Blog

  • Działaj, nawet jeśli zrobisz to tylko dziś

    Wiemy, że wielka siła drzemie w konsekwencji. W małych, nieustannych przyrostach. W procencie składanym. W wieloletnich inwestycjach i grosikach, z których zbiera się miarka. To wszystko wielka obietnica i ogromny powód aby do takiego długofalowego, perspektywicznego działania przystąpić. Równocześnie, to odległe, zobowiązujące i wymaga pewnie przygotowań. Aby dobrze zainwestować, aby dobrze wybrać, aby mieć pewność, że ‚to to’.

    Dlatego właśnie zauroczyła mnie medytacja „just for today”. Chociaż dopiero za drugim razem zrozumiałem jej piękno. A tłumaczy coś w zasadzie oczywistego. Że oprócz tego, że trzeba patrzeć daleko w przyszłość, to trzeba żyć tu i teraz. Pozwolić sobie na to, co niezobowiązujące. Na to, co nie oznacza deklaracji ‚do końca moich dni’. Na to, co może mieć miejsce „tylko dziś”. I nawet jesli będzie tylko dziś, to nadal ma wielką wartość. (więcej…)

  • Mleko i miód

    Raz na czas zdarza mi się sytuacja, kiedy czytając jakąś książkę, wiem na długo przed tym jak skończę ją czytać, że muszę, absolutnie muszę posłać ją dalej. Tak było w przypadku Marsjanina, Finansowego Ninja czy O tyranii. Dziś kolejna taka pozycja, choć z zupełnie innego gatunku i krajobrazu.

    Mleko i miód. Pozornie proste, białe wiersze, pisane przez kobietę, o kobiecym postrzeganiu świata, dla innych kobiet. Zwiewne, lekkie, treściwe. Zjawiskowe. Porywające. Nie biorące jeńców.

    Do tego się wraca…

    Choć książkę miałem w rękach ledwie parę godzin, zdążyłem – w nieustającym zachwycie – przeczytać ją od deski do deski trzy razy i wiem trzy następujące rzeczy.

    Po pierwsze, to nie będą ostatnie razy czytania tych wierszy.
    Po drugie, będę tę książkę rekomendował i prezentował zdecydowanie zbyt często i zbyt gęsto. Ale to jest absolutnie doskonała rzecz.
    Po trzecie… to książka, którą warto mieć w papierze. Mówię to jako zwolennik kindle’a, ale tym razem… tym razem doświadczenie trzymania i wertowania książki jest tak cenne, że istotą jest mieć ją wydaną w papierze.

    Każdej czytelniczce gorąco polecam tę pozycję. Z czytelnikami… będę postępował ciut ostrożniej. My samce nie chętnie chcemy okazywać wrażliwość na cudzą intymność, nie bardzo lubimy, kiedy ktoś czyta i spisuje nasze myśli, emocje i obawy.

  • Włam się do mózgu

    Skusiłem się na drugą, po Finansowym Ninja książkę napisaną i wydana przez blogera. Tym razem padło na książkę Radka Kotarskiego „Włam się do mózgu”, która ma porządkować wiedzę z zakresu uczenia się.

    Zanim jednak o samej książce, dwa słowa o kontekście, czyli do czego potrzebna nam książka o uczeniu się, skoro większość z nas spędziła swoje młode lata w podstawówce, gimnazjum (to się ne vrati), liceum a potem może i na studiach.

    Skoro więc tak długo się uczyliśmy (kilkanaście lat) to może już uczyć się umiemy i czytanie kolejnej książki to tylko strata czasu?

    Komu służy szkoła

    Zastanawialiście się kiedyś czemu i komu ma służyć szkoła i cały proces edukacyjny? Dlaczego jest poukładana tak, a nie inaczej, dlaczego prowadzone są takie a nie inne przedmioty? Przeszło Wam przez myśl pytanie kto ma być owocem (a może produktem) szkoły jako usługi?

