Blog

  • Nie będę płakał po Platormie, czyli Polska po wyborach

    Króciutko… bo i tekst chyba po czasie… Platforma na swój wynik wyborczy pracowała długo. I nie chodzi nawet o ostatnie 8 lat (choć oczywiście również) ale też nic nie proponowała. Jedyne co mówiła, to – jak nie zagłosujecie na nas, przyjdzie PiS – bójcie się i z tego lęku zagłosujcie na nas. I co? Straszak za słaby, konkretów brak, te osiągnięte 24% to i tak cholernie dużo. Wciąż jeszcze stoi za Platformą elektorat, tylko że Platforma chyba nie wie, jak do niego mówić i zamiast szukać i dopracować pomysł na siebie, skupia się na tym, że oberwała w dwóch kolejnych wyborach. Kluczem jest perspektywa, ale zwykle jak się nie wie co się robi, to się robi głupoty. A Platforma sprawia wrażenie, że nie wie co robi. Serio Giertych? Serio Kamiński? Serio Niesiołowski? Cóż takiego wymieniona trójka miała do zaproponowania… Jeszcze Dorn, Napieralski…

    Nie będę płakał. Żalu do ustępującej władzy trochę mam – afery, nieudolność lub brak działania, grabież OFE, brak planu na przyszłość, brak wizji… Brak czegoś więcej niż skupienia się na przetrwaniu i „niebyciu PiSem”. Natomiast z wszystkich wyżej wymienionych najbardziej doskwiera – chcemy rządzić, bo chcemy władzy, ale co z tą władzą zrobić – nie mamy pojęcia. A tak swoją drogą, jeśli najlepszą odpowiedzią Platformy na porażkę w wyborach jest „każda władza się zużywa” to gratuluję głębokiej analizy i czekam na dalszy rozkład.

    Wciąż zaskakuje mnie to, że najlepsze wnioski i obserwacje tego, co się dzieje politycznie ma Aleksander Mem Kwaśniewski… może dlatego, że on już nie musi się w tym taplać.

    PiS… zwycięzca, który zgarnął wszystko i teraz za wszystko będzie odpowiadał. Ciężko będzie wytykać, że nie mogą czegoś zrealizować, bo nie pozwalają „przystawki”… Teraz przystawki nie będą potrzebne, za to wizja, którą kreślili idąc po władzę przeraża… Bo rozdawnictwo (staliśmy się nagle bardzo bogatym krajem, który wszakże jest „w ruinie”), bo obyczajowo zapowiada się ciekawie… I nie chodzi mi o to, że mam problem z tym, co myślą sobie bardziej konserwatywni ode mnie. Problem mam z tym, że bardziej konserwatywni ode mnie nie zostawiają miejsca na myślenie mniej konserwatywne od ichniego. Boję się trochę ludzi, którzy do władzy zostaną nominowani. I nie myślę tu o Antonim, trochę bardziej niepokoi mnie np. Jarosław Gowin… Niby nic wielkiego, ale wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak były minister sprawiedliwości mógł nie wiedzieć jak działa przedłużenie ciszy wyborczej (to jeszcze z czasów wyborów prezydenckich). Zwyczajnie mam wrażenie, że raczej słaby rząd zastąpi równie słaba ekipa, która różnić się będzie tym, że będzie narzucać tylko swoją wizję rzeczywistości. Choć chcę wierzyć, że gdyby tak się miało wydarzyć, to ta władza nie wytrzyma czterech lat (co zresztą w czasach „nowożytnych” udało się tylko ekipie Tuska)…

    i jeszcze słówko o tej wizji „Polska w ruinie”… To co mnie przeraziło, to blisko 40% które, można odnieść wrażenie, uwierzyło w taką interpretację naszej rzeczywistości, z którą ja się nie zgadzam. I nie, nie chodzi mi o to, że jesteśmy krajem mlekiem i miodem płynącym. I nie. nie chodzi mi też o to, że nie ma czego naprawiać. Raczej o to, że nie uważam, aby Polska była w ruinie, co więcej, w moim odczuciu zaspokajanie najprostszych instynktów (jak choćby rozdawnictwo na dzieci, „ratowanie” kredytów frankowiczów (a jeszcze lepiej także tych złotówkowych), lub wysokie opodatkowanie wszystkiego, co jeszcze potrafi w Polsce pieniądze zarabiać) może nas do takiej ruiny doprowadzić. Bo nie stać nas na to, a skoro nas na to nie stać, to żeby móc takie kaprysy (tak właśnie, kaprysy) społeczeństwa spełniać, trzeba będzie albo zaciągać dalsze długi (zły pomysł) albo.. no właśnie, co? Podwyższyć podatki? A wszystko to w mocno niespokojnych czasach geopolitycznych. I to bardzo blisko nas. I dlatego gorąco proszę, o więcej rozwagi i ostrożności, a mniej ułańskiej fantazji, wywijania szabelką, pchania się na sztandary i zostania Chrystusem narodów.

