Tag: wybory

  • Nie będę płakał po Platormie, czyli Polska po wyborach

    Króciutko… bo i tekst chyba po czasie… Platforma na swój wynik wyborczy pracowała długo. I nie chodzi nawet o ostatnie 8 lat (choć oczywiście również) ale też nic nie proponowała. Jedyne co mówiła, to – jak nie zagłosujecie na nas, przyjdzie PiS – bójcie się i z tego lęku zagłosujcie na nas. I co? Straszak za słaby, konkretów brak, te osiągnięte 24% to i tak cholernie dużo. Wciąż jeszcze stoi za Platformą elektorat, tylko że Platforma chyba nie wie, jak do niego mówić i zamiast szukać i dopracować pomysł na siebie, skupia się na tym, że oberwała w dwóch kolejnych wyborach. Kluczem jest perspektywa, ale zwykle jak się nie wie co się robi, to się robi głupoty. A Platforma sprawia wrażenie, że nie wie co robi. Serio Giertych? Serio Kamiński? Serio Niesiołowski? Cóż takiego wymieniona trójka miała do zaproponowania… Jeszcze Dorn, Napieralski…

    Nie będę płakał. Żalu do ustępującej władzy trochę mam – afery, nieudolność lub brak działania, grabież OFE, brak planu na przyszłość, brak wizji… Brak czegoś więcej niż skupienia się na przetrwaniu i „niebyciu PiSem”. Natomiast z wszystkich wyżej wymienionych najbardziej doskwiera – chcemy rządzić, bo chcemy władzy, ale co z tą władzą zrobić – nie mamy pojęcia. A tak swoją drogą, jeśli najlepszą odpowiedzią Platformy na porażkę w wyborach jest „każda władza się zużywa” to gratuluję głębokiej analizy i czekam na dalszy rozkład.

    Wciąż zaskakuje mnie to, że najlepsze wnioski i obserwacje tego, co się dzieje politycznie ma Aleksander Mem Kwaśniewski… może dlatego, że on już nie musi się w tym taplać.

    PiS… zwycięzca, który zgarnął wszystko i teraz za wszystko będzie odpowiadał. Ciężko będzie wytykać, że nie mogą czegoś zrealizować, bo nie pozwalają „przystawki”… Teraz przystawki nie będą potrzebne, za to wizja, którą kreślili idąc po władzę przeraża… Bo rozdawnictwo (staliśmy się nagle bardzo bogatym krajem, który wszakże jest „w ruinie”), bo obyczajowo zapowiada się ciekawie… I nie chodzi mi o to, że mam problem z tym, co myślą sobie bardziej konserwatywni ode mnie. Problem mam z tym, że bardziej konserwatywni ode mnie nie zostawiają miejsca na myślenie mniej konserwatywne od ichniego. Boję się trochę ludzi, którzy do władzy zostaną nominowani. I nie myślę tu o Antonim, trochę bardziej niepokoi mnie np. Jarosław Gowin… Niby nic wielkiego, ale wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak były minister sprawiedliwości mógł nie wiedzieć jak działa przedłużenie ciszy wyborczej (to jeszcze z czasów wyborów prezydenckich). Zwyczajnie mam wrażenie, że raczej słaby rząd zastąpi równie słaba ekipa, która różnić się będzie tym, że będzie narzucać tylko swoją wizję rzeczywistości. Choć chcę wierzyć, że gdyby tak się miało wydarzyć, to ta władza nie wytrzyma czterech lat (co zresztą w czasach „nowożytnych” udało się tylko ekipie Tuska)…

    i jeszcze słówko o tej wizji „Polska w ruinie”… To co mnie przeraziło, to blisko 40% które, można odnieść wrażenie, uwierzyło w taką interpretację naszej rzeczywistości, z którą ja się nie zgadzam. I nie, nie chodzi mi o to, że jesteśmy krajem mlekiem i miodem płynącym. I nie. nie chodzi mi też o to, że nie ma czego naprawiać. Raczej o to, że nie uważam, aby Polska była w ruinie, co więcej, w moim odczuciu zaspokajanie najprostszych instynktów (jak choćby rozdawnictwo na dzieci, „ratowanie” kredytów frankowiczów (a jeszcze lepiej także tych złotówkowych), lub wysokie opodatkowanie wszystkiego, co jeszcze potrafi w Polsce pieniądze zarabiać) może nas do takiej ruiny doprowadzić. Bo nie stać nas na to, a skoro nas na to nie stać, to żeby móc takie kaprysy (tak właśnie, kaprysy) społeczeństwa spełniać, trzeba będzie albo zaciągać dalsze długi (zły pomysł) albo.. no właśnie, co? Podwyższyć podatki? A wszystko to w mocno niespokojnych czasach geopolitycznych. I to bardzo blisko nas. I dlatego gorąco proszę, o więcej rozwagi i ostrożności, a mniej ułańskiej fantazji, wywijania szabelką, pchania się na sztandary i zostania Chrystusem narodów.