    Kiedy byłem ciutkę młodszy myślałem sobie, że edukacja jest poukładana w taki a nie inny sposób, aby ciągnąć rozwijać społeczeństwo. Aby każdy kolejny rocznik stawał się silną, wyspecjalizowaną armią Państwa w zmaganiach jakie stoją przed nami w przyszłości. Im lepsza edukacja, im mądrzejsza edukacja, tym mądrzejsi ludzie, którzy z niech wychodzą, tym mocniejsze społeczeństwo, tym jaśniejsza przyszłość. Owocem takiej szkoły jest mądry i świadomy obywatel, który dokłada swoją cegiełkę w rozwoju. Brzmi pięknie. Dlatego to bzdura.

    Szkoła nie uczy. Nie przygotowuje. Nie skupia się na rozwoju. Skupia się na formacie i wypuszcza w świat osobniki zgodne z jakimś szymelem. Władza nie potrzebuje za mądrych ludzi, bo to zagrożenie. Firmy nie potrzebują za mądrych ludzi, bo to dla nich konkurencja. Banki nie potrzebują za mądrych ludzi, bo na takich ludziach trudno się zarabia. Może dlatego szkoła nie daje narzędzi, które będą nam potrzebne w przyszłości.

    Szkoła nie uczy nic o finansach. Szkoła nie uczy nic o uczeniu się. Szkoła nie uczy nic o zdrowym żywieniu. Szkoła nie uczy nawet nic o ruchu. To wszystko nie jest wiedzą tajemną, ale niewiele się o tym w szkole nauczymy.

    Wracając do książki

    Radosław Kotarski organizuje podstawową wiedzę z obszaru uczenia się. Daje do ręki narzędzia i zachęca do tego, aby z nich samodzielnie korzystać. Bo to od nas zależy, czy będziemy się uczyć mądrze, czy nie. To od nas zależy, ile z nauki zapamiętamy i na ile będziemy potrafili z niej skorzystać. To w naszym najlepiej pojętym interesie leży, aby jak najwięcej zyskać z czasu, jaki na naukę poświęcamy.

    Wbrew obietnicy nie otrzymujemy wytrychów. Autor nie odkrył tajemnic uczenia się. Natomiast pokazuje, że wiele z tego co robimy, możemy robić lepiej. Mądrzej. Mam wrażenie, że całą książkę można by napisać zwięźlej (w myśl zasady dobrze pisać krócej). Że można by z niej wycisnąć esencję i całkiem prawdopodobne, że czytelnik by z tego więcej wyniósł, ale… to nie oznacza, że książka nie jest warta lektury, albo poświęconego nań czasu (czyta się szybko, przyjemnie, choć… żaden to literacki popis).

    Nie rozumiem też dlaczego wydawnictwo broni się przed formą ebooka. Co prawda tłumaczą że ważna jest dla nich forma papierowa i jest to hołd oddany tradycyjnemu podejściu do książki ale… osobiście żadnej przewagi nie zauważyłem. Przy czym ja jestem od kilku lat wierny Kindle’owi.

    Słowo podsumowania

    Tak jak finansowy wydaje mi się pozycją obowiązkową dla każdego, tak „Włam” jest pozycją ciekawą, porządkującą ale… nie ma aż takiej siły rażenia jak poradnik Szafrańskiego.

    Z Ninją chodziłem po ludziach i wkładałem im ją do ręki mówiąc „musisz to przeczytać”. Książka o uczeniu się będzie przeze mnie polecana dalej z cokolwiek większą ostrożnością i bardziej wybrednym doborem ludzi, którym ją będę polecał. Nie każdemu pomoże, nie każdemu ułatwi życie. Nie każdy będzie ją stosować. Warto go znać, równocześnie nie jest to książka, po którą musisz się rzucać natychmiast.

