Blog

  • Niecodzienny widok na dobranoc…

    Sam sobie zazdroszczę, tego że mogę sobie teraz siedzieć i patrzeć. Nie przeszkadza warkot samochodów, nie dręczą zapluci i zapijaczeni mieszkańcy okolicznych bloków lub kamiennic, nie słychać tramwajów, nie ma wokół mnie odgłosów miasta..

    W zasadzie niewiele jest wokół mnie. Cisza, spokój, powoli zapadająca noc. Słońce zaszło już jakiś czas temu i światło teraz figluje wśród chmur, to podświetlając je, do chowając się za linią horyzontu…

    A krajobraz.. no jakby ktoś dostał kredki i wiedział co z nimi zrobić… łagodne przejścia, ciepłe barwy.. można powiedzieć, że tak powinien wyglądać ciepły, letni wieczór… No sami powiedzcie, czy nie tak powinien wygladać kończący się wszechotaczajacym spokojem ciepły, letni wieczór?

    05

    Podoba mi się.. jeszcze sobie popatrzę.. posiedzę.. ponicnierobię.. skorzystam z tej możliwości.. i jak najwięcej takich właśnie możliwości sobie i Wam życzę..

  • Krakowskie Smaki: Słodki Wentzl – niezłe lody z troszkę gorszą obsługą

    Ponieważ dobre lody w Krakowie okazały się ciekawym wątkiem, kolejna opowieść w tym temacie.

    Jeszcze w sobotę z nieba lał się stumieniami żar, a ze mnie strumieniami lało się zmęczenie. W połowie spaceru uznałem, że czas się wzmocnić i odświeżyć, a najlepiej zrobić to czymś chłodzącym tak ciało jak i umysł. Ponieważ na Starowiślną było daleko, a że właśnie mijałem Wawel, pomyślałem sobie, że w drodze powrotnej można by wpaść do Słodkiego Wentzl’a. Jak pomyśłałem, tak zrobiłem i od słów przechodząc do czynów wparowałem do ogródka.

    To powinno mi dać do myślenia. Sobota, godzina czternasta, upał zalewający krakowski Rynek, a ja znajduję miejsce w „ogródku”… No dobra, nie narzekam. Na stole rzucone niby mimochodem menu i w zasadzie tyle.. Zerknąłem w kartę, i czekam.

    Czekam.

    Czekam…

    Czekam……

    Nie ja jeden.  Kilka stolików dalej starszy jegomość siedzi od kilku minut z portfelem trzymanym w ręce spojrzeniem wodzącym za kelnerką, ale ta ewidentnie nie chciała go dostrzec. Dziwne, bo był to klient z gatunku chcących zapłacić.. podejrzewam, że w taki właśnie sposób traci się napiwki.

    Co ciekawe, inna kelnerka w gustowny sposób podpierała wejście do Wentzla, mnie więcej tak, jak Jaś Niezguła podpiera ścianę na dyskotece w remizie… Może tłumaczyć to tym, że upał jest i nikomu nie chce się nic… Ale ja chcę lody. No więc czekam…

    Czekam…

    Czekam……

    Może wyjmę książkę? Może zmienię lokal.. może postąpię jak grupa turystów, która kupiła lody w wafelkach na wynos i (ob)siadła sąsiedni stolik.. – w sumie też ciekawe rozwiązanie. Nie, lepiej nie wstawać, bo jak wstanę, to jeszcze mnie ktoś podsiądzie i dopiero się zrobię na szaro… To ja jeszcze poczekam…

    czekam…

    patrzę w prawo, patrzę w lewo.. czekam… i się doczekałem (to znaczy ja czekałem jeszcze chwilę, ale nie będę nadużywał cierpliwości czytelników.. lepiej nie ryzykować…)

    Jest kelner. Ja mu mówię co chcę, ale chyba mnie nie zrozumiał. Dla lepszej komunikacji otworzyłem kartę i palcem wskazałem, że chcę TO. Ponieważ niedowierzał, powtórzyłem uderzeniem palcem w TO. Tak TO. (TO to moje określenie naleśników – to śniadanie – z bitą smietaną i gałką lodów waniliowych).  I jeszcze sok pomarańczowy.

