Blog

  • Ciężko być Polakiem…

    Zapewne nieco spóźnione to wiadomości, ale dopiero dziś wpadł mi w ręce wczorajszy (jeszcze) Dziennik. A w nim, dwie dość… specyficzne informacje.

    Pierwsza, to krzywda dziejąca się Ludovicowi Obraniakowi. Gość ledwo zdążył zostać naszym obywatelem, ledwo zagrał jeden mecz w naszej reprezentacji, ledwo zdobył pierwszą bramkę a już ma typowo polskie problemy. W klubie trener go nie lubi, koledzy patrzą na niego wilkiem i musi siedzieć na ławce, bo nie chce podpisać kontraktu… Brzmi niewiarygodnie? Oto wstęp do artykułu:

    „Ludovic Obraniak jako jeden z nielicznych w polskiej reprezentacji był liderem solidnego klubu w dobrej europejskiej lidze. Ostatnie mecze Lille pokazują jednak, że jego rola w klubie znacznie się zmniejszyła. Obraniak zwyczajnie grzeje ławkę rezerwowych. Wszystko przez szantaż”.

    cały artykuł (jak na razie do przeczytania po polsku)

    Cóż.. Ludovic.. teraz już wiesz, jak to jest być przedstawicielem kraju, który jest wszakże Winkelriedem narodów…

    Druga rzecz i drugi artykuł:

    Tu mam do zacytowania dość wyjątkową wypowiedź jednego z naszych sztabowców i to raczej mającego w Reprezentacji „coś” do powiedzenia.

    Dlaczego nasza kadra przed sobotnim meczem trenuje pod Frankfurtem? Oczywiście, znaczenie mają warunki i brak owadów, które sieją postrach we Wronkach, ale równie kluczowym powodem dla Jana de Zeeuwa jest fakt, że „tak poza tym jest tu mniej polskich kibiców, mamy więcej spokoju i ciszy.”

    No, tośmy się dowiedzieli, że kibic to fajna rzecz, ale naszym gwiazdkom raczej przeszkadza.

    No to powodzenia chłopaki. Postaramy się nie przeszkadzać. Za bardzo.

    I jeszcze drobiażdżek. Na deser mój ulubiony biało-czerwny Brazylijczyk, który mówi:
    „W składzie jest miejsce i dla mnie, i dla Ludo. Oczywiście obcokrajowców nie powinno być zbyt wielu.”

    Nie jestem pewien, ale czy przypadkiem Roger nie upewnia się w tym miejscu, że więcej „naturalizacji” już nie będzie? Zuch chłopak, typowy Polak, Nacjonalista i Ksenofob…

    PS. W najbliższym czasie postaram się odpowiedzieć, dlaczego mimo mojej czepliwości wobec Dziennika wciąż go czytam…

  • Rozważania o władzy absolutnej

    Wisła Kraków, przechodząc na model angielski, zrezygnowała z dyrektora sportowego. Przyjęcie takiego rozwiązanie w polskich warunkach brzmi moim zdaniem groźnie. Nie dlatego, że szczególnie żal mi Jacka Bednarza, podejrzewam że akurat on sobie poradzi, tak jak zapewne poradzi sobie Wisła Kraków. Brzmi groźnie dlatego, że Wiśle nigdy nie służył czas, w którym brakowało osoby odpowiedzialnej wyłącznie za transfery. Ostatni taki okres zakończył się fatalnym – z punktu widzenia krakowskich działaczy/piłkarzy/kibiców(niepotrzebne skreślić) – 8. miejscem w sezonie 2006/2007. Brzmi groźnie również dlatego, że ostatni trener który w Krakowie mógł zrobić wszystko, długo odbijał się Wiśle czkawką.

    Oczywiście można wskazać pewne korzyści Wisły wynikające z pożegnania Jacka Bednarza. Po pierwsze, zakończył się czas nieustannych sporów pomiędzy trenerem a dyrektorem, o których coraz głośniej mówiło się w Krakowie, a które widoczne były chociażby przy kolejnych próbach zaangażowania przy Reymonta nowego bramkarza. Nie będzie już zatem kolejnych impasów negocjacyjnych, kiedy trenerowi będą proponowani piłkarze którzy go nie interesują, lub też nie będzie „dostawał” tych zawodników, którzy mu się wymarzą.

    Po drugie, teraz trener oczekując nowego transferu nie będzie z nadzieją wpatrywał się w oczy dyrektora, a jeśli będzie chciał stanąć twarzą w twarz z osobą za (udane i nieudane) transfery odpowiedzialną, będzie musiał stanąć przed lustrem. Wniosek – w najbliższych miesiącach, wszystkie kluczowe dla rozwoju sportowego Wisły decyzje będą podejmowane jednoosobowo, przez Macieja Skorżę. I to czyni go najważniejszą osobą w klubie.

    Nie śmiem kwestionować umiejętności czy wiedzy trenera Mistrzów Polski. Przez ostatnie dwa lata udowodnił, że w Polsce nie znajdzie równorzędnego sobie rywala, a pierwsze poważne problemy napotykał zwykle w potyczkach europejskich. Być może teraz, trzymając wszystkie sznurki w swoim ręku, podbije Europę. Tego mu życzę.

