Blog

  • Kandydatów debata nasza powszednia

    Chciałbym, żeby ten tekst był radosny i optymistyczny. Chciałbym dowodzić, że z zadawanych pytań i udzielanych odpowiedzi wynika chęć nawiązania porozumienia i wspólnego kombinowania nad lepszą przyszłością. Niestety, moim zdaniem nie wynika.

    Kandydaci nie słuchają pytań, a już na pewno nie udzielają na nie odpowiedzi.
    Moderatorzy nie mają sposobu aby towarzystwo skłonić do trzymania się reguł ani nie mają narzędzi by móc odpowiedzi na zadane pytania wyegzekwować
    Kandydaci nie mają planów ani konkretów, mają za to sztuczki i wytrychy, którymi chcą zaszachować swoich rozmówców.
    Rozmówców nie interesuje co ma do powiedzenia ich partner, bo to nie partner tylko kreatura, którą trzeba zniszczyć, ośmieszyć, pogrążyć.
    Dla rozmówcy najważniejsze jest by wygłosić swoje tezy, niezależnie od tego czy mówią na temat, ani czy ktokolwiek ich słucha.
    Nie próbują przekonać. Nie potrzebują sposobu na pozyskanie rządu nowych dusz, za to wszystko robią by utrzymać swoje w strachu i mobilizacji.
    Widzowie nie słuchają pytań, nie słuchają odpowiedzi, za to bardzo chętnie wypatrują klucza w mowie ciała, w wieżyczkach składanych palcami.
    Komentatorzy swoje komentarze mają poukładane zanim wypowiedziane zostaną pierwsze debaty słowa.
    Obserwatorzy szukają ciosów, fauli i szpilek rozdawanych przez uczestników.
    A wszyscy uczestniczący w tej zabawie dopatrują się oszustwa na każdym kroku.

    Debata mówi wiele nie tylko o naszych już-niedługo-panujących i niewiele-brakowało-panujących. Dużo więcej mówi o nas.

    Przestaliśmy słuchać, zapomnieliśmy jak się dyskutuje, nie próbujemy się niczego dowiedzieć. Wszyscy wszystko wiemy najlepiej, najchętniej zakrzykując wszystkich, którzy śmią myśleć inaczej. Bo tylko będąc głośniejszymi od innych krzyczących czujemy się pewnie. Bo krzycząc w grupie czujemy siłę i moc naszych bzdurnych argumentów. Odmawiamy wszelkich praw przeciwnikowi, wszak on jest nikim, nic nie wie, nic nie potrafi, na pewno kłamie i lży. Jest głupi i bezmyślny. Jest też niewątpliwie zdrajcą i będzie szkodzić rzeczywistości. A Ci co go słuchają są nawet gorsi. Piętnujemy, z łatwością i rozkoszą. Bo tak prościej. Odmawiamy wszystkim prawa do wizji świata innej, niż nasza. Bo tylko nasza ma rację bytu, każda inna jest zła.

    Debata dwóch panów co to startują na Mistera Poland (ten konkurs na prawdę znaczenie ma mniej więcej wyborów Miss Polonii) budzi w widzach emocje większe, niż niejedno mordobicie. Z tą różnicą, że mordobicie nie ma wpływu na naszą rzeczywistość, a tak emocjonalny spór przeniesie się na codzienność. Codzienność, którą – chcąc nie chcąc – musimy budować razem. A tu ciężko rozmawiać, skoro każdy sporny temat okazją jest do krzyku i zaciśniętych pięści, a nie do wypracowania kompromisu. Smutną widzę przyszłość, niestety. Niezależnie od zwycięzcy.

  • Książka, którą musisz przeczytać

    O tej książce chciałem Ci powiedzieć.. nie, chciałem Ci o niej krzyczeć chwilę po tym, jak zacząłem ją czytać, ale się bałem. Bałem się tego, czy jest tak dobra jak myślę, że jest. Czy nie zmieni się w coś złego w między czasie. Bałem się tego, jak się skończy. Im bliżej byłem końca, tym bardziej się bałem. I tym lepsza stawała się ta książka. Tak, to książka, którą warto przeczytać.

    Jakie jest Twoje wewnętrzne zwierzę?

    Czytałem i chciałem Ci ją podsunąć pod nos i dać Ci do czytania. Żebyś ją znał / znała. Żeby Cię porwała. Żeby Cię przestraszyła. Żeby Ci otworzyła oczy. Bo to książka, którą warto przeczytać.

    To nie jest łatwa książka. To nie jest lekka książka. To nie jest śmieszna książka. To cholernie trudna, poważna i ciężka rzecz. Ale warto ją przeczytać.

    Wiek internetu przyniósł jeszcze większe kuriozum: lubienie czegoś ironicznie. To jest dopiero tarcza przeciwuderzeniowa, to jest dopiero potworniak emocji. Beka ze wszystkiego. Beka z moherów, beka z gimbazy, beka z siebie. Wyśmiejmy wszystko i tylko w głębi swojego pluszowego serduszka uważajmy, że coś nam się podoba, ale się do tego nie przynawajmy. Wyśmiejmy, bo nie wiadomo, jak nas ocenią. A tak – czysta karta. Spokój. Nic z siebie nie pokazaliśmy, te rzeczy są takie bekowe hehehehe.

    Na początku roku pisałem o Marsjaninie – ale wiesz, to zupełnie inna kategoria wagowa. Marsjanin to fraszka, igraszka, rozrywka. Tu masz boksera z superciężkiej, który nawala w Ciebie tym, co mu Bozia w genach dała. Pod żebra, na wątrobę, prosty, sierpowy, hak, podbródek. Taka kombinacja rodem z Mortal Kombat. Zapraszam do ringu z Tysonem, bo wiesz, to książka, którą warto przeczytać.

    Nie wiem, czy ona jest „na prawdę”. Nie wiem, co jest obserwacją, a co odczuciem autorki. Nie wiem o kim jest mowa, ale to moim zdaniem rzecz prawdziwa. To książka, którą warto przeczytać.

    To chyba pierwszy raz, kiedy w Kindle’u zacząłem robić notatki. Takie zdania zaznaczać, małe i duże. Dobre. Mięsiste. Konkretne. Zdania z książki, którą warto przeczytać.

    Chciałbym umieć tak pisać. Nie chodzi o styl, chodzi o treść. Chodzi o odwagę. O obserwacje, o umiejętność przebicia się z przekazem. Myślę, że gdyby te nawet gdyby to miała być jedna jedyna rzecz, którą autorka napisała, to było cholera warto. To książka, do której będę wracał. Bo to książka, którą trzeba przeczytać.

