Dawno dawno temu, jeszcze zanim byli premierzy polowali kamieniami na dinozaury, polska reklama przekonywała, że cukier krzepi. A potem okazało się, że i owszem, jest w cukrze energia, ale coraz bardziej uświadamiamy sobie (a może raczej uświadamiane nam jest) że w nadmiarze cukier jednak szkodzi i uzależnia. Tylko jest tak słodki (i tak wszechobecny) że trudno go sobie odmówić. Tym bardziej, że nie szkodzi już, natychmiast, od razu. Jak przystało na każdego truciciela, nie spieszy się, za to plony zbiera jak złoto (wniosek – cukier umie w odroczoną satysfakcję).
Facebook, działa troszkę jak cukier, bo zrozumiał, że potrzebujemy małych przyjemności. Najlepiej dużo, nawet jeśli nie dużych. Badania pokazały, że facebookowe reakcje, powiadomienia, komentarze w odpowiedzi na nasze posty i inne aktywności w tym serwisie działają na nasz mózg, który utożsamia je z przyjemnością i tryska dopaminą jak nastolatek bez opamiętania. Od tego też się uzależniliśmy i bez wielkiego zastanowienia sięgamy po więcej i domagamy się częściej.
W sposób absolutnie fantastyczny Facebook zrozumiał, że wystarczy dawać poczucie satysfakcji i łechtać odpowiednie ośrodki w mózgu, a ludzie na niemal każdym poziomie wiedzy, zamożności i odpowiedzialności lądują na głodzie. A FB, jak przystało na mądrego dealera, zarabia, odpowiednio dawkując i wyceniając działki. A na głodzie są teraz i jednostki i instytucje i poważne biznesy, które na FB muszą być. Przy czym, jak już tam wejdziesz, to… po Tobie.
Kilka lat temu, kiedy zaczynałem czuć, że zawodowo nie czuje się tak dobrze, jak wydawało mi się, że można się w pracy czuć, zacząłem rozważać skorzystanie z pomocy kołcza. Niestety, nie znalazłem człowieka, w którego umiejętności i wiedzę uwierzyłbym na tyle aby w to wsiąknąć, a równocześnie Janusz powiedział mi:
Wit, dam Ci kilka testów, a tak w ogóle, to zrób sobie okno Johari, to Ci pomoże.
Nie miałem pojęcia czym Okno Johari jest, ani jak się za nie zabrać. Ale teraz właśnie chcę oddać w Twoje ręce przygotowane przeze mnie narzędzie / stronkę, która pozwoli Ci takie własne okno stworzyć (bezboleśnie i darmowo) i dowiedzieć się trochę o sobie.
Wszystko dlatego, że mocno wierzę w Feedback, którego (obawiam się) nie umiemy sobie dawać. A – jak się przekonuję na własnej skórze – okno Johari jest zadziwiająco skutecznym pretekstem do rozpoczęcia ciekawych rozmów, które same w sobie mogą być… i przyjemne i potrzebne i ciekawe.
W odpowiedzi na wyzwanie rzucone przez Facebooka, zaczęliśmy przyglądać się sobie samym z przed 10 lat. Zabawa się rozniosła i zerkamy w to, jak zmieniła się rzeczywistość przez ostatnią dekadę. Czasem przykładamy do tego filtr smutku, czasem żartu, czasem nostalgii… Zerkamy ciekawi tego, co się zmieniło i czy na lepsze.
Już wspominałem, że często piszę, ponieważ to jest mój sposób na uporządkowanie swoich myśli, wyrzucenie z siebie tego, co w w mojej głowie się składa i jaką tworzy całość. Zwykle wystarczy to spisać aby osiągnąć pewnego rodzaju wewnętrzny spokój. Czasem zresztą dobrze zapomnieć o tym, co się napisało… może być wstyd to czytać.
I tu właśnie pojawia się pytanie do samego siebie. Jak pisałem 10 lat temu? O czym pisałem? Czy będzie mi wstyd to czytać? Poniżej tekst napisany 10++ lat temu, bez poprawek, bez retuszu.
