Blog

  • Czas na spowiedź z lektur…

    Jak ja nie lubię łańcuszków… a łańcuszków internetowych w szczególności… i właśnie dlatego postanowiłem w ciągu trzech dni zabawić się w dwa. Wprzódy dałem się oblać zimną wodą (i to dwukrotnie) a teraz czas odpowiedzieć na zaproszenie Piotra i pochwalić się dziesięcioma książkami, które… hmm… po prostu uważam, że warto przeczytać;-) I stąd też ta notka. Lista będzie „z dodatkami” i z próbą wyjaśnienia czemu tak a nie inaczej. Mój top 10, ale bez nadawania kolejności.

    Ojciec Chrzestny – wariacja wokół cytatu z „Chłopaki nie płaczą”. Jeśli w całym swoim życiu miałbyś przeczytać tylko dwie książki, niech Ojciec Chrzestny będzie jedną z nich. Za „propozycję nie do odrzucenia”, za „going to mattresses”, za klimat, za rodzinę Corleone…

    Książki Malcolma Gladwella – jeśli już bym musiał jakąś wymienić to albo Błysk, albo Outliers, ale polecam wszystkie książki jego autorstwa. W ciekawy, przyjazny sposób przybliża nieoczywiste związki między wydarzeniami z naszej rzeczywistości. Nie nie, żadne tam teorie spiskowe, raczej ekonomiczne lub socjologiczne konsekwencje działań jednostek lub grup.

    Kontynuując ten klimat polecam gorrąco twórczość duetu Levitt&Dubner, czyli panów od Freakonomii, SuperFreakonomii i Think like a freak. Ci panowie to niejednokrotnie jadą po bandzie, wywracając wszystko co opisuje Gladwell;) Kwestionują korelacje, wytykają błędy w rozumowaniu, stawiają niewygodne pytania… Tak, sama przyjemność czytania;)

    Charles Duhigg i „Siła Nawyku”. To jedna z tych książek, którą wystarczy przeczytać a potem na wielu spotkaniach przetargowo / agencyjnych słucha się o jednym takim 'kejsie z Waszej branży’ gdzie taka jedna sieć dzięki odpowiedniemu profilowaniu swoich klientów mogła odgadnąć kto i kiedy spodziewać się będzie dziecka a to z kolei pozwoliło im na lepsze dopasowanie ofert… Tak… Warto przeczytać tę książkę, żeby znać „tę wiedzę tajemną” 😉

    Ostatnia z cyklu „zawodowego” – Under the radar; Talking to today’s cynical consumer – polecone przez Mariusza, Bartka i Pawła (zwanego Stefanem) fascynująca opowieść o tym, jak mówić / pisać / komunikować do konsumentów, żeby chcieli ten komunikat odebrać i jak bardzo jest to niezależne od medium. Dużo, dużo, dużo ciekawej wiedzy.

    Zmieniając zupełnie klimat – „Gringo wśród dzikich plemion” czy „Rio Anaconda” autorstwa Wojciecha Cejrowskiego. Połyka się to tak, jak młode foki ryby. Nie sposób się oderwać od lektury i żal tylko, że przy żadnej z opisywanych przez WC historii nie było nas, bo każdą z nas chciałoby się przeżyć samemu, lub wraz z nim.

    Rafał Ziemkiewicz – ale tylko opowiadania. Politycznie gdzieś się w tak zwanym międzyczasie rozjechaliśmy, zbiorów felietonów czytać nie lubię, ale – wybór opowiadań zebranych w „Coś mocniejszego” to absolutna rewelacja. Styl, język, pomysły. Autor wkręca czytelnika po mistrzowsku. I jeszcze robi to z niepowtarzalną łatwością;-)

    Archer… Powieść „Co do grosza” lub zbiory opowiadań „Kołczan pełen strzał” czy „to cut a long story short” – kolejny geniusz krótkiej, lekkiej formy. Świetny obserwator rzeczywistości mający dużo szczęścia do tłumaczy;-)

    Widać koniec;-) Sapkowski i Wiedźmin. Cała Saga wraz z oboma tomami opowiadań. Za obserwację życia;-) Za język, za fantazję, za Geralta, Regisa, Yennefer, Ciri i Jaskra. Za ich przygody, perypetie i morze humoru. I za runy wyryte na krasnoludzkim sihilu.

