Pytanie na dziś – czy jesteśmy gotowi płacić za treści publikowane w Internecie? Odpowiedź na dziś – a po co?
W chwili obecnej koncepcja jest prosta – korzystamy z internetu, jako z darmowego źródła informacji i nie tylko informacji. Wychodzimy z założenia, że jeżeli informacja jest ciekawa, to powinna zostać ona obejrzana przez tak dużą liczbę internautów, że wydawca lub twórca informacji, zarobi na reklamach, które obejrzymy na jego stronie przy czytaniu jego informacji. Taka jest teoria, tyle tylko, że ten model się powoli przestaje sprawdzać. Jak już pisałem, wydawane są coraz większe pieniądze, na coraz większe kampanie, które mają coraz mniejszą skuteczność i jakoś nikt jeszcze nie spytał, co się, do jasnej ciasnej, dzieje.
Dzisiejszy wpis, to będzie stąpanie po cienkim lodzie… Kto wie, może trzeba będzie się z pewnych słów wycofać, coś odszczekać, coś wypluć, a jeszcze coś zamazać…
Co jest najistotniejsze we współczesnej sieci? No jak to co.. najistotniejsze jest to, kto ma większego. To znaczy większą. To znaczy, kto ma więcej. A najważniejsze jest, kto ma więcej odsłon, odwiedzin, komentarzy i transfer. Mając więcej użytkowników stajesz się wyraźniejszy dla reklamodawców (działa to mniej więcej tak, łykanie Rutinoscorbinu Każdy użytkownik traci swoją twarz, gust i sens, za to staje się bardzo wymierną kwotą. W zależności od tego jaki jest, tyle kosztuje – więcej warta jest kobieta w okolicy 30stki, niż facet w okolicy 30. W ogóle kobieta to idealny target, bo kobieta więcej kupuje – a na pewno kupuje szybciej i mniej się nad zakupem zastanawia (nie, to nie jest seksizm ani szowinizm, tak to działa – wersja dla Was piękne panie – to Wy podejmujecie najważniejsze konsumenckie decyzje…). (więcej…)
Dziś wpis quasi ogłoszeniowy, ale za to w 100 procentach pokazujący, jak dziwne konsekwencje mają błahe decyzje. W sierpniu, jak już pisałem, poddałem się zachciance własnej i zamówiłem Internet od Pana Twarzy Netii. Jak też już pisałem, wynikły z tego rzeczy śmieszne, straszne i męczące. Tyle tylko, że aby się o tym wszystkim przekonać, (jak już pisałem… ) potrzebny był modem, którego nie dostałem z zamówieniem, więc zakupiłem go na własną rękę. Modem – Linksys ADSL2+ wad nie ma, przynajmniej nie miałem okazji si ę o jego wadach przekonać. Natomiast…
Kiedy pytałem w sklepie o możliwość zwrotu sprzętu, dowiedziałem się, że zostanie on przyjęty o ile nie będzie na nim śladów użytkowania, tak żeby inny klient również chciał go wziąć.. OK. Niech i tak będzie, będę użytkował ostrożnie. Tylko, że nie zawsze się da, a raczej nie ze wszystkim. Otóż, porty w tym modemie, jak chyba w każdym innym od Linksysa, są zaślepione naklejką, żeby najpierw odpalić płytkę CD. Wygląda to tak:
Prawda jakie ładne? No więc ja, żeby być grzeczny, naklejeczkę delikatnie odkleiłem i pac na spód routera, żeby się nie zgubiła, w razie jak bym chciał oddać (byłem bardzo przezorny). Potem – o czym, a jakże, pisałem – miała miejsce cała historia z moim niedoszłym nowym providerem, na końcu której zostałem jak debil z tym modemem. (Określenie modem – router stosuję wymiennie, co wprowadzało w konsternację technika z Netii, ale cóż, to urządzonko pełni obie role jednocześnie). Swoją drogą, coś jest ze mną źle. Naklejeczka, urządzonko… brrrr…
Netię pożegnałem, teraz czas się pozbyć sprzętu. Grzecznie zapakowałem, naklejkę ze spodu przykleiłem na tył, całość do pudełka i do sklepu. W sklepie wszystko pięknie i zacnie, tylko że nie mogą przyjąć sprzętu, gdyż albowiem, jak się okazało, naklejka przyklejona na spód, została umieszczona tak niefortunnie, że przy odklejaniu zerwała numer seryjny i w związku z tym nic się nie da zrobić. ŻE CO? No bo widzi Pan, ta naklejka zerwała jedyny dowód na to, że Pan to urządzenie kupił u nas. Ale mam paragon – nie ważne, mam pudełko – nie ważne, na tym co zostało widnieje numer MAC urządzenia – ale ten numer można podmienić – nie ważne. Zgłupiałem. Jedynym miejscem gdzie widnieje numer seryjny urządzenia, jest jego spód i to jest to zamieszczone tak, że bez żadnego wysiłku dokonałem aktu zniszczenia, tracąc równocześnie prawo do oddania sprzętu jak i napraw gwarancyjnych, gdyż albowiem, nie ma żadnego dowodu na to, że to pudełko, ten paragon są związane z tym urządzeniem i pan może pana majstra w dupę pocałować*.