O teście Gallupa nie myślimy na co dzień. Rozważamy go, gdy czujemy dyskomfort albo rośnie w nas śmiałość do zmian. Przełom roku, to moment w którym dopatrujemy się przestrzeni do zmian także w naszym życiu. Stąd pomysł na spisywanie podsumowań roku, tworzenia noworocznych postanowień, snucia nowych planów, stawiania nowych celów. Nawet jeśli w to nie wierzymy, nawet jeśli nie mamy w zwyczaju poświęcać na wymienione zajęcia czasu czy uwagi, czujemy że nadarza się okazja do zastanowienia się nad tym, czy przypadkiem nie zacząć działać inaczej.
Dla mnie nowy rok zbiegł się z zachodzeniem w głowę nad… sobą? Nawet jeśli nie robiłem tego świadomie, to trochę więcej niezagospodarowanego czasu dało przestrzeń na pojawienie się wątpliwości i pytań, co do tego jak się czuje i na ile jestem zadowolony z siebie. Kiedy dodać do tego 119 podcast Michała Szafrańskiego, czara się przepełniła i trzeba było coś z tym, ze sobą zrobić. Samo nie przejdzie.
Padło na spróbowanie testu StrengthsFinder / CliftonStrengths. Z tym pomysłem flirtowałem już jakiś czas temu (mniej więcej wtedy, kiedy szukałem swojego chcę – swoją drogą nadal / znowu szukam). O tym teście wspominał oczywiście Michał, ale o ile dobrze pamiętam takźe Rafał Agnieszczak w bardzo ciekawej rozmowie u Włodka Markowicza. Wtedy SF wydawał mi się drogim i zbędnym kaprysem (tu odzywa się we mnie wewnętrzny Krakus). Teraz uznałem, że chcę spróbować i że potrzebuję i potraktuję to jako mój własny prezent noworoczny. Albo głupio wydane pieniądze.
O czym przeczytasz w tym artykule:
Test Gallupa to badanie, którego zadaniem (na podstawie prostego rozpoznania Twoich preferencji) jest wskazać i nazwać Twoje mocne strony. W wyniku testu otrzymasz nie tylko ich nazwy, ale także opis każdej cechy oraz podpowiedź, jak możesz tę cechę lepiej wykorzystać, jak mogą odbierać ją inni, o czym musisz pamiętać mając taki właśnie „talent”.
Wyjaśnię, czemu zdecydowałem się na zakupienie testu Gallupa – kierowała mną ciekawość, irytacja (z własnych niemożliwości) oraz gotowość do opisania swoich wrażeń i opinii po badaniu.
Moja ocena? Uważam, że warto (jeśli Cię na to stać) przejść przez ten test. Dlatego, że możesz zdobyć kilka ciekawych podpowiedzi jak mądrzej wykorzystać swoje atuty, łatwiej zrozumiesz czemu niektórzy rozumieją Cię na opak i jak sobie z tym poradzić.
W artykule znajdziesz też informację szczegółową na temat cech, które zostały rozpoznane u mnie, zobaczysz jak dokładnie są opisane i jakim językiem. Możesz sprawdzić na ile te odpowiedzi będą wartością dla Ciebie.
To opracowane przez Instytut Gallupa (za wikipedią to najstarszy instytut badania opinii społecznej na świecie) badanie złożone ze 177 pytań na podstawie których określane są mocne strony (tak zwane talenty) badanego.
Każde pytanie to prezentacja dwóch, niekoniecznie jednoznacznie przeciwstawnych stwierdzeń, a zadaniem badanego jest określić swoje stanowisko wobec tych stwierdzeń za pomocą pięciostopniowej skali (zdecydowanie stwierdzenie a, raczej stwierdzenie a, obojętne, raczej stwierdzenie b, zdecydowanie stwierdzenie b). Na każde pytanie przyznane jest 20 sekund, a przeprowadzenie testu trwa około 30 minut.