  • Lata mijają, a Kali ma się dobrze

    Kilka luźnych spostrzeżeń powyborczych.

    Wieczór wyborczy śledziłem na twitterze. Ja wiem, Twitter nie jedno ma imię i jakich sobie wybierzesz obserwowanych, tak sobie potem czytasz. Jakiś czas temu, teraz już nie wiem na ile świadomie i na ile z premedytacją, wybrałem do grona obserwowanych ludzi o poglądach ode mnie zgoła odmiennych. No i potem co wszedłem na TT to mi jadem we mnie pluło. Korciło mnie, żeby ich ze swojej rzeczywistości wygonić, bo to przecież takie proste. Ale to że ich wygonię, nie oznacza, że ich nie ma. Są. I mają swoje poglądy. I zwykle moje poglądy się w ich rzeczywistości nie mieszczą. Bo oni mają rację, a ja zdradzam…

    Cisza wyborcza to fikcja. Ploty jak na bazarze. Wszyscy wszystko wiedzą, bez obciachu wszystko piszą. W jednym jesteśmy doskonali – w ignorowaniu prawa. Nie zależnie od tego, czy to prawo wyborcze czy drogowe. Ono jest po to, żeby go inni przestrzegali. Ja – o…o… mogę wszystko (gimbazy nie znajo).

    Społeczeństwo mamy takie, co nie umie w demokrację. I tu dwa niestety konteksty. Mały i duży.

    Mały – w związku z nieszczęśliwym zdarzeniem, śmiercią w jednej z komisji, cisza wyborcza przedłużona o 90 minut. I nagle gwałty, krzyki, ludzie nie rozumieją więc się drą. Że jakim prawem, że na co to komu, że teraz wszyscy będziemy czekać na jedną komisję, że skandal. Otóż, epitet, nie. Nie po to się jeden z drugim dogadał czas jakiś temu, że jak gdzieś jest obsuwa, to reszta czeka, żeby wszyscy obywatele mieli równe szanse i prawo (a – do zagłosowania, b – do tego żeby im nikt nad głową nie krzyczał na kogo mają głosować), żeby teraz dla wygody rozwrzeszczanych, rozemocjonowanych pyskaczy ten moment równości łamać. Tak, Kowale były w mniejszości. Ale na tym demokracja polega, że szanujemy mniejszości. Że potrafimy swój interes poświęcić czasem w imię wspólnej wartości. A jedną z ważniejszych wartości demokracji są – śmiem twierdzić – wolne wybory. Tak, stało się. Tak, poczekamy. Krzywda naprawdę nam się nie stanie.

    I jeszcze dygresja, mamy takiego byłego pana Ministra, co sądy ustawiał i za prawa stanowienie chciał się brać. Ministrem być przestał, więc zgubił notatki, prawa zapomniał i teraz całkiem poważnie pyta:

    Gowin pyta o ciszę wyborczą
    Gowin pyta o ciszę wyborczą

    Panie Ministrze, miałby Pan dość rozsądku o takie rzeczy publicznie nie pytać, bo wstyd. A jak Pan nie wie, to na miłość boską RTFM lub w najgorszym STFW! A nie zachowuj się Pan jak gimnazjalista na sprawdzianie.

    Duży – PIS wygrał pierwsze wybory od dawna i tu – niespodzianka – to pierwsze od dawna wybory, co to ich nikt nie sfałszował. Wszystkie inne były oszukane, ale te co my wygrywamy są ok. Dla mnie to zamach na rozsądek. I – niesamowite – znikopisów nie było. No nie może być. I komisje normalne? No szok.. Szok. W każdym razie jak Polska długa i szeroka przemknął okrzyk zwycięstwa, przykryty zaraz jękiem zawodu pokonanych. Drodzy moi współobywatele – na tym polega urok demokracji. Czasem wygrywają ci, z którymi się nie zgadzamy. Ci sami, którzy przez lata mieli problem z uznaniem wszystkich wyborów wygranych przez Twoich faworytów. Tylko że oni przez ostatnie 8 lat zagryzali zęby i pracowali na to, żeby u nas dało się żyć. Oni żyli w przekonaniu, że rządzący są źli, ale tu żyć trzeba. Wygrał ktoś z ich ugrupowania, więc teraz wszyscy zawiedzeni rzucają łaciną na prawo i lewo, bo oni w tym kraju mieszkać nie będą i że klęska i że trzeba wyjeżdżać. Serio? Pierwszy raz poczułeś od dawna smak goryczy (bo do uczucia niesmaku chyba już się przyzwyczailiśmy) i ajwaj to nie mój kraj, tu się nie da żyć. Jak Kalemu źle, to Kali zły…