    XX wiek był wiekiem nerwic i histerii. XXI wiek jest wiekiem depresji i nałogów.

    To książka, o której myślisz. Która zmusza Cię do myślenia (pierwsze i drugie zdanie, to nie jest to samo i nie oznacza tego samego). To książka, której będziesz się bać. I od której nie będziesz się mógł / mogła oderwać. Przypomni Ci się, kiedy będziesz oglądać swój ulubiony serial, jeść spóźnione śniadanie czy pić zasłużoną kawę. Będzie Ci towarzyszem. Bo to książka, którą warto przeczytać.

    Mnie wzięła z zaskoczenia. Nie wiem, czemu mi wpadła w ręce. Nie spodziewałem się o czym będzie. Nie czytałem chyba nikogo, kto ją chwalił. Może była na nią promocja, czy coś… ale wiesz… chcę żebyś ją przeczytał / przeczytała. Może to ja będę Twoim przypadkiem. A Ty idź, czytaj. Bo to książka warta przeczytania.

    Ja się domyślam, że jesteście znudzeni tematem, że ciągle to samo, że byście woleli poczytać sobie o piłce nożnej albo wylicytować coś na Allegro.

    Ale sorry, chuj, ja mam tu misję i są ważne rzeczy do dowiedzenia się.

    Małgorzata Halber, „Najgorszy człowiek na świecie”. Książka, którą warto przeczytać.

  • Dlaczego w ncplus House of Cards to tak po prawdzie domek z kart?

    Na początek muszę się pokajać. Bo jestem strasznym maruderem. Nic nie robię, tylko chodzę i marudzę. Jak mam wolną chwilę, to marudzę. A jak nie mam wolnej chwili, to marudzę bardziej, bo nie mam czasu marudzić. I się czepiam, ciągle się czepiam. I nawet jeśli czepiam się z jakiegoś powodu lub dlatego że na czymś mi zależy, to i tak nie idzie ze mną wytrzymać. Czasem… coraz częściej podziwiam tych, którzy ze mną wytrzymują, bo to nie może być łatwe. Sam ze sobą bym nie wytrzymał, to w zasadzie pewne. No ale dość ekspiacji. Czas – tu włącza się humor sytuacyjny – pomarudzić.

    Pisałem, że kupuję telewizor. Wspomniałem, że zostałem też abonentem telewizji cyfrowej. Czemu zostałem takim właśnie abonentem? No cóż… Przez wiele ostatnich miesięcy żyłem w błogostanie bez telewizji. Jeśli już coś oglądałem, to na wyraźne życzenie, zwykle po uiszczeniu jakiejś opłaty, co oznaczało że byłem szczęśliwie pozbawiony polskich produktów reklamowych i pseudoreklamowych. Już po zakupie telewizora miałem okazję zderzyć się reklamami przy VOD tvn’u i… wymiękłem. Olej, potencja, grypa plus kilka jeszcze innych niezapamiętanych przeze mnie motywów w krótkim bloku reklamowym i przerywanie materiału żeby mi tę reklamę wcisnąć, sprawiła, że chciałem krzyczeć / wyć / płakać. Wniosek? Chcesz mieć telewizję to płacz po zapłaceniu abonamentu. Chcesz mieć co oglądać, płać odpowiednio więcej i trzymaj kciuki żeby puszczali coś dobrego.

    Czemu nc+? Bo jestem masochistą i lubię tę naszą rodzimą pokraczną odmianę futbolu pooglądać. Lubię też pooglądać czasem jak grają w Anglii czy w Hiszpanii. I czasem na Ligę Mistrzów też zerknę. Do tego filmy / seriale i wybór wydawał się w zasadzie oczywisty. Koszty akceptowalne.

    Dodatkiem są serwisy VOD i w ramach jednego z nich – seriale. I tu miałem nadzieję, że gwiazdy zaczynają mi sprzyjać, ponieważ moja decyzja o wstąpieniu w grono abonentów zbiegła się z premierą nowego sezonu House of Cards i ta seria miała być dostępna właśnie na ncplusie. Cudownie. Będę oglądał super serial w super rozdzielczości na moim super (no bo jakże inaczej mogę myśleć o świeżym zakupie) telewizorze i to na legalu. Czy mógłbym chcieć czegoś więcej? Wydawać by się mogło, że nie… Ale znacie mnie, coś musiałem znaleźć;-)

    Co gorsza, nie musiałem bardzo szukać. Wytrwałem do daty premiery, odpalam, chce oglądać (nawet zaległem w pozycji horyzontalnej) i nagle słyszę że Frank Underwood mówi głosem polskiego lektora. Zasmuciłem się, ale pomyślałem, przecież to platforma cyfrowa, satelita, mogę sobie dobrać ścieżkę dźwiękową. Niestety, mimo najszczerszych chęci i wciskania wszelkiej możliwej kombinacji przycisków na pilocie, Frank nie chciał gadać głosem Kevina. Filutek. Ale to przecież niemożliwe (mój wewnętrzny głos nie tracił nadziei). Sprawdź instrukcję… cisza. Sprawdź serwis ncplus – cisza. Sprawdź forum serwisu ncplus – nikt nie zadał wcześniej mojego pytania.. Google też milczy w kwestii wyboru ścieżki dźwiękowej materiału VOD. Smuteczek.

    Dzieciaku Internetu, posłuchaj młodszych pokoleń, sprawdź siłę social media. Zapytaj na profilu ncplus, na pewno będą mogli Ci pomóc, na pewno znają odpowiedź na Twoje pytanie i okaże się ze jesteś technologicznym debilem.. Tzn jesteś technologicznym debilem, a teraz okaże się, że są na to dowody. A dowody chyba są, bo odpowiedź moderatora ncplus zabrzmiała kategorycznie:

    Wszystkie odcinki nowego sezonu „House of Cards” można ogląda również w oryginalnej wersji językowej.

    Rzadko się cieszę gdy ktoś mi udowadnia, że się mylę, ale tym razem przyjąłem to za dobrą monetę. Zapytałem jak, zastosowałem zaproponowane rozwiązanie i Frank Underwood wciąż wyjątkowo płynnie gada po polsku. Aż dziw, że nie wykorzystali tego jego talentu w reklamach BZWBK (swoją drogą, w tej reklamie nie wykorzystali żadnego z talentów Spacey’a). Poskarżylem się moderatorom (taki byłem wredny) i polecili skontaktować się z obłsugą przez formularz. Formularze to zło, o czym już pisałem, tym bardziej zasmuciłem się, bo ten formularz to był lajfczat… a z tym wiele szczęścia ostatnio nie mam. Ale przynajmniej nie było kolejki oczekujących (albo jeśli była, to nie byłem o niej informowany).

