię, w memy bawić się też jakoś nie zamierzam (choć być może warto spróbować…) W każdym razie bez obrazków łatwo nie jest.

    Tyle na ten moment. Do czasu, aż znajdę kolejne powody tego, czemu nikt mnie nie czyta. Tej notki nie promuję. Ciekawe, czy ktoś ją znajdzie;) Jeśli ją znalazłeś, bądź tak łaskaw i zostaw komentarz;-) Nawet tak krótki jak „tu byłem Jasio”.

  • Dlaczego darmowa komunikacja miejska to zły pomysł

    Czas najwyższy zmienić tytuł bloga z „niecodzienny” na „maruder”, „malkontent” lub „za wszelką cenę krytykant”, bo ciągle mam do czegoś ale i nic mnie nie zachwyca. A nie prawda, zachwyca mnie wiele, tylko rzadziej o tym piszę. A nie napiszę że mnie coś zachwyca, kiedy nie zachwyca. No bo jak…

    Skąd mi się ta komunikacja miejska wzięła? Otóż drodzy państwo przed nami wybory samorządowe, więc w ramach kampanii co i rusz pojawiają się różne wyjątkowo dobre pomysły. Ostatnio na fali w różnych miastach, także w tych dużych, wydaje się być „darmowa komunikacja miejska”. Płacisz podatki – jeździsz za darmo. Taki deal. Tylko że… (więcej…)

  • Facebooka (raczej kiepski) pomysł na budowanie relacji

    Wkrótce mi się oberwie, że się uwziąłem. Wciąż ten Facebook i ten Facebook i ciągle tylko Facebook. No dobra, mogę pisać o Facebooku, albo nie pisać wcale. A jak piszę, to przynajmniej trochę mi lżej, więc piszę dalej. Taka autokuracja.

    Magazyn Brief we wrześniu wydał dodatek poświęcony Facebookowi, a w nim oprócz wielu fantazyjnych liczb i cyferek pokazujący siłę i potęgę Fejsbunia, jest także wywiad z Diego Olivą, regionalnym szefem FB na Europę. W tym to wywiadzie można dowiedzieć się jak zdaniem ludzi Marka zmienia się reklama oraz jak ma się reklama na fb do reklamy w tv. Prosz:

    (…) teraz nie tworzymy 30 sekundowego spotu zaplanowanego na 6 miesięcy emisji, który kręcimy i jest gotowy. Trzeba się przestawić na produkowanie setek kreatywnych kawałków, które będą wyświetlane przez kilka sekund na urządzeniach mobilnychj czy na komputerze a potem znikną. Należy też zwiększyć częstotliwość, nie budujemy historii w 30 sekundowym spocie, ale przez setki kawałków połączonych ze sobą (…)

    Drogi Facebooku, jesteś co prawda nowym medium, jesteś nową rzeczywistością, ale nie jesteś telewizją, a nawet jeśli to w najlepszym razie niszową telewizją tematyczną. Chociaż może jeszcze inaczej – najbliżej Ci do platformy cyfrowej – udostępniasz swoje pasmo każdemu, kto zapłaci a klient (odbiorca) decyduje co ogląda. To znaczy mógłby decydować, gdyby nie to, że decydujesz za niego.

    Proponujesz tworzenie setek kreatywnych historii, które mają tworzyć spójną całość i budować pozycję marki. Tylko że to trochę tak, jakby oczekiwać od widza który przez kilka godzin skacze po kanałach, na każdym zostając kilka sekund, że będzie pamiętać co widział we wtorek 9 września o godzinie 13:27; Pytania na poziomie posłów z komisji śledczej, przed którą niektórzy chcieli nawet zatańczyć i zaśpiewać. Drogi Fejsbuniu, bez szans. Przy tej ilości wszechogarniającego mentalnego spamu, nie do zrobienia.

    Nie jesteś też serwisem wideo, aby przed materiałem który chcę obejrzeć wyemitować reklamę. Spróbuj to zrobić, a ludzie trzasną drzwiami szybciej, niż się tego spodziewasz. To co wybaczamy jednym, nie zostanie wybaczone komu innemu. Chociaż znając życie, w pogoni za monetyzacją pokusisz się o to. Aby zobaczyć moją sweetfocię musisz zobaczyć tę 15 sekundową reklamę. Ta, siur, ofkors.

