Gdybyś miał w swoim życiu przeczytać tylko dwie książki…

Na całe szczęście tytuł wpisu to nie moja rozterka, ale biorąc pod uwagę ile czyta statystyczny Polak, trzeba mieć świadomość z jaką materią mamy do czynienia;-) Posłużę się zatem cytatem z „Poranku Kojota”, filmu, który potwierdza tezę, że czasem nawet w bardzo złym filmie (a Poranek to jest bardzo zły film) trafiają się dobre momenty, dobre cytaty, celne spostrzeżenia. Zatem cytat z Dzikiego:

– W moim życiu przeczytałem dwie książki…
– Doprawdy? Co to było? „Poczytaj mi, mamo”?
– Jedna z nich to „Ojciec chrzestny*”. Gdybyś ją przeczytał, to wiedziałbyś, że pieniądze to nie wszystko, że nie zdradza się przyjaciół i nie dmucha ich żon. Ale, niestety, napchałeś sobie głowę jakimiś pierdołami o żabach i teraz na siłę próbujesz zainteresować tym innych. Nie, Krzysiu?

Krzyś to oczywiście Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, szef wszystkich szefów… tak, Poranek to naprawdę zły film. Ale ja nie o filmie chcę pisać, a o pewnej książce, ponieważ Dziki nie mówi, jaką drugą książkę w swoim życiu przeczytał, ale wydaje mi się, że wiem co to powinno być. Czytaj cały wpis

Co warto przeczytać?

Mam do Ciebie drogi czytelniku prośbę. Zwykle to ja dziele się swoimi rekomendacjami odnośnie tego, co warto przeczytać, teraz chciałbym odwrócić rolę. Chciałbym Cię prosić o to, abyś – skoro już trafiłeś na ten post – zostawił mi w komentarzu jedną / dwie pozycję, które w ostatnim czasie zwróciły Twoją uwagę.

Mogę Ci zagwarantować, że zapamiętam Twoją propozycję (i jej uzasadnienie, jeśli się na nie pokusisz). Nie zagwarantuję, że od razu sięgnę po to, co zaproponujesz, ale będę miał na uwadze Twoją sugestię i przyglądnę się jej przy najbliższych książkowych zakupach. Czytaj cały wpis

Polityka odarta z teatru – Polska 2005 – 2010

Czasem wystarczy jedno zdanie, jeden gest, jedna obserwacja, aby określić człowieka. Zdefiniować go. Nie po to, aby go zaszufladkować, ale po to, aby zobaczyć go w innym świetle. Aby lepiej zrozumieć jego decyzje, zachowanie, motywacje.

Potrafił zrzucić na ziemię marynarkę nielubianej osoby i wytrzeć w nią buty.

Wydaje mi się, że to zachowanie moglibyśmy śmiało przypisać Frankowi Underwoodowi. To ten typ postaci, którą moglibyśmy posądzić o tak… prymitywną zagrywkę. Rzecz – wydawałoby się – nie do pomyślenia w polskich realiach. Oczywiście, mamy swoich czarusiów i swoich oszołomów, ale nikt normalny się tak nie zachowuje. Żaden minister. Żaden wicepremier. Żaden premier się tak nie zachowywał. No chyba, że premier Tusk. A deptaną była marynarka Rafała Grupińskiego. I podobno nie brakowało świadków tego wydarzenia. Pisał o tym w 2014 Piotr Zaremba, pisze o tym Robert Krasowski w „Czasie Kaczyńskiego” i o tej książce dwa słowa. A raczej trzy argumenty dlaczego warto ją przeczytać.