    To czy się będzie dało żyć czy nie, nie zależy od nowo nam wybranego Mister Poland (który na pewno będzie walczył o pokój na świecie) ale od tego, czy będziemy uczciwie wobec swoich krajan żyć i pracować. Jak będziemy, to żadna polityka nam nie przeszkodzi.

    Aaa… i pamiętajcie – sondaże, to nie wybory. Gdyby to były narzędzia wymienne, nie trzeba by było wszystkich obywateli pytać o ich zdanie. Wystarczyłaby reprezentatywna próbka wyborców, magia statystyki i za śmieszne pieniądze wybierzemy / wylosujemy / wysondujemy sobie prezydenta. I tak, między innymi dlatego są różnice między sondażem a wyrokiem wynikiem wyborów. To nie oznacza fałszerstwa, to oznacza, że statystyka czasem kłamie i warto o tym pamiętać.

    Dygresyjka… Jakiś czas temu byłem pod wrażeniem politycznych wpisów Krzysztofa Stanowskiego. Miałem nadzieję, że człowiek dotychczas prawie wyłącznie o sporcie, który tak ciekawie zaczął pisać o polityce, będzie miał z każdą notką więcej ciekawego do powiedzenia. I niestety mam wrażenie, że im więcej słów, tym mniej treści, a więcej emocji. A emocje tak potrzebne w sporcie, często w polityce przeszkadzają. A w nadmiarze stają się – moim zdaniem – trudne do przyswojenia.

    I już zupełnie na koniec. Panie Prezydencie Elekcie Andrzeju Dudo, jest Pan totalnie nie z mojej bajki. Nie głosowałem na Pana i w wielu punktach się z Panem nie zgadzam (emerytury, dodatki, in vitro, Jedwabne – żeby wymienić kilka z gatunku „top of mind”). Niemniej jednak, życzę Panu powodzenia w budowaniu dobrego wizerunku Polski i efektywnej pracy nad jej rozwojem. Ma Pan niepowtarzalną szansę wiele osiągnąć. To, czy zostanie Pan zapamiętany jako dobry prezydent, czy jedynie marionetka w rękach innych, zależy przede wszystkim od Pana. Pan już nie ma nad sobą prezesa, ani partii, ani nikogo innego. Odpowiedzialność jest Pana. Niech Pan o tym pamięta.

  • Kandydatów debata nasza powszednia

    Chciałbym, żeby ten tekst był radosny i optymistyczny. Chciałbym dowodzić, że z zadawanych pytań i udzielanych odpowiedzi wynika chęć nawiązania porozumienia i wspólnego kombinowania nad lepszą przyszłością. Niestety, moim zdaniem nie wynika.

    Kandydaci nie słuchają pytań, a już na pewno nie udzielają na nie odpowiedzi.
    Moderatorzy nie mają sposobu aby towarzystwo skłonić do trzymania się reguł ani nie mają narzędzi by móc odpowiedzi na zadane pytania wyegzekwować
    Kandydaci nie mają planów ani konkretów, mają za to sztuczki i wytrychy, którymi chcą zaszachować swoich rozmówców.
    Rozmówców nie interesuje co ma do powiedzenia ich partner, bo to nie partner tylko kreatura, którą trzeba zniszczyć, ośmieszyć, pogrążyć.
    Dla rozmówcy najważniejsze jest by wygłosić swoje tezy, niezależnie od tego czy mówią na temat, ani czy ktokolwiek ich słucha.
    Nie próbują przekonać. Nie potrzebują sposobu na pozyskanie rządu nowych dusz, za to wszystko robią by utrzymać swoje w strachu i mobilizacji.
    Widzowie nie słuchają pytań, nie słuchają odpowiedzi, za to bardzo chętnie wypatrują klucza w mowie ciała, w wieżyczkach składanych palcami.
    Komentatorzy swoje komentarze mają poukładane zanim wypowiedziane zostaną pierwsze debaty słowa.
    Obserwatorzy szukają ciosów, fauli i szpilek rozdawanych przez uczestników.
    A wszyscy uczestniczący w tej zabawie dopatrują się oszustwa na każdym kroku.