    Komunikacja poszła zaskakująco sprawnie, niestety wnioski nie były przyjemne. Cytuję:

    Istnieje możliwość wyboru ścieżki dźwiękowej wyłącznie przy kolekcjach VOD+ zapisanych na dysku twardym dekodera. W przypadku korzystania z usługi netVOD+ brak jest takiej możliwości.

    Merde! zakląłem pod nosem wykazując się ubogim francuskim słownictwem i beznadziejnym akcentem. Zakląłem raz jeszcze, ponieważ:

    W ofercie platformy nc+ są dwa modele terminali umożliwiające korzystanie z usługi VOD+

    [ale oczywiście nie mój terminal]

    Podłączenie przenośnego dysku twardego nie pomoże

    Karma. Ewidentnie sobie na to zasłużyłem. No ale nie sądzicie, że to jednak trochę #smuteczek? Nie pytałem o tą możliwość przy wyborze dekodera, a pewnie bym się zastanowił. Nikt też mi nie powiedział, że seriale będą dostępne tylko z tłumaczeniem… No cóż, za dwa miesiące ta usługa zostanie mi wyłączona, w przeciwnym wypadku będę musiał za nią płacić. Płacić za możliwość oglądania filmów z lektorem. W takim wypadku oglądanie zakłócane byłoby zgrzytaniem zębów, a ja lubię swoje zęby, więc nie chcę nimi zgrzytać…

    Frank, nie mógłbyś czegoś w tej kwestii zrobić?

  • Żywot klienta współczesnego, czyli mój Fun (prawie pack) z Orange

    Wszystko zaczęło się od telefonu, jakich każdy z nas otrzymuje wiele. Dzień dobry, dzwonię do Pani / Pana z bardzo typową sprawą, czyli jest Pan naszym niewol.. abonentem i kończy się Panu umowa. W związku z tym chcemy Panu / Pani zaproponować cyrogr.. umo… bardzo korzystne warunki pozostania naszym niewolnikiem, tj. klientem. Zgodzi się Pan / Pani ze mną, że te doskonałe paragrafy sprawiają, że klaszcze pan uszami na sam dźwięk mego głosu…

    Tym razem okazało się, że kończy mi się umowa z Orange. Znaczy wkrótce się skończy. Znaczy jakoś za dwa miesiące. Mój największy problem, a zarazem moja największa wina polegała na tym, że nie byłem zainteresowany poszerzaniem oferty. Chciałem to, co mam, ewentualnie trochę taniej. I trochę szybciej, ale szybko się okazało, że szybciej się nie da. Co najwyżej mogę przedłużyć to co mam, na tych warunkach, które mam. Jak świadomie nie przedłużę, to umowa zostanie automatycznie przedłużona o kolejne pół roku. Innymi słowy, jeśli wybiorę bramkę A to wybieram opcję A, a jeśli spróbuję wybrać dowolną inną opcję, to okaże się, że i tak wybieram opcję A.

    Nie skorzystałem, podziękowałem, uznałem że czas poszerzyć horyzonty. W tak zwanym międzyczasie, okazało się, że będę kupował telewizor. Cudownie, pomyślałem, oto okazja, aby poszerzając swój pakiet usług wejść na cudowne oszczędzanie i mieć mniej za więcej. Albo na odwrót… Ponieważ jestem dzieckiem Internetu, wierzącym w to, że człowiek powinien sprawdzić to czy tamto samodzielnie zanim zacznie rozpaczliwie nagabywać Bogu-ducha-winną telefoniczną obsługę klienta, zacząłem od sprawdzenia co Orange ma dla mnie na swojej stronie. Szukałem, szukałem, nawet jakieś połączenie ofert znalazłem, ale wstyd się przyznać, przestałem rozumieć warunki i cenniki oferty. Wobec tego, ponieważ swego czasu widziałem na stronie pomarańczowych live chat uznałem, że to doskonałe rozwiązanie dla mnie, dziecka Internetu.

    Znalezienie livechatu nie jest oczywiste. Nadal nie wiem gdzie się pojawia i czemu czasem znika ani czemu nie widać go na stronie kontaktowej. W każdym razie czasem się pojawia. Można się zalogować swoim nr abonenta i już za chwileczkę już za momencik poznać rozwiązanie swojego problemu. W końcu tak rozumiem komunikat „rozmawiaj teraz”. Zdziwiłem się trochę, bo po oczach dostałem tym:

    Jeden z naszych przedstawicieli wkrótce do Pana/Pani dołączy. Jest Pan/Pani 4 w kolejce. Czas oczekiwania wynosi ok. 29 minut. Dziękujemy za cierpliwość

    Szybko stałem się 2gi w kolejce, po 2 osoby szybko uciekły. Minęło 5 minut, 10 minut, 15 minut a ja ciągle czekałem. Nie doczekałem się. Temat poszedł w zapomnienie.

    Wrócił dwa tygodnie później. Znowu uwierzyłem, że chat może więcej. Była niedziela wieczór. Kto normalny pisze do Orange w niedzielę wieczór? Nikt normalny, ale piszę ja, pisze Pan, Pani, społeczeństwo. Tym razem byłem 19. w kolejce, czas oczekiwania 98 minut. DZIEWIĘĆDZIESIĄT OSIEM MINUT czekania na czacie, aż ktoś się do mnie odezwie. Ale jestem wredna bestia, odpaliłem sobie jutuba albo inne paskudztwo i czekałem. Miałem wolną chwilę, więc napisałem o tym na FB, otagowałem #orange (w tym miejscu pragnę pozdrowić zespół Brand24 (albo Sotrendera, albo IRC, albo Bóg wie kogo jeszcze) i brygadę monitorującą sieć dla pomarańczowych, życzę miłej lektury. Wiem, że czytacie. Nie odpisujcie, serio, nie warto). Nothing personal. Ale skoro Orange się na moim profilu odezwał i spytał jak może pomóc – odpisałem. I zostałem skierowany na formularz na stronce Orange. Nie, dziękuję, postoję (skoro już i tak czekam na czacie). Nie ma gorszych rzeczy niż formularze na stronach www. Nie ma i już. Wie o tym każde dziecko Internetu.

    Odczekałem swoje 98 minut (plus minus ze dwa kwadranse… raczej plus), chat zaplumkał zgłosiła się miła pani z infolinii. Zadała mi chyba ze trzy pytania. Jak może pomóc, czy mam tylko jedną usługę i czy chcę szybszego Internetu (tak chcę, ale się nie da się) po czym najpierw zamilkła (dygresja i złośliwość z mojej strony, ale nasza rozmowa składała się głównie z milczenia i długiego czasu wpisywania treści jak „w czym mogę pomóc”), a potem dostałem komunikat, że jestem na końcu kolejki oczekiwania i że już za 50 minut ktoś z wielką przyjemnością zajmie się moim problemem. Ja Ciebie też drogie Orange, ja Ciebie też.