I wcale nie chodzi o to, że to książka o Kaczyńskim i o Tusku, choć to książka o Kaczyńskim, Tusku. Ale też o czymś dużo ważniejszym i dużo ciekawszym. Czytaj cały wpis

Uważaj co opowiadasz – jeszcze to ktoś zapamięta…

Rules that make idea stick - Simple, Unexpected, Concrete, Credible, Emotional, Story

Coraz częściej łapię sie na tym, że prowadząc ciekawą rozmowę, lub odpowiadając na zadane pytanie nader chętnie stosuję zwrot (być może nawet zbyt często): „ostatnio czytałem o…” albo „w takiej a takiej książce, czytałem że…”. No i jestem świeżo po kolejnej lekturze i znowu głowa została nafaszerowana zestawem kilkunastu ciekawych opowieści, które zapewne przyjdzie mi stosować w najdziwniejszych okazjach;)

„Made to stick” to druga (po „Pstryk’u”) z książek braci Chipa i Dana Heath, z którą miałem przyjemność się zetknąć. Autorzy próbują znaleźć (a nawet twierdzą że znaleźli) odpowiedź na pytanie, dlaczego niektóre rzeczy zapamiętujemy, a inne nie. Pokazują dlaczego są błahostki lub głupstewka, które przyklejają się do naszych głów i pamięci bez żadnego wysiłku, a inne rzeczy pozostają dla nas nie zapamiętywalne, niezależnie od tego jak bardzo się staramy je wkuć na blachę.
Czytaj cały wpis

Pielgrzym – bardzo udana sensacja

Zacznę od Bardzo Dużego Porównania. Muszę od niego zacząć, choćby po to, abyśmy mieli to z głowy. Tę kulę armatnią, co to nią zaraz w płot trafię. Pielgrzym Terrego Heysa przywodzi mi na myśl Millenium Larssona. Ufff. Zapisałem to. Teraz się muszę wytłumaczyć i doprecyzować, że moim zdaniem, Pielgrzym jest prawie tak dobry jak Millenium. I dlaczego.

Pielgrzym, to sensacja, która w ciekawy, a równocześnie okrutny sposób punktuje naszą rzeczywistość. Nie wiem na ile historia, którą przedstawia może się wydarzyć (z technicznego punktu widzenia), ale nawet jeśli autor nadużywa lub koloryzuje pewne właśnie techniczne możliwości współczesnego świata, to śmiem twierdzić jest na tyle blisko prawdy, że mamy czego się bać.
Czytaj cały wpis

Big Short – ten film zdecydowanie warto zobaczyć

O tym filmie wielu z Was być może słyszało, wielu z Was go być może już widziało. Ta notka jest dla tych, którzy nie mieli tej sposobności i nie wiedzą co tracą. A absolutnie powinni ten film zobaczyć. Wszyscy. Nie tylko dlatego, że w dość brutalny sposób tłumaczy czym są ratingi i jaki maja wpływ na nasze życie.

Ostatnimi czasy niestety do kina wybieram się rzadziej. Po trosze dlatego, że brak okazji, po trosze dlatego, że brak jakiejś wielkiej determinacji do tego, żeby akurat do kina się wybrać. I zawsze niestety towarzyszy temu obawa, na jakie towarzystwo w kinie się trafi (i tak, wiem, trzeba chodzić do kin studyjnych, na filmy niszowe wtedy wszystko jest super – wybaczcie, to nie całkiem moja bajka). Ale też czasem są tytuły, przy których coś w człowieku drgnie.
Czytaj cały wpis

Co dobrego ostatnio przeczytałem – szybki przegląd

Zanim zachęcę (bo zwykle o zachętę mi chodzi) do czytania czegoś, co sam niedawno przeczytałem, odpowiem na niezadane pytanie – czy piszę o wszystkich książkach, które przeczytałem? Nie. I nie chodzi o to, że czytam więcej i nie chcę się chwalić (jakby było czym). Raczej chodzi mi o to, że o niektórych książkach nie wiem co napisać. A skoro nie wiem co napisać, to po co męczyć siebie i czytelnika… I nie chodzi nawet o to, że to złe książki. To mogą być dobre książki, tylko… ja nie wiem co o nich napisać. Dużo łatwiej mi się pisze, jak mam coś do powiedzenia.

