Blog

  • Przeczytane: Ścieżki chwały

    Z Jeffreyem Archerem „znamy” się już kilka książek. Zaczęło się parę lat temu od „Co do grosza” – polecam, potem był „Kołczan pełen strzał” – ciekawy zbiór opowiadań. Potem kilkuletnia cisza przełamana „Więźniem urodzenia”, który choć warsztatowo niezły i czytało się go nieźle, był tak bardzo bliski Hrabiego Monte Christo że aż bolały zęby, co odbierało przyjemność z lektury. Prawie dwa lata temu, na wakacjach sięgnąłem po „To cut a long story short”, czyli kolejny zestaw opowiadań i się z Archerem przeprosiłem;)

    Za to ścieżki chwały, to zupełnie inna opowieść… To fabularyzowana historia grupy śmiałków, która odważyła się zdobyć Czomolungmę. To także historia o miłości, przyjaźni, rywalizacji i chorobliwej potrzebie spełniania marzeń, nawet tych, którym towarzyszy mroźny oddech niebezpieczeństwa.

    Archer pisze tak, że ciężko się oderwać. Co więcej, pisze tak, że rozbudza wyobraźnię czytelnika, wciągając go w samo centrum wydarzeń. Czytając „Ścieżki chwały” raz po raz trzeba sobie przypominać o tym, że to tylko fabuła inspirowana pewnymi faktami, a nie dokument. To wizja autora, a nie prawda historyczna. Ale tak porywająca, że aż chce się wierzyć, że miała miejsce a opisywani bohaterowie byli własnie tacy, jakich poznajemy ich na kartach powieści. Archer sprawia, że chcę sięgnąć po losy podobnych jak Mallory śmiałków, którzy mieli dość odwagi czy też głupoty, będąc przy tym na tyle bezczelni, by sięgać po niezdobyte.

    Warto spróbować – wciąga;)

  • Kilka obrazków z Cypru

    Będzie nudno i monotematycznie. Bo tylko słońce i plaża i morze a potem znowu plaża, znowu słońce i znowu morze… I wiecie co… Czy komuś to przeszkada?

    [nggallery id=48]

  • 1:0 dla Cypru

    Zasypiasz przy szumie morskich fal… Budzisz się przy szumie morskich fal. Nie słyszysz żadnego jowialnego zawołania na modlitwę z Minaretu, słyszysz tylko kojący szum fal rozbijających się o… falochrony. Budzi Ci, jaskrawe i grzejące do nieprzyzwoitości słońce, a także świadomość, że przynajmniej przez najbliższych kilka dni będziesz mieć wszystko gdzieś. Nawet gdzieś możesz mieć posiadanie wszystkiego gdzieś. Piękny poranek.

    Dlaczego 1:0? Gdyż albowiem chcąc niechcąc porównuję wakacje na Cyprze do wakacji w Egipcie. Już znam wynik, ale dla przyzwoitości (i aby nie odebrać resztek złudzeń tambulcom z Doliny Królów) będę punktował ostrożnie.

    Różnice? Pisałem już o morzu za oknem? Dorzucę jeszcze otwartą plażę, którą można spacerować ile dusza zapragnie i nogi pozwolą. Brak wszędobylskich arabskich przyjaciół, brak wciskanych na siłę ofert zrobienia mi dobrze, za to cisza, spokój i szum fal. Jedzenie – bez porównania lepsze. Bardziej europejskie, bardziej zróżnicowane.

    W takich okolicznościach przyrody nie pozostaje nic innego, jak położyć się plackiem i wygrzewać kości, które powoli zapominają o panującym w Polsce mrozie. Prawie zapomniałem jak wielką przyjemnością jest wychodznie na świerze powietrze bez czapki, szalika, rękawiczek i puchowej kurtki, za to boso i w japonkach, a jedynym kremem, o którym trzeba pamiętać jest ten do opalania… Polecam:-)

    Z cyklu mądrości rezydenta:
    – tu wszyscy ludzie mówią po angielsku, nawet starsze generacje ludzi [w tym momencie poczułem się jak Golf IV]
    – gdybyście się Państwo zgubili, proszę pamiętać, że hotel znajduje się nad morzem i w tę stronę należy się kierować [Idziemy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja]
    – kolejna wycieczka (…) wyjazd o 9:30 nad ranem [śpioszek z pana rezydenta]

  • (Nie)Wszystkie koty Cypru

    Dziwny to kraj ten Cypr, gdzie na każdym kroku spotkać można kota, a psów w zasadzie nikt nie widział – no prawie nikt, bo czasem szwęda się jeden z drugim, ale jakoś tak nieśmiało i bez przekonania. Za to koty… Koty rozwalają się wszędzie i wszem i wobec pokazują, że to one rządzą tą wyspą. No zresztą sami zobaczcie…

    [nggallery id=47]

  • Czym różni się podróż na Cypr od podróży do Hurghady?