  • Co dobrego ostatnio przeczytałem – szybki przegląd

    Zanim zachęcę (bo zwykle o zachętę mi chodzi) do czytania czegoś, co sam niedawno przeczytałem, odpowiem na niezadane pytanie – czy piszę o wszystkich książkach, które przeczytałem? Nie. I nie chodzi o to, że czytam więcej i nie chcę się chwalić (jakby było czym). Raczej chodzi mi o to, że o niektórych książkach nie wiem co napisać. A skoro nie wiem co napisać, to po co męczyć siebie i czytelnika… I nie chodzi nawet o to, że to złe książki. To mogą być dobre książki, tylko… ja nie wiem co o nich napisać. Dużo łatwiej mi się pisze, jak mam coś do powiedzenia.

    Po pierwsze Lemetre i „Suknia Ślubna”. Autora już wychwalałem (tu i tu), a o samej Sukni słyszałem wiele dobrego i nie rozczarowałem się. Co prawda w moim prywatnym, raczej nigdzie nie publikowanym, rankingu wyżej stawiam trylogię Verhoveena, ale… Lemetrowi w Sukni udało się bodaj dwu czy trzykrotnie sprawić, że mi się bebechy z wstrętu, obrzydzenia, i szeroko pojętego niesmaku wywróciły. To ten moment, w którym szczęka spadła na podłogę a Ty nie masz siły jej podnosić, tym bardziej że doskonale wiesz, że nawet jak ją pozbierasz i dopasujesz, to jeszcze długo będziesz czuł niesmak w gębie po tym, co przeczytałeś. A równocześnie nie sposób się oderwać od lektury. Wciąga, łapie za fraki, szarpie za fraki, wybija zęby, sprawia, że ciarki po plecach wędrują w górę i w dół, a zegar litościwie wybija drugą w nocy, kiedy Ty po raz niewiadomojużktóry obiecujesz sobie, że ten teraz rozpoczęty rozdział będzie ostatnim. Ooooostatni. No prawie…

    I tak, niezmiennie ustawiam trylogię wyżej, ale też do czytania Sukni gorąco, gorąco zachęcam.

    Po drugie, „Wyspa na prerii” Wojciecha Cejrowskiego. Autor, tłumacz i redaktor (a przy tym rzecz jasna podróżnik) w jednym, każdą swoją książką sprawia, że mu zazdroszczę. Tego gdzie był, tego co przeżył, co zobaczył, z kim rozmawiał. Przy tym opisuje to w sposób tak lekki i tak prosty (absolutnie nie mylić z prostackim) że nie sposób mu nie wierzyć, tym bardziej, że czytając można odnieść wrażenie, że na jego miejscu mógłby być każdy (pod warunkiem, że miałby dość śmiałości aby kupić bilet za wielką wodę sprzedając przyniesioną na plecach lodówkę lub ruszyć do kraju gdzie posługują się językiem którego zupełnie (czyli że w ząb) się nie zna).

    Połknąłem „Wyspę” i chcę na prerię. Chcę poczuć piach i kurz, chce poznać ten świat po PPP (Pierwszym Praniu Portek), chcę poznać ludzi, którzy tworzą Stado, a Stado zawsze człowieka zna lepiej, niż zna on siebie sam. I tu trochę smutna, zupełnie dziwna konstatacja… Coś mi się zdaje, że aby poczuć to „stado”, aby poczuć się dobrze wśród ludzi, trzeba być daleko od naszej rzeczywistości. I nie chodzi o to, że źle mi wśród ludzi, z którymi na codzień spędzam czas, chodzi raczej o to, jaki mam stosunek do szeroko pojętego społeczeństwa… a stosunek mam taki, że niestety wracając z dalekich wakacji słysząc polską mowę mam niejednokrotnie ochotę odwrócić się na pięcie… dziwne to uczucie. Jeszcze gorsze? Mniej mi doskwiera niemiecki szwargot… Ale to dygresja z książkami nie związana. Wyspę polecam. Choćby po to, by posmakować czym pachnie i zgrzyta odległy, odległy świat.