Po pierwsze Lemetre i „Suknia Ślubna”. Autora już wychwalałem (tu i tu), a o samej Sukni słyszałem wiele dobrego i nie rozczarowałem się. Co prawda w moim prywatnym, raczej nigdzie nie publikowanym, rankingu wyżej stawiam trylogię Verhoveena, ale… Lemetrowi w Sukni udało się bodaj dwu czy trzykrotnie sprawić, że mi się bebechy z wstrętu, obrzydzenia, i szeroko pojętego niesmaku wywróciły. To ten moment, w którym szczęka spadła na podłogę a Ty nie masz siły jej podnosić, tym bardziej że doskonale wiesz, że nawet jak ją pozbierasz i dopasujesz, to jeszcze długo będziesz czuł niesmak w gębie po tym, co przeczytałeś. A równocześnie nie sposób się oderwać od lektury. Wciąga, łapie za fraki, szarpie za fraki, wybija zęby, sprawia, że ciarki po plecach wędrują w górę i w dół, a zegar litościwie wybija drugą w nocy, kiedy Ty po raz niewiadomojużktóry obiecujesz sobie, że ten teraz rozpoczęty rozdział będzie ostatnim. Ooooostatni. No prawie…

I tak, niezmiennie ustawiam trylogię wyżej, ale też do czytania Sukni gorąco, gorąco zachęcam.

Po drugie, „Wyspa na prerii” Wojciecha Cejrowskiego. Autor, tłumacz i redaktor (a przy tym rzecz jasna podróżnik) w jednym, każdą swoją książką sprawia, że mu zazdroszczę. Tego gdzie był, tego co przeżył, co zobaczył, z kim rozmawiał. Przy tym opisuje to w sposób tak lekki i tak prosty (absolutnie nie mylić z prostackim) że nie sposób mu nie wierzyć, tym bardziej, że czytając można odnieść wrażenie, że na jego miejscu mógłby być każdy (pod warunkiem, że miałby dość śmiałości aby kupić bilet za wielką wodę sprzedając przyniesioną na plecach lodówkę lub ruszyć do kraju gdzie posługują się językiem którego zupełnie (czyli że w ząb) się nie zna).

Połknąłem „Wyspę” i chcę na prerię. Chcę poczuć piach i kurz, chce poznać ten świat po PPP (Pierwszym Praniu Portek), chcę poznać ludzi, którzy tworzą Stado, a Stado zawsze człowieka zna lepiej, niż zna on siebie sam. I tu trochę smutna, zupełnie dziwna konstatacja… Coś mi się zdaje, że aby poczuć to „stado”, aby poczuć się dobrze wśród ludzi, trzeba być daleko od naszej rzeczywistości. I nie chodzi o to, że źle mi wśród ludzi, z którymi na codzień spędzam czas, chodzi raczej o to, jaki mam stosunek do szeroko pojętego społeczeństwa… a stosunek mam taki, że niestety wracając z dalekich wakacji słysząc polską mowę mam niejednokrotnie ochotę odwrócić się na pięcie… dziwne to uczucie. Jeszcze gorsze? Mniej mi doskwiera niemiecki szwargot… Ale to dygresja z książkami nie związana. Wyspę polecam. Choćby po to, by posmakować czym pachnie i zgrzyta odległy, odległy świat.

Jedno tylko mam małe ale… Wyspy nie ma na czytnik.. i nie chodzi o to, że źle mi się teraz z papieru czyta, ale… już jestem chyba ebookowym narkomanem i bardzo sobie cenię wygodę, która z tym się wiąże…

No i mała ciekawostka. Pamiętam, jaką falę hejtu musiał na siebie przyjąć Jarosław Kuźniar za historię o tym, że w Wallmarcie można wszystko kupić, a potem wszystko oddać. Trafił na sam szczyt szczytów Cebuladeals. I mając to na uwadze, proponuję przeczytać ze zrozumieniem opowieść WC o tym jak działa Wallmart i dlaczego tak właśnie działa ta sieć.

I jeszcze jedno polecenie, tym razem kolejny skandynawski kryminał (a raczej kolejny skandynawski autor kryminałów) – Jorn Lier Horst. Możecie śmiało poczytać Jaskiniowca, Psy Gończe (to już za mną) i Poza sezonem (to jeszcze przede mną). Żadne wielkie aj waj, ale za to porządne pisarskie rzemiosło. Ciekawi bohaterowie, niezgorsze intrygi, ale też nic nowego dla tych, co kryminały pochłaniają (nie twierdzę, że sam pochłaniam, ale wiele dobrych rzeczy do czytania polecam, i to też jest niezłe, natomiast jeśli ktoś ma ochotę na coś dobrego, to w ciemno niech bierze Lemetra).