    Wreszcie last but not least – Stieg Larsson i Millenium. Za to, że dzięki niemu znowu rozkochałem się w czytaniu. Za to, że wciągnął mnie w świat skandynawskich kryminałów. Nie wiem, czy gdyby nie Millenium, sięgnąłbym po Nesbo, Perssona, Kallentofta, Mankela, Hjorhta/Rosenfeldta czy Roslunda/Hellstroma.

    Na liście nie zmieściły się (ale warto o nich wspomnieć) przyjaciel z dzieciństwa – Winnetou oraz kryminały Le Carrego.. które absolutnie mają swój urok i – byłbym zapomniał – Dumas wraz z Muszkieterami i Hrabią Monte Christo…

  • Facebooku*, so long and thank you for the fish**

    Podobno bardzo trendy jest kasować swoje konto na fb. Podobno wynika to z coraz bardziej agresywnej polityki dotyczącej prywatności użytkowników stosowanej przez ludzi Zuckerberga, albo z jakąś mniejszą lub większą wpadką, albo dlatego (ale to chyba przede wszystkim w stanach) że są tam nasi rodzice, a nie koniecznie chcemy by wiedzieli wszystko, czym dzielimy się ze znajomymi. Może nawet to my niekoniecznie chcemy wiedzieć, czym dzielą się nasi rodzice. Co ciekawe, przeszkadza nam to mnie w przypadku naszych pracodawców…

    IMNSHO prywatność na fb jest mniej więcej taka sama jak w całej sieci, więc trzeba z tym po prostu życ i rozsądnie dzielić się swoimi danymi, zdjęciami i całą resztą. Wpadki? Cóż.. Nie błądzi tylko ten, co nic nie robi (wybaczcie ten głodny kawałek), więc wpadka jest nieodłączną częścią działania. Z tym też trzeba żyć.

    Z czym więc mam problem? Z tym że facebook nie działa. I nie chodzi o to, że się psuje. Chodzi o to, że nie spełnia swojej podstawowej funkcji – nie wspiera komunikacji, nie buduje relacji, nie pomaga w promocji, nie umie dzielić się ciekawymi treściami. W skrócie jest nudny. I co gorsza, jest powtarzalny. Do bólu i do… znudzenia.

    Jakiś czas temu, sieć podbijało hasło „kuracja” i był odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki. W skrócie chodzi o to, że w Internecie informacji jest mnóstwo i trzeba je jakoś dobrać… W mediach tradycyjnych robił to za nas redaktor naczelny – jego zadaniem było dobranie tego, co do gazety trafi, a co się na jej łamach znaleźć nie może, bo jest słabe, głupie, błędne. W Internecie każdy sobie sterem, żeglarzem, okrętem więc każdy ma prawo i możliwość wybrania sobie tego, co go interesuje… Tylko źe przy takiej ilości chłamu nie jest łatwo te treści znaleźć i tu lekarstwem miały być wyszukiwarki, agregatory i serwisy społecznościowe… I wszystkie one działają, znowu imnsho, wcale nie tak sprytnie.

    Nie wykorzystujemy mocy wyszukiwarek, bo nie zadajamy poważnych pytań. Swoja drogą, też ciekawe, zaryzykuję tezę, że wyszukiwarki zwalniają nas (większość nas) z myślenia. Masz pytanie – sprawdź w google. Masz wątpliwość – google. Nie pamiętasz? Google. Nie znalazłeś odpowiedzi? Zmień pytanie i znowu google. Tylko że google jest dość… jednopłaszczyznowy… A rzadko kiedy takie są nasze problemy… Ale to dygresja. W każdym razie, Google nie daje Ci prawidłowej odpowiedzi, tylko daje Ci odpowiedź, która miała najzdolniejszych pozycjonerów… I niewiele jest obszarów nieskażonych pozycjonerką. Co więcej, google też lepiej od Ciebie wie, czego chcesz i poda Ci odpowiedź, która Ci się najbardziej spodoba. I zupełnie się nie przejmuje tym, że Cię tym samym ogranicza. I ogłupia. I znowu dygresja – google nie poszerzy Twoich horyzontów, bo google (na całe szczęście) nie odpowie Ci na pytanie, którego nie zadasz, czyli nie wypchnie Cię poza Twoją strefę komfortu. Chociaż oczywiście informacji to on ma pod dostatkiem. I jeszcze trochę.