    Skoro nie działa czat, Social Media odsyłają do formularza, a żeby dzwonić na infolinię i słuchać Chopina nie mam ochoty, trzeba by spróbować rozwiązań offline’owego. Znaczy przyjdzie mi odwiedzić punkt obsługi klienta (tu powinno powiać grozą, powinna skądeś zostać rozpylona mgła, powinno się zrobić zimno, źle i smutno).

    Próbowałem mniej więcej 7 razy zostać obsłużonym w różnych punktach Orange. Popyt na usługi tej firmy jest tak znamienity, że niezależnie od punktu obsługi kolejki wypełniają punkty obsługi. Obsługa zaś jest tak znakomita, że albo w trosce o dobro klienta podaje mu telefon mówiąc – pan to sobie wyjaśni na infolinii, albo we trzy osoby próbuje rozwiązać prawdziwy problem prawdziwego klienta, jakim jest przesłanie kontaktów z telefonu A na telefon B bez utraty danych, za pomocą karty SIM, bo wszystkie inne metody zawiodły. A skoro wszystkie metody zawiodły, to sprawa robi się tym ciekawsza, więc konsultanci przekazują sobie prawdziwego klienta z prawdziwym problemem z rąk do rąk ze słowami „weź, Ty spróbuj”. A ja czekam. Od kwadransa bez mała. W zasadzie od dwóch, bo wcześniej był Pan, który musiał zarejestrować swoją kartę, ale widzi Pan, u nas ta usługa potrwa 48 godzin, więc niech się pan zastanowi czy aby na pewno pan tego chce. Był też drugi klient, który potrzebował roamingu, no ale do roamingu jest potrzebna konsultacja z infolinią – niech pan dzwoni… A jeszcze w międzyczasie (czas był na tyle długi, że nie trudno się było dostać w „między”) pojawiła się klientka, która chciała doładować swój telefon (jak zawsze) i przedłużyć okres ważności konta na 90dni (jak zawsze) ale zrobiła to w innym punkcie (niż zawsze) i teraz przedłużyli jej ważnośc tylko na 50dni i NIECH PAN TO TERAZ ODKRĘCI. Co Pan zrobił? Posłusznie wybrał numer na infolinię. Klientka starsza, telefon też niemłody, więc zrobiło się głośno. Tak głośno, że aż inny konsultant zaczął na nią krzyczeć, że on tu przecież pracuje. Komentarz miałem na końcu języka ale… przemilczałem i z tego domu wariatów wyszedłem.

    Każda z 7dmiu moich wizyt wyglądała mniej więcej tak ja ta. Z innych dowiedziałem się między innymi, że w Orange nie może wyłączyć usług sms premium w punkcie, bo my tu świadczymy inne usługi. Dowiedziałem się też, że na zapleczu konsultanci znikają bezpowrotnie (może piją jakieś ziółka?). I że mojego czasu i mojej cierpliwości nikt mi nie odda. Stracone. Było minęło. Ale telewizji od tego operatora nie wezmę. W sumie nic nowego od nich nie wezmę. Bo jakby się coś zepsuło… to jeno płacz i zgrzytanie zębów mi pozostanie. A umowa na Internet przedłuży się sama.

    A wiecie co jest najlepsze? Że żeby zamówić praktycznie tę samą usługę (telewizję sat) tyle że bez funpacka, czyli bez udziału Orange potrzebuję dosłownie 25 minut. Bez kolejek, bez czekania, z bardzo miłą obsługą. Nikt nie krzyczał, nikt nie wykopywał, nie miałem ochoty uciekać. Przyszedłem, powiedziałem czego chcę, dostałem co chciałem, jestem klientem* nc+. (O tym dlaczego jestem ich klientem i dlaczego nie wszystko jednak takie super – wkrótce). I co, dało się? Dało się. Orange… naprawdę pokombinujcie jak obsługiwać lepiej, bo Was zjedzą. Nie jesteście sami na rynku, nie macie bezkonkurencyjnej oferty. Nie macie serca, a i rozumu u Was jakby coraz mniej. Ale tak jak usługi Play polecam każdemu (i kilka osób już do nich przeniosłem) tak do Was przekonywać nie mam zamiaru. Ale to też chyba jasno wynika z całego mojego przydługiego tekstu.

    *Jestem strasznym klientem. Marudzę, narzekam, myślę, piszę, wymagam. Ale też płacę. Regularnie. I tyle ile trzeba. Więc może jednak warto ze mną rozmawiać?

    Swoją drogą, z tym Internetem u mnie coś mocno nie podrodze… Jak sobie pomyślę o przebojach z Netią…

  • Niepodległość z terminem przydatności do spożycia

    Choć tak mogłoby się wydawać, to nie będzie wpis zasadniczo polityczny, choć kwestie polityczne będzie poruszać. I nie będzie to chyba wpis radosny ani zabawny. Nie jest też jego rolą straszyć, może jedynie spróbować podnieść jedną kwestię.

    Należę (jeszcze) do pokolenia 30latków (i to jak na razie wczesnych 30 latków). Jestem z tych, którzy wychowali się na 5-10-15 i Teleranku, ale już o tym kiedy zamiast Teleranka w telewizji objawił się generał Jaruzelski tylko słyszałem. Spędzałem popołudnia na oglądaniu Kulfona i Moniki, weekend zaczynałem z bajkami Hanna Barbera a kończyłem dobranocką Disneya. Nie znam kolejek przy pustych sklepowych półkach, ale pamiętam zakupy w Pewexie (za dolary!) i mniej więcej świadomie przeżywałem wymianę złotówek starych na nowe. Nie wiem czemu Balcerowicz musiał odejść ani gdzie stało ZOMO. Wiem natomiast, że zawsze żyłem w wolnym kraju.

    Kraju z własnym językiem, własną walutą, własną kulturą. Własnymi problemami, kłótniami i politykami. Własną historią, której można się uczyć – jeśli tylko kto zainteresowany. Doświadczam wolności, która nam przynależy. Nad którą nikt się nie zastanawia, bo ona jest. Tak jakby zawsze była. Tak jakby zawsze miała być. Bez wysiłku. Bez ceny. Aż korci żeby dopisać „bez wartości”?

