Blog

  • Czy spamerzy walczą ze spamem? I dlaczego to muszą być łebscy goście

    Jakie jest najskuteczniejsze, najbardziej efektywne narzędzie do komunikacji i reklamy w sieci? I to takie, które dzięki relatywnie niskim nakładom pozwoli w długiej perspektywie zarobić / osiągnąć najwięcej? Social Media? Mobile? Marketing wirusowy? Jeśli ktoś z czytających myśli źe display, to bardzo źle myśli. Podobnie zresztą jak wszyscy, którzy wybrali coś z przytoczonego wyźej zestawu. Emailing proszę drogich czytających. Choć mamy tyle różności do wyboru, w dalszym ciągu najlepiej działa direct email marketing. A najczarniejsza z mrocznych jego odmian jest spam.

    (więcej…)

  • Dlaczego piszę bloga, skoro go (prawie) nikt nie czyta?

    Musiałem dodać to prawie, żeby nie było przesadniego dramatyzmu. Ktoś czasem czyta. Co prawda prawie nikt nie komentuje, ale widać nie można mieć wszystkiego:-) natomiast wg liczb czytają nieliczni (nazwijmy Was na potrzeby waszego i mojego ego – elita) i czytającym wyjaśnię, czemu piszę.

    (więcej…)

  • Kolejne przyczyny tego, że nikt nie czyta mojego bloga

    W uzupełnieniu notki „czemu nikt nie czyta mojego bloga” bez przesadnych wstępów, szukając powodów tego, że wciąż jeszcze nie zostałem bardzo poczytnym blogerem (choć nigdy nie było to celem mojego pisania, ani nie boli mnie to tak bardzo, jak może wynikać z obu notek;-)

    Więc… pierwsze dziewięć powodów już spisałem. Do głowy przychodzą mi kolejne:

    Po dziesiąte, bo nie wykorzystuję wszelkich możliwych narzędzi do promocji
    XXI wiek jest dziwny (to się nazywa cudowna diagnoza). Jest dziwny, bo wszyscy mogą pisać. Wszyscy mają dostęp do prawie wszystkiego, tworzenie treści jeszcze nigdy nie było tak proste. Jeszcze nigdy nie istniały narzędzia, które pozwalałyby niemal każdemu stać się osobą, którą słuchają, za którą podążają inni. Jeszcze 10 lat temu niezbędne byłoby namaszczenie telewizji. 30 lat temu niezastąpione byłoby radio. 40 – pewnie kronika filmowa. Ale też nawet 10 lat temu wszystko toczyło się wolniej i budowanie swojej „pozycji” trwało dłużej (ale też i miało dłuższy efekt) + trzeba było naprawdę coś umieć / coś potrafić / coś osiągnąć aby być „kimś”. No dobra, przeważnie trzeba było. Dziś? Dziś każdy może, nie umiejąc wiele, walczyć o swój kawałek tortu uwagi społeczeństwa. Każdy może pytać, krytykować, eksponować się. Dziś każdy może wyznaczać trendy dobrego smaku, trendy dobrego ubioru, dowolne trendy. Kluczem wiec nie jest to, czy masz coś co powiedzenia, ani ile warte jest to co masz do powiedzenia (znowu, uogólniam), ale to czy Cię czytają czy nie wynika wprost z tego, czy Cię znajdują, czy nie. I można pomagać w tym, aby Cię znaleźli. Można być aktywnym, dzielić się linkami, chwalić się tekstami, zajmować się rozmaitego rodzaju promocją. Można dbać o optymalizację, można postawić mocno na seo. Są też praktyki mniej „czyste” i „właściwe”, i tych stosować nie należy, choć na kró†ką metę pewnie byłyby skuteczne. Ja działań promocyjnych w zasadzie nie prowadzę – czasem wrzucę linka tu (tt) lub tam (fb) ale wszak poważnymi aktywnościami nazwać tego nie można. Może to błąd.