Po zrobieniu bardzo dziwnej miny nosiłem się z zamiarem opuszczenia gardy i wyjścia ze sklepu, ale moja piękniejsza połowa uznała, że nie dość, że przytoczone argumenty są niepoważne, to ona ich nie uznaje i w związku z tym będzie walczyć. Przyjęcia sprzętu nie wywalczyła, ale sklep uznał, że może wziąć go niejako w komis i jak się pojawi klient, który by taki sprzęt chciał, to nie ma sprawy. OK. Miały być burze, miały być wyładowania elektromagnetyczne, miał być popyt. No to nie tym razem. Po blisko trzech miesiącach sprzęt odebrałem. Wciąż wygląda jak nowy, tylko równocześnie jest dla mnie totalnie bezużyteczny. Co prawda kusi mnie by sprawdzić, czy tym razem Netia wywiążę się ze swoich obietnic (na swoim serwisie w dalszym ciągu twierdzą, że są mi w stanie dostarczyć Internet na tych warunkach, które uważam za interesujące) ale masochistą chyba jednak nie jestem. Zatem, pozostaje zbycie. Drogi czytleniku, gdybyś więc potrzebował Linksysa ADSL2+ w rozsądnej cenie – służę pomocą;)
* Dobrze Jasiu, tylko powinieneś zostawić trochę więcej niedopowiedzenia…
Powolutku, choć naprawdę wielkimi krokami, zbliżają się do nas wybory. Zawsze jakieś wybory się zbliżają, tym razem zbliżają sie wybory polityczne. Nigdy nie jest za wcześnie na wybory parlamentarne – przecież wystarczy rozwiązać parlament. Gorzej z wyborami prezydenckimi, tu trzeba czekać całą kadencję. Tak czy inaczej, powolutku dają o sobie znać przyszłoroczne wybory. Zaczyna się robić bagienko, zaczynają się kręcić aferki, jest czym zająć media. Tak… Kampania już niedługo rozkwitnie.
Rozkwitnie zapewne także w Internecie, w końcu to ważne medium. Będziemy mieli walkę na spoty, słowa, docinki i takie tam. Dlatego też każdy się do interneta pcha. Bo powiedziano, że trza być. Jak być? A to zupełnie inna kwestia.
Każdy ma coś do powiedzenia. Każdy ma dostęp do tych samych, praktycznie darmowych narzędzi. Skończyła sie era blogów, ponieważ świat przyspieszył i nikt już nie ma czasu na pisanie całymi zdaniami (a może nikt już nie ma nic do powiedzenia w całym zdaniu) i nastała era mikroblogów*. Co to są te mikroblogi i jak je jeść i dlaczego warto z nimi być za pan brat, w sposób miły łatwy i przejrzysty wyjaśnia Paweł Loedl
Rzecz w tym, że tu (w InterneTU) nie wystarczy być. Trzeba jeszcze mieć coś do powiedzenia. Nie wystarczy mieć konto na Twitterze, Facebooku czy NaszejKlasie. Oczywiście, czynnym politykom jest łatwiej – dostają bonus za bycie celebrytą, za to że mają znane nazwisko i każdy chce.