    Agregatory treści – czyli wykop i spółka. Coś co ma działać na podstawie społecznego dowodu zaufania. Ktoś za nas decyduje i pomaga nam wybrać te co bardziej smakowite kęski. Niestety, nie bez przyczyny duże serwisy (mam tu na myśli ogólnopolskie portale) karmią nas przetrawioną papką skupioną na seksie, przemocy i katastrofie. Bo to się sprzedaje, bo ludzie tego łakną. Więc, skoro na wykop trafiają rzeczy które zwróciły uwagę ludzi, to czego innego się tam powinniśmy spodziewać jak nie podobnej, choć nieco mniej tabloidowej w formie treści. I – nie oszukujmy się – wcale nie jest łatwo o popularność na wykopie. Bez pomocy ludzi nie wypłyniesz, znaczy się nie wykopiesz.

    No i serwisy społecznościowe w tym przypadku tytułowy FB, który ma chyba problem z przetworzeniem ilości treści, którą jest zarzucany. Miliardy profili, miliony fanpage’y, każdy tworzy masę zupełnie miałkiego (no nie ukrywajmy) contentu. W tym wszystkim znowu wygrywają te byty, które albo mają w bród kasy (na fikcyjną promocję, o czym za chwilę), albo takie, które – znowu – żerują najbardziej podstawowych instynktach lub obiecują ajfona bez folii. Facebook postanowił to ukrócić, wrócić do korzeni, postawić na komunikację międzyludzką i to, co (w założeniach fb) nas najbardziej interesuje, czyli słitfocie naszych znajomych, lub słitfocie dzieci naszych znajomych (więc nie ma co się dziwić, że młodsi ludzie stamtąd uciekają). Ale ileż można zachwycać się fociami… Napiszę tę straszną rzecz, ani ja, ani większość moich znajomych nie ma wiele ciekawego do powiedzenia, więc to też sprawia, że fb ma problem, bo nie ma treści, które by mnie zaangażowały, a ponieważ uznał, że trzeba wyciąć treści marketingowe, memowe lub inne, to przestałem dostawać cokolwiek. Może to etop przejściowy, może to katharsis albo etap dostosowywania filtrów, smutniej będzie, jeśli to rzeczywistość, która zostanie z nami na dłużej (pytanie tylko, czy my zostaniemy).

    Na Facebooka patrzę też trochę przez pryzmat zawodowy. Próbuję badać zasięgi, analizować czy lepiej działa post z obrazkiem, czy sam tekst, czemu nie nic nie daje publikacja wideo i czemu strzałem w stopę jest dodawanie linku do postu. Próbuję wyciągać jakiekolwiek wnioski z facebookowych insightów, co jest zadaniem nie tyle żmudnym co zbędnym i mniej więcej tak racjonalnym jak wróźeniez fusów przez wróżkę Matyldę. Facebook czasem podaje jakąś tam ładną liczbę (totalnie abstrakcyjną) na poziomie kilku lub kilkunastu tysięcpy zasięgu, ale wystarczy odświeźyć stronę, aby przekonać się, że zasięg to suma aktywności użytkowników i teraz będzue liczona w setkach (jak dobrze pójdzie). Cały czas facebook chętnie teź wskaże, który Twój post generuje zaangażowanie, a im większe zaangażowanie generuje, tym szybciej fb jego naturalny (choć niewykluczone, że zupełnie fikcyjny) zasięg przytnie, po to tylko aby wystawić rękę i z pytaniem „czy zastałem tu jakiegoś cwaniaka?” szybko dobić targu „to daj piątaka”. I nagle, po zapłaceniu tegoż piątaka, cyferki w magiczny wręcz sposób skaczą chętnie do miliona, dwóch, trzech, prawie wcale nie przekładając się na jakiekolwiek wyniki. Ale za to prezentują się dumnie. Płacisz więc, nie widząc alternatywy, i choć to alternatywa żadna! Za piątka kupujesz spokój sumienia, przecież, przynajmniej spróbowałem…

    No to co.. Obrażamy się? Aż tak, to nie. Ale widzę, że z roli źródła informacji, którym fb móglłby być, staje się bardziej rozbudowanym komunikatorem, który wyparł gg, tym samym przechodząc dokładnie odwrotną ścieżkę, niż ten jeszcze nie tak dawno najpopularniejszy klient do rozmów tekstowych w Polsce. C’est la vie.

