Tag: Wisła

  • (nie)Pewne typy na 14. kolejkę Ekstraklasy…

    Koncepcja jakiś czas temu zaniechana, niemal porzucona, ale jednak jeszcze żywa. Ponieważ jednak Ekstraklasa to byt nieprzewidywalny, a próba wytypowania w niej wyników to zabawa tylko dla straceńców, pozwalam sobie na przedstawienie tego, co w mojej szklanej kuli wypatrzyłem. Wraz z nieudolnym – rzecz jasna – uzasadnieniem…

    PIĄTEK

    20:00 Legia – Arka; Mój typ: 1
    Arka na wyjazdach nie zdobywa bramek, nie zdobywa punktów, a Legia nie będzie przecież obrywać od każdego. Co prawda oberwała od Wisły, ale to raczej na własne życzenie.  Tu nie ma wiele miejsca na kombinowanie, Arka niestety (dla Gdynian) w stolicy polegnie. Ale oni i tak są chyba nastawieni na zdobywanie punktów w domu.

    20:00 Górnik – Korona; Mój typ: 1
    Górnik to drużyna nieprzewidywalna. Potrafi wygrać z Wisła i przegrać wysoko ze Śląskiem. Bywa wiceliderem, a potem zbiera łomot w Gdańsku. Potrafi wygrywać do 88. minuty a potem dostać złoty strzał między oczy. Korona? Chyba jednak troszkę niespodziewanie jest tak wysoko. Nie zdziwiłbym się, gdyby była w pierwszej szóstce, ale 2.gie miejsce… Nieco na wyrost. W Zabrzu będzie się działo, ale Górnicy nie lubią tracić punktów seriami i dlatego stawiam na nich.

    SOBOTA

    14:45 Śląsk – Ruch; Mój typ: 1

    Śląsk odbił się od dna, Orest znowu robi magię. I ta magia trwać będzie zwłaszcza w bojach z chimerycznym Ruchem.  Tym bardziej, że Ruch na wyjazdach generalnie (cztery z siedmiu) przegrywa. I tak też będzie tym razem.

    16:00 Lechia – Widzew; Mój typ: 1
    No taaak… Chociaż nie;P Znowu raczej prosto. Chyba mimo wszystko nie cenię przesadnie Czesuawa (już wolę, gdy Czesuaw Śpiewa) i dlatego bliżej mi do stawiania na Kafarskiego. Co prawda, Widzew ma argumenta w postaci chociażby Robaka, ale Lechia ma niezły sezon, niezłą drużynę i już jest okrzepłym ligowcem, który ma aspiracje, a nie ma ochoty na tracenie punktów z beniaminkami. Górnik wyjechał z piątką, Widzew tego raczej nie przebije, ale na zwycięstwo bym raczej nie liczył. No chyba że Czesuaw zastosuje jakiś magiczny diament w środku pola…

    17:00 Lech – Polonia B.; Mój typ: X
    Ale jak to? Przecież Lech się odbija, odradza i walczy! Aha… A Polonia gromadzi punkty. Z drugiej strony, Lech u siebie nie obrywa… Ale najprawdopodobniej Polonię zlekceważy. Poza tym, jak już przejedziemy Bytomian (mogą myśleć Poznaniacy) będziemy mogli na poważnie myśleć o poważnych bojach z poważnymi drużynami… A Polonia gromadzi punkty. I jeden punkt może uciułać.

    19:15 Jagiellonia – Cracovia; Mój typ: 1
    Już? Pośmialiśmy się? Pożartowaliśmy? Dostrzegliśmy wielką formę Pasów? Genialny bramkarz, cudowna obrona, niepowtarzalny środek pola i diabelnie skuteczny atak. No… To sprawę załatwi Frankowski z Grosickim. I tyle.

