Tag: wakacje

  • Kilka obrazków z Cypru

    Będzie nudno i monotematycznie. Bo tylko słońce i plaża i morze a potem znowu plaża, znowu słońce i znowu morze… I wiecie co… Czy komuś to przeszkada?

    [nggallery id=48]

  • 1:0 dla Cypru

    Zasypiasz przy szumie morskich fal… Budzisz się przy szumie morskich fal. Nie słyszysz żadnego jowialnego zawołania na modlitwę z Minaretu, słyszysz tylko kojący szum fal rozbijających się o… falochrony. Budzi Ci, jaskrawe i grzejące do nieprzyzwoitości słońce, a także świadomość, że przynajmniej przez najbliższych kilka dni będziesz mieć wszystko gdzieś. Nawet gdzieś możesz mieć posiadanie wszystkiego gdzieś. Piękny poranek.

    Dlaczego 1:0? Gdyż albowiem chcąc niechcąc porównuję wakacje na Cyprze do wakacji w Egipcie. Już znam wynik, ale dla przyzwoitości (i aby nie odebrać resztek złudzeń tambulcom z Doliny Królów) będę punktował ostrożnie.

    Różnice? Pisałem już o morzu za oknem? Dorzucę jeszcze otwartą plażę, którą można spacerować ile dusza zapragnie i nogi pozwolą. Brak wszędobylskich arabskich przyjaciół, brak wciskanych na siłę ofert zrobienia mi dobrze, za to cisza, spokój i szum fal. Jedzenie – bez porównania lepsze. Bardziej europejskie, bardziej zróżnicowane.

    W takich okolicznościach przyrody nie pozostaje nic innego, jak położyć się plackiem i wygrzewać kości, które powoli zapominają o panującym w Polsce mrozie. Prawie zapomniałem jak wielką przyjemnością jest wychodznie na świerze powietrze bez czapki, szalika, rękawiczek i puchowej kurtki, za to boso i w japonkach, a jedynym kremem, o którym trzeba pamiętać jest ten do opalania… Polecam:-)

    Z cyklu mądrości rezydenta:
    – tu wszyscy ludzie mówią po angielsku, nawet starsze generacje ludzi [w tym momencie poczułem się jak Golf IV]
    – gdybyście się Państwo zgubili, proszę pamiętać, że hotel znajduje się nad morzem i w tę stronę należy się kierować [Idziemy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja]
    – kolejna wycieczka (…) wyjazd o 9:30 nad ranem [śpioszek z pana rezydenta]

  • Czym różni się podróż na Cypr od podróży do Hurghady?

    Szykuje się mała powtórka z rozrywki. Dwa lata temu postanowiliśmy skorzystać z okazji i gdy w Krakowie szalały mrozy, śnieźyce i różne inne przypadłości zimy postanowiliśmy wybrać się do Hurghady. Tamtą podróż przeźyłem, swoje przecierpiałem i opisałem wszystk zaczęło się już w samolocie…

    Aby tradycji stało się zadość, i tym razem kilka słów kreślę lecąc kilka tysięcy stóp nad ziemią, ale po kolei.

    Po pierwsze, dlaczego Cypr? Gdyż… Nie jest Egiptem, a to już zasadnicza zaleta. Może się zatem okazać, że będzie mniej „przyjacielski”, ale może za to nieco łatwiejszy w odpoczynku. Co więcej, był to wybór oparty rzecz jasna także o elementy ekonomiczne – jakość do ceny, ale w znacznej mierze logistyczne. Okazuje się bowiem, że z Krakowa w tym okresie latamy tylko do północnej Afryki. Więcej ciekawych połączeń jest rzecz jasna z Warszawy, ale… Z Warszawy bardzo chętnie latamy o 5/6 nad ranem. Pora dobra jak każda inna, ale nie dla takich zatwardziałych Krakusów jak ja:-).

    Po drugie, choć piszę zasuwając w przestworzach z prędkością popnad 800km/h, dzisiejsza podróż zaczęła się od kolejowej przejażdżki liniami TLK. Dworzec główny w Krakowie przywitał nas dobrą nowiną, gdyż nader seksowny, choć ledwie słyszalny a przez to mało zrozumiały głos dworcowej informatorki poinformował nas, że pociąg z (bodaj) Wrocławia do (bodaj) Zamościa co tu miał być proszę Państwa już dobre kilkanaście minut temu przyjedzie i owszem, ale za około 60minut, przy czym opóźnienie może ulec zmianie w każdą ze stron. Nie ma to jak dobra nowina przy kilkunastostopniowym mrozie… Na nasze (moje i mojej lepszej połowy) szczęście skład do stolicy był o czasie, podobnie jak znaczna grupa zainteresowanych transportem podróżnych (poprzednie zdanie powinno być krótsze i brzmieć: zwaliła się kupa luda i każdy chce do Warszawy). Ponieważ wykazaliśmy się wrodzonym sprytem i inteligencją, dzięki zajęciu odpowiedniej pozycji startowej zdołaliśmy zapewnić sobie miejsce w przedziale (wrodzona inteligencja podpowiada nam, że z czasem trafią się sprytniejsi i warto zawczasu pomyśleć o miejscówkach). Trzy godziny później zameldowaliśmy się na Centralnym.

