Kategoria: O książkach, filmach, serialach

Czytam książki, oglądam filmy, chłonę seriale. Wychodzę z założenia, że nie ma sensu tracić czasu na złą rozrywkę – złe filmy, złe książki, złe seriale (chyba że chodzi o The Following, to tak zły serial, że nie mogę się od niego oderwać).

Aby więc inni czasu nie tracili, staram się podzielić swoją opinią i rekomendować to, co sam uważam za dobre. Albo zwrócić uwagę jak coś jest naprawdę bardzo złe. Bardzo, bardzo złe. Wtedy ostrzegam. Chyba że chodzi o The Following, wtedy jest to tak złe, że nawet go polecam*).

*Taka moja prywatna zemsta.

  • Książka, którą musisz przeczytać

    O tej książce chciałem Ci powiedzieć.. nie, chciałem Ci o niej krzyczeć chwilę po tym, jak zacząłem ją czytać, ale się bałem. Bałem się tego, czy jest tak dobra jak myślę, że jest. Czy nie zmieni się w coś złego w między czasie. Bałem się tego, jak się skończy. Im bliżej byłem końca, tym bardziej się bałem. I tym lepsza stawała się ta książka. Tak, to książka, którą warto przeczytać.

    Jakie jest Twoje wewnętrzne zwierzę?

    Czytałem i chciałem Ci ją podsunąć pod nos i dać Ci do czytania. Żebyś ją znał / znała. Żeby Cię porwała. Żeby Cię przestraszyła. Żeby Ci otworzyła oczy. Bo to książka, którą warto przeczytać.

    To nie jest łatwa książka. To nie jest lekka książka. To nie jest śmieszna książka. To cholernie trudna, poważna i ciężka rzecz. Ale warto ją przeczytać.

    Wiek internetu przyniósł jeszcze większe kuriozum: lubienie czegoś ironicznie. To jest dopiero tarcza przeciwuderzeniowa, to jest dopiero potworniak emocji. Beka ze wszystkiego. Beka z moherów, beka z gimbazy, beka z siebie. Wyśmiejmy wszystko i tylko w głębi swojego pluszowego serduszka uważajmy, że coś nam się podoba, ale się do tego nie przynawajmy. Wyśmiejmy, bo nie wiadomo, jak nas ocenią. A tak – czysta karta. Spokój. Nic z siebie nie pokazaliśmy, te rzeczy są takie bekowe hehehehe.

    Na początku roku pisałem o Marsjaninie – ale wiesz, to zupełnie inna kategoria wagowa. Marsjanin to fraszka, igraszka, rozrywka. Tu masz boksera z superciężkiej, który nawala w Ciebie tym, co mu Bozia w genach dała. Pod żebra, na wątrobę, prosty, sierpowy, hak, podbródek. Taka kombinacja rodem z Mortal Kombat. Zapraszam do ringu z Tysonem, bo wiesz, to książka, którą warto przeczytać.

    Nie wiem, czy ona jest „na prawdę”. Nie wiem, co jest obserwacją, a co odczuciem autorki. Nie wiem o kim jest mowa, ale to moim zdaniem rzecz prawdziwa. To książka, którą warto przeczytać.

    To chyba pierwszy raz, kiedy w Kindle’u zacząłem robić notatki. Takie zdania zaznaczać, małe i duże. Dobre. Mięsiste. Konkretne. Zdania z książki, którą warto przeczytać.

    Chciałbym umieć tak pisać. Nie chodzi o styl, chodzi o treść. Chodzi o odwagę. O obserwacje, o umiejętność przebicia się z przekazem. Myślę, że gdyby te nawet gdyby to miała być jedna jedyna rzecz, którą autorka napisała, to było cholera warto. To książka, do której będę wracał. Bo to książka, którą trzeba przeczytać.

    XX wiek był wiekiem nerwic i histerii. XXI wiek jest wiekiem depresji i nałogów.

    To książka, o której myślisz. Która zmusza Cię do myślenia (pierwsze i drugie zdanie, to nie jest to samo i nie oznacza tego samego). To książka, której będziesz się bać. I od której nie będziesz się mógł / mogła oderwać. Przypomni Ci się, kiedy będziesz oglądać swój ulubiony serial, jeść spóźnione śniadanie czy pić zasłużoną kawę. Będzie Ci towarzyszem. Bo to książka, którą warto przeczytać.