    *Facebook był przyczynkiem do napisania tego tekstu, ale jak widać, czepiam się wszystkich:-)

    ** slowa na wyrost.. ale teź trochę przepowiednia…

  • O wyższości Kindle’a nad tabletem, czyli czas na absurdalną tezę (a potem próba jej obrony)

    Ważne, abyśmy nie mieli wątpliwości. Tak, wiem, że oba urządzenia, choć z wyglądu pozornie podobne, służą do zupełnie różnych celów. Tak wiem, Kindle żyje w epoce monochroma, a tablety mamią nas feerią barw. Tak, wiem, że tablety są cacane, kochane i mogą wszystko, a Kindle w najlepszym razie może służyć do czytania książek. Ale też właśnie dlatego, że tablet jest multifunkcjonalny, a czytnik ebooków pozwala robić tę jedną (teoretycznie) tylko czynność – czytać, moim zdaniem jest lepszym urządzeniem. Bo tę jedną rzecz robi dobrze. Bardzo dobrze. Zaryzykowałbym nawet teorię, że robi to niemal doskonale. (więcej…)

  • Jak sprawić, by o nierewolucyjnej ofercie szumiała cała Polska

    Szkoląc krótką formę…

     

    Czy słyszeliście o telewizyjnej ofercie vectry? A może znacie koszt pakietów w UPC? Czy ktoś z Was wie, ile kosztuje Netia albo czy Cyfrowy Polsat jest konkurencyjny na rynku?

     

    Z drugiej strony, czy wyobrażacie sobie, aby jakakolwiek poważna firma medialna w XXI wieku decydowała się na wejście w spór ze swoimi klientami, arogancko ich traktując, bez świadomości konsekwencji, jakie to ze sobą niesie? Czy w 2013. roku ktokolwiek poważny powie – kasujmy w sieci nieprzychylne komentarze, nic się nie stanie? Albo potraktujmy klientów „z buta” przecież nikt się nie zorientuje?

     

    Nawet ogromne budżety reklamowe nie dają gwarancji zostania usłyszanym. Aby ktoś zechciał część uwagi poświęcić na daną ofertę,  musi poszukać czegoś więcej. Musi poszukać czegoś, aby zaszumiało. Musi być wyrazisty. Musi budzić emocje. Musi wkurzać. Nie da się zrobić szumu będąć grzecznym. Trzeba pokusić się o wulgaryzm, szok, skandal. I mieć w odwodzie plan ratunkowy. Trzeba mieć odpowiedzi, trzeba wytrzymać presję, a potem spijać śmietankę.

     

    Każdy kryzys jest okazją do zdobycia uwagi i należy go przekuć w sukces. To naprawdę da się zrobić (choć rzecz jasna nie każdy potrafi – w sumie na całe szczęście). Natomiast trzeba mieć wielkie cojones aby kryzys wywołać, tylko po to aby go zażegnać. Swoją drogą, jeśli ktoś Wam opowiada, że kryzys wywołuje się sam i rozchodzi się sam, buja Was. Do tego, aby się niosło (cokolwiek, czy to dobre, czy to nie) muszą być tacy, którzy chcą go rozprzestrzeniać (w tym miejscu polecam poczytać sobie ”Punkt przełomowy” Gladwella). I w miarę upływu czasu, potrzebne jest dodatkowe paliwo, aby ogień nie zgasł…

     

    Gdzie spotkaliście się z nc+? Wiecie o niej z ulotki? Z reklamy? Z billboardu? A może z internetu, prasy, programu radiowego? Gazeta, onet, Rzeczpospolita, tvn, natemat, wp, interia i inni, oddali miejsce (darmowe!) abyście usłyszeli o nc+. A potem o ich przeprosinach. A potem o ich ofercie, która aż tak bardzo się nie różni.