    Jedno tylko mam małe ale… Wyspy nie ma na czytnik.. i nie chodzi o to, że źle mi się teraz z papieru czyta, ale… już jestem chyba ebookowym narkomanem i bardzo sobie cenię wygodę, która z tym się wiąże…

    No i mała ciekawostka. Pamiętam, jaką falę hejtu musiał na siebie przyjąć Jarosław Kuźniar za historię o tym, że w Wallmarcie można wszystko kupić, a potem wszystko oddać. Trafił na sam szczyt szczytów Cebuladeals. I mając to na uwadze, proponuję przeczytać ze zrozumieniem opowieść WC o tym jak działa Wallmart i dlaczego tak właśnie działa ta sieć.

    I jeszcze jedno polecenie, tym razem kolejny skandynawski kryminał (a raczej kolejny skandynawski autor kryminałów) – Jorn Lier Horst. Możecie śmiało poczytać Jaskiniowca, Psy Gończe (to już za mną) i Poza sezonem (to jeszcze przede mną). Żadne wielkie aj waj, ale za to porządne pisarskie rzemiosło. Ciekawi bohaterowie, niezgorsze intrygi, ale też nic nowego dla tych, co kryminały pochłaniają (nie twierdzę, że sam pochłaniam, ale wiele dobrych rzeczy do czytania polecam, i to też jest niezłe, natomiast jeśli ktoś ma ochotę na coś dobrego, to w ciemno niech bierze Lemetra).

    No i właśnie… ponieważ w jakimś stopniu Millenium Larssona utożsamiam z impulsem, który ponownie pchnął mnie do czytania. Millenium czytałem kilka razy i pewnie jeszcze raz lub dwa mi się zdarzy… No i do tomu czwartego (Co nas nie zabije) podchodziłem nieufnie, ostrożnie i… Cóż, póki co pozostanie pozycją do przeczytania na później, choć zdarzyć się może, że będzie książką po którą nie sięgnę nigdy. Sami bohaterowie to nie wszystko, nawet intryga to nie wszystko. U Larssona mistrzowski był sposób zawiązywania historii, drobiazgi, które porywały i uwiarygadniały opowieść. Nowe Millenium, przynajmniej po pierwszych paru rozdziałach sprawia raczej wrażenie zabawy w „połącz kropki” czyli idź z punktu a do punktu b, gdzie dowiesz się o punkcie c, niż dobrą, wielowątkową powieść. Wiem, to prawie jak ocenianie książki po okładce, ale… myśl taka mnie czasem napada, zbyt wiele jest dobrych książek do czytania, i za mało czasu, żeby tracić czas na przekonywanie się do czytania książek, które na pierwszy (a także drugi i trzeci) rzut oka dobrymi nie są. Zwyczajnie nie ma sensu się męczyć.

  • Co Cię nie zabije – wersja australijska

    Scenka rodzajowa w całkiem zwyczajnym domku na przedmieściach małego miasta w Australii, wyróżniająca się nadmierną ilością dialogów i wymownej ciszy. A zaczęło się całkiem niewinnie…

    – Wkładając buty, sprawdźcie, czy nie ma tam pająków.
    – Pająków?
    – Tak, pająków. Uważajcie zwłaszcza na te, które nazywamy „redback”.
    – Redback?
    – Tak, to te z czerwonym paskiem na grzbiecie.

    Czerwony pasek na grzbiecie. Nie należy pytać o więcej, prawda?

    – A czemu mamy na nie uważać?
    – Są trujące.
    – Trujące?
    – Trujące.

    Wspomniana chwila wymownej ciszy..

    – ale trujące tak trochę czy…?
    – Całkiem poważnie. Śmiertelnie.
    – A one są duże, te pająki?
    – Nie, nie bardzo, mniej więcej wielkości paznokcia.
    – Ale one są tu raczej rzadko widziane?
    – Są całkiem popularne, na pewno mamy kilkanaście w ogródku. Chcesz poszukać?

    W ogródku. 4 m2 bez kępki trawy. Naprawdę ciężko cokolwiek przeoczyć.

    – Ale to mamy się nimi przejmować, ta kreska na grzebiecie jest duża?
    – W ogóle się nie przejmuj. Nawet ich nie zauważysz.

    Chwila poświęcona na kontemplacje i jeszcze odrobinę wymownego milczenia.

    – Ale… na tę ich truciznę jest jakaś odtrutka?
    – Nie. Jak Cię użre, to nie ma rady.
    – …. a ile czasu od ukąszenia do objawów?
    – 20 minut. Mniej więcej.
    – ….
    – Ale spokojnie, dorosły co najwyżej konkretnie zachoruje.
    – Aha… na długo?
    – Tak na tydzień. Mniej więcej. Ale naprawdę się nie przejmuj.
    – Nie przejmuj się?
    – No tak, one naprawdę niewiele osób zabiły. Poza tym, jest tyle rzeczy, których się trzeba bać, że Redback nie jest warty zachodu.
    – To czego np. powinienem się bać?
    – Choćby tego, że Cię potrąci samochód.