    Widzisz drogi Fejsie. Nie jesteś miejscem do tego aby na nim tworzyć historie. Twój pomysł timeline’a dla stron nie zażarł (a miało być tak pięknie). Nie sposób na Twoich łamach wygodnie przeglądać treści chronologicznych (a tego historie wymagają). Oczywiście że mało kto umie historie opowiadać, ale Ty tego zdecydowanie nie ułatwiasz. A jeśli już jakąś historię do opowiedzenia będę miał, to łatwiej zrobić mi to na swojej stronie, w swoim filmiku lub w dowolnym innym miejscu gdzie mam pełną kontrolę nad tym, co opowiadam. A jeśli historia będzie dobra, to Ty drogi FB będziesz jedynie miejscem / komunikatorem dzięki któremu ludzie moją historią podzielą się z innymi. Ale jeśli historia będzie naprawdę dobra, to i fejsbuk nie będzie im potrzebny, bo będą o niej rozmawiać. I to jest efekt, który chcę osiągać. Taki mój mały prywatny święty Graal.

    No, to się uzewnętrzniłem.

    I jeszcze słówko, które biorę także bardzo mocno do siebie:

  • Miasto moje pełne twarzy pięknych… jak z obrazka

    W Krakowie obrodziło nowymi twarzami. Ziorają na mnie zza każdego rogu, wychylają się zza co drugiego słupa, okupują każdą wolną ścianę i wysypują się wraz z kolejnymi ulotkami. Każda z tych twarzy szczerze się do mnie szczerzy, choć jesteśmy sobie obcy, ale też i trochę znajomi. Te nazwiska gdzieś już chyba widziałem… jak przez mgłę pamiętam… to było… tak. Cztery lata temu przy urnie wyborczej te same nazwiska już widziałem. Potem cztery lata ciszy i znowu się widzimy.

    Znam Was wszystkich, nie znając żadnego z Was. Każdy z Was może o sobie powiedzieć coś mniej więcej na tę modłę:

    Jestem przystojny, mądry, skuteczny. Zaradny, pomysłowy, pracowity. Zadbam o Twoje potrzeby, bezpieczeństwo, przyszłość. Dzięki mnie będziesz piękniejszy, sprytniejszy, bardziej potrzebny na rynku pracy. Rozwiążę Twoje problemy. Nie będę organizował igrzysk. Zdmuchnę problem smogu. Nie oszukam Cię. Będę się Tobą interesował. Będzie mnie interesować to, co masz do powiedzenia. Twój problem to mój problem. Jestem dobrze wykształcony, stoją za mną lata doświadczenia, wiem którą ręką sięgać po widelec, a którą po nóż.

    Mów co chcesz, potrzebujesz przecież tylko mojego głosu. Jedyne co krzyczysz, jedyne co słyszę to

    wybierz mnie, mnie wybierz, wybierz…

    Drogie moje piękne twarze… ileż bym dał, żebyście zainteresowali się tym co tam słychać u nas maluczkich częściej niż na miesiąc przed wyborami. Wiem, zarobieni jesteście po łokcie (zwłaszcza tym, żeby te łokcie na prawo i lewo rozdawać w nierównej politycznej walce). Ileż bym dał, abyście zrozumieli że można działać inaczej… ale przecież Wy swoją skuteczność mierzycie właśnie w ilości oklejonych ścian i rozdanej makulatury… Whatever works.

  • Kto nam psuje social media?

    Ponieważ „social media” może być wiele, wyjaśnię, o które mi chodzi. O te, które towarzyszą nam od chwili, gdy (prawie) wszyscy oszaleli na punkcie niebieskiej literki F. Śmiem twierdzić – taka robocza teoria na moje potrzeby – że „F” był jedynie katalizatorem pewnych zmian, które i tak by się zapewne wydarzyły, wszak działy się swoim tempem. Blogosfera żyła i rozwijała się prężnie, ze znajomymi „gadaliśmy” przez gg, a jak mieli jakieś fajne zdjęcia to wysyłali je nam na maila, łańcuszki też miały się całkiem spoko i nagle pojawił się fejs i wszystko stało się jakby… prostsze. Nagle można było pisać do wszystkich na raz, nagle mogliśmy się dzielić wszystkim co ciekawe, śmieszne i emocjonujące.