    NIEDZIELA

    14:45 Wisła – Zagłębie; Mój typ: 1
    Wisła to (podobnie jak Legia i Lech w tym sezonie) bardzo dziwna drużyna. Ale buduje sobie serię. Wygrali z Cracovią, wygrali z Legią więc przecież nie po to, by się położyć na Zagłębiu… I tak, każda seria się kiedyś kończy, ale niekoniecznie Wiśle i niekoniecznie w niedzielę. Zagłębie z wyjazdów dotychczas przywiozło 4 punkty. Na piąty, ani tym bardziej 7dmy się nie zanosi. Poza tym, kto wie, może Brożek wciąż jest w aurze powołania?

    17:15 GKS Bełchatów – Polonia W; Mój typ: X
    Typuję remis, choć od razu zaznaczam, że to wynik dla tych którzy nie potrafią, z tymi co nie umią. Tych którzy nie chcą, z tymi, którym nie wychodzi. Tych co nie mają szczęścia, z tymi co mają pecha. Z tymi co zmienili pół składu z tymi, co mają Wojciechowskiego. Proste, c’nie?

    Gdyby zaryzykować i postawić na powyższy zestaw wyników 1 złotówkę w kombinacji, to wygrać można 340 złotych. Ale znacznie bezpieczniej kupić za tę złotówkę precla i go zjeść. Bo lepszy precel w garści, niż kupon u buka…

  • Pierwszy sprawdzian Henryka Kasperczaka

    Trener, który 15 marca objął Wisłę Kraków był dla kibiców i obserwatorów najpierw wielkim zaskoczeniem, a potem wielką niewiadomą. Zaskoczył wszystkich, w końcu nikt się nie spodziewał, że Henry, który z Wisłą rozchodził się w wielkich bólach, wróci na Reymonta i obejmie I drużynę. Ale też nie jest to ten sam trener, który w 2002 ogrywał Parmę i Schalke, ani trener który w 2004 roku opuszczał Białą Gwiazdę pozostawiając ją w zimie z wielopunktową przewagą nad rywalami. Obecny Henryk Kasperczak to wielka niewiadoma, przygnieciona przede wszystkim wynikiem osiągniętym rok temu z zabrzańskim Górnikiem.

    Jaki więc jest nowy Kasperczak? Najbliższy mecz będzie pierwszą szansą na znalezienie odpowiedzi. To pierwszy poważny mecz Wisły z nowym starym trenerem. Wszystkie ważne starcia tego sezonu Wisła przegrywała – i Levadia, i Lech, i Cracovia, i Legia i znowu Lech. Podobnie było w poprzednim, gdzie większość kluczowych spotkań kończyło się goryczą – przedwczesne pożegnanie z europejskimi pucharami, porażki z Legią (superpuchar), z Legią w lidze, z Lechem w pucharze i w lidze. Czy tym razem będzie inaczej? Czy może być inaczej?

    Może. Pod jednym warunkiem – że Wisła zagra inaczej, niż we wszystkich dotychczasowych kluczowych spotkaniach. Nie wyjdzie na mecz, z założeniem – jakoś to będzie, coś wymyślimy. Nie da się zaskoczyć przeciwnikowi. Wyjdzie i zawalczy o punkty, o zwycięstwo, o dominację. Nie musi bez opamiętania rzucić się na Kolejorza, ale musi w tym meczu narzucić swój styl gry. Musi dominować przez całe spotkanie, a nie przez pierwszy lub ostatni kwadrans. Musi pokazać, że liderem jest nie z przypadku i w konsekwencji głupich strat punktów przez rywali, ale z powodu umiejętności i klasy własnej. Aby zostać mistrzem, Wisła musi pokazać, że potrafi wygrywać również ważne mecze, a sobota jest do tego pierwszą i najlepszą okazją.

    Okazją również dla Henryka Kasperczaka, który potrzebuje tego zwycięstwa, aby zamknąć usta niedowiarkom i sceptykom. Kasperczaka, który musi pokazać, gdzie leży kluczowa różnica między jego Wisłą, a Wisłą Macieja Skorży. Kasperczak musi pokazać, że prowadzony przez niego zespół znów może być nieobliczalny, nieprzewidywalny i zwycięski. Że krakowski mikroklimat służy mu lepiej niż śląski, a wpadki z ostatnich lat były jedynie czasową obniżką formy, a nie trwałą tendencją spadkową.

