7 - tyle minut czytania

Na całe szczęście tytuł wpisu to nie moja rozterka, ale biorąc pod uwagę ile czyta statystyczny Polak, trzeba mieć świadomość z jaką materią mamy do czynienia;-) Posłużę się zatem cytatem z „Poranku Kojota”, filmu, który potwierdza tezę, że czasem nawet w bardzo złym filmie (a Poranek to jest bardzo zły film) trafiają się dobre momenty, dobre cytaty, celne spostrzeżenia. Zatem cytat z Dzikiego:

– W moim życiu przeczytałem dwie książki…
– Doprawdy? Co to było? „Poczytaj mi, mamo”?
– Jedna z nich to „Ojciec chrzestny*”. Gdybyś ją przeczytał, to wiedziałbyś, że pieniądze to nie wszystko, że nie zdradza się przyjaciół i nie dmucha ich żon. Ale, niestety, napchałeś sobie głowę jakimiś pierdołami o żabach i teraz na siłę próbujesz zainteresować tym innych. Nie, Krzysiu?

Krzyś to oczywiście Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, szef wszystkich szefów… tak, Poranek to naprawdę zły film. Ale ja nie o filmie chcę pisać, a o pewnej książce, ponieważ Dziki nie mówi, jaką drugą książkę w swoim życiu przeczytał, ale wydaje mi się, że wiem co to powinno być.

jest aż tak dobra?

Książka, której przeczytanie chcę Ci polecić nie jest najlepszą książką, jaką czytałem. Nie jest najlepiej napisaną książką ani nie jest zapewne najmądrzejszą książką jaką zna świat. To książka nie pozbawiona wad i manieryzmów. Zapewne nie jest też dziełem wyczerpującym i odpowiadającym na wszystkie możliwe pytania nawet z dość wąskiej dziedziny, której jest poświęcona. Tylko że to wszystko nie ma żadnego znaczenia.

To nie pierwszy raz gdy mocno zachęcam do jakiejś książki – zdarzyło mi się polecić Marsjanina albo Najgorszego człowieka na świecie jako te, które przeczytać trzeba koniecznie. Tu rzecz ma się trochę inaczej, ponieważ uważam, że jeśli miałbyś / miałabyś przeczytać w swoim życiu tylko dwie książki, to ta powinna być jedną z nich. Tak, wiem, cholernie mocna rekomendacja…Więcej. Założę się, że jeśli po tę książkę sięgniesz, będziesz polecać ją dalej. I nie zrobisz tego dlatego, aby dać zarobić autorowi, on radzi sobie całkiem nieźle 😉 Ale uznasz, że najwięcej skorzystają z tej książki ci, którym ją polecisz. To książka, której największą wartością jest korzyść, którą możesz wynieść po przeczytaniu jej. Tak… książka o największym ROI***…

Money makes the world go round

Od jakiegoś czasu interesuję się tym, jak mogę lepiej wydawać… zarządzać swoimi pieniędzmi. Nie wiem czy te myśli przychodzą z wiekiem, czy z doświadczeniem, wtedy gdy przygotowujesz się do wzięcia kredytu, gdy zastanawiasz się czy kupować sobie nowego ajfona, a może w którymś momencie zerkasz w druczek przesyłany od ZUSu i myślisz sobie – ktoś mnie tu robi w balona. Chociaż bliższa prawdy jest obserwacja „ktoś mnie tu dyma”. I zwykle tym kimś jest – świadomie lub nie – pan, pani, społeczeństwo. Aby nie dać się dymać, trzeba mieć wiedzę, jak się przed dymającymi bronić, albo co zrobić, żeby dymający uznali, że lepiej swoje zapędy kierować w inną stronę. Więc zaczynasz się rozglądać… I tak na horyzoncie pojawił się „Finansowy Ninja” Michała Szafrańskiego.

Blog Michała**-  Jak oszczędzać pieniądze znam, choć nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem wiernym czytelnikiem… raczej sporadycznym (bo przecież nie przypadkowym). Przesłuchałem kilka podcastów i nadal wolę Michała czytać niż słuchać, nawet jeśli słucha się go przyjemnie – to zapewne kwestia osobistych preferencji. Wiedziałem, że Michał chce wydać książkę o finansach osobistych i wiedziałem kiedy rozpoczął przedsprzedaż. Moim pierwszym zdziwieniem było to, że nie chciał oferować ebooka… Ja wsiąkłem tak bardzo w czytanie na kindle, że poczułem się niemal wykluczony. Na całe szczęście Michał poszedł na rękę e-czytającym i wersja „kup tylko ebook” została dodana.