    Debata mówi wiele nie tylko o naszych już-niedługo-panujących i niewiele-brakowało-panujących. Dużo więcej mówi o nas.

    Przestaliśmy słuchać, zapomnieliśmy jak się dyskutuje, nie próbujemy się niczego dowiedzieć. Wszyscy wszystko wiemy najlepiej, najchętniej zakrzykując wszystkich, którzy śmią myśleć inaczej. Bo tylko będąc głośniejszymi od innych krzyczących czujemy się pewnie. Bo krzycząc w grupie czujemy siłę i moc naszych bzdurnych argumentów. Odmawiamy wszelkich praw przeciwnikowi, wszak on jest nikim, nic nie wie, nic nie potrafi, na pewno kłamie i lży. Jest głupi i bezmyślny. Jest też niewątpliwie zdrajcą i będzie szkodzić rzeczywistości. A Ci co go słuchają są nawet gorsi. Piętnujemy, z łatwością i rozkoszą. Bo tak prościej. Odmawiamy wszystkim prawa do wizji świata innej, niż nasza. Bo tylko nasza ma rację bytu, każda inna jest zła.

    Debata dwóch panów co to startują na Mistera Poland (ten konkurs na prawdę znaczenie ma mniej więcej wyborów Miss Polonii) budzi w widzach emocje większe, niż niejedno mordobicie. Z tą różnicą, że mordobicie nie ma wpływu na naszą rzeczywistość, a tak emocjonalny spór przeniesie się na codzienność. Codzienność, którą – chcąc nie chcąc – musimy budować razem. A tu ciężko rozmawiać, skoro każdy sporny temat okazją jest do krzyku i zaciśniętych pięści, a nie do wypracowania kompromisu. Smutną widzę przyszłość, niestety. Niezależnie od zwycięzcy.

  • Dlaczego darmowa komunikacja miejska to zły pomysł

    Czas najwyższy zmienić tytuł bloga z „niecodzienny” na „maruder”, „malkontent” lub „za wszelką cenę krytykant”, bo ciągle mam do czegoś ale i nic mnie nie zachwyca. A nie prawda, zachwyca mnie wiele, tylko rzadziej o tym piszę. A nie napiszę że mnie coś zachwyca, kiedy nie zachwyca. No bo jak…

    Skąd mi się ta komunikacja miejska wzięła? Otóż drodzy państwo przed nami wybory samorządowe, więc w ramach kampanii co i rusz pojawiają się różne wyjątkowo dobre pomysły. Ostatnio na fali w różnych miastach, także w tych dużych, wydaje się być „darmowa komunikacja miejska”. Płacisz podatki – jeździsz za darmo. Taki deal. Tylko że… (więcej…)

  • Miasto moje pełne twarzy pięknych… jak z obrazka

    W Krakowie obrodziło nowymi twarzami. Ziorają na mnie zza każdego rogu, wychylają się zza co drugiego słupa, okupują każdą wolną ścianę i wysypują się wraz z kolejnymi ulotkami. Każda z tych twarzy szczerze się do mnie szczerzy, choć jesteśmy sobie obcy, ale też i trochę znajomi. Te nazwiska gdzieś już chyba widziałem… jak przez mgłę pamiętam… to było… tak. Cztery lata temu przy urnie wyborczej te same nazwiska już widziałem. Potem cztery lata ciszy i znowu się widzimy.

    Znam Was wszystkich, nie znając żadnego z Was. Każdy z Was może o sobie powiedzieć coś mniej więcej na tę modłę:

    Jestem przystojny, mądry, skuteczny. Zaradny, pomysłowy, pracowity. Zadbam o Twoje potrzeby, bezpieczeństwo, przyszłość. Dzięki mnie będziesz piękniejszy, sprytniejszy, bardziej potrzebny na rynku pracy. Rozwiążę Twoje problemy. Nie będę organizował igrzysk. Zdmuchnę problem smogu. Nie oszukam Cię. Będę się Tobą interesował. Będzie mnie interesować to, co masz do powiedzenia. Twój problem to mój problem. Jestem dobrze wykształcony, stoją za mną lata doświadczenia, wiem którą ręką sięgać po widelec, a którą po nóż.