    Uczyłem się o zaborach, o powstaniach, o przegranych bitwach i wojnach. O szarpaniu się z wrogiem, o konspiracji i knuciu przeciwko ciemiężycielom. Niestety, więcej wiem o tym co działo się w Sparcie czy Atenach przed naszą erą, niż co działo się w Polsce po 45 roku. O Jałcie wiem tyle co wyśpiewał Kaczmarski, ale nawet gdybym wiedział więcej, znałbym tylko nasz, nieco ułomny | subiektywny punkt widzenia.

    Zastanawia mnie, co dla mnie oznacza wolność. Nie ta w kontekście penitencjarnym, ale obywatelskim. Że mogę iść gdzie chcę? Wyjechać dokąd mi się żywnie podoba? Czytać co chcę? Myśleć i mówić co chcę? Co w XXI wieku oznacza wolność, a co zniewolenie? Może kiedyś było prościej… były wyraźne granice kto wróg, kto przyjaciel. Kto grabi, a kto pomaga. Dziś osłabiać naród można na dziesiątki sposobów – można ogłupiać latami odpowiednio wykorzystując media. Można podsycać skrajne emocje odpowiednio działając w Internecie, w szczególności w Social Mediach gdzie nie nauczyliśmy się jeszcze weryfikować tego ani kto, ani co, ani dlaczego mówi. Można wyprowadzać pieniądze rozmaitymi licencjami, opłatami… można od siebie uzależniać (np. tworząc centra outsourcingu) po to tylko aby w dogodnym momencie kurki pozakręcać, zostawiając po sobie mgliste wspomnienie raju utraconego, przeniesionego tam gdzie zatrudniać się bardziej opłaca (płacąc odpowiednio mniej). Można nas także uzależnić od swojej ropy i swojego gazu, bez którego ani nie ruszy gospodarka a i zimy zaczną odpowiednio mocno dawać w kość. Siedząc u kogoś w kieszeni wcale nie musimy być trzymani pod kluczem ani pod bronią. Tylko czy kiedykolwiek się zorientujemy, że oto nasza wolność jest jakby ciut ograniczona?

    Z drugiej strony, co w XXI wieku oznacza rozbiór kraju? Czy można podzielić naród między inne i kazać ludziom myśleć w innym języku? Czy byłoby to ekonomicznie uzasadnione? A jeśli nie, to jaki jest sens odkrawania Ukrainy plasterek po plasterku przez Rosjan? O co toczyć się będą wojny? O surowce? Nie mamy ich. O ziemię? Ziemi ci w takiej Rosji pod dostatkiem. O wpływy? Do tego nie potrzebujesz wyprowadzać wojska. Choć z drugiej strony wydawać by się mogło, że gdy do działań rusza armia, to wszystko jest jakby jasne – kto agresor, kto w opresji.. Ale nie dla zachodniej Europy.

    I przechodząc do kolejnych pytań. Czy gdyby doszło do ograniczenia naszej wolności, potrafilibyśmy o nią zawalczyć. Czy potrafilibyśmy ze sobą rozmawiać i wspólnymi działaniami przeciwstawić się zagrożeniu, czy jednak w każdej rozmowie musielibyśmy wysłuchiwać „ja wiedziałem, że tak będzie, tylko mnie nie słuchaliście”? Czy jeszcze potrafimy się dogadać, czy jednak podziały wynikające z tego jak obchodzimy się z naszą wolnością są już tak głębokie, że można nami umiejętnie grać i pogrywać?

    I teraz będzie najsmutniejsze… To jak jest zależy od nas. Nie od naszych rodziców, nie od naszych dzieci. Nie jesteśmy już tak młodzi, by z rozmowy wykluczał nas wiek. Nie jesteśmy też starzy by oddawać pole młodym. Natomiast skupiliśmy się na tym, aby dobrze było jednostce (mi, mi, mi, mnie, mnie, mnie), troszkę chyba jednak zaniedbując obszar społeczny. Pozwalamy innym narzucać ton i jakość dyskusji, pozostając biernym, najczęściej decydując się na to, że nie bierzemy udziału w ich gierkach, ich wyborach, ich decyzjach. Bo przecież musimy ciężko pracować w tygodniu, aby udowodnić wszystkim że jesteśmy lepsi, ważniejsi, silniejsi, mądrzejsi niż inni. Udowodnić to wszędzie. W szkole, w pracy, na ulicy i w rozrywce. A ponieważ zwycięzców się nie sądzi, nie przebieramy w słowach ani metodach, byle wyszło na nasze. Wszak reguły i zasady są po to, by je łamać i by stanowić od nich wyjątki.

    Tak rozumiemy naszą wolność, do tego potrzebujemy naszej niepodległości. Taki budujemy sobie świat.

  • Żywot klienta współczesnego, czyli jak kupowałem telewizor

    Istnieje niebezpieczeństwo, że notkę piszę zbyt wcześnie. Że to jeszcze nie koniec historii. Że przede mną jeszcze kilka niezapowiedzianych zwrotów. Że trzeba będzie zmienić pointę, albo dopisać akapit albo dwa… nie mniej jednak, zaryzykuję.

    Więc tak… Zacznę od opisania planu sytuacyjnego. Od dłuższego czasu nie mam w domu ani telewizora ani telewizji. Za ekrany do oglądania filmów, seriali czy zmagań sportowych służył tablet i laptop, ale największa nawet rozdzielczość na wiele się nie zdaje, kiedy do czynienia masz z 13 calami ekranu. Oczywiście można, ale od czasu do czasu pojawia się kaprys, by może coś jednak obejrzeć na czymś jakby większym. Zatem decyzja – kupujemy telewizor.

    Wydawałoby się – nic prostszego. Kasa jest, potrzeba jest, pewnie towar też się znajdzie. Tak telewizor jakieś 20 lat temu kupowali nasi rodzice. Ale od kilku lat tego towaru jest tyle, że idzie oszaleć. Ponieważ jestem dzieckiem internetu, poszukiwania zacząłem od porównywarki. Pod hasłem „telewizor” pojawia się bagatelka 1394 pozycje. I zaczynamy wybrzydzać. LCD, LED, OLED czy może jednak plasma? Full HD, 3D czy może jednak 4k? Producent A, B, C, D, E, F, G, H czy J? Rozmiar? Funkcje? Pilot? Sterowanie? Wifi? Częstotliwość odświeżania? Tuner?

    Ograniczenie się do kwoty pomaga, ale niestety niewiele.