Kupować, czy nie kupować…

Miałem wątpliwości przed zakupem. Popatrzyłem na opis, popatrzyłem na cenę i pomyślałem sobie że „Finansowy Ninja” to książka droga, przereklamowana. Że zawarta w niej wiedza jest na pewno powszechnie dostępna i że głównym celem autora było zarobienie na niej. Poprawka. Nie zarobienie na niej – co w żadnej mierze nie jest złe – tylko na nich. Czyli na nas. Na jeleniach, którzy zapłacą za cudowne metody i proste drogi do finansowego sukcesu. Za prawdę objawioną. Na całe szczęście ciekawość przeważyła i… teraz grzecznie polecam książkę dalej;-)

Michałowi zazdroszczę sukcesu, bo patrząc po wynikach jakie publikuje – zarobił. Dla mnie jako czytelnika najważniejsze jest przekonanie, że zarobił „na mnie” uczciwie. A jego sukces nie polega na tym, jaki ma przyrost na koncie, lecz na pozycji jaką sobie tą – nomen omen – pozycją, zbudował / potwierdził.

Książka jest dość droga (kiedy porównuję ją do średniego kosztu zakupu kupowanych przeze mnie książek), a wydawca (a zarazem autor) nie przewiduje na nią promocji ale to nadal świetna oferta. It’s a bargain, jak mawiają za małą wodą. Płacisz mniej, niż warte jest to, co dostajesz. Czyli książka droga nie jest. Nie jest też przereklamowana, co najwyżej jest niedoreklamowana i między innymi stąd moja minicegiełka polecająca. Że to wiedza powszechnie dostępna? Owszem. Że za darmo – owszem. Ale.. to wiedza uporządkowana, usystematyzowana i skondensowana. I za to warto zapłacić.

Więcej niż książka o pieniądzach

Finansowy ninja to moim zdaniem książka nie tyle o finansach, ile elementarz zdroworozsądkowego patrzenia na świat. Nasz świat. Twój świat. Twoją rzeczywistość i Twoje potrzeby. I podpowiedź, jak możesz się z nimi zmierzyć i wyjść z przestrzeni, która ogranicza Cię teraz, lub czujesz że będzie ograniczać Cię w przyszłości. Podpowiedź, że to jak będzie wyglądać Twoje życie zależy w największej mierze od Ciebie. Michał nie daje cudownych recept, ale skłania do myślenia. A to bardzo cenię.

Powtórzę raz jeszcze – to elementarz. To zachęcenie do popatrzenia na codzienność inaczej. To wskazanie reguł, którymi świat jest poukładany i podpowiedź, które z tych reguł warto stosować, a które kwestionować. To zaproszenie do sięgnięcia po więcej wiedzy.

Do czego mnie skłonił? Hmm… z co drugiego ekranu autor krzyczy do mnie „zmień pracę, zmień pracę, zmień pracę…”. I kiedy już wydaje mi się, że się do tej myśli przyzwyczaiłem, zmienia taktykę i pyta „to co, zmieniłeś już, zmieniłeś?”. Wkurzasz autorze, wkurzasz.

Czy Finansowy Ninja jest dla każdego? Moim zdaniem tak. Każdy kto od czasu do czasu zastanawia się jak będzie wyglądać jego przyszłość, powinien tę książkę przeczytać. Każdy, kto łudzi się, że przyszłość będzie łatwiejsza, powinien tę książkę przeczytać, żeby rozwiać swoje wątpliwości. Każdy kto wie, że przyszłość łatwiejsza nie będzie, powinien tę książkę przeczytać, bo albo dostanie do ręki narzędzia, które ułatwią mu przygotowania, albo uporządkują już zbudowany warsztat. I – co równie ważne – będzie wiedział jaką książkę poświęconą finansom osobistym polecać znajomym. Nigdy nie jest za wcześnie, ani za późno żeby tę książkę przeczytać. Serio, cholernie warto.

Więcej niż książka

Swoją drogą, pisanie o Finansowym Ninjy jako o książce jest też małym niedopowiedzeniem. To czego na pierwszy rzut oka nie widać, to ilość materiałów jakie Michał zgromadził i udostępnia swoim czytelnikom nie w książce, a w sieci. Jestem diablo ciekawy, takie zboczenie zawodowe, jak będą z tego korzystać czytelnicy. Czy sięgną po te wszystkie bonusy, kalkulatory, historie do których autor linkuje… Trochę się boję, że to zostanie niezauważone, a szkoda, bo ogrom pracy włożony w zgromadzenie tego materiału musiał być ogromny. No i jestem ciekaw na ile czytelnicy wersji papierowej będą przepisywać linki…

Mam prośbę, jeśli zdecydujesz się na przeczytanie FN (albo już ją czytałaś / czytałeś) zostaw proszę w komentarzu informację, czy zamierzasz się informacją o niej podzielić ze znajomymi. Jestem zwyczajnie ciekaw, czy wygrywam zakład;-)

* Ojciec Chrzestny – absolutnie trzeba przeczytać

*** nie, nie jesteśmy na Ty.. nawet się z Michałem nie znamy, ale w Internecie wszyscy jesteśmy sobie równi… i równiejsi;)

*** Return on investment. Doh.