    No to czekam.  Tyle, że teraz już wiem, że warto. Przynajmniej wydaje mi się, że warto, w końcu zamówienie złożone. Ponieważ wiem, że jeszcze chwilę to potrwa (chciałem napisać, że „jeszcze poczekam”, ale zaraz zaczniecie na to reagować alergicznie), wyciągam książkę i czytam. Jaką książkę? Taką dla dzieci;] Przecież napisałem że jest sobota i upał i mi też nie chce się nic…

    Pochłonięty lekturą musiałem wyglądać niegroźnie, ponieważ ledwie zerknąłem w Pottera.. się czytelniczo wygadałem… ledwie zerknąłem w Pottera, inny starszy gość zwrócił się do mnie z pytaniem, czy nie będzie mi przeszkadzać, jeśli on się przysiądzie z żoną, bo widzi, że mam dwa wolne krzesła… Gdyby to była kreskówka, szczęka spadłaby mi gdzieś do wysokości kolan, a ponieważ po drodze był blat stołu, zbierałbym własne zęby z nie własnego bruku. No cóż.. jesteśmy kulutralni, jesteśmy grzeczni, jesteśmy niegroźni – udostępniłem „swój” stolik.

    Ponieważ – jak już wiecie – na kelnera się czeka, zanim przyszło moje zamówienie (podejrzewam że na to liczą, jeśli klient jest cierpliwy, zaczeka aż danie samo wyjdzie z kuchni), zwolnił się stolik obok i moi współzjadacze mnie opuścili. Ale tego jakoś nie żałowałem.

    Najpierw dostałem soczek. Takie klasyczne 200ml prosto od amerykańskiego koncernu. Szkoda tylko, że buteleczka została otwarta a zakrętka zabrana, bo na dole soczku zrobił sie osad, a bez zakrętki trudniej się wstrząca. A skąd osad? Zapewne od leżakowania. No co, wino może leżakować i lepiej smakuje, może sok pomarańczowy też musi… Osad… tzn zawiesinę udało mi się rozpuścić, bo jak się okazało, to nie był sok z miąższem pomarańczy. Ale był smaczny.

    Między chwilą w której dostałem sok, a chwilą w której dostałem naleśniki, przysiadł się do mnie kolejny jegomość. Tym razem w zasadzie bez słów, za to z pytającym wzrokiem i ręką wskazującą na krzesło. Ponieważ jestem kulturalny, grzeczny i wyglądam niegroźnie, również i jego ugościłem.

    Kiedy ja dostałem swoje jedzonko, on zamówił kawę. Jak się okazało, zamawiał po niemiecku (chyba Austriak) a kelnerka przyjmowała zamówienie po angielsku. Miałem nadzieję, że przy tym zamieszaniu, nie będę musiał za jego kawę płacić..  No ale smutki na bok, dostałem swoje papu;)

    Talerz – uwaga – gorący. To dobrze działa na naleśniki, gorzej na bitą śmietanę i lody. W zasadzie bitej śmietany nie zdążyłem posmakować, bo się roztopiła. Naleśniki – naprawdę smaczne. Nie za słodkie, zdecydowanie nie mdłe, po prostu smaczne. Lody waniliowe – pasują doskonale. Jedyny mankament, to smażona chyba w cukrze skórka pomarańczowa.. Zdecydowanie dla tych, co lubią słodycze. Słodkie słodycze. Bardzo słodkie słodycze. Znaczy się – nie dla mnie. Sympatyczny z wyglądu Austriak musiał mnie rozumieć, ponieważ nawet się nie dziwił, kiedy kolejne porcje skórki trafiały na krawędź talerza. Danie zmykało szybko, tak więc świadom obowiązujących procedur, kiedy sąsiad dostawał mrożoną kawę, ja poprosiłem o rachunek. Żeby co nie co przyspieszyć.