    No dobra, dzieciaku Internetu, nie marudź, rób research. Tylko że jako dzieciak Internetu wiem, że marki rozmaite wiedzą, jak ważny jest społeczny dowód zaufania i mają swoich ludzi, którzy oficjalnie lub nieoficjalnie podpowiadają, podszeptują, oceniają lub krytykują produkty niekoniecznie w dobrej wierze, a raczej ku chwale płatnika. Więc z tym researchem trzeba ostrożnie. Tym bardziej, że o połowie cech które w testach się pojawiają nie mam bladego pojęcia, a drugiej połowy absolutnie nie rozumiem albo nie rozpoznam, Ja chcę mieć tylko _dobry_ telewizor. Nie muszę się z tego tematu doktoryzować. Nie mam na to czasu ani ochoty.

    Więc może podpytam kolegów / przyjaciół / znajomych. No więc każdy ma swój _dobry_ telewizor, każdy swój ogonek chwali, przy czym każdy ma telewizor innej marki i w innej technologii. Nie ma łatwo. Jeden kolega bardziej niż inni zorientowany (i też taki, któremu w tych kwestiach ufam bardziej niż innym) powiedział – sprawdź producenta A. Dlaczego tak powiedział? Trzeba jego pytać. Ale ponieważ gdzieś zacząć trzeba, zaufałem.

    Przegryzłem się przez stronę producenta, sprawdziłem opinie tam i na porównywarce, przekonałem się że w zasadzie nie ma różnicy w cenie jeśli zdecyduję się na zakup u producenta, w sklepie internetowym lub w sklepie tradycyjnym (taka magia). Już się ucieszyłem, że w tym rozmiarze co mnie interesuje jest tylko jeden góra dwa rozsądne modele, ale ponieważ karma jest wszechobecna od razu zacząłem jęczeć, kiedy okazało się że każdy z modeli ma trzy podmodele które różnią się parametrami o których nie mam zielonego pojęcia. Cóż… lajf is brutal.

    Dobra – wybrałem. Ten kupię. Ale skoro cena online i offline jest taka sama, a sklep offline jest wcale daleko, pomyślałem – kasa w dłoń, buty na nogi i ruszam na zakupy – tym sposobem będę się cieszył zakupem szybciej (to że mogę zapłacić i mieć sprawia – jak już pisałem – że nie jestem chętny do robienia zakupów przez Internet). W sklepie zaatakowała mnie ściana telewizorów, poprzedzona morzem telewizorów, na którym były wyspy telewizorów i jeszcze od czasu do czasu zalewała mnie kolejna fala telewizorów. Więc tak wygląda fizyczna reprezentacja wirtualnych „1394 pozycji”. I wtedy popełniłem pierwszy poważny błąd.

    Zobaczyłem sprzedawcę i zanim zdołałem opanować impuls zadałem pytanie. „Jaki mam wybrać telewizor i dlaczego nie ten od producenta A?”. Taki byłem sprytny. Myślałem że mój wybór był na tyle dobry, że sprzedawca uśmiechnie się i rzecze tak – „pana wybór jest świetny, poproszę pana pieniądze, tu jest pana telewizor, nie ma lepszego”. Nie powiedział tak. Popatrzył za to na mnie jak na impertynenta i z przekonaniem powiedział że – producent A to beznadzieja, paranoja i syf w jednym. Że go kupią, sprzedadzą i że zbankrutują. Że robią coraz gorsze sprzęta, do niczego się nie przykładają, tu i tam się coś pieprzy, matrycę ma nie wiadomo od kogo i nie bierz pan tego. Weż pan natomiast telewizory producenta B. Patrz pan jaki piękny, kolorowy, wyrazisty. I w każdym calu lepszy. I niech mi pan wierzy, tu na koszulce mam nazwę producenta C, kolega jest od producenta D ale bierz pan koniecznie tego tu od B bo tylko on sprawi że będzie pan szczęśliwy. A konkrety? Dynamika obrazu, czystość dźwięku, jakość wykonania, częstotliwość odświeżania (12 razy większa od tego u producenta A) i najważniejsze proszę Państwa – tu pan może sobie odtworzyć dowolny film który pan ściągnie z torrentów, a ten producent A to wie Pan, filmy kręci, muzykę nagrywa, na nic panu nie pozwolą. Będzie pan musiał za wszystko płacić (mówi to człowiek pracujący w sklepie który sprzedaje także i filmy i muzykę i oprogramowanie i książki… ). No ale.. ponieważ cenię sobie wolność i zwykle wierzę ludziom, przyjąłem opinię sprzedawcy za dobrą monetę, ale ponieważ jestem dzieckiem Internetu pomyślałem, że przed zakupem przynajmniej opinie o sprzęcie sprawdzę + okazało się że producent B nie dostarcza do tego sklepu tego modelu w tym rozmiarze co to mnie interesował.

    No to wracamy do punktu research – i znowu cholera wszyscy ten telewizor chwalą. Za kolory, za jakość, za matrycę. I cena lepsza od pierwszego typu. No ręce same składały się do oklasków, taką się mądrością wykazałem i do tego jeszcze zaoszczędziłem. Co więcej, telewizor w interesującym mnie rozmiarze jest do kupienia w innym sklepie offline’owym do którego też mam nie daleko. Widać gotówka w portfelu mnie swędzi – jadę kupować. W sklepie popełniłem drugi poważny błąd.

    Niczego się nie nauczyłem i zamiast jak w pełni świadomy i zdecydowany na zakup klient znowu na widok sprzedawcy zgłupiałem i ponownie nie umiałem opanować impulsu aby zadać to samo pytanie – jaki telewizor w tym rozmiarze mam wybrać? Sprzedawca bez wahania wskazał na upatrzony poprzednio model od producenta A. W tym miejscu wewnętrznie zawyłem. Drobnym pocieszeniem było to, że tuż obok polecanego telewizora wisiał ten co to mi go polecano poprzednio. Więc jakie argumenta? W zasadzie te same, tylko trochę na odwrót. Wykonanie, jakość, matryca, kolory. A częstotliwość odświeżania? Sztucznie nakręcana. Oba telewizory (rzekomo) mają taką samą częstotliwość sprzętową, ale można je „podkręcić”. I niech pan popatrzy na tę czerń – widzi pan? Ni cholery nie widziałem. To stańmy tu, teraz pan widzi? No teraz jakby bardziej.

    Zapytałem (powinienem już nauczyć się aby nie zadawać pytań, które komplikują sytuację) o to, czemu nie poleca mi telewizorów firmy C, która ma chyba najwięcej modeli na rynku i przygotowuje matryce dla większości oferowanych modeli. Bo pytałem o rozmiar 42’’, gdybym zapytał o inny, to i odpowiedź by była inna. To mnie bardzo upewniło w wyborze.