    Proste? Proste.

    A jednak czuję się nieco mniej komfortowo;)

  • Kilka luźnych spostrzeżeń

    Skoro pojawia się myśl za długa na twitta, a zbyt krótka na wpis pojawia się pytanie, co z nią zrobić. Zapomnieć? Przeedytować, żeby zmieściła się w 140 znakach? Zakolejkować na lepsze czasy, które nie nadchodzą? Kiedy tych myśli w ciągu dnia zbierze się kilka jest łatwiej, można dla każdej zaplanować akapit, a potem to już jakoś będzie. Dziś atakowały myśli wychowawczo-religijne, a dalej to już tylko moje spostrzeżenia. (więcej…)

  • Przeczytane: Koronkowa robota chyba najlepszy (znany mi) kryminał…

    Oj mocne słowa. Oj duże słowa. Oj… zasłużone…

    W jakimś sensie jestem pies na kryminały. Pochłonąłem Larssona, Nesbo, Perssona, duety Hjorth&Rosenfeldt czy Rosslund&Hellstrom. Zaczytałem się w Ciszewskim, Miłoszewskim i Głuchowskim i wszystkie one są bardzo dobre a nawet świetne. A jednak mam wrażenie, że na ten moment powieści Lemaitre przejmują koszulkę lidera… Ocena to rzecz jasna subiektywna, ale emocje, które francuz funduje czytelnikowi… no zalecam ostrożność tym, którzy mają niezdrowy nawyk obgryzania paznokci…

    O dwóch książkach Pierre Lemaitre’a (Alex i Ofiara) pisałem nie tak dawno i już one zostawiły po sobie świetne wrażenie… Ale zacznę od tego, że prawdziwego psikusa sprawił wydawca, publikując je w złej chronologii. Z przyczyn tylko jemu wiadomych, najpierw wydał część 2gą trylogii i komisarzu Camille Verhoevenie, potem część trzecią, a na deser zostawił czytelnikom historię, która stała się przyczynkiem całej opowieści.. Czytając w kolejności polskich wydań, niestety część czytelniczej przyjemności jest nam odbierana, ponieważ pewne wątki autor pociągnął przez całą trylogię, więc znając dalsze losy Camille’a siłą rzeczy znamy kilka istotnych zwrotów akcji, które przygotował dla nas Lemaitre.

    Nie wiem czy przypadkiem czegoś nie zamieszałem. Zatem w prostych słowach – nie czytaj Alex i Ofiary przez Koronkową robotą, bo stracisz wiele przyjemności tego świetnego kryminału.

    A poza tym… Lemaitre to moje tegoroczne odkrycie. Sam mówi, że chce pisać kryminały takie, jak Hitchcock. I… no cholera udaje mu się. Pisze o okrucieństwach na jakie stać człowieka, zabiera nas trochę w świat, który znać możemy choćby z 8mm (film taki…) a przy okazji wielokrotnie wpuszcza nas z gracją w maliny, o czym przekonujemy się dopiero wtedy, kiedy dłonie mamy podrapane przez chaszcze a policzki mamy pełne czegoś, co jeszcze przed chwilą malinami nam się zdawało. Opowieść wciąga, obrzydza, przeraża… Ale strasznie ciężko się od niej oderwać.

    Koronkowa robota, a i cała trylogia to świetna rzecz. Nieprzespana noc i wypieki gratis.

  • Dwa lata z Kindlem, czyli jak czytnik zmienia świat

    Niemal dokładnie dwa lata temu, miesiąc po zakupie, nie tylko pytałem retorycznie czy Kindle jest lepszy od tabletu, ale wręcz udowadniałem, że tak jest. Czy po dwóch latach korzystania z czytnika coś się zmieniło? A może raczej co się zmieniło?

    Czytnik nie sprawił, że zacząłem czytać książki (nie jestem aż takim gadżeciarzem, żeby gadżet zmieniał moje zachowanie…) ale zdecydowanie sprawił, że zacząłem książek czytać więcej i częściej. Nie sprawił na przykład, że zacząłem czytać w komunikacji miejskiej – zawsze czytałem, np trzy ceglaste tomy Millenium podczytywałem w tramwaju linii nr 2 w Krakowie. Ale czytnik daje dużo większą wygodę czytania w podróży. No i nikogo nie szturcham łokciem, ani nie dźgam książka przy próbie przewrócenia strony przy każdym ostrzejszym manewrze pana motorniczego. (więcej…)