    Łatwo nie będzie. Niezależnie od klasy rywala, Wisła boryka się z własnymi problemami. Z dziurą w obronie, z poszukującym formy Sobolewskim, z nieskutecznym Brożkiem (nie traktujmy tego, co pokazał w ostatnim meczu jako przełamanie, a raczej jako podstawę do luzu psychicznego, który na przełamanie może pozwolić). Z zagubionym Jirsakiem, nie pokazującym pełni swoich możliwości Łobodzińskim, z szalonym Małeckim. Tylko że… większość z wymienionych ma na swoim koncie co najmniej dwa tytuły mistrzowskie, większość to reprezentanci Polski… a to zobowiązuje. Po prostu zamiast szukać problemów, trener musi znaleźć rozwiązania. Od tego przecież jest. I zobaczymy, czy nieplanowana, blisko dwutygodniowa przerwa w rozgrywkach została dobrze wykorzystana. Czy była czasem potrzebnym do lepszego poznania i poukładania drużyny. Jeśli właśnie było, Henry udowodni, że stary człowiek wciąż może. W przeciwnym razie, niewygodnych pytań może być z każdym dniem więcej.

    I wreszcie ostatnim zmartwieniem Białej Gwiazdy jest to, że jedyne czego potrzebuje Lech aby w sobotę być trudnym rywalem, to grać swoje…

  • Koszmar z ulicy Reymonta

    Gdyby parę lat temu zapytać kibica Wisły, czy wyobraża sobie jesień, w której jego ukochany klub nie rozgrywa meczu na swoim stadionie, w okienku transferowym nie sprowadza żadnego wartościowego piłkarza, z pucharów europejskich odpada zanim zakończą się rundy eliminacyjne, a do reprezentacji powoływanych jest jeden, góra dwóch piłkarzy z pod Wawelu, wyśmiałby nas. Gdyby dodać to tego wiosnę, którą Wisła zaczyna bez formy, bez bramek za to w goryczy porażek, będących konsekwencją nieudolnej gry drużyny – zrobiłby wielkie zdziwione oczy. Dodajmy jeszcze pikanterii, obnażmy wszystkie bolączki krakowskiego klubu – zabierzmy sponsora, marketingowców (choć w przypadku Wisły dotychczas każdy o nich słyszał ale ich działania nikt nie mógł wykazać) i prezesa. W ich miejsce dodajmy chaos organizacyjny, zamknięte przed kibicami trybuny i plagę kontuzji, których nikt nie mógł przewidzieć ani im zapobiec. Kilka lat temu taki obraz byłby skwitowany politowaniem – takie rzeczy mogą sie dziać w Szczecinie, Łodzi, Piotrkowie, ale nie u nas. Dziś także w Krakowie ta wizja to rzeczywistość.

    Kibice Wisły nie wiedzą już chyba, czy oglądając swoją drużynę doznają cierpienia bezsilnego frustrata, który chciałby coś zmienić, a nic zrobić nie może. Z niesmakiem obserwują grę swoich nieco wyblakłych po zimie gwiazd, które bez żadnego pomysłu kopią szmaciankę gdzieś tam przed siebie, byle dalej, byle jak. Obsewrują bezradnego trenera, który nie może skłonić swoich podopiecznych do szturmowych ataków, kiedy tego wymaga sytuacja i kiedy jest jeszcze do tego czas. Oglądają drużynę, która traci bramki, jakie jeszcze kilka miesięcy temu nie miałyby prawa się przydarzyć. Kibice rywali nie czują też satysfakcji z porażek wciaż jeszcze obecnego Mistrza Polski, bo jakaż frajda z „bić mistrza”, kiedy ów mistrz się słania na nogach a wyprowadzane przez niego ciosy sprawiają wrażenie nieudolnego polowania na muchy i taką też drzemie w nich siła.