— Dygresja —
Warta zobaczenia prezentacja Pawła Tkaczyka o reputacji w sieci: Prezentację obrobił i wrzucił w sieć MediaFun
— End Of Dygresja —
Każdemu politykowi marzy się bycie Barackiem Obamą. Każdy więc potulnie zakłada konto na Twitterze i twittuje, ponieważ to jest remedium na całe zło… No to zerkam. Barack ma na Twitterze 2 miliony 296 tysięcy followerów. Nasi politycy – Richar Henry Czarnecki 126, Zbigniew Girzyński 156, Sławomir Nowak – 541… porażająca siła rażenia, chociaż Nowaka cytowali już w TVN24… Swoją drogą, nie bardzo wiem czemu politycy ukochali sobie Twittera… Casus Obamy? Być może… Ale tak jak w Polsce bardziej popularna od Facebooka jest Nasza Klasa, Gadu Gadu od MSN Messengera, tak większą siłę oddziaływania będzie miał zapewne Blip niż Twitter (ale jak to ktoś powiedział, tam można snuć bajeczki, na Blipie trzeba by się zmierzyć z trudniejszą opozycją…)
Internet działa troszeczkę inaczej, niż tradycyjne media. Po pierwsze, to nie jest kanał do komunikacji, tylko do rozmowy. Po drugie, tu wszystko co dobre/śmieszne/istotne rozchodzi się szybko, a cały syf musi zostać odseparowany (znowu, przyznając rację Pawłowi Tkaczykowi – zaczynamy coraz skuteczniej filtrować treść). Tu nie wystarczy zrobić filmik okraszony iście bawarskim dowcipem, by tłumy piały z zachwytu. Tu nie wystarczy wpleść w oświadczenie treści antyniemieckie, by oszalał cały internetowy świat. Tu wszystko zostaje zapamiętane i wszystko zostaje zweryfikowane. Szybko. Być może dla naszych polityków za szybko.
Od jakiegoś czasu słyszę, że PiS chce podbić serca internautów. Nie udało się ich zlekceważyć, nie udało się ich obrazić ani ośmieszyć, to teraz będziemy ich w sobie rozkochiwać. Tymi samymi metodami, rzecz jasna. Tylko ja nie jestem pewien, czy Internautów ktokolwiek pytał o zdanie. Nie wystarczy powiedzieć – od dziś jesteśmy z Wami. Nie wystarczy szydzić z konkurentów, by zdobyć poklask. Trzeba mieć coś konstruktywnego do powiedzenia. Podstawowa zasada Internetu. Tu nie chodzi o to, żeby coś wrzucić w sieć i przecież jesteśmy tak genialni, że to zadziała jak wirus. Tu to działa troszkę, jak szukanie „sposobu na blondynkę”. Trzeba zrozumieć, co jest dla niej ważne, trzeba wiedzieć, jak będzie tego szukać, wreszcie trzeba to wprowadzić w sieć tak, żeby sama to znalazła i uznała za interesujące. I – to prawda – znacznie łatwiej pójść do dowolnej TV, siąść przed dowolną kamerą i zacząć nawijać panu dziennikarzowi makaron na uszy. No i jaki efekt od razu…
Odnoszę wrażenie, że nasi politycy nie mają pomysłu na to, jak sieć wykorzystać. Powielają cudze schematy naiwnie wierząc, że to wystarczy. Nie wystarczy. Internet ma w sobie coś z PR’u. Trzeba znać rozwiązania innych, żeby wiedzieć co jest dobre, ale także po to, aby przypadkiem nie zrobić idealnej kopii czegoś, co już w danym środowisku funkcjonuje, bo to się nie sprawdzi. Fakt – NaszaKlasa nie jest innowacyjnym pomysłem w skali świata, ale w Polsce była pierwszym serwisem, który zagospodarował tą konkretną niszę. Żaden inny serwis społecznościowy (żeby nie wiem jaką miał funkcjonalność) nie podbije serc kopiując schematy NaszejKlasy. Trzeba wymyślić coś nowego i tym zdobyć serca internautów. A na to naszych polityków nie stać. Każdy ma bloga, więc żaden się nie wyróżnia. Każdy ma mikrobloga, ale żaden sie nie wyróżnia. A to chyba nie o to chodzi, aby być polityce takim, jak każdy.