     

    Ryzyko? Oczywiście, jest. Dlatego potrzbne są cojones. Bo trzeba kogoś wkurzyć. Ale ilu jest tych aktywistów, którzy rzeczywiście coś zmienią, dlatego że zostali wkurzeni… Garstka…

     

    Cholera… To naprawdę miała być krótka forma…

     

    PS. Swoją drogą, zadanie domowe. Wskażcie kryzys wizerunkowy, który coś zmienił w zachowaniu frim / korporacji (poza BP i Nestle kitkat). W szczególności, kryzys w polskich social media, który miał jakiekolwiek konsekwencje w rzeczywistości.

  • Kogo rozgrywa Miller

    Post z cyklu mam pytanie, a nie mam zbyt wiele czasu na szukanie odpowiedzi.

    Z kim gra Leszek Miller zapraszając na kongres lewicy trzech prezydentów?

    Czy gra z Palikotem, wyciągając go z medialnego niebytu, a dając mu okazję do chwilowego pobłyszczenia wśród dziennikarzy?

    Czy gra z wewnętrzną opozycją, którą potrafi zgasić w ciągi zaledwie kilku godzin (vide Oleksy)

    Czy gra z Wałesą?

    A może po prostu chce skłonić Kwaśniewskiego do zastanowienia się, czy on naprawdę chcę wracać do lokalnej polityki (a może i jakiejkolwiek polityki). Jeden Miller, jedno zaproszenie, jedna zagrywka, a już jego szorstki przyjaciel musi wykazywać, określać, definiować. A tego politycy raczej nie lubią.

    (więcej…)

  • Czy kupować bilety przez Eventim? Zdecydowanie odradzam

    Od czasu do czasu stajemy przed koniecznością lub jak kto woli przyjemnością sprawienia drobnego prezentu komuś znajomemu. Facetowi zawsze można kupić różową, przepraszam, łososiową koszulę. W życiu jej nie założy, ale przynajmniej będzie śmiesznie. Kobiecie… zawsze można kupić kwiaty, ale powiedzmy sobie otwarcie, takich prezentów robiliśmy już na kopy i zdarzają się takie okazje, że trzeba postarać się nieco bardziej.

    W moim przypadku padło na koncert Męskiego Grania. Wiele o tej akcji słyszałem i to raczej same dobre rzeczy, więc postanowiłem postawić „na tego konia”. Na stronie akcji przeczytałem, że bilety można zamawiać przez Eventim lub w empiku i jak łoś uznałem, że wygodniej będzie kupić online i dostać je do rączek własnych w rozsądnym czasie. Bilety kupowałem w poniedziałek, ostateczny termin imprezy kiedy należało je wręczyć jubilatowi wypadał w piątek, więc czasu było że ho, ho. Poza tym spodziewałem się – nie ukrywam – działania na zasadzie – wybieram, kupuję, płacę za dostawę, w ciągu dwóch dni mam. Aby mieć pewność, że „w ciągu dwóch dni mam” wybrałem droższą formę – kupowania przez kuriera DHL; No bo wiecie, bądź co bądź ale oni powinni dostarczać usługę na czas i na pewno. Kurierów ich chyba nie brakuje, wciąż śmigają to tu, to tam…

    Eventim uczy cierpliwości

    Zapłaciłem i… czekam; Dostałem potwierdzenie płatności od systemu Dotpay, dostałem potwierdzenie rezerwacji ze strony eventim i cisza. W panelu klienta na eventim.pl mogę za to zobaczyć, że status zamówienia jest opłacony, zaś zamówienie jest „gotowe do wysyłki”.

    Ok. Jestem grzeczny, nie nerwowy, czekam. Poniedziałek cisza, wtorek cisza, środa cisza; Ani widu, ani słychu, ani nawet mailu; W czwartek postanowiłem skorzystać z infolinii, ale po kilkukrotnym powtórzeniu przez automat „prosimy o kontakt mailowy lub oczekiwanie na wolną linię ponieważ wszyscy nasi konsultanci są zajęci*” odpuściłem. Napisałem natomiast maila – że skorzystałem z usługi, że zaplaciłem za bilety, że zapłaciłem za kuriera, że zależy mi na czasie i że liczę na odpowiedź. No i dostałem odpowiedź:

    „W przypadku przesyłki kurierem termin realizacji zamówienia wynosi do 2 tygodni. Zamówienie jest w trakcie realizacji i na pewno niebawem trafi pod wskazany adres.”