    Po jedenaste, bo (prawie) nikt mnie nie zna
    W punkcie wyżej udowadniałem, że każdy może. No więc każdy może, ale nie przed każdym ta sama droga. W dalszym ciągu media tradycyjne i odpowiednie budżety są trudne do zrekompensowania samymi działaniami online. NIelicznym (i bardzo zdeterminowanym) się to może powieść, ale nic tak dobrze nie działa, jak znane nazwisko. Znane z telewizji działa najlepiej – po prostu odpowiednia grupa ludzi miała szansę o Tobie usłyszeć, z tego jakaś część będzie Tobą zainteresowana, z tego jakaś część będzie zainteresowana na tyle, aby poszukać Cię w sieci, znaleźć, poczytać i np. wejść w interakcję. Więc, jak już zostanę znany i bogaty będzie mi łatwiej. Ale na całe (wasze) szczęście mi to nie grozi 😉

    Po dwunaste, bo za mało tu obrazków
    Obrazki łatwiej zrozumieć. Obrazki łatwiej ogarnąć. Żyjemy w czasach obrazków, więc obrazkami lubimy się dzielić. Prosta forma, jak swego czasu swoje żarty opisał Jimmy Carr – feed line, punch line, nothing to fuck about. A ja rysować nie potrafię, w memy bawić się też jakoś nie zamierzam (choć być może warto spróbować…) W każdym razie bez obrazków łatwo nie jest.

    Tyle na ten moment. Do czasu, aż znajdę kolejne powody tego, czemu nikt mnie nie czyta. Tej notki nie promuję. Ciekawe, czy ktoś ją znajdzie;) Jeśli ją znalazłeś, bądź tak łaskaw i zostaw komentarz;-) Nawet tak krótki jak „tu byłem Jasio”.

  • Dlaczego nikt nie czyta mojego bloga?

    Dziś wpis z wysokiego C. I jeszcze powinienem dodać, że to nie będzie notka pełna łez i żalów i szlochów tylko próba odpowiedzi na to trudne pytanie – co robię źle. Ale jako że tłumaczy się tylko winny, to chyba jednak muszę ze dwa słowa dodać. Nie mówię o sobie bloger ani nie bloguję dla poczytności. O tym dlaczego piszę choć niewielu mnie czyta, też będzie notka (taki mam przebiegły plan). Nie łudzę się, że czeka mnie świetlana promkowa przyszłość, ale ponieważ lubię, gdy moje ego jest łechtane, przyjemnie byłoby wiedzieć, że ktoś jednak poza nielicznymi krewnymi (którym współczuję z tego miejsca) jednak czasem ktoś tu wpadnie, poczyta, uśmiechnie się i popędzi dalej w swoją stronę. A jednak tego nie robią.

    Dlatego, postanowiłem spróbować się zmierzyć z tą trudną materią i odpowiedzieć sobie (skoro nikt inny nie czyta), czemu nikt inny nie czyta. Przystępując do ekspiacji (trudne słowo na pralkę) nieśmiało wymienię swoje okołoblogowe grzechy (te autentyczne i te domniemane). (więcej…)

  • Dlaczego darmowa komunikacja miejska to zły pomysł

    Czas najwyższy zmienić tytuł bloga z „niecodzienny” na „maruder”, „malkontent” lub „za wszelką cenę krytykant”, bo ciągle mam do czegoś ale i nic mnie nie zachwyca. A nie prawda, zachwyca mnie wiele, tylko rzadziej o tym piszę. A nie napiszę że mnie coś zachwyca, kiedy nie zachwyca. No bo jak…

    Skąd mi się ta komunikacja miejska wzięła? Otóż drodzy państwo przed nami wybory samorządowe, więc w ramach kampanii co i rusz pojawiają się różne wyjątkowo dobre pomysły. Ostatnio na fali w różnych miastach, także w tych dużych, wydaje się być „darmowa komunikacja miejska”. Płacisz podatki – jeździsz za darmo. Taki deal. Tylko że… (więcej…)

  • Facebooka (raczej kiepski) pomysł na budowanie relacji

    Wkrótce mi się oberwie, że się uwziąłem. Wciąż ten Facebook i ten Facebook i ciągle tylko Facebook. No dobra, mogę pisać o Facebooku, albo nie pisać wcale. A jak piszę, to przynajmniej trochę mi lżej, więc piszę dalej. Taka autokuracja.