    Szykuje się mała powtórka z rozrywki. Dwa lata temu postanowiliśmy skorzystać z okazji i gdy w Krakowie szalały mrozy, śnieźyce i różne inne przypadłości zimy postanowiliśmy wybrać się do Hurghady. Tamtą podróż przeźyłem, swoje przecierpiałem i opisałem wszystk zaczęło się już w samolocie…

    Aby tradycji stało się zadość, i tym razem kilka słów kreślę lecąc kilka tysięcy stóp nad ziemią, ale po kolei.

    Po pierwsze, dlaczego Cypr? Gdyż… Nie jest Egiptem, a to już zasadnicza zaleta. Może się zatem okazać, że będzie mniej „przyjacielski”, ale może za to nieco łatwiejszy w odpoczynku. Co więcej, był to wybór oparty rzecz jasna także o elementy ekonomiczne – jakość do ceny, ale w znacznej mierze logistyczne. Okazuje się bowiem, że z Krakowa w tym okresie latamy tylko do północnej Afryki. Więcej ciekawych połączeń jest rzecz jasna z Warszawy, ale… Z Warszawy bardzo chętnie latamy o 5/6 nad ranem. Pora dobra jak każda inna, ale nie dla takich zatwardziałych Krakusów jak ja:-).

    Po drugie, choć piszę zasuwając w przestworzach z prędkością popnad 800km/h, dzisiejsza podróż zaczęła się od kolejowej przejażdżki liniami TLK. Dworzec główny w Krakowie przywitał nas dobrą nowiną, gdyż nader seksowny, choć ledwie słyszalny a przez to mało zrozumiały głos dworcowej informatorki poinformował nas, że pociąg z (bodaj) Wrocławia do (bodaj) Zamościa co tu miał być proszę Państwa już dobre kilkanaście minut temu przyjedzie i owszem, ale za około 60minut, przy czym opóźnienie może ulec zmianie w każdą ze stron. Nie ma to jak dobra nowina przy kilkunastostopniowym mrozie… Na nasze (moje i mojej lepszej połowy) szczęście skład do stolicy był o czasie, podobnie jak znaczna grupa zainteresowanych transportem podróżnych (poprzednie zdanie powinno być krótsze i brzmieć: zwaliła się kupa luda i każdy chce do Warszawy). Ponieważ wykazaliśmy się wrodzonym sprytem i inteligencją, dzięki zajęciu odpowiedniej pozycji startowej zdołaliśmy zapewnić sobie miejsce w przedziale (wrodzona inteligencja podpowiada nam, że z czasem trafią się sprytniejsi i warto zawczasu pomyśleć o miejscówkach). Trzy godziny później zameldowaliśmy się na Centralnym.

    Korci mnie, żeby przejść do punktu trzeciego, ale.. W orzedziale trafiliśmy na ciekawego przedstawiciela młodzieży. Nie wiem czy robił to celowo, ale czarując rozmową swoją towarzyszkę podróży sprawiał, że wszyscy staliśmy się zakładnikami jego mądrości. Trzy godziny nic niewnoszącego bełkotu o piłce nożnej, o tym kto jest jakim super strzelcem i ile miljonów ojro ktoś gotów jest za niego zapłacić… Informacje transferowe przeplatane były spostrzeżeniami o współczesnej młodzieży i ich trudnym losie… Wszystko to poparte zmęczonym spojrzeniem… Tak bardzo zmęczonym, że trzeba się było wyłożyć na blacie raczej jak człowiek pozbawiony kindersztuby niż jak panisko. Współczułem sobie, współczułem współpasażerom ale także dziewczynie, która spijała ten jego słowotok…

    Czas na „po trzecie”. Zatem po trzecie, chyba dojrzewamy. Zapleczem, zachowaniem… Coraz więcej z nas podróżuje, coraz częściej latamy i samolot przestaje być dla nas powoli „wydarzeniem o którym opowiadać będą wnuki naszych wnuków” choć wciąż człowieka zaskakuje ludzka pomysłowość. Wzięlibyście pizzę na pokład? Ale taką w kartonie, dowiezioną chyba bezpośrednio na lotnisko… No wymyśliłibyście coś takiego? A nasi potrafią:-)