    Mnie wzięła z zaskoczenia. Nie wiem, czemu mi wpadła w ręce. Nie spodziewałem się o czym będzie. Nie czytałem chyba nikogo, kto ją chwalił. Może była na nią promocja, czy coś… ale wiesz… chcę żebyś ją przeczytał / przeczytała. Może to ja będę Twoim przypadkiem. A Ty idź, czytaj. Bo to książka warta przeczytania.

    Ja się domyślam, że jesteście znudzeni tematem, że ciągle to samo, że byście woleli poczytać sobie o piłce nożnej albo wylicytować coś na Allegro.

    Ale sorry, chuj, ja mam tu misję i są ważne rzeczy do dowiedzenia się.

    Małgorzata Halber, „Najgorszy człowiek na świecie”. Książka, którą warto przeczytać.

  • Marsjanin – przeczytaj koniecznie

    Dziś króciutko i na temat, bo wolę książki czytać, niż o książkach pisać. Zresztą nie zamierzam pisać streszczenia;-)

    Andy Weir – Marsjanin, czyli zmagania astronauty (choć w zasadzie kosmicznego pirata) o przetrwanie na czerwonej planecie, kiedy zostaje pozostawiony (przez czysty przypadek, co sam wielokrotnie powtarza i przypomina) na tejże planecie sam. I co najważniejsze, nie traci przy tym głowy (ta się przydaje) i poczucia humoru. I NASA prawie mu nie przeszkadza;) (A NSA tylko trochę podgląda) I prawie wszystko robi tam jako pierwszy. Brzmi jak science fiction? Well, to jest science fiction ale za to bardzo dobre science fiction. miejscami techniczne, ale można to autorowi wybaczyć, bo przecież dzieli się swoją pasją, a przy okazji stara się udowodnić że wszystko co opisuje mogłoby się wydarzyć na prawdę (albo się wydarzy, jak już zaczniemy Marsa podbijać…)

    Książka wciąga, bardzo wciąga. Tak bardzo, że nie sposób się od niej oderwać. Książka też bawi – nie przypominam sobie, kiedy ostatnio rechotałem do lektury, a tu rechotałem nie raz i nie dwa, a wiele, wiele razy. Książka jest też doskonałym materiałem na film (który już kręcą). Prawdziwie przyjemna beletrystyka. Niezależnie od tego czy lubisz fantastykę czy nie (ja nie przepadam), niezależnie od tego czy podobał Ci się Robinson Crusoe, niezależnie od tego ile masz lat i ile masz czasu. Tę książkę powinnieneś / powinnaś, musisz (a co, znalazłem wersję bezpłciową) przeczytać. Bo to bardzo dobra rozrywka. Więc jeśli czytasz tylko jedną książkę w roku, to w 2015 wybierz Marsjanina. Nie pożałujesz, może nawet podziękujesz i podasz dalej:) A kto wie, może uznasz, że warto czytać 😉

  • Czas na spowiedź z lektur…

    Jak ja nie lubię łańcuszków… a łańcuszków internetowych w szczególności… i właśnie dlatego postanowiłem w ciągu trzech dni zabawić się w dwa. Wprzódy dałem się oblać zimną wodą (i to dwukrotnie) a teraz czas odpowiedzieć na zaproszenie Piotra i pochwalić się dziesięcioma książkami, które… hmm… po prostu uważam, że warto przeczytać;-) I stąd też ta notka. Lista będzie „z dodatkami” i z próbą wyjaśnienia czemu tak a nie inaczej. Mój top 10, ale bez nadawania kolejności.

    Ojciec Chrzestny – wariacja wokół cytatu z „Chłopaki nie płaczą”. Jeśli w całym swoim życiu miałbyś przeczytać tylko dwie książki, niech Ojciec Chrzestny będzie jedną z nich. Za „propozycję nie do odrzucenia”, za „going to mattresses”, za klimat, za rodzinę Corleone…

    Książki Malcolma Gladwella – jeśli już bym musiał jakąś wymienić to albo Błysk, albo Outliers, ale polecam wszystkie książki jego autorstwa. W ciekawy, przyjazny sposób przybliża nieoczywiste związki między wydarzeniami z naszej rzeczywistości. Nie nie, żadne tam teorie spiskowe, raczej ekonomiczne lub socjologiczne konsekwencje działań jednostek lub grup.