    Magazyn Brief we wrześniu wydał dodatek poświęcony Facebookowi, a w nim oprócz wielu fantazyjnych liczb i cyferek pokazujący siłę i potęgę Fejsbunia, jest także wywiad z Diego Olivą, regionalnym szefem FB na Europę. W tym to wywiadzie można dowiedzieć się jak zdaniem ludzi Marka zmienia się reklama oraz jak ma się reklama na fb do reklamy w tv. Prosz:

    (…) teraz nie tworzymy 30 sekundowego spotu zaplanowanego na 6 miesięcy emisji, który kręcimy i jest gotowy. Trzeba się przestawić na produkowanie setek kreatywnych kawałków, które będą wyświetlane przez kilka sekund na urządzeniach mobilnychj czy na komputerze a potem znikną. Należy też zwiększyć częstotliwość, nie budujemy historii w 30 sekundowym spocie, ale przez setki kawałków połączonych ze sobą (…)

    Drogi Facebooku, jesteś co prawda nowym medium, jesteś nową rzeczywistością, ale nie jesteś telewizją, a nawet jeśli to w najlepszym razie niszową telewizją tematyczną. Chociaż może jeszcze inaczej – najbliżej Ci do platformy cyfrowej – udostępniasz swoje pasmo każdemu, kto zapłaci a klient (odbiorca) decyduje co ogląda. To znaczy mógłby decydować, gdyby nie to, że decydujesz za niego.

    Proponujesz tworzenie setek kreatywnych historii, które mają tworzyć spójną całość i budować pozycję marki. Tylko że to trochę tak, jakby oczekiwać od widza który przez kilka godzin skacze po kanałach, na każdym zostając kilka sekund, że będzie pamiętać co widział we wtorek 9 września o godzinie 13:27; Pytania na poziomie posłów z komisji śledczej, przed którą niektórzy chcieli nawet zatańczyć i zaśpiewać. Drogi Fejsbuniu, bez szans. Przy tej ilości wszechogarniającego mentalnego spamu, nie do zrobienia.

    Nie jesteś też serwisem wideo, aby przed materiałem który chcę obejrzeć wyemitować reklamę. Spróbuj to zrobić, a ludzie trzasną drzwiami szybciej, niż się tego spodziewasz. To co wybaczamy jednym, nie zostanie wybaczone komu innemu. Chociaż znając życie, w pogoni za monetyzacją pokusisz się o to. Aby zobaczyć moją sweetfocię musisz zobaczyć tę 15 sekundową reklamę. Ta, siur, ofkors.

    Widzisz drogi Fejsie. Nie jesteś miejscem do tego aby na nim tworzyć historie. Twój pomysł timeline’a dla stron nie zażarł (a miało być tak pięknie). Nie sposób na Twoich łamach wygodnie przeglądać treści chronologicznych (a tego historie wymagają). Oczywiście że mało kto umie historie opowiadać, ale Ty tego zdecydowanie nie ułatwiasz. A jeśli już jakąś historię do opowiedzenia będę miał, to łatwiej zrobić mi to na swojej stronie, w swoim filmiku lub w dowolnym innym miejscu gdzie mam pełną kontrolę nad tym, co opowiadam. A jeśli historia będzie dobra, to Ty drogi FB będziesz jedynie miejscem / komunikatorem dzięki któremu ludzie moją historią podzielą się z innymi. Ale jeśli historia będzie naprawdę dobra, to i fejsbuk nie będzie im potrzebny, bo będą o niej rozmawiać. I to jest efekt, który chcę osiągać. Taki mój mały prywatny święty Graal.

    No, to się uzewnętrzniłem.