  • Przeczytane: Alex i Ofiara, czyli kryminały po francusku*

    O kryminałach Pierre Lemaitre’a słyszałem ledwie kilka razy. Wspomniał o nich ktoś w biurze, nie do końca pamiętając nazwisko autora, wspomniał o nim Zygmunt Miłowszewski opisując losy Teodora Szackiego. Ale te wzmianki miały widać w sobie coś z obietnicy i to całkiem niezłej obietnicy. Teraz, po ich przeczytaniu, z prawdziwą przyjemnością mogę polecić je dalej;)

    Co wyróżnia powieści Lemaitre? Jak mało kto potrafi wodzić czytelnika za nos. O ile w przypadku wielu, wielu kryminałów można spodziewać się rozwiązania jakie przygotował dla nas autor i od pewnego momentu rolą czytającego jest towarzyszyć i kibicować bohaterom w ich nierównej walce, o tyle u francuza nigdy nie wiadomo, z której strony przypuszczony zostanie atak na nasze założenia, kiedy wpuści nas w maliny, a kiedy pociągnie za jakąś wajchę i trzeba będzie raz jeszcze mozolnie składać misterną układankę poszlak.

    Nie ma tu wielkich intryg, spisków służb specjalnych. Nie ma mgły ani przeintelektualizowanych czarnych charakterów. Ale i tak opisane zbrodnie są nietuzinkowe i zuchwałe, a autor zagłębia się w mroku ludzkiej natury i nurza się z lubością w fantazjach ociekających obrzydliwością. Nie buduje wielkich konstrukcji, nie zasypuje odbiorcy zbędnymi opisami, oddaje raczej klimat wielkiego miasta, w którym „zło” jest… obecne… Zło, które towarzyszy nam jak sąsiad, którego w zasadzie nie znamy, o którym nic nie wiemy, ale jest zaskakująco bliski. Zło jest zaskakująco namacalne i… cóż, normalne. A potem z każdym zdaniem, stroną, rozdziałem atmosfera staje się gęstsza i dużo bardziej nieprzyjazna. I pojawia się dreszczyk… i nie opuści nas już nawet o krok.

    Akcja wciąga, bohaterowie zarysowani ledwie kilkoma kreskami stają się naszymi przyjaciółmi, a ich problemy naszymi problemami. Nie wiedzieć kiedy mija godzina, druga, trzecia czytania, za oknem ciemno, w mieszkaniu cicho a Ty obiecujesz sobie, że jeszcze tylko jeden rozdział, jeszcze tylko jeden…

    Pokuszę się o mało wyszukane porównanie – kryminały Lemaitre’a są jak ogr, mają warstwy. Więc kiedy myślisz, że już wszystko znasz i ogarniasz, odsłaniają się nowe smaki i konteksty. Wydawca postanowił nie być gorszy i przewrotnie chronologicznie pierwszy tom trylogii o inspektorze Verhoevenie postanowił wydać jako ostatni, więc teraz znając już finał historii, będę się dowiadywał jak to się wszystko zaczęło…

    Tak więc ja sięgam po „Koronkową robotę” a Wam już teraz gorąco polecam „Alex” i „Ofiarę”

    *Kryminały co prawda napisane po francusku, ale na całe szczęście przetłumaczona na polski, bo w przeciwnym razie wiele bym nie zrozumiał…

  • Przeczytane: „Sen o potędze”, który budzi wiele wspomnień

    Mateusz Miga spisał historię Wisły Kraków pod panowaniem Bogusława Cupiała. Dla mnie to opowieść o tyle wyjątkowa, że opisuje nie tylko tytułowy sen, ale przede wszystkim budzi wiele wspomnień. Nie tylko dlatego, że Biała Gwiazda to klub, którego losom się przyglądam, ale dlatego że jako „ultras” (a za takiego się przez lata uważałem) a następnie przez blisko trzy lata pracownik klubu, byłem jeśli nie uczestnikiem to przynajmniej bliskim świadkiem wielu opisanych w książce zdarzeń.

    „Sen” to świetna lektura, widać ogrom pracy włożony przez Mateusza, doskonale oddaje zawirowania wokół klubu, jego upadki i wzloty. Wyjaśnia kilka sytuacji, które przez lata obrosły w mit (jak choćby rzekomą bójkę w szatni po meczu z PAO), przypomina najjaśniejsze punkty minionych 18 lat, przedstawia głównych bohaterów dramatu, choć brakuje głosu właściciela. Szkoda, że nie udało się do niego dotrzeć.