    Kontynuując ten klimat polecam gorrąco twórczość duetu Levitt&Dubner, czyli panów od Freakonomii, SuperFreakonomii i Think like a freak. Ci panowie to niejednokrotnie jadą po bandzie, wywracając wszystko co opisuje Gladwell;) Kwestionują korelacje, wytykają błędy w rozumowaniu, stawiają niewygodne pytania… Tak, sama przyjemność czytania;)

    Charles Duhigg i „Siła Nawyku”. To jedna z tych książek, którą wystarczy przeczytać a potem na wielu spotkaniach przetargowo / agencyjnych słucha się o jednym takim 'kejsie z Waszej branży’ gdzie taka jedna sieć dzięki odpowiedniemu profilowaniu swoich klientów mogła odgadnąć kto i kiedy spodziewać się będzie dziecka a to z kolei pozwoliło im na lepsze dopasowanie ofert… Tak… Warto przeczytać tę książkę, żeby znać „tę wiedzę tajemną” 😉

    Ostatnia z cyklu „zawodowego” – Under the radar; Talking to today’s cynical consumer – polecone przez Mariusza, Bartka i Pawła (zwanego Stefanem) fascynująca opowieść o tym, jak mówić / pisać / komunikować do konsumentów, żeby chcieli ten komunikat odebrać i jak bardzo jest to niezależne od medium. Dużo, dużo, dużo ciekawej wiedzy.

    Zmieniając zupełnie klimat – „Gringo wśród dzikich plemion” czy „Rio Anaconda” autorstwa Wojciecha Cejrowskiego. Połyka się to tak, jak młode foki ryby. Nie sposób się oderwać od lektury i żal tylko, że przy żadnej z opisywanych przez WC historii nie było nas, bo każdą z nas chciałoby się przeżyć samemu, lub wraz z nim.

    Rafał Ziemkiewicz – ale tylko opowiadania. Politycznie gdzieś się w tak zwanym międzyczasie rozjechaliśmy, zbiorów felietonów czytać nie lubię, ale – wybór opowiadań zebranych w „Coś mocniejszego” to absolutna rewelacja. Styl, język, pomysły. Autor wkręca czytelnika po mistrzowsku. I jeszcze robi to z niepowtarzalną łatwością;-)

    Archer… Powieść „Co do grosza” lub zbiory opowiadań „Kołczan pełen strzał” czy „to cut a long story short” – kolejny geniusz krótkiej, lekkiej formy. Świetny obserwator rzeczywistości mający dużo szczęścia do tłumaczy;-)

    Widać koniec;-) Sapkowski i Wiedźmin. Cała Saga wraz z oboma tomami opowiadań. Za obserwację życia;-) Za język, za fantazję, za Geralta, Regisa, Yennefer, Ciri i Jaskra. Za ich przygody, perypetie i morze humoru. I za runy wyryte na krasnoludzkim sihilu.

    Wreszcie last but not least – Stieg Larsson i Millenium. Za to, że dzięki niemu znowu rozkochałem się w czytaniu. Za to, że wciągnął mnie w świat skandynawskich kryminałów. Nie wiem, czy gdyby nie Millenium, sięgnąłbym po Nesbo, Perssona, Kallentofta, Mankela, Hjorhta/Rosenfeldta czy Roslunda/Hellstroma.

    Na liście nie zmieściły się (ale warto o nich wspomnieć) przyjaciel z dzieciństwa – Winnetou oraz kryminały Le Carrego.. które absolutnie mają swój urok i – byłbym zapomniał – Dumas wraz z Muszkieterami i Hrabią Monte Christo…

  • [Przeczytane] Big short – pozycja obowiązkowa, mimo koszmarnego tłumaczenia

    Jeśli interesują Cie procesy i mechanizmy rządzące współczesnym światem, jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego niespłacone amerykańskie kredyty odbijają i odbijać się będą głośna czkawką w całej Europie, jeśli chcesz wiedzieć dlaczego warto trzymać się z daleka od rynku papierów mniej lub bardziej wartościowych (na którym gracze coraz bardziej przypominają nałogowych hazardzistów) koniecznie sięgnij po ”Big Short” Michaela Lewisa. Jeśli tylko możesz, sięgaj po oryginał, bo tłumaczenie za które zapłaciło (no chyba że ie zapłaciło) wydawnictwo SoniaDraga woła niekiedy o pomstę do nieba…