Test pozwala na indywidualne ułożenie 34 cech, ale także, na podstawie udzielonych odpowiedzi, dookreślenie, podpowiedzenie jak te cechy należy rozumieć w danym przypadku.
Samo badanie jest realizowane w języku polskim, ale wynik dostałem po angielsku. Wynikiem jest raport określający kolejność 34 cech oraz na tej podstawie dookreślenie głównej domeny danego człowieka (wykonawca / sprawiacz, influencer, strateg, człowiek od relacji)
Pierwsze 10 cech jest opisane szczegółowo, z uwzględnieniem bardziej szczegółowej charakterystyki i znaczenia (zwłaszcza pierwsze 5), są też podpowiedzi jak te talenty wykorzystać i jakie mogą nieść ze sobą ograniczenia. Pozostałe cechy są potraktowane pobieżnie i ich opis jest zamknięty w dwóch zdaniach.
Dlaczego się zdecydowałem na test?
Ciekawość. Czy takie badanie może mi pomóc nastawić osobisty i zawodowy kompas? Czy dowiem się z niego czegoś, co otworzy mi oczy? A może to jednak błaga?
Irytacja. Skoro czuję się w kropce i nie umiem się z niej za własne kudły (wszystkie długowłose żarty proszę sobie schować) wyciągnąć, to co mi szkodzi spróbować, zwłaszcza że… czym ryzykuję? Nie wydaję na to swoich ostatnich pieniędzy, nie odmawiam sobie niczego.
Możliwość. Dziś stać mnie na taki kaprys. I była promocja (choć nie wiem od jak dawna obowiązuje, ani jak długo obowiązywać będzie) więc za test zapłaciłem 50$.
Natura blogera.. W najgorszym razie miałbym podstawy do tego, aby krzyczeć – nie rób tego, nie warto. A gdzie miałbym o tym krzyczeć, jeśli nie na niecodziennym;)?
Warto było robić sobie ten test?
W dwóch słowach – tak, warto,
W większej liczbie słów… tak warto, ale jest on raczej narzędziem porządkującym niż objawiającym ukryty świat. To jak z książką Radka Kotarskiego – włam się do mózgu. Żadnych wielkich odkryć nie przynosi, a warto znać, bo może się przydać. I szkoda nie znać:)
Pewnym zaskoczeniem było dla mnie to jak wiele i jak celnie – na moje oko – można kogoś rozczytać / opisać na podstawie trwającego 30 minut relatywnie prostego ćwiczenia.
To co jest cenne, to wspomniane podpowiedzi jak te swoje talenty wykorzystać, jak je zastosować, aby były orężem w codziennym, także zawodowym działaniu. Jeszcze więcej dają mi chyba spostrzeżenia związane z tym jakich „martwych pól” mogę nie zauważać, kiedy zachowuje się – z mojego punktu widzenia – jak każdy. To też cenna podpowiedź, na co zwrócić uwagę, co akcentować kiedy chcę być lepiej zrozumiany, albo z jakiego zachowania otoczenia nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków i jak się wobec niego zachować.
Ostatnia korzyść to pewne uspokojenie. Jestem dość świadom swoich wad i ograniczeń. Wiem jakie są bolączki bycia Witem, co z kolei dość łatwo potrafi mnie rozstroić i wtrącić mnie w stan rozkmin na wszelakie tematy skojarzone z umiejętnością ogarniania tematów życiowo ważnych. Ten test podpowiada mi – gościu, daleko Ci do ideału, ale masz tu pare takich umiejętności, które pomogą Ci zadbać o dach i strawę.
No to jakie (według badania) mam talenty?
Deliberujący – ludzie, którzy przywiązują dużą wagę do podejmowania decyzji i dokonywania wyborów, przewidujący trudności.
Indywidualizacja – ludzie, interesują ich unikalne cechy każdego człowieka. Maja umiejętność znajdowania sposobów na budowanie efektywnej pracy zespołu.