*W sprawie ery mikroblogów – oczywista bzdura. Mikroblog nie wypiera blogu. On tylko dramatycznie zmienia sposób komunikowania światu nowych informacji. 140/160 znaków wystarczy, żeby sprzedać ciekawostkę, temat, myśl, ale nie wystarczy do tego, aby temat wyczerpać. Mikroblog to po prostu doskonałe miejsce, aby nawiązać kontakt, zaciekawić odbiorcę i sprzedać mu nasze przemyślenia. Taka skuteczniejsza i prostsza metoda, niż zwykły kanał rss, przywiązania do siebie odbiorcy. No i pozwala na dialog, zamiast jednostronnej komunikacji.
No.. to się doczekałem na tą fakturę, co to miała być u mnie ho ho ho ile temu (ale wiecie, e-maile wolno chodzą). Nadana została 18 sierpnia, do mnie trafia 22giego.. powtórzę, trafia do mnie e-mailem. Jak Netia ma takie łącza, to ja się nie dziwię, że oni mi nie mogą zapewnić zamówionego transferu… W każdym razie..
We wstępniaku do faktury czytam: Miło nam powitać Państwa w gronie Klientów Netii. Serdecznie dziękujemy za okazane nam zaufanie. Satysfakcja Klientów z naszych usług jest dla nas bardzo ważna, dlatego dołożymy wszelkich starań, aby byli Państwo zadowoleni z wyboru oferty Netii.
I pisze to do mnie pan Maciej Czajkowski, p.o. Dyrektora Obsługi Klienta.
To ja mam dla Pana, Panie Macieju, jedną prośbę. Pan sobie przeczyta moją opowieść i dowie się Pan, dlaczego nie jestem już w gronie Państwa klientów, dlaczego już wam nie ufam, dlaczego w du… szy mam wasze starania, którymi skutecznie pokazujecie, że w du… szy macie moją satysfakcję, wreszcie nie, nie jestem zadowolony z wyboru Netii.
Panie Macieju, ja wiem, że ktoś Panu ten tekst ułożył i że nie mam pan wglądu w każdą, tym bardziej moją, sprawę. Ale Panie Macieju, moja odpowiedź, jak Pan widzi (gdyby się kiedyś zdarzyło, że Pan ją przeczyta) nie jest schematyczna.
I nie, jakoś nie widzę powodu płacić za coś, czego Wy nie byliście w stanie dostarczyć, o czym sami zresztą wiecie najlepiej. Za tak zrealizowaną przez Was usługę nie byłbym skłonny zapłacić nawet złotówki. Dla zasady. Choć pewnie na te złotówki stracimy trochę nerwów.. coś mi się tak wydaje….
Dziś kończy się krótki etap w moim życiu związany z Netią. To było drugie podejście. Pierwsze było dawno temu, kiedy jeszcze byli telefoniczne linie dostępowe a modemy z gracją piszczały oznajmiając – oto nawiązujemy połączenie. Teraz modemy milczą, czasem świecą radośnie diodkami, czasem się też łączą.
Moja przygoda z Netią zaczęła się na początku sierpnia, kiedy zgłosiłem chęć poznania ich oferty. Pierwsze trudne pytanie – co mogą mi zaproponować. Jest na ich stronie formularzyk, czy w Twojej okolicy możemy świadczyć taką a taką usługę. Tak. W Twojej okolicy działamy na naszych łączach, więc możesz dostać 4mbit/s w bardzo dobrej cenie. Super. Proszę się ze mną skontaktować i to szybko. Skontaktowali się szybko, potwierdziliśmy, że w mojej okolicy działa ta usługa i że w razie jak by co, to będzie się dało nawet przepustowość zwiększyć – super. To czekamy.
To by było do środy. Od wtorku cisza, choć jak dowiedziałem się z dzisiejszej rozmowy telefonicznej, podejmowane były próby skontaktowania się ze mną. Dziwne. Zwykle, jak ktoś próbuje, to się do mnie dodzwania. Gorzej, kiedy zapomina oddzwonić, choć to obiecał. W każdym razie rzekomo wszystko zostało pozamieniane, tyle tylko, że dalej nie działa. Tak nam przykro.