    O co chodzi z tym tłumaczeniem? Moim zdaniem, nawet jeśli można przymknąć oko na „ukończenie studiów z honorami” czy „mrocznego krzyżowca” (zgadnij o kim mowa…) o tyle te właśnie drobiazgi sprawiają, że z… pewną taką nieśmiałością trzeba przyjmować wszystkie informacje o syntetycznych CDA i ich pochodnych jakie w książce się pojawiają. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy pani tłumacz nie schowała nam jeszcze jakiegoś kwiatka.

    Mimo wszystko polecam tę książkę. Otwiera oczy i każe stawiać wcale nie łatwe pytania.

    Ps. Czytając, pamiętaj o tym, że nie wszystko co opisywane jest jako przejrzyste z perspektywy czasu, było takie oczywiste i jednoznaczne dla tych, którzy w opisywanych wydarzeniach brali udział.

  • Przeczytane: Ścieżki chwały

    Z Jeffreyem Archerem „znamy” się już kilka książek. Zaczęło się parę lat temu od „Co do grosza” – polecam, potem był „Kołczan pełen strzał” – ciekawy zbiór opowiadań. Potem kilkuletnia cisza przełamana „Więźniem urodzenia”, który choć warsztatowo niezły i czytało się go nieźle, był tak bardzo bliski Hrabiego Monte Christo że aż bolały zęby, co odbierało przyjemność z lektury. Prawie dwa lata temu, na wakacjach sięgnąłem po „To cut a long story short”, czyli kolejny zestaw opowiadań i się z Archerem przeprosiłem;)

    Za to ścieżki chwały, to zupełnie inna opowieść… To fabularyzowana historia grupy śmiałków, która odważyła się zdobyć Czomolungmę. To także historia o miłości, przyjaźni, rywalizacji i chorobliwej potrzebie spełniania marzeń, nawet tych, którym towarzyszy mroźny oddech niebezpieczeństwa.

    Archer pisze tak, że ciężko się oderwać. Co więcej, pisze tak, że rozbudza wyobraźnię czytelnika, wciągając go w samo centrum wydarzeń. Czytając „Ścieżki chwały” raz po raz trzeba sobie przypominać o tym, że to tylko fabuła inspirowana pewnymi faktami, a nie dokument. To wizja autora, a nie prawda historyczna. Ale tak porywająca, że aż chce się wierzyć, że miała miejsce a opisywani bohaterowie byli własnie tacy, jakich poznajemy ich na kartach powieści. Archer sprawia, że chcę sięgnąć po losy podobnych jak Mallory śmiałków, którzy mieli dość odwagi czy też głupoty, będąc przy tym na tyle bezczelni, by sięgać po niezdobyte.

    Warto spróbować – wciąga;)

  • Obejrzane: Dziewczyna z tatuażem

    Jeśli komuś zależy na recenzji w pięciu słowach i dwóch znakach interpunkcyjnych, oto ona: „Tak, ten film warto zobaczyć.” A teraz nieco dłuższa wypowiedź.

    Zaczynając od wad – ten film nie zaskakuje, przynajmniej w warstwie fabuły. Ta sama zagadka, ci sami bohaterowie, te same wątki. Co prawda są drobne odstępstwa (np. reżyser uznał, że Blomkvist nie będzie sypiał z każdą napotkaną kobietą i nie spędzi kilku miesięcy w odosobnieniu) ale są to takie drobiazgi, że nie ma sensu się do nich przywiązywać. I jeśli chodzi o wady to w zasadzie tyle;)

    Film trwa 160 minut (chyba że obsługa Multikina najpierw uzna, że widownia nie potrzebuje napisów, a potem stwierdzi że warto trzykrotnie powtórzyć pierwsze pięć minut przeplatając je czarnym ekranem) i te minuty się nie dłużą. Historia opowiedziana przez Larssona jest oddana wiernie, choć widać że Fincherowi brakuje jednak dokładności, by adaptować książki z wprawą Polańskiego (u którego odnosi się wrażenie, że kolejne sceny to kolejne rozdziały w książce – jak w Pianiście czy GhostWriter’ze). Aczkolwiek jest to o niebo lepsza próba przeniesienia na ekran historii Lisbeth i Mikaela, niż ta którą podjęli Skandynawowie.

