Tag: Internet

  • Czego nie blokuje adblock?

    Od jakiegoś czasu natrafiam na komentarze wydawców internetowych (choćby tu) że korzystanie z adblocków to zwyczajne świństwo i praktyka nieuczciwa. Chyba nawet spotkałem się z porównaniem do kradzieży. Dzisiaj trafiłem na taką odpowiedź w kontekście wiary w to, że korzystanie adblocka poprawia jakość treści w Internecie:

    – Jest to rozumowanie z gruntu błędne, ponieważ to głównie z wpływów reklamowych wydawcy finansują kreację nowych, wartościowych treści o charakterze informacyjnym, edukacyjnym czy rozrywkowym – tłumaczy Robert Wielgo, członek zarządu Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.

    Jak dodaje, to czytelny sygnał, że podejmowane przez IAB Polska inicjatywy informacyjne i edukacyjne powinny być kierowane nie tylko do branży i reklamodawców, ale także do ogółu użytkowników Internetu.

    (więcej…)

  • Zaprzyjaźnij się z dwiema wirtualnymi walutami

    Są takie waluty w Internecie, które możesz wydawać bez żadnych kosztów, czy wysiłków. Nic Cię nie kosztują, a mogą wiele zdziałać (choć prawdę powiedziawszy, wiele materialnego za nie nie kupisz). Wbrew pozorom nie są one pochodną Eurogąbek i mają większe znaczenie, niż lajki na fejsie. Nie mają takiej siły zakupowej, jak bitcoiny, ale powinnaś / powinieneś o nich wiedzieć. I z nich korzystać. Czemu? Bo śmiem twierdzić, że mogą przynieść dużo dobrego.

    (więcej…)

  • A czy Ty weryfikujesz informacje, którymi się dzielisz?

    Od ponad dekady żyjemy w XXI wieku. Ta dekada upływa pod znakiem informacji. Nie pamiętamy (a coraz większa część z nas nie zna) świata bez Internetu, bez wszechobecnych telefonów komórkowych, bez wszechwiedzy dostępnej na wyciągnięcie ręki. Wszyscy wiemy, jak z niej korzystać. Już nie potrzebujemy gromadzić wiedzy, nie potrzebujemy zapamiętywać faktów czy reguł, nie potrzebujemy uczyć się tabliczki mnożenia. Być może już niedługo nie będziemy potrzebowali się nawet uczyć języka, bo albo usługa tłumaczeń „over the air” będzie – jak Internet – szybka, wygodna i wszechdostępna. Zapewne wkrótce ktoś sprytny znajdzie sposób na to, aby zacząć się komunikować na poziomie myśli, a nie słów i wtedy też będzie (przynajmniej pozornie) prościej.

    Czy XXI wiek oprócz przynoszenia tak wielu ułatwień i udogodnień, przyniósł nam jakieś nowe wyzwania?

    Blisko cztery lata temu pisałem o tym, ze Internet stał się współczesną stajnią Augiasza. Mamy tu przeładowany teatr rozmaitości, targ na którym znajdziesz wszystko. I o ile wtedy skupiałem się na tym, że dobrze by było ten targ uporządkować, o tyle tym razem mam wrażenie, że trochę problematyczne jest to „wszystko”. Bo wszystko, niestety nie oznacza wszystkiego co dobre. A raczej oznacza jedynie „wszystko co dobre”, w tym zbiorze znajdziemy też wszystko co głupie, śmieszne, straszne ale też wszystko co błędne. Błędne przypadkiem, lub błędne celowo. (więcej…)

  • Żywot klienta współczesnego, czyli mój Fun (prawie pack) z Orange

    Wszystko zaczęło się od telefonu, jakich każdy z nas otrzymuje wiele. Dzień dobry, dzwonię do Pani / Pana z bardzo typową sprawą, czyli jest Pan naszym niewol.. abonentem i kończy się Panu umowa. W związku z tym chcemy Panu / Pani zaproponować cyrogr.. umo… bardzo korzystne warunki pozostania naszym niewolnikiem, tj. klientem. Zgodzi się Pan / Pani ze mną, że te doskonałe paragrafy sprawiają, że klaszcze pan uszami na sam dźwięk mego głosu…