    Powinienem w tym miejscu podziękować, zapłacić i szczęśliwie udać się do domu z wielkim kartonem pod pachą. Powinienem, ale akurat w tym sklepie nie było tego modelu nie z wystawy. A jakoś tv powystawowego nie chcę kupować. Więc do domu, do Internetu, szukać oferty. I jest. I w Krakowie. I z odbiorem osobistym (za darmo). I to wszytko natychmiast. Biorę!

    Ale pierwsze – ponieważ telewizor ma takie a nie inne gabaryty, odbiór osobisty nie jest za darmo.
    Ale drugie – gotowy natychmiast, czyli do odbioru za trzy dni. (czy pisałem już, że nie lubię kupować przez Internet?)

    No to czekam. W ramach ciekawostek tylko dodam, że wymyśliłem sobie płaski telewizor, żeby go powiesić na ścianie. i fajnie by było, żeby móc go trochę odchylić (nachylenie wobec ściany a nie kręcić nim na boki). No to okazało się, że wybrałem sobie tivi, co to nie spełnia standardów uchytów. Karma, czyż nie?

    A jak już jesteśmy przy karmie, to jeszcze dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, przez najbliższe tygodnie śledzić mnie będą w Internecie sprzedawcy sprzętu RTV… Czas skasować cookie;)

    Spostrzeżenie drugie… Jak już mam (mieć będę) telewizor, trzeba będzie pomyśleć o telewizji… I to wcale nie musi być łatwiejszy wybór…

  • Marsjanin – przeczytaj koniecznie

    Dziś króciutko i na temat, bo wolę książki czytać, niż o książkach pisać. Zresztą nie zamierzam pisać streszczenia;-)

    Andy Weir – Marsjanin, czyli zmagania astronauty (choć w zasadzie kosmicznego pirata) o przetrwanie na czerwonej planecie, kiedy zostaje pozostawiony (przez czysty przypadek, co sam wielokrotnie powtarza i przypomina) na tejże planecie sam. I co najważniejsze, nie traci przy tym głowy (ta się przydaje) i poczucia humoru. I NASA prawie mu nie przeszkadza;) (A NSA tylko trochę podgląda) I prawie wszystko robi tam jako pierwszy. Brzmi jak science fiction? Well, to jest science fiction ale za to bardzo dobre science fiction. miejscami techniczne, ale można to autorowi wybaczyć, bo przecież dzieli się swoją pasją, a przy okazji stara się udowodnić że wszystko co opisuje mogłoby się wydarzyć na prawdę (albo się wydarzy, jak już zaczniemy Marsa podbijać…)

    Książka wciąga, bardzo wciąga. Tak bardzo, że nie sposób się od niej oderwać. Książka też bawi – nie przypominam sobie, kiedy ostatnio rechotałem do lektury, a tu rechotałem nie raz i nie dwa, a wiele, wiele razy. Książka jest też doskonałym materiałem na film (który już kręcą). Prawdziwie przyjemna beletrystyka. Niezależnie od tego czy lubisz fantastykę czy nie (ja nie przepadam), niezależnie od tego czy podobał Ci się Robinson Crusoe, niezależnie od tego ile masz lat i ile masz czasu. Tę książkę powinnieneś / powinnaś, musisz (a co, znalazłem wersję bezpłciową) przeczytać. Bo to bardzo dobra rozrywka. Więc jeśli czytasz tylko jedną książkę w roku, to w 2015 wybierz Marsjanina. Nie pożałujesz, może nawet podziękujesz i podasz dalej:) A kto wie, może uznasz, że warto czytać 😉

  • Hejt, hejt über alles

    Dziś chyba będzie krótko (chociaż obiecać nie mogę, ale w razie jak by co, to „to się wytnie”) i chaotycznie. Tematem hejt, który dotyka każdego z nas pod każdą możliwą postacią.

    Oczywiście, hejt nie jest niczym nowym i rozlewa się po sieci od dawna, w zasadzie powoli zaczyna się z niej wylewać. Nie mniej jednak jedno moje małe spostrzeżenie w temacie, nie uczymy się. Nie wyciągamy wniosków. Zamiast głodzić, karmimy trole. Zamiast ignorować – rechotamy. Czasem półgębkiem, czasem z niesmakiem, czasem nieco zażenowani. Ale to rechot słychać. I oczekiwanie na kolejne pożal się boże riposty.

    (więcej…)

  • Pendolino – wiele hałasu i… nic

    Wersja krótka. Byłem, jechałem i… tyle. Zero emocji, zero ekscytacji, może trochę poczucia obciachu. Jakiego obciachu? A to już w wersji dłuższej.

    Wersja dłuższa zaczyna się od tego, że wcale nie chciałem o tym pisać. Ale skoro piszą wszyscy, to co, gorszy będę? Nie będę. Tym bardziej że byłem, jechałem, widziałem nawet się trochę wody napiłem. Tym razem będzie nietypowo, bo wersja długa będzie relatywnie krótka i prawie (żarcik taki) w punktach.

    Śmieszno smutnym jesteśmy krajem, w którym wielkim wydarzeniem jest wtoczenie się na tory kilku wagonowego pojazdu, który nie różni się niczym od innych znanych nam już kilku wagonowych pojazdów. Tzn. PKP robi co może aby tę różnicę wykazać, ale w zasadzie z mizernym skutkiem.

    Zaczyna się od pań i panów stewardów, którzy witają Cię przy wejściu i – na wszelki wypadek – pytają Cię uprzejmie czy aby na pewno masz bilet na przejazd. Nie, jestem tu przypadkiem. A kiedy pozwoliłem sobie spytać, czy miejsce numer ten a ten to raczej z tego czy tamtego końca wagonu, to rezolutny pan steward uznał, że to zależy od tego, jak stanął. No cóż… zaryzykowałbym tezę śmiałą, że ten pan jest tam od tego aby wiedzieć co i jak staje.

    Jak już wsiądziesz wita Cię Chopin. To znaczy niestety nie częstują Cię wódką, ale z głośników płynie Chopina mazurek jakiś, czy coś innego co wyszło spod jego pióra. Coś co zwykle słyszysz (albo Maciej Stuhr słyszy) kiedy próbujesz się połączyć z infolinią… Tym razem muzyka jest wstępem do informacji że aby podróżować tym pociągiem musisz mieć bilet i to musisz go mieć w garści, bo w przeciwnym razie jesteś w tak zwanej kropce. Biletu nie kupisz u konduktora, co dotychczas było normą i co dotychczas wiązało się z symboliczną dopłatą. Teraz opłata owszem i jest, ale nie symboliczna bo to bagatelka sześć i pół stówy polskich złotych. Za sześć i pół stówy można się wybrać z Krakowa do Warszawy LOTem w te i z powrotem… Serio – przed chwilą sprawdziłem.