    Reasumując… jeśli chodzi o lody, Wentzl jest niezły. Całkiem niezły. Co do bitej śmietany mógłby się poduczyć u Grycana (o czym kiedy indziej), ale lody – pycha. Natomiast.. tak sobie myślę, jeśli chcesz dobre lody – kupuj je w Wentzlu na wynos. Mniej czekania i dużo większa przyjemność, no i nikt nie zagląda Ci do wafelka, ani się do Twoich lodów nie dosiada. Polecam zdecydowanie lody jogurtowe – oczywiście jeśli ktoś lubi mało słodkości, za to odrobinkę kwasku. Po prostu smaczne;)

  • Imperatyw kategoryczny…

    Krótko…dosadnie…

    precel

    To się nazywa ptasi terror…

  • (umr)Żyj Kolorowo!

    Jakoś tak mam, że na cmentarzu łapię naprawdę dziwne stany świadomości.. Wyjątkowo turpistyczne skojarzenia, typowo czarny humor.. normalnie paskudny się robie. (A ponieważ nie daleko od cmentarza mieszkam, paskudny jestem na codzień;) )

    W każdym razie, żeby nie było smutno, nudno i szaro, na cmentarzu musi być kwietnie, radośnie, kolorowo…

    umzyj_01

    Poza tym,  kiedy już pracujesz w tak paskudnych okolicznościach przyrody

    umzyj_03

    Musisz zadbać o odpowiednią atmosferę w pracy…

    umzyj_03

    I jak zawsze, więcej zdjęć w galeriach

  • Spacerownik Krakowski…

    W Miami są Palmy…

    W Warszawie są Palmy..

    Kraków też swoją Palmę ma:)

    palma

    Ale są też miejsca, gdzie deptać nie wolno.. a o podlewaniu chyba jednak zapomnieli…
    trawa

    A ten nic tylko siedzi, i się gapi.. ale gapi się tak, żeby go ktoś przypadkiem nie przyuważył.. Tajniaczy sie.. cichociemny jest…
    ptaszek

    Za to wracając już, przyuważyłem, że niektórzy są już przy sobocie… po robocie…
    pociag_2

    W sumie się panom nie dziwię.. gorąco jest.. ale nie wszyscy są wobec innych tacy łaskawi.. ten tu na przykład, na pociag czeka..
    pociag_1

    Ewidentnie mnie dzisiaj nosiło, żeby gdzieś migawkę spuścić..;)

    więcej zdjęć jak zawsze w galeriach

  • Dobranocne…

    Znajomi przestają powoli się chyba dziwnie na mnie patrzeć, kiedy w połowie zdania z obłędem w oczach szukam aparatu, po to tylko, żeby spróbować „ustrzelić” kolejnego latającego stwora, który właśnie w dzisiejszy wieczór postanowił wpaść na późną kolację, a może na dobry film, a może posłuchać całkiem niezłego koncertu Stinga…

    Tak więc w pół zdania przerwawszy, popędziłem po aparat, po krzesło, po obiektyw i uznałem, że trzeba spróbować go ustrzelić… z przemocą lampy błyskowej ustrzeliłem takiego oto nocnego obywatela:

    10

    Z nieco bliższej odległości, tenże sam motylek prezentował się tak:

    11

    Wciąż niewzruszony, jakby zainteresowany tylko pokazywaniem swoich motylich wdzięków..

    Niewzruszona była także kotka, z politowaniem zerkająca na mnie z wiklinowego koszyka, która też już chciała tylko, aby ktoś jej wreszcie powiedział dobranoc…

    12

    Co też niniejszym czynię…

    Przy okazji podzielę się wstydliwym wyznaniem.. od pierwszego wpisu, a ten popełniłem 14 maja, kiedy to stałem się dumnym posiadaczem Nikona d60 wypstrykałem ponad półtoratysiąca zdjęć.. dużo to? Mało? Nie wiem.. ale nie bardzo wiem, jak mogłem do tej pory nie pstrykać…

    Więcej zdjęć jak zawsze w galeriach

  • Ja jestem Bruce Lee karate mistrz

    Albo tak mi się przynajmniej śni.. we śnie ćwiczę ciosy, chwyty i ataki. We śnie trafiam celu i potrafię sparować każdy cios.. We śnie.. mi prosze nie przeszkadzać.. ja śpię.. ja śnię…

    kot13

    No dobra.. tak po prawdzie, to się zmęczyłem od tego spania i śnienia.. to niech mnie ktoś teraz podrapie po brzuszku…

    kot12

    Tak tak… oto kot na występach gościnnych. Albo Ja w gościach na występach kota.. co kto woli…