    Jedyny niedosyt który przychodzi mi do głowy, choć to żaden do „Snu” przytyk, to skupienie się wyłącznie na perspektywie piłkarskiej, a przy Wiśle wiele się dzieje „dookoła”, zwłaszcza w warstwie kibicowskiej (kibicowskiej, nie kibolskiej). I tam też drzemie ogrom ciekawych historii i barwnych postaci. Cóż, to zapewne materiał na zupełnie inną opowieść.

  • Zew krwi a społeczeństwo piranii

    Znowu politycznie. I z każdym wpisem coraz smutniej.

    Miałem nadzieję, że wraz z ogłoszeniem wyborów emocje opadną. Że wrócimy do codzienności, zajmiemy się pracą, dziećmi, rozrywką. Przestaniemy zajmować się polityką i wytykaniem wszystkim wokół, że są źli i głupi. Tylko że wraz z końcem jednej kampanii płynnie przeskakujemy do kolejnej, a skoro dotychczas tak dobrze żarło i Internet okazał się taki fantastyczny i taki skuteczny, to po co przestawać? Mam wrażenie, że w wielu z nas (niezależnie od poglądów) budzi się duch Sikorskiego i słodko zajadłym głosem cedzi prosto do ucha „na co czekasz, teraz jest czas na dożynanie watahy”… Obrzydlistwo.

    Ci co przegrali liżą rany pakując walizki i lamentując jak to będzie źle. Podkreślają że „#toniemójprezydent” albo wypatrują wyskakującego zza węgła Macierewicza z Kurskim czy Błaszczakiem. Swoją drogą, jeśli PiS się czegoś powinien nauczyć, to tego, że tych ludzi trzeba trzymać z daleka od mediów… Może nauczą się do tego stopnia, że z nich zrezygnują, żeby nie robić sobie pod górkę (o obciachu nie wspominając…) To by był dopiero rechot historii – PiS musi się zmienić bo wygrywa…

    Platforma nie kuma. Nie rozumie, że obrywa za swoje 8 lat i pożegnanie Komorowskiego to może być jedynie przygrywka. Brakuje w PO chyba kogoś, kto by towarzystwo ustawił do pionu, wyznaczył kierunek i narzucił tempo… Brakuje organizatora, a im dłużej ten stan się będzie utrzymywać, tym bardziej gorąca będzie atmosfera, tym większe będzie ciśnienie i większa szansa, że żadne ramy tego nie wytrzymają i rozpierzchną się członkowie po ideowo bliższych i dalszych kręgach.

    Z coraz większym obrzydzeniem czytam co na TT pisze Jarosław Gowin… a wydawał się jakby poważniejszym człowiekiem. Cóż, kiedy włazisz między wrony, przypraw sobie dziób i ogon. I koniecznie rób wszystkich na szaro.

    Swoją drogą, coraz bardziej miałka ta nasza polityka. Już nie musi o nic chodzić, już nie trzeba mieć żadnego celu, nie warto przejmować się wartościami, po co komplikować sprawy. Te wybory wygrał Internet. Memy wygrały. Szydera wygrała. Nie możesz z kimś wejść w polemikę – wyśmiej go. Kłam, obiecuj, stosuj sztuczki. Krzycz, szukaj świrów – kamera kocha świrów… Pokaże takich telewizja, ludzie chcą oglądać pokracznych, zidiociałych, z parciem na szkło. Słabością demokracji zawsze było to że mądry i głupi mają tak samo istotny głos. Mało tego, mądrzejszy zawsze w demokracji z dwoma głupimi przegra. A głupich, smutna prawda, zwykle jest więcej. Ale w dobie internetu doszedł jeszcze jeden element – ponieważ każdy może krzyczeć, to krzyczą wszyscy. I znowu – głupców więcej, krzyczą głupio ale donośnie. W tym hałasie coraz trudniej wyszukać ludzi którzy a) wiedzą co mówią b) mówią z sensem c) mają jakąś wiedzę która uprawdopodabnia punkty a i b. Zwłaszcza że do tego, żeby coś mądrego powiedzieć, zwykle trzeba chwili namysłu. Byle jaki mem stworzyć znacznie łatwiej. A ciemny lud nie tylko kupi, ale i z rechotem będzie udostępniał.

    Ale nie to w tym wszystkim smuci mnie najbardziej. Przeraża mnie to, że idziemy w te gierki. Że wciąż na tych, którzy myślą inaczej niż my patrzymy z żądzą krwi w oczach i czekamy tylko, żeby im dokopać najchętniej dodając przy tym, że to ich wina, bo my święci. Oni są zmanipulowani, bo prawda jest nasza. Oni kłamią, ich prawda w oczy kole. A ponieważ teraz pluć na (wciąż jeszcze obecnego) prezydenta jest w modzie – plujemy. Wygraliśmy wybory, więc teraz będziemy rozdawać razy. Będziemy decydować o tym, kto prawomyślny, kto uczciwy, to winny. Będziemy rozliczać za wszystkie prawdziwe i domniemane wykroczenia i występki. Rozliczać kochamy jak nikt. Grzebać się w przeszłości i udowadniać własne racje. Żeby nam coś z tego przychodziło.. żeby to stanowiło jakąś wartość, jakiś fundament na którym można stawiać coś trwalszego… Jakoś mi się nie wydaje.