    Przy okazji – Craig udowodnił, że jest kimś więcej, niż tylko świetnym Bondem – ogląda się go z prawdziwą przyjemnością.

    Warto było na ten film czekać. Teraz, z rozbudzonym apetytem pozostaje oczekiwać kolejnych dwóch części… Bo przecież nas tak nie zostawią w pół poczęstunku.. póki co, na zabicie czasu, sięgam ponownie po Millenium. Z prawdziwą przyjemnością;)

  • Przeczytane: Steve Jobs

    Podobno wszyscy to teraz czytają – taki wysyp poświąteczny. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale dobra wiadomość jest taka, że przynajmniej ludzie coś czytają i że nie jest to Fakt. Nie sądzę, aby biografia Steve’a Jobsa odmieniła czyjeś życie, natomiast pozwoli mu z bliższej odległości spojrzeć na faceta, który odmienił nasz świat. Nie robił tego w białych rękawiczkach, ani z uśmiechem na ustach. Nie robił tego też bezbłędnie i niejednokrotnie niszczył wszystko (w tym siebie) co nie zgadzało się z jego wizją. Ale to dzięki niemu mamy takie fajne gadgety 😀

    Isaacson napisał książkę, której podtytuł mógłby brzmieć „Niedaleko pada Apple od Steve’a”… cholernie zintegrowane światy. Warto przeczytać, ale całość jest jak produkty z Cuppertino – należy je podziwiać, ale nie należy próbować zaglądnąć do środka – z założenia wewnątrz też jest wszystko idealne. To tak samo historia Apple jak historia Jobsa… bez zdrapywania farby i lakieru, bez zdejmowania obudowy i bez sprawdzania jaki tak naprawdę był Steve… Biograf chyba postanowił tą ocenę pozostawić czytelnikowi..

    Polecam.

  • [Przeczytane] Kryminałem Skandynawia stoi

    Już o to chyba kiedyś pytałem – czym się różni kryminał skandynawski od amerykańskiego? Otóż bardzo prosto, w amerykańskim kryminale zaczyna się od morderstwa, potem jest śledztwo, a na końcu jest rozwiązanie. A w skandynawskim? W skandynawskim wszystko zaczyna się od mgły, mrozu i ogólnej chlapy. A potem leci jak w amerykańskim:)

    Oczywiście, Millenium Larsona po pierwsze rozbudziło wielki apetyt, a po drugie postawiło bardzo wysoko poprzeczkę. No i jak dobry kryminał, wyszło poza łamy samej powieści, nagle okazało się, że wcale nie jest pewne, czy autor jest autorem i czy przypadkiem czytelnik, aby w pełni mógł zrozumieć co (nie)autor miał na myśli, potrzebuje do książki klucza. Zaraz po Larsonie otworzył się wysyp podobnych książek. Oczywiście, nie znaczy to wcale, że wcześniej nie było niczego, wcześniej był Kurt Wallander stworzony przez Mankela, ale o nim przydała by się osobna notka. Aby zaspokoić wielki głód skromnej części społeczeństwa – przypominam, wg badań Biblioteki Narodowej, jedynie 12% polskieog społeczeństwa czyta 6 i więcej książek rocznie – zaczęto ściągać skandynawskich pisarzy na tony. Lackberg, Marklund, Persson, Nesbo, Nesser – wszyscy oni zagościli na półkach naszych księgarni. I każdemu z nich, moim zdaniem, daleko do klasy Larsona. Ale o dwóch autorach i dwóch seriach tu wspomnę.

    Po pierwsze, Leif GW Persson zaprasza w zupełnie inny świat, a może raczej ten sam świat, za to w zupełnie innym stylu. Na obwolucie „Między tęsknotą lata, a chłodem zimy” przeczytałem, że zdaniem Bartosza Węglarczyka jest to lepsze niż historia Lisbeth i Blomkvista.. Nie jest. Ale też dopiero w połowie drugiego tomu zrozumiałem, że nie jest to też tak złe, jak mi się z początku wydawało. Persson zaprasza w świat karykatury, satyry i szydery. W świat bez znieczulenia, gdzie prawie każdy policjat to pijak, erotoman i debil. W najlepszym razie faszysta. Długo przyszło mi wchodzić w ten klimat, ale jak już się człowiek rozezna i wyczuje, jest co smakować. Warto przeczytać, choćby po to, aby poznać Szwecję z nieco innej perspektywy.