    Korci mnie, żeby przejść do punktu trzeciego, ale.. W orzedziale trafiliśmy na ciekawego przedstawiciela młodzieży. Nie wiem czy robił to celowo, ale czarując rozmową swoją towarzyszkę podróży sprawiał, że wszyscy staliśmy się zakładnikami jego mądrości. Trzy godziny nic niewnoszącego bełkotu o piłce nożnej, o tym kto jest jakim super strzelcem i ile miljonów ojro ktoś gotów jest za niego zapłacić… Informacje transferowe przeplatane były spostrzeżeniami o współczesnej młodzieży i ich trudnym losie… Wszystko to poparte zmęczonym spojrzeniem… Tak bardzo zmęczonym, że trzeba się było wyłożyć na blacie raczej jak człowiek pozbawiony kindersztuby niż jak panisko. Współczułem sobie, współczułem współpasażerom ale także dziewczynie, która spijała ten jego słowotok…

    Czas na „po trzecie”. Zatem po trzecie, chyba dojrzewamy. Zapleczem, zachowaniem… Coraz więcej z nas podróżuje, coraz częściej latamy i samolot przestaje być dla nas powoli „wydarzeniem o którym opowiadać będą wnuki naszych wnuków” choć wciąż człowieka zaskakuje ludzka pomysłowość. Wzięlibyście pizzę na pokład? Ale taką w kartonie, dowiezioną chyba bezpośrednio na lotnisko… No wymyśliłibyście coś takiego? A nasi potrafią:-)

    Po czwarte… Z jednej strony loty są chyba jednak moczopędne, bo toalety maja wzięcie ogromne. Zaczynam rozumieć koncept biznesowy Ryanair’a, który uznał, że warto zrobić w samolocie toalety płatne. Po czwarte prim, choć na wysokości kilkutysięcy metrów człowiek się robi niewątpliwie głodny jak wilk i spragniony jak kania dżdżu, to nie ma takiej gastrofazy, która by skłoniła mnie do zrobienia zakupów w podniebnym buffecie. Za to zawczasu trzeba przygotować sobie całe oprowiantowanie, a napoje (niekoniecznie wyskokowe) zakupić w bezcłówce. Ech, zachowuję się jak krakowski centuś… Znaczy nie daję umrzeć tradycji.

    Po piąte, drobne rzeczy, które potrafią doprowadzić Cię do szału. Podróżujesz, w zasadzie nie ma znaczenia czy daleko czy blisko,male najczęściej nie podróżujesz w samotności, a jeśli to wyprawa zbiorowymi środkami transportu, to zwykle jest tak, że Ty siedzisz za kimś, a ktoś siedzi za
    Tobą. Ty stajesz na uszach, żeby nie przeszkadzać tym osobom, a one robią to samo,mtylko dokładńie na odwrót. Typ przed Tobą nie widzi problemu żeby rozwalić się na fotelu i cofnąć oparcie tak, aby jego zagłówek znajdował się przy Twoim nosie – ba, on nawet nie widzi powodu aby łaskawie się odwrócić i spytać czy akurat Tobie, akurat w tym momencie to nie przeszkadza. Z kolei typ za Tobą z lubością wybija w Teoim oparciu kolanami jakieś południowo afrykańskie rytmy. Może to i przygotowanie do masażu, ale przepraszam najuprzejmiej jak mogę i na przyszłość proszę, błagam, uprzedzam… UPRASZA SIĘ O NIE NAPIER…LANIE W MÓJ FOTEL! Do you comprahend?

    Podsumowując, podróż z Krakowa do Limassol zajmuje bagatelka 13 godzin, i składa się z transportu pieszego, tramwajowego, pociągowego, samolotowego, autobusowego i autokarowego (brakuje chyba tylko łódki i wrotek do kompletu). No ale kiedy umordowany docierasz do hotelu i widzisz morze, słyszysz morze, czujesz morze, wtedy wybaczasz wszystko…

  • Being Down Under – pierwsze chwile w Airlie Beach

    Kiedy człowiek wybiera się w ponad tysiąc kilometrową podróż, powinien liczyć, że u jej celu będzie miał conajmniej pozytywną odpowiedź na pytanie, czy warto się tam pchać… Postaram się udzielić takiej odpowiedzi pod koniej tej notki, a w post scriptum zamieszczę dwa austalijskie sposoby na zadawanie bólu przybyszom ze świata zewnętrznego…