    I jeszcze słówko, które biorę także bardzo mocno do siebie:

  • Miasto moje pełne twarzy pięknych… jak z obrazka

    W Krakowie obrodziło nowymi twarzami. Ziorają na mnie zza każdego rogu, wychylają się zza co drugiego słupa, okupują każdą wolną ścianę i wysypują się wraz z kolejnymi ulotkami. Każda z tych twarzy szczerze się do mnie szczerzy, choć jesteśmy sobie obcy, ale też i trochę znajomi. Te nazwiska gdzieś już chyba widziałem… jak przez mgłę pamiętam… to było… tak. Cztery lata temu przy urnie wyborczej te same nazwiska już widziałem. Potem cztery lata ciszy i znowu się widzimy.

    Znam Was wszystkich, nie znając żadnego z Was. Każdy z Was może o sobie powiedzieć coś mniej więcej na tę modłę:

    Jestem przystojny, mądry, skuteczny. Zaradny, pomysłowy, pracowity. Zadbam o Twoje potrzeby, bezpieczeństwo, przyszłość. Dzięki mnie będziesz piękniejszy, sprytniejszy, bardziej potrzebny na rynku pracy. Rozwiążę Twoje problemy. Nie będę organizował igrzysk. Zdmuchnę problem smogu. Nie oszukam Cię. Będę się Tobą interesował. Będzie mnie interesować to, co masz do powiedzenia. Twój problem to mój problem. Jestem dobrze wykształcony, stoją za mną lata doświadczenia, wiem którą ręką sięgać po widelec, a którą po nóż.

    Mów co chcesz, potrzebujesz przecież tylko mojego głosu. Jedyne co krzyczysz, jedyne co słyszę to

    wybierz mnie, mnie wybierz, wybierz…

    Drogie moje piękne twarze… ileż bym dał, żebyście zainteresowali się tym co tam słychać u nas maluczkich częściej niż na miesiąc przed wyborami. Wiem, zarobieni jesteście po łokcie (zwłaszcza tym, żeby te łokcie na prawo i lewo rozdawać w nierównej politycznej walce). Ileż bym dał, abyście zrozumieli że można działać inaczej… ale przecież Wy swoją skuteczność mierzycie właśnie w ilości oklejonych ścian i rozdanej makulatury… Whatever works.

  • Kto nam psuje social media?

    Ponieważ „social media” może być wiele, wyjaśnię, o które mi chodzi. O te, które towarzyszą nam od chwili, gdy (prawie) wszyscy oszaleli na punkcie niebieskiej literki F. Śmiem twierdzić – taka robocza teoria na moje potrzeby – że „F” był jedynie katalizatorem pewnych zmian, które i tak by się zapewne wydarzyły, wszak działy się swoim tempem. Blogosfera żyła i rozwijała się prężnie, ze znajomymi „gadaliśmy” przez gg, a jak mieli jakieś fajne zdjęcia to wysyłali je nam na maila, łańcuszki też miały się całkiem spoko i nagle pojawił się fejs i wszystko stało się jakby… prostsze. Nagle można było pisać do wszystkich na raz, nagle mogliśmy się dzielić wszystkim co ciekawe, śmieszne i emocjonujące.

    Facebook nas rozpieścił. Wszystkich. Tych spragnionych ludzkich relacji. Tych chcących dzielić się swoją pasją – ileż powstało szalonych fanpejżdży tematycznych. Marketerów – tych z firm małych i tych z firm trochę większych. Nagle wszystko miało być miłe, łatwe i przyjemne. Każdy miał wokół siebie tworzyć społeczność, która miała go kochać i miał to mieć na już…. Wielu wciąż w tę wizję wierzy… ale jak przestać wierzyć, skoro
    a) tak wielu się udało (znowu nie aż tak wielu, ale ciiii)
    b) to tak piękne, tak proste, tak urokliwe… jak fatamorgana… oaza spokoju, raj na nieprzebaczającej błędów pustyni biznesu…

