Już pisałem o tym, że bardzo lubię i cenię sobie Kindle’a. Za wygodę, za przyjemność czytania, którą oferuje i za łatwość (być może nawet zbyt dużą) zakupu nowych książek. Jest to rozwiązane dobrze w polskich księgarniach, ale Amazon jest tu niedościgłym wzorem. Tam wybieram jakąś książkę, kupuję, dostaję potwierdzenie zakupu i informację, że plik jest już w drodze do, albo wręcz już na moim czytniku. Z kolei to sprawiło (ale też i niektóre Kindle Daily deals) że czytam więcej tekstów w oryginale. I tu Kindle zdobywa kolejne punkty na swoje konto.
(więcej…)
Blog
-
Kindle, a nauka języka angielskiego na przykładzie Word Wise
-
Pielgrzym – bardzo udana sensacja
Zacznę od Bardzo Dużego Porównania. Muszę od niego zacząć, choćby po to, abyśmy mieli to z głowy. Tę kulę armatnią, co to nią zaraz w płot trafię. Pielgrzym Terrego Heysa przywodzi mi na myśl Millenium Larssona. Ufff. Zapisałem to. Teraz się muszę wytłumaczyć i doprecyzować, że moim zdaniem, Pielgrzym jest prawie tak dobry jak Millenium. I dlaczego.
Pielgrzym, to sensacja, która w ciekawy, a równocześnie okrutny sposób punktuje naszą rzeczywistość. Nie wiem na ile historia, którą przedstawia może się wydarzyć (z technicznego punktu widzenia), ale nawet jeśli autor nadużywa lub koloryzuje pewne właśnie techniczne możliwości współczesnego świata, to śmiem twierdzić jest na tyle blisko prawdy, że mamy czego się bać.
(więcej…) -
Ile kosztuje kawa?
Na wszelki wypadek uzupełnię, w pytaniu nie chodzi mi o każdą kawę. Pytanie nie dotyczy tej kupowanej na stołówce w pracy, ani tej, którą kupujesz w jednej z modnych krakowskich kawiarenek. Na to pytanie odpowiadali natomiast założyciele Starbucksa. Bodaj to oni pierwsi zmienili kontekst pytania – „ile powinna kosztować kawa”. W jaki sposób? Otóż postawili pytanie nie ile powinna kosztować, ale ile można za kawę sobie zażyczyć, pod warunkiem, że to wokół niej będzie się kręcił cały biznes. Poczytajcie sobie tu*… Ale ja dziś nie o tym. Mi dziś przyszło do głowy, ile kosztuje kawa, którą robię sobie w domu.
Pytanie nawiązuje trochę do tego, które nie tak dawno usłyszałem… a dlaczego tyle za kawę (ziarnistą) zapłaciłeś. Wtedy odpowiedziałem, że „ale nie przesadzajmy, mniej więcej tyle kosztują trzy kawy na wynos gdzieś na mieście”. Z drugiej strony, zapłaciłem tyle za 250g kawy (taki miałem szalony gest). Za te same pieniądze mógłbym kupić mniej więcej 600gr jakiejś kawy rozpuszczalnej** popularnej marki. Bo, tak po prawdzie, to kto normalny by liczył, ile kosztuje go kawa… I po co?
(więcej…) -
Dlaczego zadaję tyle pytań?
To będzie wpis chyba nieco ekspiacyjny. Może nawet delikatnie „coming outowy”. To także wpis co sobie sezonował, bo pierwszy raz w mojej głowie pojawił się rok temu. Teraz dojrzał, by go w słowa ubrać.
Mam taką, zdaje się niejednokrotnie potwornie irytującą, manierę zadawania pytań. I w pracy, i w domu, i poza domem. Co gorsza, zwykle jest tak, że na jednym pytaniu się nie kończy, a najlepsza nawet odpowiedź zazwyczaj nie gwarantuje, że przestanę drążyć. Raczej im lepsza odpowiedź, tym większą mam ochotę pytać dalej. Co więcej, czasem pytam nawet wtedy, gdy kolejne pytania nic nie wnoszą. Pytam także wtedy, gdy znam odpowiedź (albo wydaje mi się, że znam odpowiedź).