Okazało się, że na tych łączach, nie można świadczyć mi usługi. Pomimo wcześniejszego sprawdzenia, instalacji i kolejnej wizycie technika, przepięciu wszystkiego co było możliwe, po trzech tygodniach okazało się, że jest nam przykro, ale nie da się (chociaż według informacji o dostępności na stronie netia, da się jak najbardziej). Uhyhm… A co się da? Możemy panu zaproponować połączenie dwa razy wolniejsze od tego cośmy się umawiali, za te same pieniądze. Yhy… (tym razem kot z Cheshire wyszedł mi jakoś blado).
To może ja skorzystam z wolności wyboru i podziękuję za tą naszą umowę. Dobrze, wysyłamy do pana pismo, a usługa zostanie zdezaktywowana (choć nie została nigdy na dłużej aktywowana), pod koniec kolejnego okresu rozliczeniowego, czyli we wrześniu.
Powiem tak.. jeśli każą mi płacić za coś, czego nie dostarczyli, to będzie śmiesznie. Wtedy chyba zwrócę się do nich z prośbą, o zwrócenie mi kosztów próby połączenia z nimi. A co.. jak się bawić, to się bawić.
Niestety, nie miałem okazji zostać szczęśliwym posiadaczem Szybkiego Internetu od Netia. I szkoda.
Kiedy zaczynałem pisać tą historyjkę, miałem nadzieję, że to będzie króciutki pościk z happyendem. Anegdotka, która się opowiada znajomym przy jednym większym albo jednym głębszym. Nigdy nie sądziłem, że będę sobie spisywał taką nie całkiem ciekawą historę pewnej instalacji… No ale cóż…
W poniedziałek był technik z firmy A, wysłany przez Netię, który zorientował się, że nic nie może zrobić, więc zgłosił problem firmie B, podwykonawcy Netii, która miała się ze mną kontaktować. Sytuacja była taka, że nie mogliśmy się dokonać synchronizacji, jego modem/mój roturer po podpięciu wydłużał długość połączenia o 4 kilometry, a sygnału nawet nie było na najbliższym słupie.
Potem technik wyszedł, Internet się pojawił, byłem happy, ale ledwie trzy godziny później wróciliśmy do punktu wyjścia, czyli bez połączenia z serwerem Netii za to na łączu ex providera. Miałem czekać do wczoraj, aż się ktoś ze mną skontaktuje.
Telefon ok. 14 z firmy B. Czy ja to ja, czy ja mam ten problem, kiedy możemy się spotkać – po 18? (bo tak wracam po pracy) lub dnia następnego. To ja zaraz zadzwonię. Zaraz trwa do dziś, do godziny 11:16. Swoją drogą, ciekaw jestem, po co im jestem, skoro połączenia nie ma rzekomo na słupie, a do słupa dojście jest z ulicy a nie z mojego mieszkania.. Poza tym, byłem grzeczny za pierwszym razem – czekałem, byłem grzeczny za drugim razem – czekałem. Teraz, to może oni zechcą w jakimś stopniu dostosować się do mojego planu dnia, chociaż w dalszym ciągu jestem skłonny ustalić termin i się go trzymać. Tylko, że trzeba go ustalić, a nie dzwonić z nadzieją – to my będziemy u pana za kwadrans.
Jest środa. W sumie całkiem nie brzydka środa. Internetu brak, kontaktu brak, przyszłość nieznana. A mi się po prostu nie chce.
Dam znać gdyby coś się zmieniło. W którąkolwiek ze stron.
To znaczy wciąż jestem na umowie. Od czasu ostatniego wpisu – a to było ledwie 3 godziny temu – Internet zdążył zniknąć. W takim razie czekam do jutra do wieczora, a potem, sorry gregorry, chyba jednak skorzystam z Wolności Wyboru, gryząc swój własny podkulony ogon, powiem, że ta zabawa to nie dla mnie.
NIE INTERESUJE MNIE WIĘCEJ SPRAWDZANIE CZY INTERNET NA PEWNO BĘDZIE, BO KTOŚ MA TAKĄ OCHOTĘ.