No i właśnie… ponieważ w jakimś stopniu Millenium Larssona utożsamiam z impulsem, który ponownie pchnął mnie do czytania. Millenium czytałem kilka razy i pewnie jeszcze raz lub dwa mi się zdarzy… No i do tomu czwartego (Co nas nie zabije) podchodziłem nieufnie, ostrożnie i… Cóż, póki co pozostanie pozycją do przeczytania na później, choć zdarzyć się może, że będzie książką po którą nie sięgnę nigdy. Sami bohaterowie to nie wszystko, nawet intryga to nie wszystko. U Larssona mistrzowski był sposób zawiązywania historii, drobiazgi, które porywały i uwiarygadniały opowieść. Nowe Millenium, przynajmniej po pierwszych paru rozdziałach sprawia raczej wrażenie zabawy w „połącz kropki” czyli idź z punktu a do punktu b, gdzie dowiesz się o punkcie c, niż dobrą, wielowątkową powieść. Wiem, to prawie jak ocenianie książki po okładce, ale… myśl taka mnie czasem napada, zbyt wiele jest dobrych książek do czytania, i za mało czasu, żeby tracić czas na przekonywanie się do czytania książek, które na pierwszy (a także drugi i trzeci) rzut oka dobrymi nie są. Zwyczajnie nie ma sensu się męczyć.

Kilka luźnych spostrzeżeń

Skoro pojawia się myśl za długa na twitta, a zbyt krótka na wpis pojawia się pytanie, co z nią zrobić. Zapomnieć? Przeedytować, żeby zmieściła się w 140 znakach? Zakolejkować na lepsze czasy, które nie nadchodzą? Kiedy tych myśli w ciągu dnia zbierze się kilka jest łatwiej, można dla każdej zaplanować akapit, a potem to już jakoś będzie. Dziś atakowały myśli wychowawczo-religijne, a dalej to już tylko moje spostrzeżenia. Czytaj cały wpis

Przeczytane: Koronkowa robota chyba najlepszy (znany mi) kryminał…

Oj mocne słowa. Oj duże słowa. Oj… zasłużone…

W jakimś sensie jestem pies na kryminały. Pochłonąłem Larssona, Nesbo, Perssona, duety Hjorth&Rosenfeldt czy Rosslund&Hellstrom. Zaczytałem się w Ciszewskim, Miłoszewskim i Głuchowskim i wszystkie one są bardzo dobre a nawet świetne. A jednak mam wrażenie, że na ten moment powieści Lemaitre przejmują koszulkę lidera… Ocena to rzecz jasna subiektywna, ale emocje, które francuz funduje czytelnikowi… no zalecam ostrożność tym, którzy mają niezdrowy nawyk obgryzania paznokci…

O dwóch książkach Pierre Lemaitre’a (Alex i Ofiara) pisałem nie tak dawno i już one zostawiły po sobie świetne wrażenie… Ale zacznę od tego, że prawdziwego psikusa sprawił wydawca, publikując je w złej chronologii. Z przyczyn tylko jemu wiadomych, najpierw wydał część 2gą trylogii i komisarzu Camille Verhoevenie, potem część trzecią, a na deser zostawił czytelnikom historię, która stała się przyczynkiem całej opowieści.. Czytając w kolejności polskich wydań, niestety część czytelniczej przyjemności jest nam odbierana, ponieważ pewne wątki autor pociągnął przez całą trylogię, więc znając dalsze losy Camille’a siłą rzeczy znamy kilka istotnych zwrotów akcji, które przygotował dla nas Lemaitre.

Nie wiem czy przypadkiem czegoś nie zamieszałem. Zatem w prostych słowach – nie czytaj Alex i Ofiary przez Koronkową robotą, bo stracisz wiele przyjemności tego świetnego kryminału.