    Jest jeszcze informacja podana (tym razem bez Chopina) na 10 minut przed odjazdem, że lada moment odjazd i wszystkich bez biletów (wściekli się czy jak?) uprasza się o opuszczenie najnowszego cudu kolejowej techniki. Bo jak nie, to kara. I to ostatni komunikat przed odjazdem, potem już żadnego gwizdka, żadnego uwaga uwaga, żadnych fanfarów. Z gracją pociąg toczyć się zaczyna…

    Ledwie się rozbujał a już pan kierownik wita na pokładzie życzy miłej podróży. 5 minut ciszy i dawaj z informacją, że zapraszamy do WARSu*. 10 minut przerwy i informacja że wszystkiego o tym cudzie techniki można się dowiedzieć z ulotki, która znajduje się w oparciu fotela przed Tobą… z ulotki dowiesz się tego, że pociąg ma tyle a tyle wagonów, tyle a tyle miejsc, tyle a tyle przedziałów i że to cud techniki. No i że jak się porządnie rozbuja, to może jechać nawet 250km/h. To wszystko mógłbyś przeczytać zapewne także na stronach pkp, gdyby nie to że cud techniki nie oferuje Ci pasażerze (pozdrawiam wszystkich anglojęzycznych) fifirifi. No bo na co to komu dziś. Tak czy inaczej po kolejnych 10 minutach dowiadujesz się, że na pokładzie jest człowiek odpowiedzialny za utrzymanie czystości i w przypadku nastąpienia sytuacji w efekcie której pojawią się wyjątkowo uporczywe zabrudzenia należy skontaktować się z przedstawicielem drużyny obsługi pociągu. To nie jest dosłowny cytat, ale słowa „wyjątkowo uporczywe” i „drużyna” wystąpiły w tym komunikacie na pewno. Po kolejnych 15 minutach kierownik pociągu informuje że właśnie osiągnęliśmy prędkość 200 km /h i że pociągi PKP jako jedyne w tej części Europy Środkowej mkną po szynach z taką to właśnie prędkością. Po kolejnych 15 minutach stoisz w (niemal dzikim) polu a kierownik pociągu informuje Cię że będziemy mieli mniej więcej 10 minutowe opóźnienie… Na całe szczęście był to jeden z ostatnich komunikatów nadanych dla umilenia podróży pasażerom…

    Aby podróż była przyjemna, nad głowami części pasażerów a także nad przejściem zamontowane są monitory na których wyświetlane są bardzo ważne informacje. Bardzo ważną informacją dla pasażerów podróżujących na trasie Kraków Warszawa jest np. to, że rozpuszczalna kawa po czesku to rozpustna kawa. Możesz się także drogi pasażerze dowiedzieć, jak otyłość wpływa na stan kolan. Możesz także obejrzeć (prze-okrutnie nudny) film promocyjny PKP i informację o tym że człowieku są nowe czasy i nowe ceny i że tym to pięknym pociągiem możesz pomknąć nawet za 49zł. (No chyba że masz 650zł na zbyciu). Monitory wykorzystywane są także aby zachwycać podróżujących zdjęciami naszej (chyba naszej) fauny No po pokazany jest np piękny jeleń.. i nie, nie jest to pasażerów portret własny. Są też pingwiny i niedźwiedź polarny (to chyba jednak fauna odrobinę zapożyczona…). Są też ptaki w zimie. I drugi obrazek również ptaka w zimie. Rozumiem, pingwina łatwiej rozpoznać. I podpisać.

    Wszystko to jednak blaknie przy tym, co dla pasażera mimo wszytko najważniejsze, a najważniejszy wydawać by się mógł komfort przejazdu. A Pendolino jest zwyczajnie ciasne. Siedzisz przy oknie, powiesisz okrycie zwierzchnie i już zapomnij o wygodnym rozłożeniu laptopa (burżuju). Z tym laptopem to w ogóle zabawna sprawa, bo oparcie fotela z przodu oferuje stolik. Rozłóż stolik, połóż laptopa, siądź w fotelu i zrozum że o ile powinieneś mieć talię Anny Muchy, to ręce już lepiej Marcina Gortata… I o jakiejkolwiek pracy z wykorzystaniem tego stolika to raczej zapomnij. I kolejny drobiażdżek… jak zawsze przewoźnik oferuje napitek (kawa, herbata, woda, sok). Bierzesz sok i kombinujesz przez najbliższe kilkadziesiąt minut, gdzie go postawić żeby łatwo do niego sięgnąć, nie zgubić, żeby się nie sturlał, nie wylał i żeby Ci pod siedzeniem nie uwierał. I co? I nie ma takiego miejsca… A dla jednego soczka nie będziesz przecież stolika rozkładał… I takie to zagadki Cię w Pendolino czekają.

    Przydałaby się jakaś pointa…. Wniosek jest taki – pociąg jeździ w takim czasie jak już jeździł, spóźnia się tak jak się spóźniał, nic nikomu nie urywa, a jedynie pasażerowie jeszcze się nie nauczyli, że współpodróżników absolutnie nie interesuje 10ta rozmowa o tym że halo halo nic nie słyszę bo jadę pendolino, i zadzwonię do Ciebie bo nic nie słyszę, no bo Pendolino. I koniecznie do tego musi być jeszcze Marimba w komórce, żeby każdy wiedział że z nie byle jaką komórką mamy tu do czynienia. Na całe szczęście po dojechani do stacji końcowej nikt nie klaskał…

    * Jedyna taka piosenka o PKP…

  • Internet, tu przecież wszystko jest za darmo

    Z punktu widzenia użytkownika, w Internet to miejsce w którym wszystko jest, albo przynajmniej było, a przynajmniej może być – za darmo. Dostęp do najnowszych newsów – za darmo, dostęp do śmiesznych kotków, piesków i dzieci – za darmo, dostęp do znajomych i znalezionych przez nich śmiesznych kotków i piesków również oczywiście za darmo. Do komentarzy – za darmo, do zdjęć – za darmo. Do seriali, wydarzeń sportowych, najnowszych filmów, płyt – za darmo. You name it, they’ve got it. And they are giving it for free… Crazy, right? Right.

    Co więcej, rozmaitym firmom również zależy na tym, aby wiele tego, za co dotychczas kazali sobie płacić, dawać za free. Choćby po to, abyś tego posmakował. Abyś spróbował właśnie ich produktu. Częściowo takie zachowanie wymusza konkurencja – jeśli inni dają za darmo, to i Ty zapewne będziesz musiał, ponieważ w przeciwnym razie będą korzystać z rozwiązań cudzych, a nie z Twoich. (więcej…)