    Tak słaba Wisła to nie tylko problem Cupiała, Skorży i spółki. To także problem całej ligi, która traci drużynę nie tak dawno jeszcze eksportową. Drużynę, która była magnesem przyciągającym kibiców na stadiony i przed telewizory. Drużynę, która sprawiała, że innym chciało się chcieć. Rywala, którego trzeba się było bać, rywala, który wymagał od przeciwników więcej, niż cała reszta ligowych szaraków. Ekstraklasa nie będzie silna, gdy w każdym sezonie będziemy mieli tylko jedną drużynę która potrafi grać w piłkę. Bycie najlepszym w Polsce to za mało, by czuć satysfakcję. Jak pokazuje przykład Wisły, nawet wieloletnia dominacja w naszej lidze nie gwarantuje ani rozwoju, ani stabilizacji, ani przyzwoitych występów w Europie.

    W Bełchatowie Wisła zagrała słabo. W Krakowie, nawet jeszcze słabiej. Co gorsza, Wisła nie wierzyła w zwycięstwo. Zanim straciła bramkę, gnębiła i – co ważne – ośmieszała rywala akcjami przeprowadzanymi lewą stroną. Raz po raz tworzyła zagrożenie, które mogło i powinno zakończyć się golem. Po stracie bramki tak bardzo chciała szybko przenieść grę w pole karne, że do znudzenia próbowała dalekich wrzutek, a te były wodą na młyn defensywy Arki. Im dalej w las, tym było gorzej. Do wyrównania a nawet wygrania meczu było kilkadziesiąt minut. I co? I nic. Zamiast grać w piłkę, Wisła nie robiła nic. Nie było pomysłu, nie było dokładności, a co za tym idzie, nie było okazji do zdobycia bramki. Nie było niczego. Dość powiedzieć, że najskładniejszą bodaj akcją II połowy była kontra wyprowadzona przez piłkarzy Dariusza Pasieki na 10 minut przed końcem meczu…

    Nie chce mi się wierzyć, że złożona z dobrych lub bardzo dobrych piłkarzy drużyna, która poprzednią rundę kończyła z pięciopunktową przewagą, prowadzona w okresie przygotowawczym przez doświadczony sztab szkoleniowy, z dnia na dzień straciła umiejętność gry w piłkę. „Na farcie” można wygrać mecz lub dwa, ale nie zdobyć dwa mistrzowskie tytuły z rzędu. Jak na razie, to nie rywale pokonali Białą Gwiazdę. To Wisła przegrała swoje mecze, ale to nie oznacza, że przegrała rundę. Wciąż jeszcze najważniejsze mecze przed nią. Zapas zgromadzony w jesieni okazał się poduszką bezpieczeństwa, kołem ratunkowym, z którego czasem trzeba skorzystać. Wisła doszła do ściany, na której może polec, lub od której może się odbić. To nie jest czas na panikę – to jest czas, na pokazanie charakteru. Teraz trzeba uspokoić oddech, wziąć się w garść, zagryźć zęby i zacząć grać swoje. Do znudzenia, do bólu. Trzeba się obudzić, aby ten koszmar nie powtarzał się więcej. Okazja do pobudki za tydzień.

    Tekst zostanie opublikowany na 11.pl

  • Wrażliwy jak… sędzia piłkarski

    Chyba potrzebny jest wstępniak. Nie podobało mi się dzisiejsze zachowanie trenera Macieja Skorży. Nie podobało mi się, bo szkoleniowiec Mistrzów Polski pozwolił na to, by jego zachowaniem kierowały przede wszystkim emocje. Zamiast być najspokojniejszym z przedstawicieli Wisły, zachowywał się jak młokos, zapominając, że jego gesty, słowa i wulgaryzmy są słyszane przez zawodników i najprawdopodobniej siał zamieszanie we własnych szeregach. Zupełnie niepotrzebnie.