Ideowcy – ludzie, którzy są zafascynowani ideami, zdolni znajdywać połączenia wśród pozornie niepowiązanym zdarzeniami
Gromadziciele – ludzie, którzy czują potrzebę gromadzenia i archiwizacji. Mogą zbierać informacje, idee, przedmioty a nawet znajomości.
Uzdrowiciele – ludzie, którzy dobrze radzą sobie z rozwiązywaniem problemów. Dochodzeniem do tego, co działa źle i jak to naprawić.
Intelektualiści – ludzie, którzy lubią, by pracowała im główka. Często analizują siebie, cenią wartościowe dyskusje.
Rządzący – umiejący przejąć kontrole nad sytuacją i podejmować decyzje
Pewni siebie – ludzie przekonani do wartości swoich działań i decyzji. Wierzą w swój wewnętrzny kompas.
Analitycy – ludzie, którzy szukają powodów i przyczyn. Mają zdolność wyłapywania czynników które wpływają na daną sytuację.
Przystosowujący się – ludzie, którzy potrafią iść z nurtem. Osadzeni w tu i teraz, przyjmujący rzeczywistość, jaka jest, o jutrze myślący… jutro.
Wymienię jeszcze kolejne 5, bo ciekawe;) Empatia, Uczeń, Osiągacz, Rozwijacz innych i Budujący relacje.
Jeśli chodzi o moja domenę, to test wskazuje na stratega. Także teges, zawodowo zgadza się całkiem nieźle. Równocześnie cecha „strateg” wylądowała u mnie dość daleko, bo na 25. pozycji… ja tu widzę rozbieżność:)
Jestem bardzo ciekaw na ile Twoim zdaniem te cechy są moimi talentami? Na ile dostrzegasz je w kontakcie ze mną, na ile umiem z nich korzystać?
A na co, zdaniem testu, powinienem uważać?
Jak wspominałem, oprócz kolejności talentów i ich opisu, dostaję także podpowiedzi dotyczące tego, czego mogę nie być świadomy, lub też na co powinienem zwracać uwagę. I te wzmianki podobają mi się nawet bardziej. Zreszta sami zobaczcie kilka przykładowych:
Twoje ostrożne i poważne spojrzenie na świat może sprawiać, że jesteś postrzegany jako zdystansowany, skryty i jako osoba do której trudno się zbliżyć, która nie daje zbyt wielu pochwał. Pamiętaj o tym zwłaszcza gdy ważni w Twoim życiu ludzie oczekują od Ciebie potwierdzenia i akceptacji.
Możesz mieć trudność w realizowaniu koncepcji, które tworzysz. Poszukaj kogoś, kto pomoże Ci zrealizować Twoje najlepsze pomysły.
Możesz mieć tendencję do dawania ludziom tak wielu informacji lub źródeł, że może to ich przytłoczyć. Zanim podzielisz się swoimi odkryciami, rozważ wybranie tych najbardziej wartościowych, aby nie stracili zainteresowania.
Inni mogą myśleć, że widzisz tylko ich wady lub niedoskonałości. Pamiętaj, że czasem będą potrzebowali abyś widział i doceniał ich sukcesy. (Por. Człowiek, który wszystko neguje)
Niektórzy mogą uważać, że niepotrzebne wymyślasz i tworzysz wydumane trudności w czasie dyskusji i mogą chcieć podejmować decyzje szybciej, niż Ty to robisz. Rozważ dostosowanie swojego podejścia, czasem warto przydaje się prosty początek, a w szczegóły wejdzie się później.
Ponieważ zazwyczaj brzmisz na człowieka, który wie o czym mówi – niezależnie od tego czy tak jest czy nie – inni mogą czuć się zdenerwowani, gdyby przyszło im zakwestionować Cię. Uważaj, żebyś nie przytłaczał lub nie odtrącił innych swoją pewnością siebie.