    Poprzedni wpis zakończyłem na St. Lawrence, miasteczku wyjętym z niskobudżetowego westernu. Kiedy tam zasypiałem, nie byłem pewien czy to bardziej Miasteczko Twin Peaks, czy motel z 'From dusk till down’. Z jeden strony grozę budziły najprzeróżniejsze dźwięki, które dochodziły nas zewsząd a conajwyżej tekturowe ściany nic nie tłumily. Ani muzyki country, ani niosących się głośnych rozmów biesiadników, ani nawet ciężkich kroków, które odbijały się szerokim echem w wąskim korytarzu w nocnych ciemnościach. Pozostało tylko liczyć na to, że pozostali zmęczeni podróżni nie okażą się krwiożerczą ekipą pod wezwaniem, a nawet jeśli, to że nas oszczędzą… Na szczęście nawet tak zwariowana noc kiedyś się kończy.

    Rankiem spotkaliśmy się z częścią hotelowych gości i wymieniliśmy pełne zrozumienia spojrzenia i grupowo uznaliśmy, że pobyt w tym miasteczku zdecydowanie należy zapisać w swoim życiorysie jako 'once in a life time experience’, co niniejszym robię.
    (więcej…)

  • Getting Down Under – dzien 0

    To będzie długi dzień. Cholernie długi. Dość powiedzieć że zaczął się wczoraj o 17, a skończy jutro koło południa, a i to przy dobrych wiatrach. Wydawałoby się, że kiedy człowiek nic nie robi, w końcu albo czeka na samolot, albo czeka aż ten samolot doleci tam, gdzie człowiek zdąża, to się nie męczy. Ostatecznie jak bardzo męczące może być siedzenie? Otóż bardzo. A im dłużej człowiek czeka, tym bardziej się męczy i tym bardziej go ta podróż nuży. Co prawda, kiedy się już doczeka, to powinno się okazać, że ten cały wynikający z NICzego 'wysiłek’ był tego wart.. To się jednak dopiero okaże.

    Pisałbym po kolei, ale nie jest łatwo pokusić się o spójny, logiczny opis wydarzeń, kiedy głowa twierdzi, że jest godzina 11, zegary przekonują że jest 16, a tyłek mówi że nie na najmniejszego znaczenia to, która jest godzina, ważne że jemu – tyłkowi znaczy – jest ciężko i niewygodnie. A perspektywa kolejnej 'wysiedzianej doby’ przyprawia o dodatkową porcję niechęci.

    Pierwsza obserwacja… Między lotniskiem we Frankfurcie a tym w Bangkoku różnica jest mniejwięcej taka, jak między wysokiej klasy mercedesem, a tajską wersją automobilu. Tzn, są pewne podobieństwa. Są terminale, samoloty i obsługa, ale kiedy spróbować z tego dobrodziejstwa skorzystać, cóż.. Wtedy właśnie pojawiają się subtelne różnice. W Niemczech, nawet jeśli nie wiesz nic, nie znasz języka i tak naprawdę marzysz tylko o tym, aby znaleźć własny lot – wszystko wydaje się proste. Z punktu A idziesz do punktu B, wiedziony strzałkami opisanymi 'hey człowieku idący z A do B! Twoja droga jest TU’; a jak nie skumasz, to masz wokół siebie ludzi, którzy chętnie pomogą.

    Nie to, że Tajowie nie mają takich znaków i takiej ochoty niesienia pomocy zbłąkanym turystom. Rzecz w tym, że trudno im ufać… I znowu nie chodzi o to, że źle im z oczu patrzy, tylko oni jacyś tacy są sami nieprzekonani do tego, co mówią. Dość że z angielskim są raczej na bakier (odezwał się rozwydrzony europejczyk) to jeszcze mają swoje pomysły na wszystko. Co jest argumentem aby wejść do strefy bezcłowej? Boarding pass? Skądże, znacznie cenniejszy jest wydruk przypominający bilet, choć nieweryfikowalny. A próba zadania pytania o miejsce czekania na odlot, złożonego z więcej niż 6 angielskich słów kończy się rozbieganym wzrokiem pełnym niepokoju… No i jak tu się nie martwić, czy bagaż doleci tam, gdzie dolecieć powinien…

    Obserwacja druga – najlepszym komplementem dla kobiety jest prośba o wylegitymowanie się przy próbie zakupu alkoholu… Co prawda będzie się boczyć, ale za to w sercu miast krwi popłynie miód. Moja próba wytłumaczenia Stewardowi, że to moja własna, osobista żona spaliły na panewce, a jedynym argumentem skłonnym go przekonać był paszport. Odjął kobiecie 9 lat… Gdyby któryś silnik odmówił posłuszeństwa, moglibyśmy polecieć na energii jaką wzbudził ten prosty zabieg komplementacyjny…