  • Krakowskie Smaki – najlepsze lody w mieście (naprawdopodobniej)

    Po stekach, które nie zaspokoiły naszego apetytu, przyszedł czas na deser. Jako że z Józefa na Starowiślną nie jest daleko, wybraliśmy się na naprawdopodobniej najlepsze lody w Krakowie. Oczywiście, można zachwalać Wenzla z rynku głownego, można zachwalać lody Jacka i Małgosi Moniki (wszystkie moje kłopoty zaczynały się od złej pamięci do kobiecych imion) ze Sławkowskiej, ale w Krakowie wszyscy wiedzą, że najlepsze lody są na Starowiślnej.

    Wpis będzie króciutki, bo rzeczy dobrych, pysznych, wyśmienitych zachwalać nie trzeba. Bronią się same.

    Wafel do lodów jak z czasów dzieciństwa (mojego dzieciństwa, choć wiem, że jeszcze się postarzeć nie zdołałem). Żadne cukrowe cośtam. Klasyczny wafel, taki co to się rozpływa kiedy za długo niesie się w nim lodów gałkę.

    Lody smakują, tak jak smakować powinny. Żadne tam chemiczne dodatki, lody borówkowe smakują borówkami, w bakaliach są kawałki bakalii, w lodach czekoladowych ktoś chyba zgubił całą tabliczkę czekolady, a lody kawowe.. do lodów kawowych komuś się wsypała cała torebka kawy mielonej. I wiecie co? Po słodkich gałkach malinowych i borówkowych, kawa jest – jaki ja byłem niedomyślny – gorzka, tak jak gorzka jest kawa, którą wcina się do słodkich ciast i ciasteczek. I całe szczęście, że na końcu zostawiłem sobie wanilię… dzięki temu końcówka była odpowiednio słodka;)

    Lodziarnia jest mała, ceny niskie, lody pyszne a kolejki długie. Ale te ostatnie zdecydowanie nie są powodem, by sobie tych lodów odmawiać. Właśnie..  może by się tam dzisiaj wybrać?

    A Ty drogi czytelniku? Gdzie kupujesz Twoje ulubione lody?

    ps. Anegdotka prosto z lodziarni:
    – Dla Pana?
    – Bananowe.
    – To musi Pan trochę poczekać, bo dzisiaj takich nie serwujemy.

  • Krakowskie Smaki – Pimiento Argentino Grill

    Tytułem wstępu, wyjaśnienie. Nie, nie jestem kucharzem. Nie, nie jestem kiperem, ani nie – nie mam wyrobionego podniebienia, które potrafi wyczuwać subtelności w serwowanych przez fachowców daniach. Gust mam prosty, smak zapewne do wyszukanych smakołyków nie przystosowany, ale wiem kiedy mi coś smakuje. Komentarze moje są najpewniej błędne, podobnie jak apetyt – niewyszukane. Więc tak, zastrzegam sobie prawo do pomyłek i chamskiego pochodzenia. Nie mniej jednak…

    Na krakowskim Kazimierzu można posmakować potraw rodem z argentyńskich rożen i grillów. Na ulicy Józefa, na odcinku między Kupa i Estery do swoich podwojów zaprasza Pimiento Argentino Grill. Z tysięcy restauracji wybór padł na tą właśnie, ponieważ znajomi zachwalali steki z argentyńskich mięs, które jeszcze nie tak dawno wypasały się gdzieś na Pampie (w kwestii geolokalizacji wypasu strzelam, ponieważ na geografii znam się jeszcze słabiej niż na kulinariach, a na kulinariach nie znam się wcale).