    Mów co chcesz, potrzebujesz przecież tylko mojego głosu. Jedyne co krzyczysz, jedyne co słyszę to

    wybierz mnie, mnie wybierz, wybierz…

    Drogie moje piękne twarze… ileż bym dał, żebyście zainteresowali się tym co tam słychać u nas maluczkich częściej niż na miesiąc przed wyborami. Wiem, zarobieni jesteście po łokcie (zwłaszcza tym, żeby te łokcie na prawo i lewo rozdawać w nierównej politycznej walce). Ileż bym dał, abyście zrozumieli że można działać inaczej… ale przecież Wy swoją skuteczność mierzycie właśnie w ilości oklejonych ścian i rozdanej makulatury… Whatever works.

  • Nadchodzą wybory obrzydzenia

    Od kilku miesięcy stawiam sobie proste pytanie – na kogo zagłosuję. I, pomijając już fakt, że znowu znacznie łatwiej mi określić, na kogo nie zagłosuję, stoję przed cholernie niewdzięcznym zagadnieniem.

    Nie pójście na wybory jest decyzją złą, o czym już pisałem. Nie zagłosuję na PiS, wcześniej odrąbałbym sobie prawą rękę i odgryzł lewą. Prezes i wdzięczne aniołki to zdecydowanie nie mój klimat, a poziom inteligencji Hofmana, który jest odwrotnie proporcjonalny do jego tupetu i poziomu bezczelności sprawia, że zaczynam zgrzytać zębami, na sam dźwięk jego nazwiska.

    Nie zagłosuję na czerwonych, bo cytując Korwina (a ten cytat jest zawsze trafny):

    Są tacy, którzy mówą, że białe jest białe a czarne jest czarne. Są inni, którzy mówią że białe jest czarne, a czarne jest białe. Ja Państwu powiem, że białe jest białe, a czerwone jest wredne…

    Nie zagłosuję na Palikota, bo to oszołom. Wygadany, błyskotliwy, ale oszołom. Mógł coś zrobić, woli krzyczeć. I wspiera się Tymochowiczem. Może to i mądrzejsza wersja Leppera, ale wciąż jednak nie do przyjęcia.

    Może i zagłosowałbym na PJN, bo cenię Pawła Kowala, ale… Kowal jest w europarlamencie, a ja nie mogę patrzeć na Jakubiak i nie mogę słuchać Poncyliusza, którego pomysły gospodarcze wołają o pomstę do nieba. Ktoś zwrócił uwagę, że on może gadać takie dyrdymały, bo w życiu nie będzie za gospodarkę odpowiadał, więc może w ten sposób zdobywać tani poklask, ale przez te jego ekonomiczne idoteorie wiem, że na PJN głosować nie wolno, bo to też złoooooo…

    Jak zawsze, najchętniej zagłosowałbym na Korwina. Z czystym sumieniem, że głosuję na świra, ale to mój świr więc byłbym jakby spokojniejszy. Tylko że…

    Wyobrażam sobie poranek 10 października 2011 roku. Budzę się po spokojnej, kto wie, być może nawet słonecznej niedzieli, i słyszę, że premierem naszego pięknego kraju jest Kaczyński lub Napieralski dzięki koalicji sejmowej PiS & SLD… Że co, że nie możliwe? Niestety, możliwe. Co więcej, oni w imię władzy są do tego zdolni. Że PiS nie dogada się z SLD? A z Samoobroną czy LPR mogli? Mogli. To i z czerwonymi się dogadają. W imię dobra narodu. W imię wyższych racji. W imię walki o Smoleńsk. W imię.. czegoś tam. Lud to kupi. I czarny i czerwony. Bo czerwoni mają potrzebę dorwania się do koryta. Byle z kim, byle by.

    Wychodzi mi na to, że oddam głos na Platformę. Z najwyższym obrzydzeniem dla siebie i dla Platformy. Bo wolę Tuska, od Kaczyńskiego, bo wole Rostowskiego od Szydło, bo wolę Sikorskiego od Fotygi, a od Macierewicza, Brudzińskiego i wspomnianego Hofmana wolę kogokolwiek. Więc choć mi się rządy platformy nie podobają, to wiem, że Prezes i spółka w imię swoich racji gotowi są zgotować nam znacznie ciekawsze czasy… A te które idą, i tak będą ciężkie.