    Po czwarte… Z jednej strony loty są chyba jednak moczopędne, bo toalety maja wzięcie ogromne. Zaczynam rozumieć koncept biznesowy Ryanair’a, który uznał, że warto zrobić w samolocie toalety płatne. Po czwarte prim, choć na wysokości kilkutysięcy metrów człowiek się robi niewątpliwie głodny jak wilk i spragniony jak kania dżdżu, to nie ma takiej gastrofazy, która by skłoniła mnie do zrobienia zakupów w podniebnym buffecie. Za to zawczasu trzeba przygotować sobie całe oprowiantowanie, a napoje (niekoniecznie wyskokowe) zakupić w bezcłówce. Ech, zachowuję się jak krakowski centuś… Znaczy nie daję umrzeć tradycji.

    Po piąte, drobne rzeczy, które potrafią doprowadzić Cię do szału. Podróżujesz, w zasadzie nie ma znaczenia czy daleko czy blisko,male najczęściej nie podróżujesz w samotności, a jeśli to wyprawa zbiorowymi środkami transportu, to zwykle jest tak, że Ty siedzisz za kimś, a ktoś siedzi za
    Tobą. Ty stajesz na uszach, żeby nie przeszkadzać tym osobom, a one robią to samo,mtylko dokładńie na odwrót. Typ przed Tobą nie widzi problemu żeby rozwalić się na fotelu i cofnąć oparcie tak, aby jego zagłówek znajdował się przy Twoim nosie – ba, on nawet nie widzi powodu aby łaskawie się odwrócić i spytać czy akurat Tobie, akurat w tym momencie to nie przeszkadza. Z kolei typ za Tobą z lubością wybija w Teoim oparciu kolanami jakieś południowo afrykańskie rytmy. Może to i przygotowanie do masażu, ale przepraszam najuprzejmiej jak mogę i na przyszłość proszę, błagam, uprzedzam… UPRASZA SIĘ O NIE NAPIER…LANIE W MÓJ FOTEL! Do you comprahend?

    Podsumowując, podróż z Krakowa do Limassol zajmuje bagatelka 13 godzin, i składa się z transportu pieszego, tramwajowego, pociągowego, samolotowego, autobusowego i autokarowego (brakuje chyba tylko łódki i wrotek do kompletu). No ale kiedy umordowany docierasz do hotelu i widzisz morze, słyszysz morze, czujesz morze, wtedy wybaczasz wszystko…

  • Dlaczego nie robię zakupów przez internet?

    Bo nie jestem dość cierpliwy. Bo kiedy decyduję się na jakiś zakup, na wydanie pieniędzy, to nie chcę czekać na to, aż to co kupiłem, do mnie dotrze.

    Wolę pójść do sklepu, znaleźć to, co mnie interesuje, pomacać (nie mówimy o żywności – tam obowiązuje zasada towar macany należy do macanta), powybrzydzać, pokontemplować… Przejść się w jedną, w drugą stronę, sprawdzić alternatywy i zamienniki, wreszcie dokonać wyboru, podejść do kasy, zapłacić i móc korzystać „od razu”. Bez zbędnej zwłoki. (więcej…)

  • Pierwszy tydzień z SGS+

    Mali chłopcy lubią zabawki. Duzi chłopcy lubią gadgety. Czasem kupują je jako zachciankę, czasem potrzebują, albo wykorzystują do zakupu jakiś dobry pretekst. Dobry pretekst to np. moment przedłużenia umowy z operatorem sieci komórkowej. I ta okazja właśnie dla mnie nastała.

    Swoją drogą, tą okazję miałem od kilku miesięcy, ale przez długi czas nie mogłem się zdecydować na żaden z dostępnych na rynku telefonów. Żaden mnie nie porywał (no może jedynie Motorola Razr, ale jako że nie mam w kieszeni wolnych 2-3 tysięcy złotych które mogę wydać na swoją fantazję, tematu nie podjąłem;-) ). Przez kilka dni krążyłem między stroną Play a Playowymi salonami zadając całą masę głupich pytań i prosząc o pomoc w doborze telefonu. Pytałem też znajomych i wszystkie źródła uparcie twierdziły, że w chwili obecnej najrozsądniejszym wyborem cena do jakości jest Samsung. Można sięgnąć po Ace, Wave, Galaxy S, ew. Galaxy S II, a ja się zdecydowałem na Galaxy S+… taki wybór trochę pośrodku:) Czy do zakupu byłem w stu procentach przekonany? Nie. Czy to telefon idealny? Nie. Czy jestem z zakupu zadowolony? Bardzo.