    Nie interesuje mnie, czy dzisiejszy mecz Wisła wygrała, przegrała czy zremisowała. Mecz trwa 90. minut i wygrywa go ten, kto zdobywa więcej bramek. Nie liczą się okazje, szanse i strzały celne. Nie liczy się nawet pozostawione wrażenie, ani ilość wykonanych rzutów rożnych. Na końcu liczy się to, co wpadło do siatki. Wiśle nie wpadło nic – nie strzelając bramek, nie wygrywa się meczów (takie rzeczy potrafi tylko reprezentacja Słowacji).

    Więc o co mi chodzi? W dniu dzisiejszym, w trakcie meczu Lech Poznań – Wisła Kraków, sędzia Borski uznał, że zachowanie trenera Macieja Skorży mu uwłacza i postanowił go odesłać na trybuny. Nie zamierzam tłumaczyć Skorży, bo sam zrobi to najlepiej, a tłumaczyć jest się z czego, bo materiały z CanalPlus pokazują, że kilka niewybrednych epitetów z jego ust padło. Nie po raz pierwszy zapewne i nie po raz ostatni. Nie pierwszy to wkurzony trener, nie ostatni. Z resztą trener Jacek Zieliński w tym samym meczu również w słowach nie wybrzydzał, no ale on mecz zakończył na ławce trenerskiej…

    Trener Borski powiedział, że Trener Skorża powinien znać przepisy. Odnosił się do sytuacji kiedy trener przed rozpoczęciem II połowy zwlekał z opuszczeniem strefy sędziego technicznego. „Jeżeli w ciągu dwóch minut nie opuściłby strefy, zawody zostałyby przerwane. Tak mówią przepisy, nie miałbym wyjścia” – dodał Borski.

    Nie mam pojęcia, w którym momencie sędzia wyrzucił Skorżę z ławki trenerskiej. Podejrzewam, że pan sędzia oparł się o Artykuł 5, punkt 36 mówiący o tym, że gra może zostać wstrzymana, jeżeli zawodnik wykluczony z gry (czerwona kartka) odmówi opuszczenia pola gry i nie opuści go w ciągu 2 minut od wydania decyzji.

    Nie wiem czy gra może zostać wstrzymana przed jej rozpoczęciem, nie wiem czy trener to także zawodnik, skoro trenerowi nie można przyznać czerwonej kartki, nie wiem, czy trener Skorża rzeczywiście planował pikietowanie w strefie technicznej, ale moim zdaniem sędzia Borski powinien mniej gdybać, zwłaszcza, jeśli zarzuca komuś nieznajomość przepisów.

    Arbiter uznał również, że Małecki nie był faulowany w 35. minucie w polu karnym, ponieważ jego upadek był następstwem męskiej gry… Nie mam pojęcia czy arbiter widział powtórki – podejrzewam że tak, dziennikarze Cplus mają zwyczaj i możliwości techniczne pokazać kontrowersyjny fragment meczu osobie, z którą przeprowadzają wywiad. Jeśli nie widział, powinien mieć trochę więcej pokory do podejmowanych przez siebie decyzji. Jeśli widział, powinien umieć powiedzieć, że popełnił błąd. Przytoczę tylko kolejny fragment przepisów gry w piłkę nożną:

    Artykuł 12. punkt 18: Atakowanie przeciwnika barkiem, którego celem nie jest zagranie piłki bądź wejście w jej posiadanie stanowi formę przeszkadzania przeciwnikowi w poruszaniu się i podlega karze rzutu wolnego pośredniego, który wykona zawodnik drużyny przeciwnej z miejsca przewinienia.

    Artykuł 12. punkt 25: Przez grę brutalną rozumie się każdy rozmyślny i gwałtowny atak skierowany na zawodnika drużyny przeciwnej, którego celem nie jest piłka lecz wyłącznie działanie na szkodę przeciwnika w celu jego unieszkodliwienia. Zawodnik, który dopuszcza się takiego przewinienia musi być wykluczony z gry (czerwona kartka).

    Męska gra to bardzo szerokie pojęcie. Po obejrzeniu całego meczu nie rozumiem, dlaczego właśnie w tym momencie sędzia uznał, że można taką grę dopuścić, a przez pozostałe 90minut gry odgwizdywał każde przewinienie przeszkadzając i zabijając ducha gry w zarodku.