    Coraz częściej mam wrażenie, że nie chcemy i nie lubimy rozmawiać. Nie mamy ochoty posłuchać co do powiedzenia ma ktoś, z kim się nie zgadzamy. Wiemy lepiej i nasze musi być na wierzchu.Jakby od tego, że posłuchamy cudzego argumentu i go rozważymy miał się zawalić świat. Smutny to świat, który ślepy jest na wiedzę „z zewnątrz”. To fanatyzm… tylko gdzie nas on może doprowadzić? I tym sposobem mi smutno.

    Kilka razy pisząc tę notkę przerywałem spisywanie kolejnych myśli, zastanawiając się nad sensem ich pisania. Czy mam coś do napisania? Czy to coś zmieni… znowu to samo, znowu grzęźniemy w tym samym bagnie a i mi wątki składa i splata się coraz trudniej. Wszystko dlatego, że chcę wierzyć, że potrafimy inaczej, ale nas widać dużo bardziej bawią znane wojenki. Wszak teraz kto inny w ofensywie. A tylko głupiec nie napiera dalej, gdy przeciwnik oszołomiony. Tylko idiota nie próbuje udowodnić swojej siły kiedy ma do czynienia ze słabszym. Tylko idiota mając za sobą większość przejmuje się tym, co do powiedzenia mają ci w mniejszej grupie. Przecież nie o to chodzi w demokracji.

    Tylko wiecie… im dalej w las, tym więcej drzew i ciemniej jakby też. I za tę wędrówkę w głąb przyjdzie nam kiedyś zapłacić. No a kto zapłaci? Pan zapłaci, Pani zapłaci, społeczeństwo… Bo pamiętajcie, politycy są bogaci naszymi pieniędzmi i strasznie łatwo przychodzi im nimi szastanie. A tymi kosztami, co to je przyjdzie zapłacić w przyszłości nie przejmują się wcale.

  • Lata mijają, a Kali ma się dobrze

    Kilka luźnych spostrzeżeń powyborczych.

    Wieczór wyborczy śledziłem na twitterze. Ja wiem, Twitter nie jedno ma imię i jakich sobie wybierzesz obserwowanych, tak sobie potem czytasz. Jakiś czas temu, teraz już nie wiem na ile świadomie i na ile z premedytacją, wybrałem do grona obserwowanych ludzi o poglądach ode mnie zgoła odmiennych. No i potem co wszedłem na TT to mi jadem we mnie pluło. Korciło mnie, żeby ich ze swojej rzeczywistości wygonić, bo to przecież takie proste. Ale to że ich wygonię, nie oznacza, że ich nie ma. Są. I mają swoje poglądy. I zwykle moje poglądy się w ich rzeczywistości nie mieszczą. Bo oni mają rację, a ja zdradzam…

    Cisza wyborcza to fikcja. Ploty jak na bazarze. Wszyscy wszystko wiedzą, bez obciachu wszystko piszą. W jednym jesteśmy doskonali – w ignorowaniu prawa. Nie zależnie od tego, czy to prawo wyborcze czy drogowe. Ono jest po to, żeby go inni przestrzegali. Ja – o…o… mogę wszystko (gimbazy nie znajo).

    Społeczeństwo mamy takie, co nie umie w demokrację. I tu dwa niestety konteksty. Mały i duży.

    Mały – w związku z nieszczęśliwym zdarzeniem, śmiercią w jednej z komisji, cisza wyborcza przedłużona o 90 minut. I nagle gwałty, krzyki, ludzie nie rozumieją więc się drą. Że jakim prawem, że na co to komu, że teraz wszyscy będziemy czekać na jedną komisję, że skandal. Otóż, epitet, nie. Nie po to się jeden z drugim dogadał czas jakiś temu, że jak gdzieś jest obsuwa, to reszta czeka, żeby wszyscy obywatele mieli równe szanse i prawo (a – do zagłosowania, b – do tego żeby im nikt nad głową nie krzyczał na kogo mają głosować), żeby teraz dla wygody rozwrzeszczanych, rozemocjonowanych pyskaczy ten moment równości łamać. Tak, Kowale były w mniejszości. Ale na tym demokracja polega, że szanujemy mniejszości. Że potrafimy swój interes poświęcić czasem w imię wspólnej wartości. A jedną z ważniejszych wartości demokracji są – śmiem twierdzić – wolne wybory. Tak, stało się. Tak, poczekamy. Krzywda naprawdę nam się nie stanie.