  • 22 niezmienne prawa marketingu

    Lubię sięgać po książki, które pozwalają mi lepiej zrozumieć rzeczywistość. A nawet jeśli nie zrozumieć ją, to wytknąć mi czego nie rozumiem, lub czego zrozumieć się nie da i próbowanie jest z dużym prawdopodobieństwem skazane na porażkę. Lubię czytać to, co wyjdzie spod piór braci Heath, Gladwela, Freaconomics, przy czym to wszystko książki niezwiązane z moimi zawodowymi zmaganiami.

    Bliżej mojej pracy był znakomity „Under the radar”, który podpowiada jak dobrze przygotowanym na wszelkie zabiegi marketingowe jest współczesny konsument (a to książka z przed kilkudziesięciu lat.. od tamtej pory, konsument tylko wyczulił swoje czujniki;). Teraz namówiony przez Macieja Tesławskiego z pomocą jego bloga sięgnąłem po 22 (niezmienne) prawa marketingu.

    Warto je znać. Nie po to, aby próbować je oszukać, raczej po to, by zrozumieć, że są siły od nas silniejsze i idąc wbrew doświadczeniu innych, musimy liczyć się z porażką (co swoją drogą, jest także wymienione jako jedno z marketingowych praw).

    Książka otwiera oczy, porządkuje myśli, zasiewa ziarna wątpliwości i pokory. Na całe szczęście podaje też rozwiązania i przykłady skutecznych zabiegów, które można zastosować w chwili próby. Autorzy kilkukrotnie zmuszają do zakwestionowania swoich założeń i marketingowych przekonań i… robią to skutecznie. Mają argumenty;)

    Lekturze towarzyszyła też smutna refleksja, że nie będę mógł wiedzy przedstawionej w książce zapewne wykorzystać w codziennej pracy. Po pierwsze dlatego, że to bezcenny (i chyba rzadko spotykany) zasób wiedzy dla ludzi znajdujących sie znacznie wyżej w łańcuchu decyzyjnym ode mnie. Po drugie, jak zauważają sami autorzy, próba przekonania innych do zmiany swoich przekonań jest prawie zawsze skazana na porażkę.

  • Ważne momenty poranka

    Od kilku tygodni udaje mi się trzymać nowy poranny rytm i chciałem się podzielić kilkoma obserwacjami, które się wiążą z porankami „po mojemu”.

    Dlaczego poranek „po mojemu” jest dla mnie ważny? Pomijając korzyści wynikające z nastrajania się, z chwili ćwiczeń, czy czasu, który mam wtedy tylko dla siebie, cenne jest także to, że on jest właśnie po mojemu. Tak jak sobie obiecałem, tak jak sobie wymyśliłem, tak jak chcę.

    Dobrze jest dotrzymywać pierwszej obietnicy dnia. Wczesny poranek to moja wersja wstawania prawą nogą. To udowadnianie sobie, że dla rzeczy dla mnie ważnych, gotów jestem poświecić trochę swojego komfortu i przyjemnosci. Zamieniam ciepło kołdry i miękkość poduszki na dobre wejście w dzień. (więcej…)

  • A gdyby tak sobie… zaufać?

    Ludzie robią wiele, aby zdobyć Twoje zaufanie. Marki za wszelką cenę chcą stać się tymi, którym zaufasz, albo przynajmniej za godną zaufania będziesz ją postrzegał. Lubimy móc zaufać, otworzyć się, znaleźć punkt oparcia w codzienności. Zastanawiałeś się kiedyś czy albo na ile ufasz sobie? Na ile możesz na sobie polegać?

    Od początku tego roku powracającym motywem mojej codzienności jest mniej. Niestety, nie jest to mniej kupowania czy posiadania (abym mógł wreszcie rozsmakować się w trendzie minimalizmu, który mnie kusi). Mniej czytam, mniej piszę, mniej rysuję. Mniej niż bym chciał. Prawie wcale. Co ciekawe, to wcale nie znaczy, że mam na to wszystko mniej czasu, jedynie co innego mój czas wypełnia.