    Po drugie Nesbo, czyli cięta norweska riposta na szwedzkie dania. Niezła. Co prawda akcja dość wolno się rozwija, ale jak już człowiek przysiądzie, to nie będzie mógł się oderwać. Bo to smaczne.. okazuje się, że historia rozpitego komisarza z Oslo, który nie słucha sie nikogo i nader często łamie wszelkie obowiązujące zasady, który pakuje się w trudny związek z piękną kobietą, a do tego traci bliskich przyjaciół… no ta historia jest ciekawa. A to wystarcza. Swoją drogą, po tym opisie, mam wrażenie, że Nesbo po prostu wsadził House w rolę gliny, a zamiast vikodyny wsadził mu w rękę flaszkę. Wychodzi na to, że my lubimy takich bydlaków, pod warunkiem jednak, że nie będziemy zmuszeni zetknąć się z nimi twarzą w twarz…

    Ciekawe co jeszcze wyłoni się z tej północnej, wilgotnej mgły…

  • [3] Przeczytane – SuperFreakonomia

    W tej chwili mam na półce kilka otwartych książek, a mimo to skusiłem się na SuperFreakonomię. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że czytałem Freakonomię i mi się podobało. A ta nowa pozycja to ciąg dalszy ekonomicznych rozważań Levitta i Dubnera. Dwóch mądrych gości, którzy potrafią w prostych słowach opowiadać o trudnych zjawiskach i o poważnych konsekwencjach błahych działań. Jak się okazuje, nie każdy wielki problem potrzebuje wielu miliardów dolarów aby go rozwiązać, czasem wystarczy kilku mądrych ludzi, którzy potrafią wykorzystać sztukę dedukcji i obserwacji. Co więcej, okazuję się także, że nie wszystko jest takie oczywiste, jak mogłoby się nam wydawać – czasem wystarczy zadać jedno ważne pytanie odpowiedniej osobie, i tym sposobem cała nasza teoria posypie się szybciej, niż domek z kart. Duet autorów uczy nas patrzeć i widzieć, podpowiada nam czego powinniśmy szukać, aby lepiej rozumieć mechanizmy rządzące światem i – co najważniejsze – pokazują gdzie szukać oręża w walce z ogłupieniem. Oręż, który już wkrótce będzie bezcenny.

    Polecam.

    PS. A jeśli spodoba się wam świat opisywany przez ekonomistów, zerknijcie na książki Malcolma Gladwella – nie będziecie zawiedzeni.

  • [5] Obejrzane: Kings speech – warto iść do kina

    Faworyt tegorocznych Oskarów, w końcu zdobył 12 nominacji, w tym za najlepszy film, dla najlepszego aktora w roli pierwszo i drugoplanowej, także dla najlepszej aktorki, więc film, na który można sobie ostrzyć ząbki (kontrargument, że przecież Titanic jest słuszny, ale akurat w tym miejscu nietrafiony).

    Geoffrey Rush, Helena Bonham Carter i Colin Firth (w tej kolejności) dają radę. Jest śmiesznie, refleksyjnie, kiedy trzeba smutno. Jest przyjemność z oglądania, nie ma zbędnego a często we współczesnych filmach nadużywanego bez rozwagi rechotu.

    Film pozwala zerknąć w świat rodziny królewskiej w trudnych, przedwojennych czasach, choć oczywiście trochę tą rzeczywistość przekłamuje, ale nie do tego stopnia, aby była od faktów oderwana – to po prostu opowieść o królu Jerzym VI z takiej, a nie innej perspektywy. To fabuła, nie dokument, więc takie uproszczenie nie przeszkadza.

    Każdego kto lubi filmy odrobinę historyczne, kto nie idzie do kina po efekty specjalne, kto lubi błyskotliwe dialogi i świetne aktorstwo powinien ten film zobaczyć. I nie będzie żałował:)