    Facebook nas rozpieścił. Wszystkich. Tych spragnionych ludzkich relacji. Tych chcących dzielić się swoją pasją – ileż powstało szalonych fanpejżdży tematycznych. Marketerów – tych z firm małych i tych z firm trochę większych. Nagle wszystko miało być miłe, łatwe i przyjemne. Każdy miał wokół siebie tworzyć społeczność, która miała go kochać i miał to mieć na już…. Wielu wciąż w tę wizję wierzy… ale jak przestać wierzyć, skoro
    a) tak wielu się udało (znowu nie aż tak wielu, ale ciiii)
    b) to tak piękne, tak proste, tak urokliwe… jak fatamorgana… oaza spokoju, raj na nieprzebaczającej błędów pustyni biznesu…

    Facebook nas omamił. Wszyscy wszystko lajkowali. Wszystko share’owali. Wszystko komentowali. Wszystko widzieli. Było tak pięknie. Aż ktoś zakręcił kurek. Zakręcił z wielu powodów, o tym już pisałem, powtarzał się nie będę. A wśród ludzi popłoch. Tzn wśród niektórych. Bo ci normalni, czyli ta pani i ten pan, wiecie, społeczeństwo – nie zauważyło. Nie wiedzą, że nie widzą. Nie interesuje ich to. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal ;). Popłoch wśród tych, którzy z tego żyją. No bo jak wytłumaczyć szefom, że licznik lubisiów nic nie znaczy? Jak wytłumaczyć, że nikogo nie interesuje byle jaki post? Jak uspokoić spragnionego miłości, że to nic takiego, że nie wszyscy Cię kochają? No jak?

    Więc szukamy sposobu, nowego podejścia. Tłumaczymy sobie, że nic się nie stało, że to wciąż piękne, że jeszcze odwróci się los. Jak porzucona kochanka (lub kochanek, w końcu mamy równouprawnienie) łudzimy się, że on / ona do nas wróci, że będziemy żyli długo i szczęśliwie a słupki będą rosły do końca świata i o jeden dzień dłużej. Może będą, ale raczej nie. Tak na 99% nie. Ale póki co, trzeba przeczekać. Znaleźć sposób na to, aby uzasadnić kolejne wydatki. Patrzymy z prawej, z lewej, z góry a czasem nawet i stając na głowie. Wyciągamy średnie, indeksy, mnożniki, dzielniki. Sprowadzamy to, co miało angażować do liczb i cyferek, bo to rozumiemy. A większe od B znaczy lepsze. A mniejsze od B ale jeśli C większe od D do A większe od B być nie może, więc spoko, luz, dobrze jest. Niewdzięczna rola analityka. Dobrać liczby i perspektywę tak, aby wnioski się broniły.

    Daliśmy się też omamić big data. Wiemy o nich wszystko, wiemy co do nich pisać. Targetujemy, segmentujemy, automatyzujemy, warunkujemy. Wszystko po to, aby być bardziej skutecznym, bardziej efektywnym. Aby donieść kolejne dobre liczby, aby dzięki tym liczbom wiedzieć, że robimy dobrą robotę. Trochę próbujemy oszukać system. Racjonalizujemy emocje. Marzenia ubieramy w miary. Mam wrażenie nie wiedząc kiedy wjeżdżamy w ślepą uliczkę.

    I tu odpowiedź na postawione w tytule pytanie. My psujemy. Ja psuję. Naszym podejściem, naszymi kampaniami, naszymi budżetami, naszą wiarą, że to zadziała.

    Nie tędy droga. Choć możemy z Social Mediów* (rozumianych jako Facebook i okolice) zrobić kampanie rozliczane z klików, ale… to mordowanie koncepcji i to już na poziomie przyjętych założeń. Tylko że alternatywą jest, moja ulubiona, praca u podstaw. Znalezienie powodu, argumentu dla którego ktoś ma chcieć z nami rozmawiać. Chcieć do nas wracać. Chęć tracić dla nas swój czas. Bo czas to obecnie najcenniejsza z walut. A nikt nie lubi tracić tego, co cenne.

    PS Tekst powstał z luźnej myśli, która czasem człowieka napada, gdy ma sposobność z mądrymi człowiekami się spotkać.