    Ile cierpliwości w sobie znajdę?

    Dwa tygodnie. DWA TYGODNIE. Na bilety za które zapłaciłem i na kuriera, którego opłaciłem będę czekał DWA TYGODNIE? Ja najmocniej przepraszam, ale o co kaman? Co on na wrotkach do mnie jedzie? A może dopiero kółka do tych wrotek szykuje; Co dla mnie ważniejsze, nigdzie na stronie tej informacji o dwu tygodniowym terminie dostawy nie zobaczyłem. Może jestem ślepy, a może jej tam nie ma. W każdym razie, zapłaciłem 17 złotych za dostawę kurierem, na którego wciąż czekam. Może warto zgłosić się do programu ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?

    Swoją drogą, wciąż wydaje mi się, że kurier to była wersja bezpieczniejsza. Nie chcę wiedzieć, ile czekałbym na list z poczty polskiej. I to nie z winy poczty polskiej, zapewne.

    No cóż.. zamówienie było złożone i opłacone 25 czerwca. 29 dostałem odpowiedź żebym grzecznie czekał. Czekam grzecznie do dziś… może dobrze, że koncert jest dopiero 21 lipca. Kto wie, może kurier się znajdzie. Ale z usług Eventimu więcej nie skorzystam. I to kolejny przyczynek do tego, że kupować online nie lubię;

    * Nawet się nie dziwię, że wszyscy konsultanci są zajęci, pewnie ludzie dzwonią i pytają gdzie są ich bilety…


    Cześć, widzisz, jest taka głupia sprawa, bo chciałem Cię poprosić o email. Po co mi Twój email? Żebym mógł Ci dać znać, że coś nowego na blogu napisałem. To także dla mnie zachęta, do tego, aby więcej pisać… Więc – zachęcam – podaj swój email i tym sposobem zapiszesz się na niecodzienną dostawę tego, co się na Niecodziennym pojawia.

    [rainmaker_form id=”2947″]

    A przy okazji, więcej o tym, dlaczego CIę o email proszę znajdziesz we wpisie: Porozmawiajmy o emailu >

  • [Przeczytane] Big short – pozycja obowiązkowa, mimo koszmarnego tłumaczenia

    Jeśli interesują Cie procesy i mechanizmy rządzące współczesnym światem, jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego niespłacone amerykańskie kredyty odbijają i odbijać się będą głośna czkawką w całej Europie, jeśli chcesz wiedzieć dlaczego warto trzymać się z daleka od rynku papierów mniej lub bardziej wartościowych (na którym gracze coraz bardziej przypominają nałogowych hazardzistów) koniecznie sięgnij po ”Big Short” Michaela Lewisa. Jeśli tylko możesz, sięgaj po oryginał, bo tłumaczenie za które zapłaciło (no chyba że ie zapłaciło) wydawnictwo SoniaDraga woła niekiedy o pomstę do nieba…

    O co chodzi z tym tłumaczeniem? Moim zdaniem, nawet jeśli można przymknąć oko na „ukończenie studiów z honorami” czy „mrocznego krzyżowca” (zgadnij o kim mowa…) o tyle te właśnie drobiazgi sprawiają, że z… pewną taką nieśmiałością trzeba przyjmować wszystkie informacje o syntetycznych CDA i ich pochodnych jakie w książce się pojawiają. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy pani tłumacz nie schowała nam jeszcze jakiegoś kwiatka.

    Mimo wszystko polecam tę książkę. Otwiera oczy i każe stawiać wcale nie łatwe pytania.

    Ps. Czytając, pamiętaj o tym, że nie wszystko co opisywane jest jako przejrzyste z perspektywy czasu, było takie oczywiste i jednoznaczne dla tych, którzy w opisywanych wydarzeniach brali udział.