    Tym razem okazało się, że kończy mi się umowa z Orange. Znaczy wkrótce się skończy. Znaczy jakoś za dwa miesiące. Mój największy problem, a zarazem moja największa wina polegała na tym, że nie byłem zainteresowany poszerzaniem oferty. Chciałem to, co mam, ewentualnie trochę taniej. I trochę szybciej, ale szybko się okazało, że szybciej się nie da. Co najwyżej mogę przedłużyć to co mam, na tych warunkach, które mam. Jak świadomie nie przedłużę, to umowa zostanie automatycznie przedłużona o kolejne pół roku. Innymi słowy, jeśli wybiorę bramkę A to wybieram opcję A, a jeśli spróbuję wybrać dowolną inną opcję, to okaże się, że i tak wybieram opcję A.

    Nie skorzystałem, podziękowałem, uznałem że czas poszerzyć horyzonty. W tak zwanym międzyczasie, okazało się, że będę kupował telewizor. Cudownie, pomyślałem, oto okazja, aby poszerzając swój pakiet usług wejść na cudowne oszczędzanie i mieć mniej za więcej. Albo na odwrót… Ponieważ jestem dzieckiem Internetu, wierzącym w to, że człowiek powinien sprawdzić to czy tamto samodzielnie zanim zacznie rozpaczliwie nagabywać Bogu-ducha-winną telefoniczną obsługę klienta, zacząłem od sprawdzenia co Orange ma dla mnie na swojej stronie. Szukałem, szukałem, nawet jakieś połączenie ofert znalazłem, ale wstyd się przyznać, przestałem rozumieć warunki i cenniki oferty. Wobec tego, ponieważ swego czasu widziałem na stronie pomarańczowych live chat uznałem, że to doskonałe rozwiązanie dla mnie, dziecka Internetu.

    Znalezienie livechatu nie jest oczywiste. Nadal nie wiem gdzie się pojawia i czemu czasem znika ani czemu nie widać go na stronie kontaktowej. W każdym razie czasem się pojawia. Można się zalogować swoim nr abonenta i już za chwileczkę już za momencik poznać rozwiązanie swojego problemu. W końcu tak rozumiem komunikat „rozmawiaj teraz”. Zdziwiłem się trochę, bo po oczach dostałem tym:

    Jeden z naszych przedstawicieli wkrótce do Pana/Pani dołączy. Jest Pan/Pani 4 w kolejce. Czas oczekiwania wynosi ok. 29 minut. Dziękujemy za cierpliwość

    Szybko stałem się 2gi w kolejce, po 2 osoby szybko uciekły. Minęło 5 minut, 10 minut, 15 minut a ja ciągle czekałem. Nie doczekałem się. Temat poszedł w zapomnienie.

    Wrócił dwa tygodnie później. Znowu uwierzyłem, że chat może więcej. Była niedziela wieczór. Kto normalny pisze do Orange w niedzielę wieczór? Nikt normalny, ale piszę ja, pisze Pan, Pani, społeczeństwo. Tym razem byłem 19. w kolejce, czas oczekiwania 98 minut. DZIEWIĘĆDZIESIĄT OSIEM MINUT czekania na czacie, aż ktoś się do mnie odezwie. Ale jestem wredna bestia, odpaliłem sobie jutuba albo inne paskudztwo i czekałem. Miałem wolną chwilę, więc napisałem o tym na FB, otagowałem #orange (w tym miejscu pragnę pozdrowić zespół Brand24 (albo Sotrendera, albo IRC, albo Bóg wie kogo jeszcze) i brygadę monitorującą sieć dla pomarańczowych, życzę miłej lektury. Wiem, że czytacie. Nie odpisujcie, serio, nie warto). Nothing personal. Ale skoro Orange się na moim profilu odezwał i spytał jak może pomóc – odpisałem. I zostałem skierowany na formularz na stronce Orange. Nie, dziękuję, postoję (skoro już i tak czekam na czacie). Nie ma gorszych rzeczy niż formularze na stronach www. Nie ma i już. Wie o tym każde dziecko Internetu.