    *Czemu piszę z dużej literki… bardzo dobre pytanie;)

  • It’s not all about the money

    To był tydzień Igora Ostachowicza. Narobił w polskiej polityce więcej szumu, niż były premier, nowa premier, miłościwie nam panujący prezydent czy zniknięty jakoś ostatnio ze środków masowego przekazu prezes. Pan Igor zdążył stracić pracę, zdobyć pracę i stracić ją ponownie, zanim zdążył podjąć obowiązki członka, co oznacza że odprawa (też słowo tygodnia) też mu się żadna nie należy.

    O tym, że moim zdaniem to sprytnie przygotowana zagrywka już napisałem. O tym, że temat ochoczo podejmie opozycja i media rządzącym nieprzychylne również. Ale obiecałem dwa słowa więcej mediom władzy łaskawym i przyjaznym. Mediom, których nikt nie poinformował, że to blaga (żeby było autentycznie) i które musiały się trochę nagimnastykować, aby działania PO wiarygodnie uzasadnić. Kluczowe jak zawsze jest wiarygodnie.

    Pan Żakowski tłumaczy TU, pan Lis tłumaczy TU. Obaj są niestety inteligentni, więc obaj wykazują, że całe zamieszanie wynika z tego, że mowa o dużych pieniądzach.

    I to jest jedyny aspekt gdzie się z oboma panami zgadzam – szczucie kasą, to temat, który zawsze działa na Polaków. To doskonała zasłona dymna. To doskonały temat zastępczy. To idealny sposób na to, by odwrócić uwagę odbiorców od sedna, aby zamieszać w ich logice, aby nie dyskutować o meritum, tylko o kasie właśnie. Nie wiem tylko dlaczego obaj przytaczani panowie redaktorzy robią dokładnie to, czym jak sami mówią gardzą. Sprowadzają temat do kasy, choć nie ona jest istotą całej zabawy. To znaczy być może jest nią dla mas, ale od inteligentnych ludzi oczekiwałbym trochę wyższego poziomu polemiki.

    Problemem, śmiem twierdzić, nie jest to że pan Ostachowicz dostał pracę ledwie kilka dni po tym jak rząd podał się do dymisji. Owszem to fachowiec zapewne wart wielkich pieniędzy, a takich trzeba cenić i zatrudniać gdy tylko są dostępni. Że za taką kasę? Otóż człowieka wycenia się na tyle, na ile jest on dla Ciebie wart. Jeśli ktoś uzna, że IO przyniesie mu 4 miliony złotych i chce mu połowę oddać – spoko, luz. Widać ten człowiek wart jest swojego wynagrodzenia. Nie patrzę w jego przychody, nie interesują mnie one. Nie kolą mnie one w oczy.

    Kole mnie natomiast to, kto i w jakiej formie chciał mu tą pracę zaoferować. Z dnia na dzień, bez konkursu, bez potrzeby (bo zdaje się stanowisko po jego odwołaniu – o ile można odwołać kogoś kto jeszcze na dobre powołany nie został – nie tyle się zwolniło, co zniknęło wraz z nim). Pan Ostachowicz nie jest jakimś tam panem Kowalskim, a Orlen nie jest jakąś tam firmą. Pewne standardy – zdawać by się mogło – obowiązują. I prawie zupełnie mi to nie przeszkadza w biznesie prywatnym (choć powoduje zdecydowanie niesmak), ale w biznesie państwowym, bliskim rządowi, jest absolutnie skandaliczne, niedopuszczalne, naganne i ktoś powinien za to beknąć. Nie beknie nikt, ale cóż, taka już nasza smutna rzeczywistość.

    Tylko, gdyby panowie redaktorzy te właśnie kwestie podnieśli, musieli by skrytykować władzę, czego robić chyba nie lubią (a władza nie lubi być krytykowana). Woleli więc grać na pewniaka i mydlić ludziom oczy kasą.. Niektóre oczy zamydlicie, innym oczy się otworzą i teraz to Wy niesmak budzicie..

    Co zaś się tyczy traktowania Państwa jako prywatny folwark na użytek rzeczywisty lub jedynie pozorowany… cóż, cytując Tomasza Sekielskiego – pięknie się bawią panowie i panie z PO.
    Szkoda tylko, że ta zabawa idzie w całości na nasz koszt.