(więcej…) -
Jak dorosłem do pre-paida i dlaczego będąc w Play czuję się jak idiota
Chyba dorastam. Może dojrzewam. Czytam o tym, jak oszczędzać i nieśmiało zerkam też w pozycje jak inwestować. Czasem mam wrażenie, że te wszystkie moje starania mogą być bez sensu, bo rządzą nami ludzie, którzy, jak prezes, nie mają konta bankowego, albo, jak minister obrony narodowej, mają oszczędności w wysokości 1,5k PLN (słownie półtora tysiąca polskich złotych). Dysponując takim majątkiem zapewne zupełnie nie interesuje ich to, jak ich zabawy wpływają nie tyle na stan, ile na wartość moich oszczędności. A do tego można się po nich spodziewać wszystkiego, już nawet tak absurdalnie brzmiące propozycje jak…
(więcej…) -
Big Short – ten film zdecydowanie warto zobaczyć
O tym filmie wielu z Was być może słyszało, wielu z Was go być może już widziało. Ta notka jest dla tych, którzy nie mieli tej sposobności i nie wiedzą co tracą. A absolutnie powinni ten film zobaczyć. Wszyscy. Nie tylko dlatego, że w dość brutalny sposób tłumaczy czym są ratingi i jaki maja wpływ na nasze życie.
Ostatnimi czasy niestety do kina wybieram się rzadziej. Po trosze dlatego, że brak okazji, po trosze dlatego, że brak jakiejś wielkiej determinacji do tego, żeby akurat do kina się wybrać. I zawsze niestety towarzyszy temu obawa, na jakie towarzystwo w kinie się trafi (i tak, wiem, trzeba chodzić do kin studyjnych, na filmy niszowe wtedy wszystko jest super – wybaczcie, to nie całkiem moja bajka). Ale też czasem są tytuły, przy których coś w człowieku drgnie.
(więcej…) -
Moje Małe Tesco – gra, którą chciałem zrobić
Rzadko mi się to zdarza – pisać na blogu o tym, czym zajmuję się w pracy. W sumie nie umiem wytłumaczyć dlaczego, bo pisanie że nie dzieje się tam nic wartego uwagi albo opisania byłoby nieprawdą. Już prędzej wynika to z obawy, że ewentualnie spisanie pewnych wniosków lub obserwacji może utrudnić pracę…
Tym razem chciałbym Was zachęcić do spróbowania gry, o której realizację sam chciałem się pokusić. Kilka lat temu, pomyślałem sobie, że sposobem na wytłumaczenie pewnych sytuacji, jakie dzieją się w sklepach dużej sieci handlowej, z perspektywy klienta tyleż oczywiste co niedopuszczalne, wynikają czasem nie ze złej woli albo nieudolności zarządzających, ale niejednokrotnie z dużej ilości zmiennych, które wpływają na to co, gdzie i kiedy w sklepie się znajduje. Równocześnie, mam świadomość, że nie sposób do w sposób zarówno zrozumiały jak i dogłębny opisać albo przedstawić. Jeszcze trudniej zaprosić kogoś „do środka”, wyrwać go z jego codzienności, postawić go w roli zarządzającego sklepu i powiedzieć – przekonaj się sam, to wcale nie takie łatwe, jak się zdaje.
Tu z pomocą przychodzą telefony i tablety. Pozwalają na stworzenie rozbudowanej gry, symulacji czy managera, który umożliwia wcielenie się w rolę organizatora tego całego zamieszania. Pozwala na zaprezentowanie (jasne, w formie wciąż mocno uproszczonej) ewolucji sklepu.
I o to właśnie chodzi w grze Moje Małe Tesco, które miało swoją premierę w ubiegły poniedziałek. Gra, która sprowadza się do tego, by pobawić się w sklep. Od pierwszej półki, pierwszej kasy, pierwszego zamówienia, aż do zarządzania siecią. I nagle okazuje się, że zawsze w sklepie jest coś innego niż potrzebują klienci, że dostawa będzie „już za chwilę”, że nie można wyprodukować wszystkiego, od razu i w nadmiarze. A nawet jeśli, to właśnie wtedy nie ma miejsca w magazynie, żeby to wszystko upchnąć. I jeszcze trzeba się nauczyć mówić wirtualnemu klientowi – sorry, nie mamy tego i nie będziemy tego mieć w najbliższym czasie. A konkurencja (również wirtualna) pokazuje, że potrafi lepiej, skuteczniej, efektywniej, choćby dlatego że ma więcej czasu w pracy, albo potrzebuje mniej snu;) Albo nie ma dzieci i żony, które też wymagają trochę uwagi…
Tak… Moje Małe Tesco to gra, która potrafi odebrać dużo czasu;). Jak twierdzą niektórzy, likwiduje życie osobiste. Bo wciąga. Równocześnie drażni i irytuje, ale wciąga. Bo pozwala poczuć się przez chwilę (albo i dwie) jak dziecko.