    Na zakończenie…
    Oględnie mówiąc trener Skorża zarzucił nam, że w porozumieniu ze spółką Ekstraklasa wyreżyserowaliśmy mecz, delikatnie mówiąc, aby uczynić rozgrywki bardziej interesującymi. (…) – Słowo złodziejstwo jest jednoznacznie obraźliwe pod adresem sędziów i spółki Ekstraklasa. Nie będę komentował reszty słów trenera, zajmą się tym odpowiednie organy – powiedział Sędzia Borski.

    Panie sędzio. Nie podyktowanie rzutu karnego w tej dość oczywistej sytuacji, przy bezbramkowym remisie jest złodziejstwem. Ukradł Pan Wiśle prowadzenie, a kto wie, czy nie ukradł jej pan punktów. Życzę miłego oglądania powtórek.

    Nie jestem sędzią, piłkarzem, działaczem, ani tym bardziej nie jestem nieomylny. W artykule wykorzystałem przepisy gry w piłkę nożną zamieszczone na stronach PZPN.

  • Rozważania o władzy absolutnej

    Wisła Kraków, przechodząc na model angielski, zrezygnowała z dyrektora sportowego. Przyjęcie takiego rozwiązanie w polskich warunkach brzmi moim zdaniem groźnie. Nie dlatego, że szczególnie żal mi Jacka Bednarza, podejrzewam że akurat on sobie poradzi, tak jak zapewne poradzi sobie Wisła Kraków. Brzmi groźnie dlatego, że Wiśle nigdy nie służył czas, w którym brakowało osoby odpowiedzialnej wyłącznie za transfery. Ostatni taki okres zakończył się fatalnym – z punktu widzenia krakowskich działaczy/piłkarzy/kibiców(niepotrzebne skreślić) – 8. miejscem w sezonie 2006/2007. Brzmi groźnie również dlatego, że ostatni trener który w Krakowie mógł zrobić wszystko, długo odbijał się Wiśle czkawką.

    Oczywiście można wskazać pewne korzyści Wisły wynikające z pożegnania Jacka Bednarza. Po pierwsze, zakończył się czas nieustannych sporów pomiędzy trenerem a dyrektorem, o których coraz głośniej mówiło się w Krakowie, a które widoczne były chociażby przy kolejnych próbach zaangażowania przy Reymonta nowego bramkarza. Nie będzie już zatem kolejnych impasów negocjacyjnych, kiedy trenerowi będą proponowani piłkarze którzy go nie interesują, lub też nie będzie „dostawał” tych zawodników, którzy mu się wymarzą.

    Po drugie, teraz trener oczekując nowego transferu nie będzie z nadzieją wpatrywał się w oczy dyrektora, a jeśli będzie chciał stanąć twarzą w twarz z osobą za (udane i nieudane) transfery odpowiedzialną, będzie musiał stanąć przed lustrem. Wniosek – w najbliższych miesiącach, wszystkie kluczowe dla rozwoju sportowego Wisły decyzje będą podejmowane jednoosobowo, przez Macieja Skorżę. I to czyni go najważniejszą osobą w klubie.

    Nie śmiem kwestionować umiejętności czy wiedzy trenera Mistrzów Polski. Przez ostatnie dwa lata udowodnił, że w Polsce nie znajdzie równorzędnego sobie rywala, a pierwsze poważne problemy napotykał zwykle w potyczkach europejskich. Być może teraz, trzymając wszystkie sznurki w swoim ręku, podbije Europę. Tego mu życzę.