Ponieważ zadajesz dużo pytań, ludzie mogą sądzić że zawsze kwestionujesz zasadność ich decyzji, że im nie ufasz i że trudno się z Tobą pracuje. Wytłumacz swoje analizy, aby mogli zaufać Twojemu podejściu i Twoim motywom. (por. dlaczego zadaję tyle pytań)
I… co wy na to;)?
A jednak mam wątpliwości…
Cytując samego siebie, czy możliwym jest rozpoznać człowieka na podstawie 177 pytań? Czy można nas tak łatwo rozczytać? Ile w tym nauki, ile magii, a ile sztuczki?
Słyszeliście o cold reading? Słyszeliście, choć może nie wiecie, że to to. Otóż są to rozmaite językowe i psychologiczne techniki, których zadaniem jest takie przygotowanie komunikatu, który ma brzmieć bardzo precyzyjnie i bardzo osobiście i bardzo indywidualnie, ale… są niestety uniwersalne do bólu, ale każdy z nas będzie się upierał że to właśnie o nim słowa.
Kto to stosuje, komentowane potrzebne? Wróżbitom, iluzjonistom, mentalistom i tzw „mediom”. Muszą brzmieć autentycznie;) i to niestety wystarcza. To jest zresztą tak zwany Efekt Forera lub efekt Barnuma. Tu piękna demonstracja:
Są tylko dwa ale…
Po pierwsze, czy czujecie, że przedstawione wyżej fragmenty mojego wyniku są doskonale do Was dopasowane? No jeśli nie, to byłby to bardzo zły przykład uniwersalności tekstu;)
Po drugie, nawet jeśli są to podpowiedzi które można zastosować do każdego, to i tak ja czuję, że one mnie dotyczą i mogą mi pomóc w lepszym komunikowaniu się ze światem i ułatwieniu światu zrozumienia mnie.
Co dalej?
Ja swój test już zrobiłem, wyniki znam, Ty drogi czytelniku część z nich znasz. Ja muszę poświecić chwilę na zapoznanie się z podpowiedziami i stosowaniem ich „w prawdziwym życiu” i ocenienie ich przydatności.
Jestem natomiast ciekaw tego jakie są Twoje doświadczenia z StrengthsFinderem, czy Tobie się przydał (jeśli go zrobiłeś) lub czy masz ochotę po niego samemu sięgnąć…
Jak to znikną? Jak w ogóle można zniknąć liczby? I to z Internetu? Przecież internet jest digital, czyli cyfrowy. Jak może zniknąć coś, co jest jego podstawą? I przede wszystkim dlaczego?
Dobra, to inaczej. Zanim wytłumaczę dlaczego chciałbym żeby liczby zniknęły, zastanówmy się, po co są liczby w Internecie. Czemu służą, oprócz tego że czasem potrzebujemy się gdzieś zalogować, podać numer konta, albo numer telefonu. Co robimy liczbami w Internecie?
Liczby służą nam do tego, żeby… zrozumieć świat. Liczbami go wyrażamy, próbując określać jego jakość. Przestaliśmy mówić – „ten gość napisał świetną książkę”. Teraz widzimy – ta babeczka ma 213 tysięcy followersów. Nie mówimy „ta babeczka miała świetny pomysł”, tylko podglądamy – mem (nieznanego sprawcy) udostępniło fyfnaście tysięcy osób. To musi coś znaczyć.
Zagrajmy w skojarzenia;-) Kiedy ktoś mówi, że szuka pracy, oznacza to że… No właśnie, co Twoim zdaniem robi?
Przypuszczam, że większość z nas kiedy już przysiada do szukania pracy i zabiera się za to _na_poważnie_, a nie mówi o pracy szukaniu sprowadzającym się do ruchów pozorowanych, robi to tak:
Odpicowuje swoje CV, przegląda dodatek „Praca” w lokalnej gazecie, szuka ogłoszeń w Internecie, przegląda oferty w agencjach rekrutacyjnych, odwiedza strony potencjalnych pracodawców, wysyła CV, ma serdecznie dość pisania listów motywacyjnych, czeka na odpowiedź od ogłoszeniodawców, a kiedy ta nie przychodzi zaczyna trochę wątpić, więc wraca do punktu odpicowywania swojego CV.