    W ciężkich czasach potrzebujemy mądrego „wodza”, który będzie nie tylko podejmował mądre (nierzadko trudne) decyzje ale wodza, który będzie umiał mówić do ludzi i być z ludźmi. A nie szaleńców, którzy chcą rozliczać przeszłość i trwonić resztki pieniędzy na zasiłki…

  • Społeczeństwo (jakby mniej) obywatelskie

    Zgodnie z bardzo ogólna definicją, przytoczaną za Wikipediią, społeczeństwo obywatelskie to społeczeństwo charakteryzujące się aktywnością i zdolnością do samoorganizacji oraz określania i osiągania wyznaczonych celów bez impulsu ze strony władzy państwowej.

    Społeczeństwo obywatelskie, w moim rozumieniu, to taka grupa ludzi, która nad Ja przedkłada My i działa niezależnie od tego, co zrobią Oni, czyli władza. Takie są założenia. Niestety, w naszej rzeczywistości, Oni robią wszystko, żeby Nam się chciało coraz mniej i żeby każdy z Nas skupił się tylko na swoim Ja, bo wtedy żaden z Nas nie będzie przeszkadzał Im. Trochę to straszne.

    Od dziesięciu lat mam prawo i uczestniczę w wyborach. Lokalnych i krajowych. I z każdymi wyborami, coraz trudniej mi wybrać tego, na którego głos oddam, ponieważ nieustannie dociera do mnie, że znowu nie głosuję za, ale przeciw, a także że głosuję nie dlatego, że wierzę w to,  że ta czy inna ekipa coś wprowadzi, ale po to, aby inna ekipa nie wprowadziła czegoś innego. Każde wybory, a potem każda kadencja odziera mnie ze złudzeń. Politycy robią co mogą, aby udowodnić mi, że jestem potrzebny raz na cztery lata, a w przerwach mam nie przeszkadzać w ich zabawie. I to niezależnie od szczebla. Świetnie bawią się ci na górze, świetnie bawią się ci na dole, tylko nam jakby mniej jest do śmiechu.

    Mi wciąż się chce. Mam świadomość, że nie pójście do wyborów jest gorszą decyzją. Zaczynam rozumieć, że oddanie nieważnego głosu to jak wołanie na puszczy i to decyzja błędna (o czym za chwilę). Tylko że… takich jak ja jest coraz więcej, a tym samym powiększa się grupa ludzi, którzy ze stanu „nie wierzę w to, ale głosuję bo to mój obowiązek” przechodzą do grupy „nie wierzę w to, mam dość wybierania mniejszego zła i wy frajerzy za nic w świecie mojego głosu nie dostaniecie”. Prawo do głosowania przestało być prawem i przywilejem. To tylko smutny, nic nie znaczący rytuał raz na jakiś czas.

    Ta skuteczność naszej klasy(?) politycznej jest zatrważająca i tworzy coś na kształt nakręcającej się spirali. Im mniej ludzi głosuje, tym gorsza niestety jest ekipa która dochodzi do władzy, bo mniejszej ilości głosów potrzebuje aby wygrać. Im gorsza jest ekipa, tym gorzej rządzi, tym mniej ludzi wierzy w politykę, tym mniej ludzi pójdzie do wyborów, tym mniej głosów potrzeba aby wygrać, tym gorsza będzie ekipa rządząca. Tak to działa, tak to się kręci. I cztery lata temu mogliśmy się łudzić, że dzięki zaangażowaniu młodych, coś się zmienia. Tylko że PO przyszło do władzy i nic nie zrobiło. Sfrajerzyli, rozczarowali, olali. Okazali się tacy sami jak wszyscy inni, nic nie mają do zaproponowania, poza tym, że chcą przy władzy trwać. Że nie mam racji? Ktoś powie, że się starają, że walczą i próbują? Ktoś może nawet powołać się na fakty i decyzje. Tylko jakie znaczenie mają fakty? Znaczenie ma to, jak sytuację postrzega ta coraz mniejsza grupka wyborców…