Jak już pisałem… – w tym miejscu nie mogę się powstrzymać od szczerego do bólu uśmiechu kota z Cheshire* – od ostatniej rozmowy z infolinią miałem grzecznie czekać na technika. Czekałem grzecznie, nawet miałem chytry plan codziennie pisać, że się nie pojawił, ale cała koncepcja wzięła w łeb, bo technik pojawił się pierwszego dnia roboczego. Bardzo miłe zaskoczenie. Zaskoczenie spotęgowane także tym, że był to chyba portugalski student o sylwetce Ronaldo (tego z Brazyli a nie tego Cristiano), ale dogadywaliśmy się po polsku bez problemów.
Po pierwszym przedstawieniu mojego problemu, powiedział – „Nie rozumiem”. Z taką szczerością, że wytłumaczyłem mu jeszcze raz. Tu jest router, tu jest kabel, tu jest panel zarządzający, a tu jest Internet, którego nie ma.
– No ale jakto, przecież działa panu Gadu gadu..
– tak, działa, bo korzystam z połączenie innego dostawcy…
Chwila krępującego milczenia, po której technik zabrał się za sprawdzenie. Synchronizacja na moim routerze – jest, na jego modemie – jest. Połączenie z Internetem na moim routerze – brak, na jego modemie – brak. Ok, mamy jakiś punkt wyjścia.
Dzwonimy na centralę, centrala poleca odpiąć kabel z modemu, puszczają sygnał testowy, prosimy podpiąć modem, puszczamy sygnał testowy.. Synchronizacji brak. Zarówno na moim routerze, jak i na jego modemie. Po prostu brak.
– Dziwne… Nie rozumiem… – szybko znaleźliśmy nić porozumienia z technikiem.
Technik poszedł sprawdzić przyłącze, ja zerknąłem na router i nie uwierzycie.. Synchronizacja – JEST! Internet – JEST! Śmiga normalnie jak by był zamówiony (nie mogę napisać że opłacony, bo faktury – tej na której ma się znaleźć mój numer abonenta – wciąż nie dostałem). Super.. to ja sobie coś spraw… YY.. nie do końca. Technik coś chyba przełączył, siec zniknęła. Tak samo jak się pojawiła, tak zniknęła.
Po paru minutach pojawił się technik, z przepraszającą miną informujący mnie, że on też nie może się połączyć z Internetem na słupie, bo tam nie ma sygnału. Pokazałem mu, że u mnie internet przez chwilę był, zrobił wielkie oczy, ale już nic nie powiedział.
Dorzucił tylko, że jego zdaniem w centrali chyba awarię ma jakiś Aslan (ale nie wiem czy to ten od Lwa, Czarownicy i starej szafy) i że jego kolega to zgłosił, do tej drugiej firmy co mnie podpinała, i że teraz to tamta firma musi sprawdzić co jest nie tak.
– A ja? – spytałem.
– Pan niech poczeka. Jeszcze dziś, nie najlepiej jutro. Najlepiej jutro wieczorem.. jak sieci nie będzie, niech Pan dzwoni do Netii, żeby kogoś przysłali. A teraz niech mi Pan podpisze zgłoszenie, że byłem.
No to co.. to czekamy do jutra… nie? W zasadzie.. tak mi chodzi po głowie to hasło od Netia.. Wolność Wyboru, czy jakoś tak… kuszące.. naprawdę kuszące.
Tak swoją drogą.. to sobie myślę, że ten Szybki Internet od Netia, to świetna rzecz dla tych co mają dużo czasu, nie pracują w sieci, lubią porozmawiać z infolinią, mogą posłuchać na tejże infolinii muzyki, nie potrzebują Internetu, a w razie potrzeby mogą podpiąć się do innej sieci.
I taki jeszcze drobiazg. Na pytanie, czy z równą, pożałowania godną, złośliwością opisywałbym swoje zachwyty nad Internetem od Netii gdyby działał tak jak powinien? Pewnie nie. Nie wiem. Nie mogę wiedzieć. Póki co, nie działa.
*Dla wszystkich nie do końca pewnych. Kot z Cheshire wygląda, mniej więcej, tak:
Wiem, to staje się już nudne, nużące, do obrzydzenia nieciekawe. Co więcej, sam z wytchnieniem czekam na koniec tej bajeczki, wciąż mając nadzieję na happy end. Kto wie, może się uda..