    Odczekałem swoje 98 minut (plus minus ze dwa kwadranse… raczej plus), chat zaplumkał zgłosiła się miła pani z infolinii. Zadała mi chyba ze trzy pytania. Jak może pomóc, czy mam tylko jedną usługę i czy chcę szybszego Internetu (tak chcę, ale się nie da się) po czym najpierw zamilkła (dygresja i złośliwość z mojej strony, ale nasza rozmowa składała się głównie z milczenia i długiego czasu wpisywania treści jak „w czym mogę pomóc”), a potem dostałem komunikat, że jestem na końcu kolejki oczekiwania i że już za 50 minut ktoś z wielką przyjemnością zajmie się moim problemem. Ja Ciebie też drogie Orange, ja Ciebie też.

    Skoro nie działa czat, Social Media odsyłają do formularza, a żeby dzwonić na infolinię i słuchać Chopina nie mam ochoty, trzeba by spróbować rozwiązań offline’owego. Znaczy przyjdzie mi odwiedzić punkt obsługi klienta (tu powinno powiać grozą, powinna skądeś zostać rozpylona mgła, powinno się zrobić zimno, źle i smutno).

    Próbowałem mniej więcej 7 razy zostać obsłużonym w różnych punktach Orange. Popyt na usługi tej firmy jest tak znamienity, że niezależnie od punktu obsługi kolejki wypełniają punkty obsługi. Obsługa zaś jest tak znakomita, że albo w trosce o dobro klienta podaje mu telefon mówiąc – pan to sobie wyjaśni na infolinii, albo we trzy osoby próbuje rozwiązać prawdziwy problem prawdziwego klienta, jakim jest przesłanie kontaktów z telefonu A na telefon B bez utraty danych, za pomocą karty SIM, bo wszystkie inne metody zawiodły. A skoro wszystkie metody zawiodły, to sprawa robi się tym ciekawsza, więc konsultanci przekazują sobie prawdziwego klienta z prawdziwym problemem z rąk do rąk ze słowami „weź, Ty spróbuj”. A ja czekam. Od kwadransa bez mała. W zasadzie od dwóch, bo wcześniej był Pan, który musiał zarejestrować swoją kartę, ale widzi Pan, u nas ta usługa potrwa 48 godzin, więc niech się pan zastanowi czy aby na pewno pan tego chce. Był też drugi klient, który potrzebował roamingu, no ale do roamingu jest potrzebna konsultacja z infolinią – niech pan dzwoni… A jeszcze w międzyczasie (czas był na tyle długi, że nie trudno się było dostać w „między”) pojawiła się klientka, która chciała doładować swój telefon (jak zawsze) i przedłużyć okres ważności konta na 90dni (jak zawsze) ale zrobiła to w innym punkcie (niż zawsze) i teraz przedłużyli jej ważnośc tylko na 50dni i NIECH PAN TO TERAZ ODKRĘCI. Co Pan zrobił? Posłusznie wybrał numer na infolinię. Klientka starsza, telefon też niemłody, więc zrobiło się głośno. Tak głośno, że aż inny konsultant zaczął na nią krzyczeć, że on tu przecież pracuje. Komentarz miałem na końcu języka ale… przemilczałem i z tego domu wariatów wyszedłem.

    Każda z 7dmiu moich wizyt wyglądała mniej więcej tak ja ta. Z innych dowiedziałem się między innymi, że w Orange nie może wyłączyć usług sms premium w punkcie, bo my tu świadczymy inne usługi. Dowiedziałem się też, że na zapleczu konsultanci znikają bezpowrotnie (może piją jakieś ziółka?). I że mojego czasu i mojej cierpliwości nikt mi nie odda. Stracone. Było minęło. Ale telewizji od tego operatora nie wezmę. W sumie nic nowego od nich nie wezmę. Bo jakby się coś zepsuło… to jeno płacz i zgrzytanie zębów mi pozostanie. A umowa na Internet przedłuży się sama.