    Nie będzie jednak łatwo, ponieważ osoby dzierżące władzę absolutną, czując na sobie brzemię odpowiedzialności oraz znając siłę swoich decyzji, nader często rezygnują z podpowiedzi ludzi im życzliwych, obawiając się fałszu owej życzliwości. Co więcej, osobom zależnym od absolutnego władcy trudno jest przeciwstawiać się jego woli lub kwestionować jego opinię. Takie wystąpienia mogą być… co najmniej ryzykowne. A ponieważ w klubie wszystko jest podporządkowane wynikowi I drużyny, teraz to Maciej Skorża, jak nikt inny, będzie mógł zwalniać, zatrudniać i wymagać. Oj… ciężko będzie komukolwiek powiedzieć trenerowi „Nie”… A chyba dla wszystkich w Krakowie było by lepiej, aby Wisła nie zaczęła przypominać „Tęczy”:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=DhecpGGOP40]

    Wniosek? Władzę (niemal) absolutną sprawuje się niemal samodzielnie. A na pewno całkiem samotnie.

    Przed Trenerem trudne zadanie. Nie dość że musi szkolić, planować i czuwać nad aktualną formą swojego zespołu, musi – znając wszystkie wady swojej drużyny – szukać i koordynować poszukiwania zawodników, którzy będą dla Wisły wzmocnieniem, następnie negocjować warunki kontraktów z obecnymi i przyszłymi piłkarzami Białej Gwiazdy, musi mądrze oddzielać ziarna prawdy od plew pochlebstw czy łgarstw, musi dzielnie przyjmować krytyki i rozsądnie dzielić się sukcesami, a przede wszystkim i nade wszystko musi zwyciężać. Najlepiej wysoko i pięknie.

    Powtórzę się – życząc Maciejowi Skorży jak najlepiej – mam nadzieję, że w nawale obowiązków i niedoborze czasu, będzie pamiętał o dwóch rzeczach. Primo: nie ma ludzi nieomylnych, którzy podejmują tylko właściwe decyzje. Secundo: władza absolutna pociąga za sobą absolutną odpowiedzialność.

    Tekst zostanie także opublikowany na serwisie 11.pl

  • Może nie będzie tak źle…

    Może to będzie dobry sezon. Może będą w nim gwiazdy, może będą młode talenty, może będzie na co patrzeć i zdarzą się mecze, na które będziemy wyczekiwać. Tego typu marzenia zwykle snuję przed pierwszą kolejką nowego sezonu, po to tylko aby po piętnastu minutach pierwszego meczu wiedzieć, że po raz kolejny wszystko co dobre, może nadal spokojnie drzemać w mojej podświadomości. I niestety, tym razem zaczęło się podobnie.

    Nie będę wracał do tego, że moim zdaniem ekstraklasa powinna się zacząć z poślizgiem. Ja wiem, że z moim zdaniem nikt się liczyć nie musi, ale nie podoba mi się to, że wszyscy, którzy powinni dbać o to, aby nasze ligowe rozgrywki były prowadzone zgodnie z literą prawa, robią wszystko tak, jakby chcieli powiedzieć -„szybciej, szybciej, jak uciekniemy daleko w las, to nas nikt nie znajdzie”, i są święcie przekonani o tym, że gajowy ma nie nabitą flintę, a poza tym śpi, a wszyskie niedźwiedzie, wilki i jelenie zostały wybite przez kłusowników. Więc nie podoba mi się… ale cóż, Liga Gra…

    Pierwsze mecze odarły mnie ze złudzeń, tak jak Polonia odarła ze złudzeń bezradny Bełchatów, a Śląsk przypomniał Cracovii, że licencja to nie wszystko i do utrzymania trzeba jeszcze grać w piłkę. Na podkreślenie tej dobrej ligowej passy była jeszcze Wisła, która w iście mistrzowskim stylu rozbiła w proch i pył Ruch Chorzów, świętując każdą bramkę tak, jakby była ona na wagę.. bo ja wiem… awansu do III rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Ale do tej kwestii jeszcze wrócę.

    Liga zaczęła się więc zgodnie z oczekiwaniami i na przekór marzeniom. Po dwóch miesiącach czekania wiedzieliśmy znów, że do tego, aby zobaczyć dobrą piłkę, musimy poczekać jeszcze kolejny miesiąc, kiedy na boiska wybiegną Anglicy, Włosi, czy Hiszpanie, kiedy zaczną się poważne puchary i znowu będą emocje. Na szczęście tym razem niedziela była dla nas i wszystkie moje spekulacje okazały się warte mniej, niż funt kłaków.