    Pojawiło się też dużo nowego – nowe miasto, nowe mieszkanie, nowi ludzie, nowa praca. Powrót do codziennej pracy oznacza też potrzebę innego zarządzania energią i odpoczynkiem. Są więc tematy, których pilnuję bardziej (o czym wkrótce napiszę) i tematy, które trochę przy okazji obrywają – jak wspomniane czytanie, pisanie, rysowanie. (więcej…)

  • Attention please – podchodzę do lądowania

    Każda podróż, zaczyna się od pierwszego kroku, wyjścia za próg swojej przyjaznej, hobbiciej norki. Czasem podróż ma jasno określony cel. Punkt określony w miejscu i w czasie, do którego trzeba dotrzeć. Czasem idzie się na azymut, znając jedynie przybliżony kierunek, wiele decyzji pozostawiając losowi.

    Początkiem podróży, w której teraz uczestniczę, była decyzja opisana w tekście „egzamin w szkole latania”. Czas na kolejny etap.

    Ostatnia prosta przed tym etapem ma – bagatelka – 435 kilometrów. Taka odległość dzieli Kraków, czyli moje miejsce zamieszkania, od Poznania, miejsca w którym zaczynam nową pracę. Bliżej chyba się nie dało, choć próbowałem;) (więcej…)

  • Pierwszy śnieg, czyli powtórka z kryminalnej rozrywki

    Są takie książki, do których wracam. To wcale nie muszą być szczególnie dobre książki, albo niosące w sobie wielką wartość, zwyczajnie czerpię przyjemność z czytania ich. Sięgam po nie także wtedy, kiedy nie wiem co czytać kolejnego, albo mam moment zawieszenia w czytaniu książek już rozpoczętych.

    Jak już wspominałem, lubię kryminały, zwłaszcza skandynawskie. W pewnym stopniu Millenium Larssona rozbudziło we mnie na nowo głód czytania, więc przygody Mikaela i Lisbeth czytałem już kilkakrotnie, za każdym razem sprawiając tym sobie duża frajdę. Podobnie rzecz się ma jeśli chodzi o Harrego Hole (czyt. Holi), któremu wybacza się wiele, zapewne przez wzgląd na to, jak bardzo niszczy i okalecza go autor cyklu, czyli Jo Nesbo. Na całe szczęście, im większą krzywdę Nesbo mu czyni, tym większą determinacją i nadprzyrodzonymi zdolnościami przetrwania wykazuje się Harry. Niezwykła symbioza;)

    Losy Harrego chciałem sobie odświeżyć przed przeczytaniem najnowszej, 11 części – Pragnienia. W przypadku „Pierwszego śniegu” dodatkową okolicznością jest to, że w zeszłym roku do kin weszła też adaptacja akurat tej książki, niestety recenzje, które spotkałem były więcej niż ostrożne, więc na film się chyba szybko nie skuszę. Mogę za to polecić filmową adaptacją Łowcy Głów czy Jackpot nakręcony na podstawie scenariusza Nesbo.

    Pierwszy śnieg (podobnie jak pozostałe powieści z cyklu) wciąga. Ciekawa intryga, wartka akcja, i umiejętność wodzenia za nos czytelnika sprawia, że lektura upływa szybko. Czy to jest wyjątkowa powieść… nie. Co gorsza, im więcej się czyta, tym większe się ma porównanie, tym wyżej się zawiesza poprzeczkę. Harry jest rozrywką, ale jeśli ktoś szuka mocniejszych wrażeń, zachęcam do sięgnięcia po Lemaitre (tu lub tu).

    Tych, którzy Holego jeszcze nie znają, a chcieliby poznać jego losy, zachęcam do czytania cyklu po kolei, bo choć każda z powieści stanowi osobną historię, całość układa się w ciekawe studium norweskiego policjanta regularnie przegrywającego swoje bitwy z alkoholowym nałogiem.