    Jakimi kryteriami się kierowałem? Do czego mi ten telefon jest potrzebny?
    Zależało mi na telefonie nieawaryjnym (a raczej mało awaryjnym, co w zasadzie oznacza – na telefonie mniej awaryjnym niż obecna średnia). Zależało mi na rozsądnym czasie pracy baterii przy rozsądnym użytkowaniu. Dobry ekran, system z dostępnymi aplikacjami, wygodny w obsłudze i pracy na serwisach społecznościowych (głównie FB). Nie miał znaczenia aparat ani telewizja.

    Android czy IOS a może Symbian, Bada, Windows?
    Symbianowi powiedzieliśmy już jakiś czas temu papa, Windows – swego czasu miałem styczność z Windows Mobile 6.5 (na Acerze i na HTC) i choć to zupełnie inna epoka sprzętowo-technologicznie-programistyczna, to jakoś do chłopaków od Gates’a nie mam przekonania. Bada? Wszystko fajnie, tylko to bardzo pozamykany system – może w przysżłości… IOS – fajna rzecz, tylko sprzęt który to obsługuje jest drogi. Relatywnie i obiektywnie. Został Android.

    Pozytywne zaskoczenia:
    Bateria. Telefon trzyma 4 dni. Tak, CZTERY dni. Jak to możliwe? Takie mnie spostrzeżenie napadło – to że coś pozwala Ci być online 24/7 nie oznacza wcale, że musisz być 24/7. To jest telefon. W dalszym ciągu do pracy wygodniejszy jest komputer, do przeglądania sieci – tablet. To jest telefon. To służy do dzwonienia, sms’owania. Można tu sprawdzić maila, można tu zerknąć w FB czy Twittera – i wszystko to bardzo fajne jest i bardzo przyjemne. Ale powtórzę – możliwość bycia online nie jest potrzebą ani nakazem. Nic nie tracę nie siedząc cały czas na 3G – a to pozwala zaoszczędzić baterię. Simple as that.

    Obsługa głosowa. Wow. Rozpoznanie mowy – rewelacja, bajka. Oczywiście, nie doskonałe i nie bezbłędne, ale i tak wow. Jeśli telefon potrafi bez problemu zapisać nazwisko które nie jest popularnym rzeczownikiem, do tego ma „ę” i „si” to jestem pod wrażeniem.

    Swype. Niemal bajkowy i magiczny sposób wprowadzania tekstu przez klawiaturę (po co wprowadzać przez klawiaturę, skoro ma taki doskonały sposób rozpoznawania mowy? Bo a)głosowe rozpoznanie potrzebuje dostępu do sieci, b) sieć żre baterię – wniosek skoro mogę łatwo pisać smsy, to po co mam je dyktować? Inna sprawa – obstawiam, że w ciągu najbliższych paru lat telefony będziemy obsługiwali głosowo… więc będziemy do nich gadać na non stopie;) Co to jest to swype? Dla tych którzy nie mieli okazji się z tym zetknąć:

    Bajka;)

    Intuicyjna obsługa. Bierzesz telefon do ręki i wiesz jak działa. Nie męczysz sie, nie wkurzasz, nie irytujesz. Nie uczysz się go.

    Negatywne zaskoczenia:
    Ilość ikonek i aplikacji, które dostajesz na start. IOS wita Cię kilkoma ikonami, podstawowymi funkcjami z których zapewne chętnie skorzystasz – cała reszta jest do ustalenia / zainstalowania przez Ciebie. A Android przywitał mnie nagonką ikonek i programów, z których prawie wszystkie chciałem na dzień dobry skasować. W menu zaatakowały mnie trzy ekrany badziewia – 16 ikonek na każdym ekranie, a jedyne z kŧórych korzystam to „Ustawienia”. Well… przegięcie.