    Facebook nas omamił. Wszyscy wszystko lajkowali. Wszystko share’owali. Wszystko komentowali. Wszystko widzieli. Było tak pięknie. Aż ktoś zakręcił kurek. Zakręcił z wielu powodów, o tym już pisałem, powtarzał się nie będę. A wśród ludzi popłoch. Tzn wśród niektórych. Bo ci normalni, czyli ta pani i ten pan, wiecie, społeczeństwo – nie zauważyło. Nie wiedzą, że nie widzą. Nie interesuje ich to. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal ;). Popłoch wśród tych, którzy z tego żyją. No bo jak wytłumaczyć szefom, że licznik lubisiów nic nie znaczy? Jak wytłumaczyć, że nikogo nie interesuje byle jaki post? Jak uspokoić spragnionego miłości, że to nic takiego, że nie wszyscy Cię kochają? No jak?

    Więc szukamy sposobu, nowego podejścia. Tłumaczymy sobie, że nic się nie stało, że to wciąż piękne, że jeszcze odwróci się los. Jak porzucona kochanka (lub kochanek, w końcu mamy równouprawnienie) łudzimy się, że on / ona do nas wróci, że będziemy żyli długo i szczęśliwie a słupki będą rosły do końca świata i o jeden dzień dłużej. Może będą, ale raczej nie. Tak na 99% nie. Ale póki co, trzeba przeczekać. Znaleźć sposób na to, aby uzasadnić kolejne wydatki. Patrzymy z prawej, z lewej, z góry a czasem nawet i stając na głowie. Wyciągamy średnie, indeksy, mnożniki, dzielniki. Sprowadzamy to, co miało angażować do liczb i cyferek, bo to rozumiemy. A większe od B znaczy lepsze. A mniejsze od B ale jeśli C większe od D do A większe od B być nie może, więc spoko, luz, dobrze jest. Niewdzięczna rola analityka. Dobrać liczby i perspektywę tak, aby wnioski się broniły.

    Daliśmy się też omamić big data. Wiemy o nich wszystko, wiemy co do nich pisać. Targetujemy, segmentujemy, automatyzujemy, warunkujemy. Wszystko po to, aby być bardziej skutecznym, bardziej efektywnym. Aby donieść kolejne dobre liczby, aby dzięki tym liczbom wiedzieć, że robimy dobrą robotę. Trochę próbujemy oszukać system. Racjonalizujemy emocje. Marzenia ubieramy w miary. Mam wrażenie nie wiedząc kiedy wjeżdżamy w ślepą uliczkę.

    I tu odpowiedź na postawione w tytule pytanie. My psujemy. Ja psuję. Naszym podejściem, naszymi kampaniami, naszymi budżetami, naszą wiarą, że to zadziała.

    Nie tędy droga. Choć możemy z Social Mediów* (rozumianych jako Facebook i okolice) zrobić kampanie rozliczane z klików, ale… to mordowanie koncepcji i to już na poziomie przyjętych założeń. Tylko że alternatywą jest, moja ulubiona, praca u podstaw. Znalezienie powodu, argumentu dla którego ktoś ma chcieć z nami rozmawiać. Chcieć do nas wracać. Chęć tracić dla nas swój czas. Bo czas to obecnie najcenniejsza z walut. A nikt nie lubi tracić tego, co cenne.

    PS Tekst powstał z luźnej myśli, która czasem człowieka napada, gdy ma sposobność z mądrymi człowiekami się spotkać.

    *Czemu piszę z dużej literki… bardzo dobre pytanie;)

  • It’s not all about the money

    To był tydzień Igora Ostachowicza. Narobił w polskiej polityce więcej szumu, niż były premier, nowa premier, miłościwie nam panujący prezydent czy zniknięty jakoś ostatnio ze środków masowego przekazu prezes. Pan Igor zdążył stracić pracę, zdobyć pracę i stracić ją ponownie, zanim zdążył podjąć obowiązki członka, co oznacza że odprawa (też słowo tygodnia) też mu się żadna nie należy.

    O tym, że moim zdaniem to sprytnie przygotowana zagrywka już napisałem. O tym, że temat ochoczo podejmie opozycja i media rządzącym nieprzychylne również. Ale obiecałem dwa słowa więcej mediom władzy łaskawym i przyjaznym. Mediom, których nikt nie poinformował, że to blaga (żeby było autentycznie) i które musiały się trochę nagimnastykować, aby działania PO wiarygodnie uzasadnić. Kluczowe jak zawsze jest wiarygodnie.