A poza tym… Lemaitre to moje tegoroczne odkrycie. Sam mówi, że chce pisać kryminały takie, jak Hitchcock. I… no cholera udaje mu się. Pisze o okrucieństwach na jakie stać człowieka, zabiera nas trochę w świat, który znać możemy choćby z 8mm (film taki…) a przy okazji wielokrotnie wpuszcza nas z gracją w maliny, o czym przekonujemy się dopiero wtedy, kiedy dłonie mamy podrapane przez chaszcze a policzki mamy pełne czegoś, co jeszcze przed chwilą malinami nam się zdawało. Opowieść wciąga, obrzydza, przeraża… Ale strasznie ciężko się od niej oderwać.

Koronkowa robota, a i cała trylogia to świetna rzecz. Nieprzespana noc i wypieki gratis.

Przeczytane: Alex i Ofiara, czyli kryminały po francusku*

O kryminałach Pierre Lemaitre’a słyszałem ledwie kilka razy. Wspomniał o nich ktoś w biurze, nie do końca pamiętając nazwisko autora, wspomniał o nim Zygmunt Miłowszewski opisując losy Teodora Szackiego. Ale te wzmianki miały widać w sobie coś z obietnicy i to całkiem niezłej obietnicy. Teraz, po ich przeczytaniu, z prawdziwą przyjemnością mogę polecić je dalej;)

Co wyróżnia powieści Lemaitre? Jak mało kto potrafi wodzić czytelnika za nos. O ile w przypadku wielu, wielu kryminałów można spodziewać się rozwiązania jakie przygotował dla nas autor i od pewnego momentu rolą czytającego jest towarzyszyć i kibicować bohaterom w ich nierównej walce, o tyle u francuza nigdy nie wiadomo, z której strony przypuszczony zostanie atak na nasze założenia, kiedy wpuści nas w maliny, a kiedy pociągnie za jakąś wajchę i trzeba będzie raz jeszcze mozolnie składać misterną układankę poszlak.

Nie ma tu wielkich intryg, spisków służb specjalnych. Nie ma mgły ani przeintelektualizowanych czarnych charakterów. Ale i tak opisane zbrodnie są nietuzinkowe i zuchwałe, a autor zagłębia się w mroku ludzkiej natury i nurza się z lubością w fantazjach ociekających obrzydliwością. Nie buduje wielkich konstrukcji, nie zasypuje odbiorcy zbędnymi opisami, oddaje raczej klimat wielkiego miasta, w którym „zło” jest… obecne… Zło, które towarzyszy nam jak sąsiad, którego w zasadzie nie znamy, o którym nic nie wiemy, ale jest zaskakująco bliski. Zło jest zaskakująco namacalne i… cóż, normalne. A potem z każdym zdaniem, stroną, rozdziałem atmosfera staje się gęstsza i dużo bardziej nieprzyjazna. I pojawia się dreszczyk… i nie opuści nas już nawet o krok.

Akcja wciąga, bohaterowie zarysowani ledwie kilkoma kreskami stają się naszymi przyjaciółmi, a ich problemy naszymi problemami. Nie wiedzieć kiedy mija godzina, druga, trzecia czytania, za oknem ciemno, w mieszkaniu cicho a Ty obiecujesz sobie, że jeszcze tylko jeden rozdział, jeszcze tylko jeden…

Pokuszę się o mało wyszukane porównanie – kryminały Lemaitre’a są jak ogr, mają warstwy. Więc kiedy myślisz, że już wszystko znasz i ogarniasz, odsłaniają się nowe smaki i konteksty. Wydawca postanowił nie być gorszy i przewrotnie chronologicznie pierwszy tom trylogii o inspektorze Verhoevenie postanowił wydać jako ostatni, więc teraz znając już finał historii, będę się dowiadywał jak to się wszystko zaczęło…

Tak więc ja sięgam po „Koronkową robotę” a Wam już teraz gorąco polecam „Alex” i „Ofiarę”

*Kryminały co prawda napisane po francusku, ale na całe szczęście przetłumaczona na polski, bo w przeciwnym razie wiele bym nie zrozumiał…