    Dlaczego nie pójście na wybory albo oddanie nieważnego głosu jest błędem? Przede wszystkim dlatego, że to działanie w konsekwencji legitymizuje wybraną władzę. Mówi się, że nie idąc do wyborów, tracisz prawo do komentowania i oceniania władzy.. Coś w tym jest, ale… Nie idąc na wybory, lub oddając głos nieważny, zmniejszasz pulę głosów, które decydują o wyniku. Co oznacza, że trzeba zgromadzić mniej głosów, aby wygrać wybory i przejąć władzę. Co oznacza, że nie idąc na wybory, głosujesz na zwycięzcę. I jesteś dokładnie tak samo odpowiedzialny jak Ci, którzy ich wybrali, a nawet bardziej, bo im to zwycięstwo ułatwiłeś – tym sposobem Twój głos liczył się podwójnie 🙂 Takie to sprytne. Pozwoliłeś, aby mniejsza grupa zadecydowała, kto będzie rządził naszym krajem. Dzięki temu, 40 milionowy naród rządzony jest za pomocą głosów zdobytych od śmiesznej procentowo grupy ludzi. W takim układzie, szczęśliwie nam panujący nawet nie muszą się czuć odpowiedzialni (no bo przed kim), choć ciężar gatunkowy ich decyzji jest ogromny.

    I na koniec dwie wiadomości. Dobra i zła. Zacznę od złej.

    Coraz większa część z nas, skupia się na tym, co zrobić aby jednostce (mnie) było lepiej, niż społeczeństwu (nam) i tłumaczy to tym, że tak musi, bo wszyscy tak robią. Skoro wiemy, że wszyscy mają gdzieś przepisy, my też mamy je gdzieś. Skoro wszyscy oszukują skarbówkę – to my też ułatwimy sobie życie. Skoro inni robią co mogą, aby nie płacić podatków i załatwiać co tylko się da na gębę i bez papierów, to i my możemy. Skoro inni parkują gdzie im się żywnie podoba, to i my stajemy gdzie popadnie. Skoro inni mają w dupie czerwone światła, to i my zaczniemy traktować je z równym pobłażaniem. Co ciekawe, im więcej z Nas ma gdzieś jakiekolwiek regulacje i zasady, tym więcej zasad jest wprowadzanych, bo komuś się wydaje, że liczba przepisów wpływa na ich przestrzeganie. Tak czy owak, zmierzamy w kierunku prawa dżungli, gdzie wygrywa silniejszy, sprytniejszy i szybszy. Tylko skoro się na takie zasady zgadzamy, nie boczmy się na to, że inni są więksi, silniejsi i sprytniejsi. I lepiej od nas potrafią wykorzystywać nadarzające się okazje i łamać prawo skuteczniej od nas. Tak właśnie wygląda las tropikalny w klimacie umiarkowanym.

    Gdzie więc ta dobra wiadomość? Jak tak dalej pójdzie, dojdziemy do ściany. Skumamy wreszcie, że tak się nie da. Ustalimy w końcu jakieś zasady, które będą nas obowiązywać i sami będziemy ich przestrzegać. Przestaniemy samodzielnie wybierać przepisy, które nam się podobają i te, które nam nie odpowiadają. Dojrzejemy do tego, że czasem grupa jest czymś więcej niż sumą tworzących ją jednostek i dojdziemy do tego, że warto respektować zasady taką grupę tworzącą. Zrozumiemy, że są pewne koszty, które trzeba ponieść, aby utrzymać grupę. Wcześniej czy później wśród tych zniechęconych pojawią się ludzie, którzy dostrzegą, że trzeba zmienić otaczającą rzeczywistość. Że zamiast narzekać, trzeba wykorzystać potencjał który w ludziach drzemie. Nie z pobudek idealistycznych, ale dlatego, że im silniejsze społeczeństwo, tym lepiej się żyje obywatelowi. Kiedyś do tego dojrzejemy. Nie prędko, może za jakieś sto lat…

    I tylko szybkie wyjaśnienie. Grupa / społeczeństwo nie oznacza socjalizmu. Nie musimy żyć w komunie, aby żyć w społeczności. Nie musimy się wszystkim dzielić, żeby było nam dobrze. Wystarczy, że ustalimy pewne zasady i pewne wspólne koszty, które każdy z nas gotów będzie ponieść. Tylko tyle i aż tyle.

    I tak zupełnie na koniec, polecam Wam obejrzenie serialu West Wing. Absolutnie genialne. Natomiast do tej notki pozwolę sobie przypomnieć wypowiedź Jeda Bartleta dotycząca tego właśnie tematu:

    Here’s an answer to your question that I don’t think you’re going to like. The current crop of 18-25 year olds is the most politically apathetic generation in American history. In 1972, half of that age group voted. In the last election, 32%. Your generation is considerably less likely than any previous one to write or call public officials, attend rallies, or work on political campaigns. A man once said this, „decisions are made by those who show up.” So are we failing you, or are you failing us? It’s a little of both.