    A wiecie co jest najlepsze? Że żeby zamówić praktycznie tę samą usługę (telewizję sat) tyle że bez funpacka, czyli bez udziału Orange potrzebuję dosłownie 25 minut. Bez kolejek, bez czekania, z bardzo miłą obsługą. Nikt nie krzyczał, nikt nie wykopywał, nie miałem ochoty uciekać. Przyszedłem, powiedziałem czego chcę, dostałem co chciałem, jestem klientem* nc+. (O tym dlaczego jestem ich klientem i dlaczego nie wszystko jednak takie super – wkrótce). I co, dało się? Dało się. Orange… naprawdę pokombinujcie jak obsługiwać lepiej, bo Was zjedzą. Nie jesteście sami na rynku, nie macie bezkonkurencyjnej oferty. Nie macie serca, a i rozumu u Was jakby coraz mniej. Ale tak jak usługi Play polecam każdemu (i kilka osób już do nich przeniosłem) tak do Was przekonywać nie mam zamiaru. Ale to też chyba jasno wynika z całego mojego przydługiego tekstu.

    *Jestem strasznym klientem. Marudzę, narzekam, myślę, piszę, wymagam. Ale też płacę. Regularnie. I tyle ile trzeba. Więc może jednak warto ze mną rozmawiać?

    Swoją drogą, z tym Internetem u mnie coś mocno nie podrodze… Jak sobie pomyślę o przebojach z Netią…

  • Żywot klienta współczesnego, czyli jak kupowałem telewizor

    Istnieje niebezpieczeństwo, że notkę piszę zbyt wcześnie. Że to jeszcze nie koniec historii. Że przede mną jeszcze kilka niezapowiedzianych zwrotów. Że trzeba będzie zmienić pointę, albo dopisać akapit albo dwa… nie mniej jednak, zaryzykuję.

    Więc tak… Zacznę od opisania planu sytuacyjnego. Od dłuższego czasu nie mam w domu ani telewizora ani telewizji. Za ekrany do oglądania filmów, seriali czy zmagań sportowych służył tablet i laptop, ale największa nawet rozdzielczość na wiele się nie zdaje, kiedy do czynienia masz z 13 calami ekranu. Oczywiście można, ale od czasu do czasu pojawia się kaprys, by może coś jednak obejrzeć na czymś jakby większym. Zatem decyzja – kupujemy telewizor.

    Wydawałoby się – nic prostszego. Kasa jest, potrzeba jest, pewnie towar też się znajdzie. Tak telewizor jakieś 20 lat temu kupowali nasi rodzice. Ale od kilku lat tego towaru jest tyle, że idzie oszaleć. Ponieważ jestem dzieckiem internetu, poszukiwania zacząłem od porównywarki. Pod hasłem „telewizor” pojawia się bagatelka 1394 pozycje. I zaczynamy wybrzydzać. LCD, LED, OLED czy może jednak plasma? Full HD, 3D czy może jednak 4k? Producent A, B, C, D, E, F, G, H czy J? Rozmiar? Funkcje? Pilot? Sterowanie? Wifi? Częstotliwość odświeżania? Tuner?

    Ograniczenie się do kwoty pomaga, ale niestety niewiele.

    No dobra, dzieciaku Internetu, nie marudź, rób research. Tylko że jako dzieciak Internetu wiem, że marki rozmaite wiedzą, jak ważny jest społeczny dowód zaufania i mają swoich ludzi, którzy oficjalnie lub nieoficjalnie podpowiadają, podszeptują, oceniają lub krytykują produkty niekoniecznie w dobrej wierze, a raczej ku chwale płatnika. Więc z tym researchem trzeba ostrożnie. Tym bardziej, że o połowie cech które w testach się pojawiają nie mam bladego pojęcia, a drugiej połowy absolutnie nie rozumiem albo nie rozpoznam, Ja chcę mieć tylko _dobry_ telewizor. Nie muszę się z tego tematu doktoryzować. Nie mam na to czasu ani ochoty.