    Wreszcie… Po raz pierwszy doświadczyłem mitycznego 'overbookingu’. Na dwie godziny przed odlotem, załoga poinformowała, że przewoźnik sprzedał więcej biletów niż ma miejsc i szuka Ochotników, którzy w zamian za coś więcej niż uścisk dłoni pilota zgodzą się na zmianę połączenia. I co ciekawe, ochotników było wielu… W sumie się nie dziwię, skoro za taką 'drobną’ uprzejmość można było zyskać voucher na śniadanie, jakiej upominki i – bagatelka – 600€. My się na to rozwiązanie nie załapaliśmy. I nie to, że nie próbowaliśmy. Po prostu naszych lotów nie opłacało im się przestawiać… Cóż… C’est la vie.

    Wnioski. Na lotnisku czas płynie wolniej, człowiek męczy się szybciej, a nawet jeśli uda mu się gdzieś przyczaić i zdrzemnąć, to nawet ten sen jest jakiś taki… Ulotny. No nic – najwyższy czas przestać marudzić. Trzeba twardym być, nie miętkim i przetrwać. No nic, do przeczytania, do jutra.

  • Getting down under – dzień -1

    Ten rok staje się bardzo, ale to bardzo podróżniczy. Po styczniowej wyprawie do Hurghady, czas wybrać / wyrwać się gdzieś dalej.. Dużo dalej. Tak daleko, że dalej wybrać się ciężko.

    Na dzień przed wyjazdem stają przed człowiekiem dziwne pytania i nader dziwnie merdają pytajnikami. Co ze sobą zabrać, a nawet istotniejsze – czego ze sobą nie brać. Co będzie potrzebne, a co lepiej kupić na miejscu i wreszcie kwestia kluczowa – jak te wszystkie rzeczy spakować, aby zmieścić się w limicie 20stu kilogramów. Co samo w sobie nie jest rzeczą łatwą, a gdy współpodróżnikiem jest piękna kobieta, która ma swoje potrzeby – ubraniowo-butowo-kosmetyczne, staje się to niemal niewykonalne.

    Noc przed wylotem można też snuć plany – czego spodziewam się po podróży, co planuję z niej przywieźć i czy na pewno mam wystarczająco dużą kartę pamięci w aparacie… Na wszelki wypadek chyba dokupię jeszcze jedną…

    Noc przed wylotem zastanawiam się, jak uda mi się przetrwać najbliższe 72 godziny, ponieważ zapowiadają się trzy bardzo męczące doby… No cóż, w końcu pierwszy raz będę usiłował dostać się na najprawdziwszy koniec świata…

    Noc przed podróżą czas na przegląd zabieranego sprzętu. Laptop zostaje na miejscu. Co jak co, ale jeśli tylko jest to możliwe, to wolę oszczędzić sobie dodatkowych 3kilogramów. W podróż zabieram więc niemal wszystko mający telefon, którym znacznie łatwiej pisze się takie wpisy, niż na pięknie grającym produktem nadgryzionego jabłka. Po prostu są takie sytuacje, w których aż chce się krzyknąć klasyczna qwerty rulez!

    Noc przed podróża człowiek ma ostatnią okazję aby wyspać się we własnym łóżku. I właśnie wtedy żona proponuje, że może by się tak jednak przepakować raz jeszcze…

    No cóż, przetrwamy… Mam nadzieję… Póki co jednak, Australio gotuj się! Nadchodzimy!
     
     

  • Pustynia, jak pustynia, czyli pierwsze zdjęcia z Hurghady

    Wróciłem. Padam na pysk po podróży i tych paru dniach wypoczynku. Na „smaka” wrzucam kilka zdjęć, które mogą się Wam spodobać;) Jeśli się spodobają, kto wie, może odważę się wrzucić kolejne;)

    [nggallery id=8]

  • Ucieczka od rzeczywistości – wypad do Hurghady

    Mam trochę dość. Dość zimy, rzeczywistości, nawet komisji śledczej (każdej jednej) mam. Zamiast wsłuchiwać się we wnioski formalne i nieformalne pyskówki naszych przefajnych parlamentarzystów, wybywam stąd. Daleko, ba – nawet na inny kontynent. I to nie sam, bo z Żoną. I to swoją własną żoną;)

    Jaki jest plan? Odpocząć. Co prawda nie wiem jak to będzie wyglądać, ponieważ będziemy wylatywać z Krakowa gdzie jest -10 stopni Celsjusza, a dolatujemy do Hurghady gdzie ma być + 20… no i jak tu się ubrać? No jak? (więcej…)