    Season 1, episode 22 – What kind of day has it been.

  • [79-?] Czy umiemy zadawać pytania?

    Jak na razie trwa wielka ofensywa wpisowa – po sali przebiegł cichy szept niedowierzania – że jak to, że drugi wpis w ciągu dwóch dni… szok, absolutny szok. Anyway ad rem.

    Rok 2011 to kolejny rok, w którym wszystko w polskiej polityce będzie podporządkowane wyborom. Może nam się wydawać, że jest inaczej, ale miejmy świadomość, że to nam się tylko wydaje. Politycy będą wiele mówić, wiele obiecywać, zapewniać i czarować. Będą sobie robili całą masę uśmiechniętych zdjęć (choć niekoniecznie zębatych, bo to mogą się komuś skojarzyć z wilkiem, a jak ktoś ma wilcze spojrzenie i wilcze kły, to nikt normalny na niego nie zagłosuje, c’nie?), będą ubierali niebieskie koszule, błękitne krawaty, będą nakładali na siebie tony pudru i będą robili wszystko, aby nam się przypodobać. A my, w całej absurdalnej większości, polecimy na to, jak mucha do… nie, to już lepiej powiedzieć że polecimy jak mucha do kwiatowego kielicha. Przynajmniej kwiatowy kielich lepiej pachnie.

    …czytaj dalej »

  • [28-?] Czyżby kolejne pokolenie utraconych złudzeń*?

    Kilka dni temu Zbigniew Hołdys opublikował w sieci felieton Piramida zwierząt, który nie został opublikowany we Wprost. Powinienem chyba w tym miejscu zaznaczyć, że bardzo lubię jego teksty, zwłaszcza te dotyczące naszej rzeczywistości. Pamiętam jak z wypiekami na twarzy czytałem po nocach jego  blog, który kiedyś prowadził na interii, a który potem niestety chyba popadł w niełaskę lub zapomnienie, a na pewno nieregularność. Teraz pisze do wspomnianego Wprost, a od czasu do czasu można na niego wpaść na blipie. Podejrzewam też, że każdy blipowicz Wam powie, że ZH jest typem człowieka, obok którego ciężko przejść obojętnie. Jednych zmusza do myślenia, innych irytuje i wkurza. Ja jestem z tych zmuszanych, choć chyba sam przywoływany ma na ten temat inne zdanie (lub zdania nie ma, wszak o mnie wiedzieć nie musi:P )

    A teraz ad rem (lub do adremu, jak kto woli:P). Przeczytajcie Piramidę, bo tam pojawia się ostra krytyka wobec naszej klasy politycznej i naszych politycznych „gwiazdorów” w szczególności pana viceMarszałka i pani posłanki rodem z PiS. Jest też wzmianka o tropicielu wszelkich agentów i ministrze od armii… Diagnoza jest prosta – klasa polityczna jest zła, przeżarta i niezmienna. I ta niezmienność jest tym, co jest bardzo złą wróżbą – bo, jak myślicie, spośród kogo wybierać będziemy za kilka miesięcy? I czyje twarze oglądać będziemy kiedy ruszy nowa kadencja? No właśnie – te same…

    …czytaj dalej»

  • [10-2] Potknięcie na pierwszych metrach…

    Kto by pomyślał – tzn. ten kto mnie zna, pewnie się tego spodziewał – że tak szybko zdarzy mi się terminowa wpadka. No cóż, trzeba posypać głowę popiołem, „na klatę” przyjąć ten słuszny prztyczek, spróbować się wytłumaczyć i – o ile to możliwe – jechać dalej z koksem..

    W sobotę dopadła mnie pustka. Może to była kwestia piątkowego zmęczenia, albo nadchodzącej niedzielnej euforii, tak czy inaczej tematu do pisania nie było. Ciśnienie złe, pogoda zła, nastrój – cudowno-paskudny. Ciekawe połączenie… Piątek był fajny, bo w świetnym towarzystwie, niezłym filmie i niczego w piątek nie brakowało. A paskudnym dlatego, że piątek mimo wszystko trochę zmęczył. Tak czy inaczej, w sobotę nie miałem nic do napisania. A ponieważ czasem lepiej milczeć niż bzdurzyć, to sobotę przemilczałem ( w tym miejscu złośliwcy spytają, czemu nie milczę cały czas, skoro do powiedzenia mam nie wiele… cóż, tą uwagę przemilczę z kolei ja…). …czytaj dalej»