Ostatnio zdawałem relację z tego, co się dzieje z diodami. Co ciekawe, o to samo pytał technik, który (jednak!) oddzwonił do mnie. Poczułem się prawie doceniony. Mało tego, po tym jak poinformował mnie, że musi się zalogować do kilku programów i że to chwilę potrwa, więc on się będzie ze mną jeszcze kontaktował, oddzwonił po raz drugi. Dopiero wtedy się czułem dumny… normalnie prawie jak normalny klient.
W każdym razie, na podstawie naszej rozmowy, ustaliliśmy, że z jego punktu widzenia to wszystko jest cacy i że on zgłasza awarię dalej, bo może się zdarzyć, że to niezależne od nich – wychodzi na to, ze to moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Z mojej strony jest router. Nówka sztuka. Prosto od Cisco. I to – to jest najciekawsze – router, który czasem działa. To znaczy działa cały czas – jest dostępny (panel administracyjny) zdalnie (via wifi), gorzej jest z połączeniem DSL, które ma nawiązywać, bo to jakoś trudniej mu wychodzi. No więc moja wina, moja wina…
Technik obiecał, że zgłasi awarię i że się ze mną monterzy skontaktują, żeby opukać wszystko dookoła. Ok. Nie ma sprawy. Skoro błąd u mnie, znaczy się trzeba być pokornym. To ja grzecznie wracam na łącze starego providera, ale – tak z przekory – zerknąłem na router. I co? No diodka od Internetu pali się tak zachęcająco, jakby miała ochotę wypalić mi oczy. No grzech było nie skorzystać i… działa. Parametry przyzwoite – download 4.9k, upload 640… Wszystko śmiga – normalnie, bez zająknięcia, bez żadnego ale. I działa tak przez godzinę, drugą, trzecią.. aż musiałem wyjść z domu. A po powrocie…
Diodka ma mnie w du… szy. Parametry łącza znowu wróciły do stanu z przedpołudnia, czyli download (z którego nie mogę korzystać) 4.9, upload 240kbit/s… połączyć się z Internetem oczywiście nie mogę, więc znowu się przeprosiłem ze starym dostarczycielem. Może Internet od Netia lubi się ze mną bawić w chowanego…
Swoją drogą, nie bardzo wiem co mam zrobić. To znaczy wiem na co mam największą ochotę. Wyrzucić. Odstawić. Rozstać się z Panem Twarz Netia. Sorry, Kocie, nie idzie. Ale póki co, grzecznie czekam na monterów. Zobaczymy co oni wykombinują.
A tak przy okazji, ponieważ trafili do mnie jacyś biedni ludzie.. – dla wszystkich innych to straaaaaszna nuda.
Jeśli szukacie numeru do Biura Obsługi Netia z numerów komórkowych, to dzwońcie: 227111111
Jeśli chcecie zgłosić awarię techniczną – po wybraniu numeru klikacie 1 (jesteście klientem Netiia) 9 (chcecie rozmawiać z konsultantem) 1 (chcecie zgłosić awarię) i teraz w zależności od tego czego awaria – 1 – awaria telefonu, 2 – awaria internetu na łączach innego operatora (Telekompromitacja) lub 3 – awaria internetu na łączach Netia. I potem muzyczka. Jak macie szczęście, operator zgłosi się szybciej niż dużo później.
Jeśli chcecie skonfigurować router to:
Dla usługi świadczonej bezpośrednio na linii Netii:
VPI = 8
VCI = 35
Enkapsulacja – PPPoE LLC
Dla usługi świadczonej z wykorzystanie infrastruktury Telekomunikacji Polskiej S.A.
VPI = 0
VCI = 35
Enkapsulacja – PPPoA VC-MUX
Aha.. przy pierwszym połączeniu, podajemy użytkownika internet, hasło internet. Przy tych parametrach możemy się połączyć tylko z serwisem Netia.pl i aby aktywować internet trzeba wejść na stronę www.netia.pl/net24 i tam na podstawie numeru umowy (znajduje się na umowie) i numeru aktywacyjnego (znajduje się na umowie) możemy aktywować Internet. Albo zrobić wszystko, co było w naszej mocy.