W skrócie – przygotowujemy swój zawodowy życiorys, aby pokazać go ludziom, którzy przez ogłoszenia szukają rąk i głów do pracy. Brzmi to całkiem rozsądnie, bardzo ok. Zapominamy tylko, że to ile ogłoszeń znajdziemy jest ograniczone do naszego czasu, naszej spostrzegawczości, naszych umiejętności. Co więcej, zapominamy o tym, że pracy jest więcej niż ta, o której my słyszymy i czytamy, bo… o niej nie wiemy. Skąd mielibyśmy wiedzieć?
Zapominamy o tym, że kluczowe może się okazać dotarcie do informacji o pracy, o której nie słyszeliśmy i nie mamy możliwości usłyszeć. Czyli musimy dotrzeć do ludzi, którzy słyszeli o pracy, o której nie wiemy (ale to wcale nie znaczy, że zależy nam tylko na tych, co zatrudniają). Chcąc znaleźć pracę, warto powiedzieć o tym światu, aby świat mógł pokazać, co tam ma dla nas dobrego. (więcej…)
Co widzimy, kiedy patrzymy na polityków? Czego od nich oczekujemy? Marzą nam się zapewne ludzie, chcący coś zmienić, coś osiągnąć, coś stworzyć. Walczący o jakąś ideę, sprawę, o ludzi… Jesteśmy ich – polityków – świadomi. Łatwiej nam wymienić nazwiska współczesnych polityków, niż współczesnych dramatopisarzy, albo malarzy. Wdarli się do naszej świadomości, uzurpując sobie prawo do krzyczenia „jesteśmy ważni, tworzymy Twój świat, dzięki nam możesz się rozwijać”… Chyba raczej na przekór Wam.
A gdyby tak postawić tezę – polska polityka jest miałka. Polska polscy politycy są mali i bez znaczenia. Puszą się, krzyczą, ale nic nie mogą, niewiele potrafią, niczego nie zmieniają. Nie są postaciami powieści dziejów, są jej statystami. Wszystko co o nich wiemy, to jak ich rozumiemy, to jak ich czytamy i jak ważni nam się wydają, wynika ze telewizyjnego szkiełka powiększającego. Które – jak każde szkiełko powiększające – zniekształca. I nie powiększa obserwowanego obiektu trwale, a jedynie ulotnie. (więcej…)
Pamietam, że kiedy czytałem pierwszą książkę Michała, miałem co i rusz myśl, że muszę czytać szybciej, aby móc z czystym sumieniem mówić o niej znajomym – bo lubię wiedzieć o czym mówię i co polecam. Tak jak wtedy, tak teraz uważam, że to Finansowy Ninja to lektura obowiązkowa dla każdego. Natomiast będąc świeżo po przeczytaniu „Zaufanie, czyli waluta przyszłości” mam zgryz, dla kogo ta książka jest i kto musi się z nią zapoznać.
„Zaufanie…” czyta się szybko, ale to chyba przecież znak rozpoznawczy autora – w sumie można się tego właśnie spodziewać po autorze poczytnego bloga;-) Do przeczytania książki wystarczyła w zasadzie kolejowa podróż z Poznania do Krakowa… I za to też #kochamPKP 😉
Czym jest „Zaufanie czyli waluta przyszłości
Zacząłem się zastanawiać, jak dobrze określić to, co przeczytałem. Najlepszym porównaniem jakie znalazłem jest: to rozbudowana historia, jaką mógłbym pobieżnie poznać w jednym z rozdziałów „Niskobudżetowy startup” Chrisa Guillebeau, o którym zresztą Szafrański wspomina. Czyli raczej autobiografia, trochę studium przypadku, za to mniej podręcznik, czy instruktaż. Kolejny dowód na to, że w życiu opłaca się być przedsiębiorczym i że trzeba umieć wychodzić poza strefę komfortu i wygody, bo tam czekają konfitury. Może nie na wszystkich, może nie jest to spacer do spiżarni, ale są i czekają na odważnych, zaradnych, pracowitych i zuchwałych 😉
Zachodzę w głowę, czy po lekturze wiem o autorze więcej, niż wiedziałem wcześniej. Wydaje mi się, że nie, ale wynika to przede wszystkim z tego, że jestem sporadycznym czytelnikiem jego bloga i dość uważnym słuchaczem podcastu WNOP, więc wiele tez czy opowieści zawartych w „Zaufaniu…” już znałem.