    I jeszcze dygresja, mamy takiego byłego pana Ministra, co sądy ustawiał i za prawa stanowienie chciał się brać. Ministrem być przestał, więc zgubił notatki, prawa zapomniał i teraz całkiem poważnie pyta:

    Gowin pyta o ciszę wyborczą
    Gowin pyta o ciszę wyborczą

    Panie Ministrze, miałby Pan dość rozsądku o takie rzeczy publicznie nie pytać, bo wstyd. A jak Pan nie wie, to na miłość boską RTFM lub w najgorszym STFW! A nie zachowuj się Pan jak gimnazjalista na sprawdzianie.

    Duży – PIS wygrał pierwsze wybory od dawna i tu – niespodzianka – to pierwsze od dawna wybory, co to ich nikt nie sfałszował. Wszystkie inne były oszukane, ale te co my wygrywamy są ok. Dla mnie to zamach na rozsądek. I – niesamowite – znikopisów nie było. No nie może być. I komisje normalne? No szok.. Szok. W każdym razie jak Polska długa i szeroka przemknął okrzyk zwycięstwa, przykryty zaraz jękiem zawodu pokonanych. Drodzy moi współobywatele – na tym polega urok demokracji. Czasem wygrywają ci, z którymi się nie zgadzamy. Ci sami, którzy przez lata mieli problem z uznaniem wszystkich wyborów wygranych przez Twoich faworytów. Tylko że oni przez ostatnie 8 lat zagryzali zęby i pracowali na to, żeby u nas dało się żyć. Oni żyli w przekonaniu, że rządzący są źli, ale tu żyć trzeba. Wygrał ktoś z ich ugrupowania, więc teraz wszyscy zawiedzeni rzucają łaciną na prawo i lewo, bo oni w tym kraju mieszkać nie będą i że klęska i że trzeba wyjeżdżać. Serio? Pierwszy raz poczułeś od dawna smak goryczy (bo do uczucia niesmaku chyba już się przyzwyczailiśmy) i ajwaj to nie mój kraj, tu się nie da żyć. Jak Kalemu źle, to Kali zły…

    To czy się będzie dało żyć czy nie, nie zależy od nowo nam wybranego Mister Poland (który na pewno będzie walczył o pokój na świecie) ale od tego, czy będziemy uczciwie wobec swoich krajan żyć i pracować. Jak będziemy, to żadna polityka nam nie przeszkodzi.

    Aaa… i pamiętajcie – sondaże, to nie wybory. Gdyby to były narzędzia wymienne, nie trzeba by było wszystkich obywateli pytać o ich zdanie. Wystarczyłaby reprezentatywna próbka wyborców, magia statystyki i za śmieszne pieniądze wybierzemy / wylosujemy / wysondujemy sobie prezydenta. I tak, między innymi dlatego są różnice między sondażem a wyrokiem wynikiem wyborów. To nie oznacza fałszerstwa, to oznacza, że statystyka czasem kłamie i warto o tym pamiętać.

    Dygresyjka… Jakiś czas temu byłem pod wrażeniem politycznych wpisów Krzysztofa Stanowskiego. Miałem nadzieję, że człowiek dotychczas prawie wyłącznie o sporcie, który tak ciekawie zaczął pisać o polityce, będzie miał z każdą notką więcej ciekawego do powiedzenia. I niestety mam wrażenie, że im więcej słów, tym mniej treści, a więcej emocji. A emocje tak potrzebne w sporcie, często w polityce przeszkadzają. A w nadmiarze stają się – moim zdaniem – trudne do przyswojenia.

    I już zupełnie na koniec. Panie Prezydencie Elekcie Andrzeju Dudo, jest Pan totalnie nie z mojej bajki. Nie głosowałem na Pana i w wielu punktach się z Panem nie zgadzam (emerytury, dodatki, in vitro, Jedwabne – żeby wymienić kilka z gatunku „top of mind”). Niemniej jednak, życzę Panu powodzenia w budowaniu dobrego wizerunku Polski i efektywnej pracy nad jej rozwojem. Ma Pan niepowtarzalną szansę wiele osiągnąć. To, czy zostanie Pan zapamiętany jako dobry prezydent, czy jedynie marionetka w rękach innych, zależy przede wszystkim od Pana. Pan już nie ma nad sobą prezesa, ani partii, ani nikogo innego. Odpowiedzialność jest Pana. Niech Pan o tym pamięta.