  • Nie oceniaj filmu po zwiastunie, czyli rzecz o konsumowaniu rzeczywistości

    Pytanie zawarte w tytule napadło mnie, gdy na jednym z portali wpadł mi w oko artykuł o nowej polskiej produkcji ”bez wstydu”, która już niedlługo zostanie pokazana na fetiwalu w Gdynii. Do artykułu był dołączońy zwiastun, który bez przekonania postanowiłem obejrzeć. Najpierw przestraszyłem się tematu i tego, że może być poteraktowany zbyt płytko, ale w miarę uchylaniakolejych fragmentów doszedłem do wniosku, że może jednak warto akurat temu filmowi dać szansę…

    I tu właśnie pojawiła się wątpliwość, czy właśnie uznałem źe film może być dobry, bo obejrzałem trailer? Ńic nowego, przecież po to są zajawki filmowe. Tylko że oprócz zajawek, są także recenzje i opinie krytyków, albo „zwykłych” widzów, a ja mimo że doskonale wiem, że zwiastuny niejednokrotnie to ekstakt tego co w filmie najlepsze, to jeszcze niejednokrotnie zdarza się, że zapowiadają historię inną, niż tą którą opowiada sam film. Trailer więc to pole do popisu magików od reklamy oraz mistrzów montażu… Powiedzmy też sobie szczerze, łatwiej wybrać dobre ujęcia do materiału 90sekundowego, niż do pełnometrażowej produkcji… Ale też trudniej w półtorej minuty opowiedzieć całą historię…

    Nie o technicznych aspektach zwiastunów chciałem pisać, ile o konieczności wyrabiania sobie zdania (chcę / nie chcę obejrzeć) w niespełna dwie minuty. Nie szukam opinii osób trzecich – zbyt wiele tam manipulacji i zbyt często są one tworzone na zlecenie producentów. Zbyt wiele jest plew głupoty do oddzielenia od ziaren rozsądnej krytyki, abym tracił na to czas. Za dużo bodźców do okoła, aby skupiać się na poszczególnych zbyt dokładnie.. To czy dany materiał mnie zainteresuje, czy go zapamiętam, czy „pocieknie mi filmowa ślinka” zależy od tego, jak sprawnie poradził sobie macher od zajawek… Przerażające… Choć tak zdaje się działa ewolucja – wyposaża nas w narzędzia i umiejętności do przeżycia w dżungli, choćby była to jedynie dżungla medialna…

    Z drugiej strony, jak już jesteśmy przy ilości docierających do nas bodźców, jako że teraz każdy może być nadawcą sygnałów, które dotrzeć mogą do każdego zainteresowanego, brakuje nam wydawców, którzy potrafiliby ocenić, co warto czytać/oglądać/ poznawać, a co nie jest tego warte. Tym bardziej, że taki wydawca musiałby dopasować się do potrzeb każdego z nas indywidualnie, a to zdaje się być nader męczącym zajęciem. Co więcej, każdy „automatyczny” system dąży raczej do tego aby się nam przypodobać, trzymając się zasady, że lubimy te piosenki, które już słyszeliśmy – w efekcie zamiast czerpać garściami z informacji, jakimi może nas obdarowywać sieć, taplamy się w naszym malutkim, ale za to jakże wygodnym bagienku… Lepiej więc, abyśmy póki co, o poszerzanie swoich horyzontów wciąż dbali sami…

    A skoro już jesteśmy przy poszerzaniu hotyzontów, obserwuję u siebie ciekawe zachowanie, a może nawet są to objawy nałogu. Po przeczytaniu ciekawej książki, ciekawego artykułu, usłyszeniu ciekawego wykładu, mam coraz częściej ochotę znaleźć autora na np. Twitterze i poobserwować, czy przypadkiem tam nie pisze rzeczy równie ciekawych… To nie jest zdrowe, ale… Jest to ostatnio pokusa, której nie umiem się oprzeć:-)

  • Wolność słowa w Polsce jest zagrożona?

    Skoro zaczynamy od pytań absurdalnych, to dopełnijmy drugim – a kogo porąbało?