    Pan Żakowski tłumaczy TU, pan Lis tłumaczy TU. Obaj są niestety inteligentni, więc obaj wykazują, że całe zamieszanie wynika z tego, że mowa o dużych pieniądzach.

    I to jest jedyny aspekt gdzie się z oboma panami zgadzam – szczucie kasą, to temat, który zawsze działa na Polaków. To doskonała zasłona dymna. To doskonały temat zastępczy. To idealny sposób na to, by odwrócić uwagę odbiorców od sedna, aby zamieszać w ich logice, aby nie dyskutować o meritum, tylko o kasie właśnie. Nie wiem tylko dlaczego obaj przytaczani panowie redaktorzy robią dokładnie to, czym jak sami mówią gardzą. Sprowadzają temat do kasy, choć nie ona jest istotą całej zabawy. To znaczy być może jest nią dla mas, ale od inteligentnych ludzi oczekiwałbym trochę wyższego poziomu polemiki.

    Problemem, śmiem twierdzić, nie jest to że pan Ostachowicz dostał pracę ledwie kilka dni po tym jak rząd podał się do dymisji. Owszem to fachowiec zapewne wart wielkich pieniędzy, a takich trzeba cenić i zatrudniać gdy tylko są dostępni. Że za taką kasę? Otóż człowieka wycenia się na tyle, na ile jest on dla Ciebie wart. Jeśli ktoś uzna, że IO przyniesie mu 4 miliony złotych i chce mu połowę oddać – spoko, luz. Widać ten człowiek wart jest swojego wynagrodzenia. Nie patrzę w jego przychody, nie interesują mnie one. Nie kolą mnie one w oczy.

    Kole mnie natomiast to, kto i w jakiej formie chciał mu tą pracę zaoferować. Z dnia na dzień, bez konkursu, bez potrzeby (bo zdaje się stanowisko po jego odwołaniu – o ile można odwołać kogoś kto jeszcze na dobre powołany nie został – nie tyle się zwolniło, co zniknęło wraz z nim). Pan Ostachowicz nie jest jakimś tam panem Kowalskim, a Orlen nie jest jakąś tam firmą. Pewne standardy – zdawać by się mogło – obowiązują. I prawie zupełnie mi to nie przeszkadza w biznesie prywatnym (choć powoduje zdecydowanie niesmak), ale w biznesie państwowym, bliskim rządowi, jest absolutnie skandaliczne, niedopuszczalne, naganne i ktoś powinien za to beknąć. Nie beknie nikt, ale cóż, taka już nasza smutna rzeczywistość.

    Tylko, gdyby panowie redaktorzy te właśnie kwestie podnieśli, musieli by skrytykować władzę, czego robić chyba nie lubią (a władza nie lubi być krytykowana). Woleli więc grać na pewniaka i mydlić ludziom oczy kasą.. Niektóre oczy zamydlicie, innym oczy się otworzą i teraz to Wy niesmak budzicie..

    Co zaś się tyczy traktowania Państwa jako prywatny folwark na użytek rzeczywisty lub jedynie pozorowany… cóż, cytując Tomasza Sekielskiego – pięknie się bawią panowie i panie z PO.
    Szkoda tylko, że ta zabawa idzie w całości na nasz koszt.

  • Pozorny chrzest bojowy pani premier

    Bawiąc się w domorosłą analizę wydarzeń politycznych, proponuję przyjęcie następujących warunków dla sytuacji początkowej:
    1) Następuje dymisja popularnego, efektywnego i efektownego (w opinii wielu Polaków i członków własnej partii) Premiera.
    2) W jego miejsce, w skutek rozmaitych gier partyjnych powołana zostanie pani Marszałek, o skuteczności której ciężko wiele powiedzieć (zwłaszcza w świadomości wielu Polek i Polaków)
    3) Prawie wszyscy wątpią w niezależność nowej pani Premier
    4) Zanim zaczną się poważne problemy, pani Premier ogłasza że jest kobietą i że to w kontekście polityki coś zmienia.
    5) poważne problemy się zaczną.