Garść informacji technicznych – gra jest darmowa, nie ma żadnych ukrytych płatności, jest dostępna na iOS, na Androida i na Windows Phone (jak się okazuje, można również bawić się na komputerach stacjonarnych, ale to na ten moment nie jest dobry pomysł, gra nie jest przygotowana na tę platformę). Gra nie jest dziełem skończonym, wciąż jest rozwijana, poprawiana, uzupełniana. Wciąż eliminowane są drobne błędy, wdrażane poprawki. Ale to co w niej kluczowe – grywalność i frajda płynąca z zabawy mam wrażenie dalece przewyższa ewentualne niedociągnięcia.
Zresztą… co Wam będę makaron na uszy nawijał – zmierzcie się z nią, powiedzcie jak Wam się podoba, co wam przeszkadza. Ja wszakże, większość swego czasu spędzając po drugiej stronie barykady, nie mogę być obiektywny;-) Zatem, Wy spróbujcie gry ( wszystkie linki do sklepów znajdziecie na https://tesco.pl/mojemaletesco ) a ja wracam upewniać się, że towar jest na półkach a klienci są zadowoleni;)
PS – obserwacja natury ogólnej, nie ma lepszych testerów od polskich użytkowników. Znajdą każdy, najdziwniejszy nawet sposób na „ogranie gry”. I za to szacun;) A przy okazji doskonała okazja do sprawdzenia się w boju;)
-
Zaprzyjaźnij się z dwiema wirtualnymi walutami
Są takie waluty w Internecie, które możesz wydawać bez żadnych kosztów, czy wysiłków. Nic Cię nie kosztują, a mogą wiele zdziałać (choć prawdę powiedziawszy, wiele materialnego za nie nie kupisz). Wbrew pozorom nie są one pochodną Eurogąbek i mają większe znaczenie, niż lajki na fejsie. Nie mają takiej siły zakupowej, jak bitcoiny, ale powinnaś / powinieneś o nich wiedzieć. I z nich korzystać. Czemu? Bo śmiem twierdzić, że mogą przynieść dużo dobrego.
-
Nie napiszę 52 wpisów na blogu w tym roku
No nie napiszę.
I to nie jest tak, że takie wyzwanie (bo dla mnie to zapewne wyzwanie) mi przez myśl nie przeszło. Przeszło:) Ale…
To się nie wydarzy. Znam siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć że to się nie uda. Zapału nie starczy 😉
Zresztą.. już nawet wiem o czym nie napiszę. (więcej…)
-
A czy Ty weryfikujesz informacje, którymi się dzielisz?
Od ponad dekady żyjemy w XXI wieku. Ta dekada upływa pod znakiem informacji. Nie pamiętamy (a coraz większa część z nas nie zna) świata bez Internetu, bez wszechobecnych telefonów komórkowych, bez wszechwiedzy dostępnej na wyciągnięcie ręki. Wszyscy wiemy, jak z niej korzystać. Już nie potrzebujemy gromadzić wiedzy, nie potrzebujemy zapamiętywać faktów czy reguł, nie potrzebujemy uczyć się tabliczki mnożenia. Być może już niedługo nie będziemy potrzebowali się nawet uczyć języka, bo albo usługa tłumaczeń „over the air” będzie – jak Internet – szybka, wygodna i wszechdostępna. Zapewne wkrótce ktoś sprytny znajdzie sposób na to, aby zacząć się komunikować na poziomie myśli, a nie słów i wtedy też będzie (przynajmniej pozornie) prościej.
Czy XXI wiek oprócz przynoszenia tak wielu ułatwień i udogodnień, przyniósł nam jakieś nowe wyzwania?
Blisko cztery lata temu pisałem o tym, ze Internet stał się współczesną stajnią Augiasza. Mamy tu przeładowany teatr rozmaitości, targ na którym znajdziesz wszystko. I o ile wtedy skupiałem się na tym, że dobrze by było ten targ uporządkować, o tyle tym razem mam wrażenie, że trochę problematyczne jest to „wszystko”. Bo wszystko, niestety nie oznacza wszystkiego co dobre. A raczej oznacza jedynie „wszystko co dobre”, w tym zbiorze znajdziemy też wszystko co głupie, śmieszne, straszne ale też wszystko co błędne. Błędne przypadkiem, lub błędne celowo. (więcej…)