    W niedzielę grali nasi pucharowicze. Legia pokazała, że jest w gazie i o ile między 10 a 16 kolejką nie złapie dziwnej zapaści będzie pewnym kandydatem na mistrza. Co prawda z Legią to jest tak, że niezależnie od tego co się dzieje i kto w niej gra, to Wojskowi są pewnym kandydatem na mistrza, ale tym razem, nie będzie to wynikało ze słabości ligi, tylko z siły, która wreszcie w drużynie Jana Urbana drzemie i buzuje pod powierzchnią zespołu. Tym razem im się chce i gra sprawia im przyjemność. A im więcej oni mają przyjemności, tym przyjemniej się ich ogląda. Będzie ciekawie.

    Lech chce udowodnić, że poprzedni sezon nie był przypadkiem, tylko przypadkowo skończył się nie tak, jak sobie tego życzyli trener Smuda i włodarze z Bułgarskiej. Maszynka do strzelania bramek ma nowego bramkarza, pewnych – w zasadzie – obrońców, pomysłowych pomocników i utalentowanych napastników. O skuteczności Kolejorza przekonali się już w Norwegii i Gliwicach, podejrzewam, że już niedługo przekonają się o tym kibice i zawodnicy w całej Polsce – bo jeśli chodzi o Europę nie zawsze niestety będzie tak łatwo jak w miniony czwartek. Jedyne pytanie brzmi – czy starczy aminucji.. bo animuszu Kolejorzowi nie brakowało nigdy.

    Polonia… Nie rozczarowała. Tak jak nie przekonywała w zeszłym sezonie, tak i w tym nie ma przekonujących argumentów. Co więcej straciła kadrowicza, który mógł w tej drużynie rządzić i dzielić, więc teraz wcale nieźli piłkarze wyglądają na trochę zagubionych. Ci wcale nieźli mieli w niedzielę kilka okazji do tego, aby na chwilę choć uciszyć kielecką publiczność, ale woleli za to z najbliższych odległości nie trafić w bramkę, lub trafić w bramkarza. Za to Korona…

    Korona zaskoczyła. Polot, odwaga, fantazja – to wszystko widać w konstruowanych przez krwisto-złotych akcjach. Co przyjemniejsze, Koroniarze nie mieli ochoty spocząć na laurach, bo przecież w drugiej połowie nie mieli potrzeby ani przymusu walczyć o wynik. Kibiców i sponsorów zadowoliłoby bezpieczne 2:0, które można było dowieźć do końca. Dużo trudniej było powiększyć przewagę, bo Polonia choć nie miała wielu atutów w ataku, nie zwykła tracić seryjnie bramek. Koroniarzom się chciało i za to należą im się słowa uznania. Po tym pierwszym meczu, nieśmiało wieszczę, że w tym sezonie Korona może jeszcze namieszać. Nie będzie to raczej sezon mistrzowski, ale to będzie dobry sezon i drużyna, której mecze warto oglądać.

    A Wisła… Po tak fatalnym pożegnaniu z pucharami, piłkarze powinni mieć świadomość, że czeka ich sezon pokutny. Czas, w którym trzeba udowodnić swoją siłę, przekonać postronnych, że dwumecz z Talinem podrażnił sportową złość profesjonalistów, którzy mają świadomość, że 180 minut przekreśliło ich szansę w sezonie 2009/2010 na sportowe przyjemności. Widząc reakcję piłkarzy po bramce na 2:0 widziałem euforię, która mogła by świadczyć, że wszystko co było, już było i nie ma po co do tego wracać. Cieszmy się tym co jest, bo Wisełka znów wielką jest… Euforyczna radość z dobicia słabeusza nie przystoi profesjonalnemu killerowi, który z zimną furią w oczach będzie wykańczał kolejnych przeciwników. Profesjonaliście, który jest przekonany o swojej sile i wartości, nie sprawia radości fakt, że tym razem coś mu się udało.

    Tekst został także zamieszczony na serwisie 11.pl