Kto najwięcej skorzysta z książki?
Czy to problem? Nie. Ale… prawdę powiedziawszy po zachwytach jakie widziałem w sieci, spodziewałem się książki równie uniwersalnej co Finansowy Ninja, książki dla każdego, którą moim zdaniem niestety nie jest. Jest za to grono ludzi, którzy powinni się z tym zapoznać i podzieliłbym je na dwie grupy:
1. Blogerzy, którzy chcą się blogowaniem zająć na poważnie. Określenie „bloger” jest tu wytrychem, bo mam na myśli każdego, kto chce żyć i zarabiać z samodzielnego tworzenia treści wszelakiej do Internetu. Ludziom, którzy powinni zrozumieć, że nie ma drogi na skróty, i że warto postawić na wartość. Że to waluta, która wcześniej czy później zacznie zdobywać na wartości, aż ostatecznie stanie się bezcenna. Że ważniejsi są odbiorcy i treść, a nie SEO. Że warto rozumieć jak co działa, ale nie wierzyć w magiczne rozwiązania. Że warto mieć swój pomysł na pozyskiwanie partnerów i rozumieć, że to partnerzy a nie dojne krowy i ich interes też jest ważny. Przy okazji opowieść Michała jest też dowodem, że wszyscy twórcy mają wątpliwości, a to, że ktoś jest „skazany na sukces” widać dopiero z perspektywy sukcesu, a nie drogi do niej. Tym, którzy szukają drogi na skróty z tej książki nic się nie przyda.
2. Marketerzy, którzy chcą zrozumieć co jest ważne aby prowadzić wartościowe współprace z influencerami i że „wartościowe” są dopiero wtedy, kiedy są korzyścią dla klienta, blogera i czytelników. Dlatego warto poświęcić czas na dobór Internetowego twórcy i wspólne _wymyślenie_ formatu. „Zaufanie…” daje dowody na to, że partnerska forma współpracy sprawdza się lepiej, niż poszukiwanie kolejnej przestrzeni, na której można zawiesić swoje logo czy baner reklamowy.
Dodatkową wartością dla obu powyższych grup będzie to, że mają to zebrane w jednym miejscu i nie potrzebują szukać, a potem wczytać się / wsłuchać się w archiwalne materiały Michała.
A co jest najważniejsze dla mnie w „Zaufaniu..”?
Z książki mocno wybrzmiewa jeszcze jedna myśl i którą chciałbym abyśmy masowo stosowali. Jeśli jest ktoś, kogo słowa lub treści wpłynęły na Ciebie – powiedz mu / jej o tym, bo wcale nie musi o tym wiedzieć, a może to być niezbędne paliwo do dalszego tworzenia treści, z których być może Ty, a być może ktoś inny skorzysta. I nie ma znaczenia, czy ten ktoś pisze do dziesiątek czy do milionów osób – Twoja wiadomość ma moc przekazania pozytywnej energii 😉
Dla mnie książka jest pretekstem do tego, żeby zrobić sobie mały rachunek nie tylko blogowego sumienia. Spodziewam się, że wyjdę z tego dość poobijany, a najgorsze jest to, że nie wiem czy będę umiał się zastosować do wniosków… Przy czym… może być jak z prysznicami – nie zawsze trzeba robić tylko to, co milusie.