    Zadaniem jest zadziałać tak aby:
    Pani premier wyszła na stanowczą
    Pani premier wyszła na samodzielną
    Pani premier wyszła także na efektywna

    Proponowane rozwiązanie:
    1) Potrzebujemy zadymy w nowym rządzie, którą będziemy mogli szybko zamieść „niewielkim kosztem”
    2) Potrzebujemy dużej zadymy z członkiem starego gabinetu, który będziemy mogli szybko ugasić, najlepiej bezkosztowo
    3) Potrzebujemy jakiegoś strajku, który uda się szybko spacyfikować
    4) Potrzebujemy pokazać, kto tu całe towarzystwo trzyma uzdę.

    Co potrzebujemy, żeby to wszystko uwiarygodnić?
    1) Niewielkiej kasy, wystarczy jakieś pół miliona.
    2) Cóż… mamy specjalistę od wizerunku, który postanowił wszystkie wyznawane zasady wywalić w błoto i rzucić się na kasę
    3) Kazimierz-Juliusz… czemu nie, w końcu coś gdzieś zaraz i tak wybuchnie, a może tam wiemy jak sytuację łatwo rozwiązać
    4) Pani Premier potrzebuje okazji żeby się wściec a nie tylko siedzieć załamana.
    5) Dziennikarze nam nieprzychylni i tak nam za to wszystko dokopią i rzucą się nam do gardła, więc nas uwiarygodnią, a ci którzy nam są przychylni i tak znajdą argumenty żeby nas bronić (nawet jeśli to będą argumenty _GŁUPIE_ – o czym w osobnej notce). To sprawi że wszyscy będą wierzyć że punkty 1-3 są „normalną koleją rzeczy” a pkt 4 dowodem charakteru.

    No i cóż…
    1) Odprawa wzięta, minister zagrożona, odprawa przekazana (przypadkiem tylko do Radomia); W efekcie pani Premier jest efektywna, skuteczna, stanowcza i jeszcze pomaga swojemu regionowi.
    2) Zadyma zrobiona, geniusz wizerunku zbłaźniony i łasy na kasę, pani Premier wrażliwa, skuteczna, efektywna i stanowcza.
    3) Strajk – jeszcze się na dobre nie rozpoczął, a chyba już się kończy. Pani premier zaradna, wrażliwa, skuteczna i efektywna.
    Wszystko w niecały tydzień. To się nazywa dobra robota wizerunkowa. Od „jestem kobietą” do „jestem premierem skutecznym, zaradnym, efektywnym, ale kiedy zajdzie potrzeba, mam także wrażliwe oblicze”.

    Jedynym, który na tej całej zabawie mógł stracić jest… moim skromnym zdaniem, Igor Ostachowicz (którego z tego miejsca pozdrawiam, przypuszczam wpis że wyjdzie w monitoringu, ale docenię jeśli będzie mu się go chciało przeczytać 😉 ). Tylko że… jemu jest to wszystko jedno. Śmiem twierdzić, że te wszystkie zbiegi okoliczności to za dużo, aby były przypadkowe. Nieśmiało podejrzewam, że to właśnie specjalista od wizerunku wiedział, że potrzeba konkretną głowę położyć pod społeczny topór, aby lud to kupił. I dlatego wiedziony intuicją, podłożył swoją. I to mu zostanie zapamiętane. I to zostanie docenione 😉 Niekoniecznie w tak beznadziejnie prymitywnie oczywisty sposób jak posada w Orlenie.

    Wedle powyższego, śmiem twierdzić, że ów chrzest bojowy którego byliśmy świadkami, to… inscenizacja. Prawdziwe wyzwania dopiero przed panią premier, a dużo trudniej jest o skuteczne i efektywne rozwiązania gdy nie wszystkie role i kwestie zostaną za wczasu rozpisane.