    W Polsce można powiedzieć wszystko. Można powiedzieć, że premier do zdrajca, że wszyscy ministrowie ds. zagranicznych to rosyjscy szpiedzy, można mówić o tym gdzie stało ZOMO i czy żona prezydenta to czarownica. Można nawet mówić o tym, co się ma w swojej torebce i jakoś nikt nie widzi powodu, aby cokolwiek komukolwiek zakazać mówić.

    Problemem pierwszym dla niektórych może być to, że nie wszyscy wszystkiego muszą chcieć słuchać. Że nie ma prawdy objawionej o polityce, zamachu, gospodarce.

    Problemem drugim jest to, że można powiedzieć wszystko i to bezkarnie. Bez odpowiedzialności, bez potrzeby liczenia się z konsekwncjami.. A – chyba już to kiedyś cytowałem Młynarskiego – twarz wróćmy słowu, bo bez twarzy, największe słowo nic nie waży.

    Swoją drogą, jak kogoś nie stać na prowadzenie własnej telewizji, niech sobie zrobi kanał na Youtube. Potencjalny zasięg będzie miał ogromny, a wszystko to za frajer.

    Na to wszystko Hofman bredzi coś o tym, aby zapewnić katolikom równe prawa w życiu publicznym. Może się pogubiłem, ale ktoś im czegoś broni? Jakieś prawa odbiera? Dyskryminuje? Znaczy że co, w Ameryce biją murzynów, a w Polsce biją katoli?

  • 1% podatku dla partii politycznych? Jestem na tak!

    Dziś rano w radiu TokFm Jacek Żakowski w rozmowie z Łukaszem Gibałą przekonywał, że koncepcja aby przekazywać jeden procent podatku na partie polityczne w sposób podobny do tego, jak wolno nam przekazać część płaconego podatku na organizację pożytku publicznego to zło wcielone. Jednym z używanych argumentów jest twierdzenie, że przy takim rozwiązaniu to bogaci będą decydować o władzy a zwykli ludzie będą mieli mniej do powiedzenia i że to doprowadzi do tego by bogaci się bogacili a biedni pozostawali biedni… Pozwolę się sobie z tą tezą nie zgodzić.

    Po pierwsze, takie rozwiązanie pozwala na płacenie tym, którym chcemy płacić. Nie tym, którzy akurat w tej chwili są przy żłobie/korycie/władzy. Co więcej, pozwala nam podejmować decyzję co rok, a nie co cztery lata. Oznacza to, że nasi kochani politycy musieliby się częściej starać o nasze „tak”. Może zaczęli by coś robić… Poza tym, może trudniej zdobyte pieniądze (bo trzeba za nimi pochodzić) wydaje się inaczej, niż te, które wpaść muszą.

    Po drugie, bogaci zazwyczaj nie są bogaci dlatego, że są głupi. Zwykle aby zdobyć pewien kapitał, trzeba wykazać się determinacją, skutecznością (czasem bezwzględnością), ale aby te pieniądze utrzymać, trzeba umieć je liczyć i wydawać. Jak wydasz za dużo – tracisz. Jak wydasz źle – tracisz. Jak przechomikujesz – tracisz. Jaki z tego wniosek? Bogaci znają wartość pieniędzy. Co więcej, bogaci to czasem także ludzie rozsądni, wyrachowani, znający związek między przyczyną i skutkiem. Państwo powinno być wyrachowane, rozsądne, wypłacalne. Powinno wiedzieć ile ma i ile może wydać. Wniosek – wolę, żeby ewentualny większy wpływ na wybór władzy mieli ludzie, którzy pracują pieniędzmi, niż ludzie, którzy oczekują, że ktoś im pieniądze da. Poza tym, nie oszukujmy się, bogate oszołomy znajdują po każdej stronie sceny politycznej.

    Mądrych jest raczej mniej, niż głupich. Wykształconych, utalentowanych, pracowitych jest mniej niż leniwych, małorozgarniętych i sfrustrowanych. Niewielu jest ludzi, którzy odnoszą sukces. Ale wg opinii pana Jacka perspektywa, w której odrobinę większy wpływ na naszą rzeczywistość mają ludzie, którzy coś osiągnęli, jest przerażająca. No tak, być rządzonym przez ludzi, którzy coś wiedzą… Brrrr… Ohydztwo… Nie takeśmy się walcząc o demokrację umawiali…