Zimne prysznice są owiane iście magiczną aurą. Mają być odpowiedzią na depresję, zły sen, braki w potencji, zbyt wolne odchudzanie i wszystko inne czego nie leczy sproszkowany róg bawoli. Ludzie dowodzą, że to wszystko autentyczna, najprawdziwsza prawda. Kłopot w tym, że badań potwierdzających moc zimnych pryszniców jest niewiele, a te które są, to raczej nieśmiało przedstawiane hipotezy, którym brak potwierdzających je dowodów.
Brak dowodów z kolei, jest dla mnie wyzwaniem. Tym bardziej że chcę, opowiadając Wam o swoich zimnych prysznicach, podeprzeć się czymś zdroworozsądkowym. Czymś co racjonalizowałoby ten szalony pomysł. Czymś innym niż 'wydaje mi się”. (więcej…)
Ostatnio, ku memu autorozczarowaniu, rzadziej sięgałem po książki. Bez żadnego dobrego ani jakiegokolwiek innego wytłumaczenia. Były okazje, były sposobności i były też dziesiątki innych sposobów na to, jak spędzić czas. Często mało efektowne, częściej mało efektywne. Nie lubię tak spędzanego czasu, ale cierpliwie czekałem, aż wróci chęć sięgnięcia po coś do czytania.
Do rytmu czytania najłatwiej wraca się od rzeczy lżejszych. W tej roli świetnie się sprawdzają kryminały, które jak już wspominałem i jak można na liście moich lektur zobaczyć, lubię. Jedyny problem z czytaniem dużej ilości powieści o policjantach i złodziejach jest to, że człowiek staje się wybredny. Wiele sztuczek już zna, wiele przypuszcza, często przewiduje kiedy spodziewać się zwrotu akcji, trudniej go zaskoczyć. Niektórym autorom się to udaje świetnie, innym trochę gorzej.
O książkach Bartosza Szczygielskiego przeczytałem na twitterze, gdzie były gorąco polecane przez czytelniczkę. Ufam rekomendacjom, nawet tych ludzi, z którymi spotkałem się jedynie pobieżnie w sieci. Zaufałem, skusiłem się, kupiłem i… książki na mnie długo czekały na wirtualnej półce czytnika.
Książki, jak serial
Kiedy się wreszcie do nich przekonałem, okazało się, że… fabuła ciekawa, choć w moim odczuciu trochę naciągana (ale w stopniu akceptowalnym i zrozumiałym – musiało być trochę ponaciągane, żeby była to historia warta opowieści). Równocześnie mam kłopot żeby dobrze tą książkę ocenić bo… to w moich oczach średniak. Czyta się z przyjemnością (a o to przecież chodzi) a równocześnie jest kilku innych autorów, których poleciłbym w pierwszej kolejności i to bez większego zastanawiania się nad tym zagadnieniem. Przy czym, tak Krew jak i Aorta są lepsze od niejednej pozycji i niejednego autora, którzy są dostępni na rynku. No i zgryz. Jak się do tego odnieść.
Wymyśliłem sobie taki wytrych. „Aorta” i „Krew” są na tyle dobrze napisane, mają na tyle ciekawie zaznaczonych bohaterów, że zapewne sięgnę po kolejne części (a nos podpowiada, ze przynajmniej dwie części – prequel i kontynuacja – się pojawią), tylko że nie będę tych części wypatrywał z wypiekami na twarzy. Autor nie otwiera oczu czytelnikowi, nie objaśnia świata, nie zmusza to refleksji, ale funduje na tyle solidną rozrywkę, że jeszcze się poczytamy – czego nie mogę np. napisać o Remigiuszu Mrozie czy Jean Edith „Camilli” Läckberg, od prozy których zamierzam trzymać się z daleka, po tym jak miałem okazję się z ich twórczością zmierzyć.
Czy po Krew lub Aortę warto sięgnąć? Tak, ale to absolutnie nie jest pozycja obowiązkowa. Nie trzeba się jej wystrzegać, ale nie czytając ich, niewiele się traci. Mniej więcej tyle, co nie oglądając niezłego, ale nie topowego serialu na Netflixie.