    Więc może podpytam kolegów / przyjaciół / znajomych. No więc każdy ma swój _dobry_ telewizor, każdy swój ogonek chwali, przy czym każdy ma telewizor innej marki i w innej technologii. Nie ma łatwo. Jeden kolega bardziej niż inni zorientowany (i też taki, któremu w tych kwestiach ufam bardziej niż innym) powiedział – sprawdź producenta A. Dlaczego tak powiedział? Trzeba jego pytać. Ale ponieważ gdzieś zacząć trzeba, zaufałem.

    Przegryzłem się przez stronę producenta, sprawdziłem opinie tam i na porównywarce, przekonałem się że w zasadzie nie ma różnicy w cenie jeśli zdecyduję się na zakup u producenta, w sklepie internetowym lub w sklepie tradycyjnym (taka magia). Już się ucieszyłem, że w tym rozmiarze co mnie interesuje jest tylko jeden góra dwa rozsądne modele, ale ponieważ karma jest wszechobecna od razu zacząłem jęczeć, kiedy okazało się że każdy z modeli ma trzy podmodele które różnią się parametrami o których nie mam zielonego pojęcia. Cóż… lajf is brutal.

    Dobra – wybrałem. Ten kupię. Ale skoro cena online i offline jest taka sama, a sklep offline jest wcale daleko, pomyślałem – kasa w dłoń, buty na nogi i ruszam na zakupy – tym sposobem będę się cieszył zakupem szybciej (to że mogę zapłacić i mieć sprawia – jak już pisałem – że nie jestem chętny do robienia zakupów przez Internet). W sklepie zaatakowała mnie ściana telewizorów, poprzedzona morzem telewizorów, na którym były wyspy telewizorów i jeszcze od czasu do czasu zalewała mnie kolejna fala telewizorów. Więc tak wygląda fizyczna reprezentacja wirtualnych „1394 pozycji”. I wtedy popełniłem pierwszy poważny błąd.

    Zobaczyłem sprzedawcę i zanim zdołałem opanować impuls zadałem pytanie. „Jaki mam wybrać telewizor i dlaczego nie ten od producenta A?”. Taki byłem sprytny. Myślałem że mój wybór był na tyle dobry, że sprzedawca uśmiechnie się i rzecze tak – „pana wybór jest świetny, poproszę pana pieniądze, tu jest pana telewizor, nie ma lepszego”. Nie powiedział tak. Popatrzył za to na mnie jak na impertynenta i z przekonaniem powiedział że – producent A to beznadzieja, paranoja i syf w jednym. Że go kupią, sprzedadzą i że zbankrutują. Że robią coraz gorsze sprzęta, do niczego się nie przykładają, tu i tam się coś pieprzy, matrycę ma nie wiadomo od kogo i nie bierz pan tego. Weż pan natomiast telewizory producenta B. Patrz pan jaki piękny, kolorowy, wyrazisty. I w każdym calu lepszy. I niech mi pan wierzy, tu na koszulce mam nazwę producenta C, kolega jest od producenta D ale bierz pan koniecznie tego tu od B bo tylko on sprawi że będzie pan szczęśliwy. A konkrety? Dynamika obrazu, czystość dźwięku, jakość wykonania, częstotliwość odświeżania (12 razy większa od tego u producenta A) i najważniejsze proszę Państwa – tu pan może sobie odtworzyć dowolny film który pan ściągnie z torrentów, a ten producent A to wie Pan, filmy kręci, muzykę nagrywa, na nic panu nie pozwolą. Będzie pan musiał za wszystko płacić (mówi to człowiek pracujący w sklepie który sprzedaje także i filmy i muzykę i oprogramowanie i książki… ). No ale.. ponieważ cenię sobie wolność i zwykle wierzę ludziom, przyjąłem opinię sprzedawcy za dobrą monetę, ale ponieważ jestem dzieckiem Internetu pomyślałem, że przed zakupem przynajmniej opinie o sprzęcie sprawdzę + okazało się że producent B nie dostarcza do tego sklepu tego modelu w tym rozmiarze co to mnie interesował.