    Telefon gubi dzwonek. Mamy XXI wiek, każdy telefon brzmi tak, jak chce użytkownik. Ściągamy więc mp3, wgrywamy ją na kartę lub bezpośrednio na telefon, ustawiamy jako dzwonek i koniec pieśni. No nie tym razem – za każdym razem kiedy telefon jest wyłączany, gubi to ustawienie. Można oszaleć. Oczywiście, jest rozwiązanie, wystarczy plik z muzyczka zapisać na karcie w katalogu /media w podkatalogu /audio i w podpodkatalogu /ringtones (dla dzwonków) lub w katalogu /media w podkatalogu /audio i w podpodkatalogu /alerts (dla muzyczki budzika) to jak widać jest cholernie wygodne i intuicyjne. Pamiętajmy – mamy XXI wiek,

    Telefon zapomina o pobudce. To że ja chcę spać kilka minut dłużej to rozumiem, ale żeby telefon zapominał o ustawionym przeze mnie budziku to lekkie przegięcie. Zdarzyło mu się, co prawda dotychczas tylko raz (na 5 podejść) ale mimo wszystko sprawia to, że jestem wobec niego nieufny.. No cóż, może jednak mnie jeszcze przekona.

    Podsumowując – z zakupu jestem zadowolony. Są pewne drobiazgi do których się muszę przyzwyczaić, pewne rzeczy znaleźć w sieci i ogarnąć lepiej, ale całość na bardzo duży plus. SGS plus;)

  • Obejrzane: Dziewczyna z tatuażem

    Jeśli komuś zależy na recenzji w pięciu słowach i dwóch znakach interpunkcyjnych, oto ona: „Tak, ten film warto zobaczyć.” A teraz nieco dłuższa wypowiedź.

    Zaczynając od wad – ten film nie zaskakuje, przynajmniej w warstwie fabuły. Ta sama zagadka, ci sami bohaterowie, te same wątki. Co prawda są drobne odstępstwa (np. reżyser uznał, że Blomkvist nie będzie sypiał z każdą napotkaną kobietą i nie spędzi kilku miesięcy w odosobnieniu) ale są to takie drobiazgi, że nie ma sensu się do nich przywiązywać. I jeśli chodzi o wady to w zasadzie tyle;)

    Film trwa 160 minut (chyba że obsługa Multikina najpierw uzna, że widownia nie potrzebuje napisów, a potem stwierdzi że warto trzykrotnie powtórzyć pierwsze pięć minut przeplatając je czarnym ekranem) i te minuty się nie dłużą. Historia opowiedziana przez Larssona jest oddana wiernie, choć widać że Fincherowi brakuje jednak dokładności, by adaptować książki z wprawą Polańskiego (u którego odnosi się wrażenie, że kolejne sceny to kolejne rozdziały w książce – jak w Pianiście czy GhostWriter’ze). Aczkolwiek jest to o niebo lepsza próba przeniesienia na ekran historii Lisbeth i Mikaela, niż ta którą podjęli Skandynawowie.

    Przy okazji – Craig udowodnił, że jest kimś więcej, niż tylko świetnym Bondem – ogląda się go z prawdziwą przyjemnością.

    Warto było na ten film czekać. Teraz, z rozbudzonym apetytem pozostaje oczekiwać kolejnych dwóch części… Bo przecież nas tak nie zostawią w pół poczęstunku.. póki co, na zabicie czasu, sięgam ponownie po Millenium. Z prawdziwą przyjemnością;)

  • Przeczytane: Steve Jobs

    Podobno wszyscy to teraz czytają – taki wysyp poświąteczny. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale dobra wiadomość jest taka, że przynajmniej ludzie coś czytają i że nie jest to Fakt. Nie sądzę, aby biografia Steve’a Jobsa odmieniła czyjeś życie, natomiast pozwoli mu z bliższej odległości spojrzeć na faceta, który odmienił nasz świat. Nie robił tego w białych rękawiczkach, ani z uśmiechem na ustach. Nie robił tego też bezbłędnie i niejednokrotnie niszczył wszystko (w tym siebie) co nie zgadzało się z jego wizją. Ale to dzięki niemu mamy takie fajne gadgety 😀

    Isaacson napisał książkę, której podtytuł mógłby brzmieć „Niedaleko pada Apple od Steve’a”… cholernie zintegrowane światy. Warto przeczytać, ale całość jest jak produkty z Cuppertino – należy je podziwiać, ale nie należy próbować zaglądnąć do środka – z założenia wewnątrz też jest wszystko idealne. To tak samo historia Apple jak historia Jobsa… bez zdrapywania farby i lakieru, bez zdejmowania obudowy i bez sprawdzania jaki tak naprawdę był Steve… Biograf chyba postanowił tą ocenę pozostawić czytelnikowi..

    Polecam.

  • On, ona, gitara, pianino, piosenka… that’s just me

    I jeszcze jedna reklama przyuważona (i zapamiętana!) z nocy reklamożeców. Po prostu taka.. fajniusia jest no… Po prostu ja…

    I’m somewhat impulsive..