    Wnętrze schludne, a w sobotnie wczesne popołudnie w zasadzie puste. Byliśmy głodni, w zasadzie zdecydowani na zachwalane steki, więc wystarczył nam szybki rzut oka w kartę i już wiedzieliśmy, że na stole lada moment pojawią się: – wybór steków dokonanych przez szefa kuchni. Przegląd dla ciekawskich, tak by spróbować wszystkiego w czym kuchnia widzi powody do dumy – smażone sardynki W ramch dodatków – pieczone ziemniaczki z patelni z czosnkiem oraz ziemniak z dipem i boczkiem. Poprosiliśmy także o sugestię wina odpowiedniego do złożonego zamówienia i otrzymaliśmy Malbeca – Reserva Luigi Bosca z 2006 roku, które potrzebowało 10 minut napowietrzenia. Do wina jeszcze wrócę, ale tak – zaryzykowaliśmy…

    Ostre noże, jakie każdy gość otrzymuje przy swoim nakryciu, są chyba wystarczająco dobrą motywacją zarówno dla kelnerów jak i dla kucharza, ponieważ danie podawane jest dość szybko i sprawnie. Co prawda dostaliśmy – jak nam się wydawało – dodatkową sałatkę, ale po chwili obsługujący się zreflektował i dostawiając ziemniaka (z dipem i skwarkami) zwrócił się słowami:

    „Mieliśmy błąd w kuchni, tej sałatki Państwo nie zamawiali, zostawić?”… Nie zostawiliśmy.

    Dodatków nie ma co komentować. Ziemniaczków pieczonych z czosnkiem jak na lekarstwo, a czosnku to by nawet na lekarstwo nie wystarczyło. Ziemniak z dipem.. cóż – ziemniak z dipem… smaczny, ale bez ach czy och. Choć w porównaniu do mięs.. to może jednak och…

    Mięsa, te wypasione  na Pampie, te zachwalane przez znajomych, te na myśl o których ślinka nam ciekła a żołądek domagał się naszej atencji, rozczarowały. Nie, to nie to, że były koszmarnie złe. Po prostu nie były dość dobre, żebyśmy mogli je komuś z czystym sumieniem polecić. Dostaliśmy cztery kawałki mięs, jeśli w którymś momencie otarły się one o 150 gram to chyba jednak przed wizytą na ruszcie… Prosiliśmy o mocno wysmażone, a przynajmniej dwa kawałki były zrobione na średnio krwisto… Wrażenie ogólne – bardzo, niestety, przeciętne. Co gorsza, mięso potrafiło być także żylaste i żuchwa musiała się z kawałkami trochę napracować.. niestety. I, co jeszcze gorsze, o ile dwa pierwsze steki były ciepłe, o tyle dwa ostatnie były w zasadzie letnie. Niestety…

    Smażone sardynki. 200 gram rybek, z których – po docięciu łba (łebka) i ogona (ogonka) – zostawało jedno małe chrup. Rybek była większa ilość, więc i chrupania było wiele. Chrup, chrup, chrup. Wędzone sardynki. Chrup, chrup, chrup. Zchrupane. I to by było w zasadzie tyle, gdyby nie…

    Wino. Malbec – Reserva Luigi Bosca. Rocznik 2006 po 10 minutach napowietrzania. Świetne, pyszne, wyśmienite. Wytrawne, a dla niewytrawnych smakoszy smakowite. Polecam (o ile ktoś odważy się z mojego polecenia skorzystać).

    Obsługa bez zarzutu, in minus zaskoczył tylko lekko ubity talerz podany do steków. Jakby to ująć.. Restauracji tej klasy, a przynajmniej o tą klasę  walczący, takie uchybienie, jako żywo, nie przystoi.

    Od stołu wstaliśmy (po uiszczeniu wysokiego, bo 300złotowego rachunku – za posiłek dla trzech osób) zdrowsi, bo zdecydowanie nie przejedzeni, w zasadzie nie najedzeni. Po prostu mieliśmy dużo miejsca i ochoty na deser. A skoro lato i deser, a my byliśmy na Kazimierzu, to trzeba było ruszyć na najlepsze lody w Krakowie. Ale o tym już w następnej opowieści.

  • Gość w dom…

    Po motylu i całej reszcie skrzydlatych, na balkon przywędrował zielony gość. Co prawda nie chciał nic zagrać ani zanucić, ale dał się obfotografować:

    09

    Chwilę postał, pokazał się z każdej strony, aż postanowił jednak się przejść, odwrócił się więc na pięcie i ruszył…

    06

    W podróży musiał być ostrożny i uważny, bo wędrował blisko krawędzi…

    07

    Krawędzi balkonu rzecz jasna 😉

    Więcej (większych) zdjęć tego i innych gości w galeriach