    No to wracamy do punktu research – i znowu cholera wszyscy ten telewizor chwalą. Za kolory, za jakość, za matrycę. I cena lepsza od pierwszego typu. No ręce same składały się do oklasków, taką się mądrością wykazałem i do tego jeszcze zaoszczędziłem. Co więcej, telewizor w interesującym mnie rozmiarze jest do kupienia w innym sklepie offline’owym do którego też mam nie daleko. Widać gotówka w portfelu mnie swędzi – jadę kupować. W sklepie popełniłem drugi poważny błąd.

    Niczego się nie nauczyłem i zamiast jak w pełni świadomy i zdecydowany na zakup klient znowu na widok sprzedawcy zgłupiałem i ponownie nie umiałem opanować impulsu aby zadać to samo pytanie – jaki telewizor w tym rozmiarze mam wybrać? Sprzedawca bez wahania wskazał na upatrzony poprzednio model od producenta A. W tym miejscu wewnętrznie zawyłem. Drobnym pocieszeniem było to, że tuż obok polecanego telewizora wisiał ten co to mi go polecano poprzednio. Więc jakie argumenta? W zasadzie te same, tylko trochę na odwrót. Wykonanie, jakość, matryca, kolory. A częstotliwość odświeżania? Sztucznie nakręcana. Oba telewizory (rzekomo) mają taką samą częstotliwość sprzętową, ale można je „podkręcić”. I niech pan popatrzy na tę czerń – widzi pan? Ni cholery nie widziałem. To stańmy tu, teraz pan widzi? No teraz jakby bardziej.

    Zapytałem (powinienem już nauczyć się aby nie zadawać pytań, które komplikują sytuację) o to, czemu nie poleca mi telewizorów firmy C, która ma chyba najwięcej modeli na rynku i przygotowuje matryce dla większości oferowanych modeli. Bo pytałem o rozmiar 42’’, gdybym zapytał o inny, to i odpowiedź by była inna. To mnie bardzo upewniło w wyborze.

    Powinienem w tym miejscu podziękować, zapłacić i szczęśliwie udać się do domu z wielkim kartonem pod pachą. Powinienem, ale akurat w tym sklepie nie było tego modelu nie z wystawy. A jakoś tv powystawowego nie chcę kupować. Więc do domu, do Internetu, szukać oferty. I jest. I w Krakowie. I z odbiorem osobistym (za darmo). I to wszytko natychmiast. Biorę!

    Ale pierwsze – ponieważ telewizor ma takie a nie inne gabaryty, odbiór osobisty nie jest za darmo.
    Ale drugie – gotowy natychmiast, czyli do odbioru za trzy dni. (czy pisałem już, że nie lubię kupować przez Internet?)

    No to czekam. W ramach ciekawostek tylko dodam, że wymyśliłem sobie płaski telewizor, żeby go powiesić na ścianie. i fajnie by było, żeby móc go trochę odchylić (nachylenie wobec ściany a nie kręcić nim na boki). No to okazało się, że wybrałem sobie tivi, co to nie spełnia standardów uchytów. Karma, czyż nie?

    A jak już jesteśmy przy karmie, to jeszcze dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, przez najbliższe tygodnie śledzić mnie będą w Internecie sprzedawcy sprzętu RTV… Czas skasować cookie;)

    Spostrzeżenie drugie… Jak już mam (mieć będę) telewizor, trzeba będzie pomyśleć o telewizji… I to wcale nie musi być łatwiejszy wybór…

  • Hejt, hejt über alles

    Dziś chyba będzie krótko (chociaż obiecać nie mogę, ale w razie jak by co, to „to się wytnie”) i chaotycznie. Tematem hejt, który dotyka każdego z nas pod każdą możliwą postacią.