  • Brudna piłka – o brzydkiej choć bogatej stronie futbolu

    Lektura, której nie planowałem. Książka, którą dostałem w prezencie. Reportaż, który dowodzi, że nie tylko stadionowe burdy i kibicowskie bijatyki toczą piłkę nożną. Opowieść o tym, jak chciwość (w sposób znany i nieznany) zmienia futbol. I o tym, że możni futbolu niewiele się różnią od banksterów czy polityków, a często zwykłych cwaniaków. Znaczącą różnicą jest to, że futbol wciąż kochamy.

    Absurdalne kwoty, niezwykła finansowa bańka, która rośnie ponad miarę. Abstrakcyjne kontrakty, przedziwne klauzule, niewyobrażalne koszty – o tym wszystkim (choć nie wszystko) wiedzą kibice. O tym wszystkim wie każdy, kto grał choć raz w dowolnego piłkarskiego managera. Nie każdy wie, że to tylko niewinna część finansowych kombinacji w tym sporcie.

    Byłem przekonany, że na futbolu zarabiają kluby, piłkarze, trenerzy i managerowie. Jak się okazuje (a przynajmniej jak ujawniają football leaks) to nie wszyscy zainteresowani. Bo pojawił się ktoś jeszcze.

    Inwestorzy (?) którzy wykupują prawa do transferu zawodników, którzy zarabiają na zawodnikach niezależnie od tego, co się z zawodnikami dzieje. Sprzedani czy nie, kontuzjowani, czy nie – ważne żeby hajs się zgadzał. Nikt tego nie kontroluje, nikt nad tym nie czuwa, nikt o tym nie pisze, choć zdaje się, że to tajemnica Poliszynela.

    To wygląda jak piłkarska wariacja na temat big short. Tu też chyba dochodzimy do momentu krytycznego, który skończy się odbiciem tej niezwykłej spirali.

    Książka czyni futbol znacznie mniej romantycznym i każe patrzeć na niego z ciut innej perspektywy. Nawet jeśli autorzy są często naiwni, to ich publikacja otwiera oczy. Polecam, a samą książkę oceniam na 7/10

  • Słowa mają moc: Zacznij się dostrajać

    Słowa to dziwny twór. Zbitek literek albo dźwięków, głosek. Nie mają wagi, nie można ich uchwycić, nie można uwięzić ich w klatce, są całkowicie ulotne. Choć są istotą wagi lekkiej, potrafią nieść ładunek, mogą krzywdzić i ranić, ale też wzmacniać i dawać ukojenie. Pozornie są proste w obsłudze, zapewne dlatego nadużywane. Słowa nic nie kosztują, a ostatnio nawet przestało mieć znaczenie, czy niosą w sobie prawdę, czy nie. Można mówić z sensem, można mówić dla samego brzmienia głosu. Dla zabicia ciszy, albo dlatego, że ktoś słów oczekuje.

    Korciło mnie, żeby ten tekst nazwać „Noworoczna dobra zmiana” ale… kontekst polityczny tego zwrotu jest zbyt ciężki i zapewne przesłaniałby sens całej wypowiedzi, lub sprowadzałby do tego wpisu ludzi, którzy szukają troszkę innych treści. Chciałbym, abyśmy wrócili słowom sens.. i twarz, bo bez twarzy, największe słowo nic nie waży.

    Dziwnym zbiegiem okoliczności, nie pozostajemy obojętni na słowa. Ulegamy im, jesteśmy pod ich wpływem, nawet jeśli nie zawsze, wręcz rzadko, robimy to świadomie. Wpływają na to, jak się czujemy, o czym myślimy, z jaką energią przystępujemy do działania. Słowa, które nie mają fizycznej, namacalnej reprezentacji, mają siłę zmieniania świata. Czy coś, co ma moc zmieniania losów świata, ma moc zmieniania nas? (więcej…)