    Oczywiście, hejt nie jest niczym nowym i rozlewa się po sieci od dawna, w zasadzie powoli zaczyna się z niej wylewać. Nie mniej jednak jedno moje małe spostrzeżenie w temacie, nie uczymy się. Nie wyciągamy wniosków. Zamiast głodzić, karmimy trole. Zamiast ignorować – rechotamy. Czasem półgębkiem, czasem z niesmakiem, czasem nieco zażenowani. Ale to rechot słychać. I oczekiwanie na kolejne pożal się boże riposty.

    (więcej…)

  • Internet, tu przecież wszystko jest za darmo

    Z punktu widzenia użytkownika, w Internet to miejsce w którym wszystko jest, albo przynajmniej było, a przynajmniej może być – za darmo. Dostęp do najnowszych newsów – za darmo, dostęp do śmiesznych kotków, piesków i dzieci – za darmo, dostęp do znajomych i znalezionych przez nich śmiesznych kotków i piesków również oczywiście za darmo. Do komentarzy – za darmo, do zdjęć – za darmo. Do seriali, wydarzeń sportowych, najnowszych filmów, płyt – za darmo. You name it, they’ve got it. And they are giving it for free… Crazy, right? Right.

    Co więcej, rozmaitym firmom również zależy na tym, aby wiele tego, za co dotychczas kazali sobie płacić, dawać za free. Choćby po to, abyś tego posmakował. Abyś spróbował właśnie ich produktu. Częściowo takie zachowanie wymusza konkurencja – jeśli inni dają za darmo, to i Ty zapewne będziesz musiał, ponieważ w przeciwnym razie będą korzystać z rozwiązań cudzych, a nie z Twoich. (więcej…)

  • Czy spamerzy walczą ze spamem? I dlaczego to muszą być łebscy goście

    Jakie jest najskuteczniejsze, najbardziej efektywne narzędzie do komunikacji i reklamy w sieci? I to takie, które dzięki relatywnie niskim nakładom pozwoli w długiej perspektywie zarobić / osiągnąć najwięcej? Social Media? Mobile? Marketing wirusowy? Jeśli ktoś z czytających myśli źe display, to bardzo źle myśli. Podobnie zresztą jak wszyscy, którzy wybrali coś z przytoczonego wyźej zestawu. Emailing proszę drogich czytających. Choć mamy tyle różności do wyboru, w dalszym ciągu najlepiej działa direct email marketing. A najczarniejsza z mrocznych jego odmian jest spam.

    (więcej…)

  • Dlaczego piszę bloga, skoro go (prawie) nikt nie czyta?

    Musiałem dodać to prawie, żeby nie było przesadniego dramatyzmu. Ktoś czasem czyta. Co prawda prawie nikt nie komentuje, ale widać nie można mieć wszystkiego:-) natomiast wg liczb czytają nieliczni (nazwijmy Was na potrzeby waszego i mojego ego – elita) i czytającym wyjaśnię, czemu piszę.

    (więcej…)

  • [38-?] Dla polskich mediów świat się zatrzymał…

    … gdy Robert Kubica wypadł z trasy… Na wszelki wypadek wyjaśnię – mam nadzieję, że polski kierowca wyścigowy szybko wróci do zdrowia i wyczynowego wykonywania sportu, choć wcale nie będzie to proste.  Nie rozumiem natomiast, dlaczego polskie media – gazety, radia, telewizja i internet oszalały.

    Mamy poniedziałek, godzinę 21. Od wypadku minęły ponad 36 godziny, a mimo to nagłówki każdego większego serwisu internetowego krzyczą nagłówkami w stylu „PILNE!” „Nowe!” „Ważne” i tym podobne, a potem seria informacji o Kubicy. Nie wystarczy najważniejsza informacja. Co chwilę musi pojawić się nowy nius. Jakikolwiek. Nius o tym co mówi jego menager, jego lekarz, jego osobisty lekarz, jego przyjaciel, przyjaciel jego przyjaciela, przyjaciel przyjaciela jego przyjaciela, przyjaciel przyjaciela lekarza osobistego lekarza managera kierowcy.. Oszaleli wszyscy czy co?

    …czytaj dalej»