    Nie będzie jednak łatwo, ponieważ osoby dzierżące władzę absolutną, czując na sobie brzemię odpowiedzialności oraz znając siłę swoich decyzji, nader często rezygnują z podpowiedzi ludzi im życzliwych, obawiając się fałszu owej życzliwości. Co więcej, osobom zależnym od absolutnego władcy trudno jest przeciwstawiać się jego woli lub kwestionować jego opinię. Takie wystąpienia mogą być… co najmniej ryzykowne. A ponieważ w klubie wszystko jest podporządkowane wynikowi I drużyny, teraz to Maciej Skorża, jak nikt inny, będzie mógł zwalniać, zatrudniać i wymagać. Oj… ciężko będzie komukolwiek powiedzieć trenerowi „Nie”… A chyba dla wszystkich w Krakowie było by lepiej, aby Wisła nie zaczęła przypominać „Tęczy”:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=DhecpGGOP40]

    Wniosek? Władzę (niemal) absolutną sprawuje się niemal samodzielnie. A na pewno całkiem samotnie.

    Przed Trenerem trudne zadanie. Nie dość że musi szkolić, planować i czuwać nad aktualną formą swojego zespołu, musi – znając wszystkie wady swojej drużyny – szukać i koordynować poszukiwania zawodników, którzy będą dla Wisły wzmocnieniem, następnie negocjować warunki kontraktów z obecnymi i przyszłymi piłkarzami Białej Gwiazdy, musi mądrze oddzielać ziarna prawdy od plew pochlebstw czy łgarstw, musi dzielnie przyjmować krytyki i rozsądnie dzielić się sukcesami, a przede wszystkim i nade wszystko musi zwyciężać. Najlepiej wysoko i pięknie.

    Powtórzę się – życząc Maciejowi Skorży jak najlepiej – mam nadzieję, że w nawale obowiązków i niedoborze czasu, będzie pamiętał o dwóch rzeczach. Primo: nie ma ludzi nieomylnych, którzy podejmują tylko właściwe decyzje. Secundo: władza absolutna pociąga za sobą absolutną odpowiedzialność.

    Tekst zostanie także opublikowany na serwisie 11.pl

  • Kilka par oczu na koniec wakacji…

    Powoli kończy się sierpień. Czują to i ludzie i owady. Owadów jakby odwiedzało nas nieco mniej a jak się im spojrzy prosto w oczy, to czują, że trzeba robić zapasy i znaleźć sobie odrobinę miejsca, w którym znaleźć można odrobinę spokoju.. Sposoby są różne..

    Bierdonka zrobi wszystko, aby schować się w zieleni…
    20090830_02

    Pajączek jest nieco sprytniejszy i postanowił zaszyć się w domowym zaciszu… Ale jak mu tak prosto w oczy patrzę, to choć jest taki malutki, nie dziwię się, że Frodo „pajączka” się bał…
    20090830_03

    A jak my sobie radzimy z coraz chłodniejszymi nocami? Grzejemy się. Sposobów na grzanie jest wiele.. Można grzać się od środka – ale rano boli głowa. Można grzać się zewnętrznie bliskością, ale też trzeba mieć kogoś do wspólnego grzania… można też grzać się od ognia.. po prostu.. ale też trzeba uważać, aby przypadkiem nie spłonąć…

    20090830_01

    Wiecej (a co ważne większych) zdjęć znajdziecie w galeriach

  • Liga pocieszenia

    Kiedy 22 sierpnia w Talinie przebrzmiał ostatni gwizdek w meczu mistrzów Estoni i Polski, na twarzach ludzi Wiśle nieprzychylnych pojawił się sarkastyczny uśmieszek. Nieznana nikomu drużyna Levadii utarła nosa Wielkiej Wiśle, której na ligowych boiskach nikt nie potrafi stawić czoła. Nie trzeba było czekać dłużej niż 5 tygodni, by gorzki smak porażki poznali kibice z Warszawy i Poznania. Wszystkie Polskie drużyny odpadły z walki o Europę, zanim Europa zaczęła grać na poważnie. Piłkarze z Hiszpanii jeszcze nawet nie zaczęli walki o ligowe punkty, a my już wiemy, że polscy ligowcy najbliżej wielkiej piłki będą w niedzielne wieczory, kiedy po przetrwaniu transmisji z ekstraklasowego szlagieru, będziemy mogli, już dla przyjemności, obejrzeć na tym samym kanale jakiś pojedynek z Serie A, Premiership czy Primera Division.

    Dzisiejszy mecz o Superpuchar Europy to pierwszy piłkarski smakołyk sezonu 2009/2010, ale my zamiast ekscytować się grą Wielkich w Monako, nieśmiało będziemy zerkać na Łazienkowską gdzie Legia podejmie bytomską Polonię. Zamiast przez cały weekend świętować wielki awans Lecha, już w niedzielę będziemy głowić się, kto pierwszy straci głowę, Zieliński czy Ulatowski. Zamiast wyczekiwać europejskich pojedynków polskich drużyn, będziemy wypatrywać pierwszego potknięcia Wisły, która znowu – choć wciąż grając bez wielkiej formy – zaczęła uciekać ligowym rywalom.

    Pytanie o co gramy w tym sezonie. O prestiż? Tego nie sposób osiągnąć na naszych stadionach. O pieniądze? Tajemnicą poliszynela jest chyba to, że nawet na Cyprze zarobki są nieporównanie większe. O sportowy awans? patrząc na regres polskiej piłki klubowej, lepiej nie ryzykować takiej tezy. O co więc gramy?

    O kolejną szansę. O złudzenia wielkich pieniędzy, które znowu za rok będą czekały, lecz znowu nie na nas. O to, by znowu ktoś chciał nas oglądać, chciał nas podziwiać, chciał nas kupować. O to, by znowu ktoś nas pochwalił za jakąś niespodziankę, bo przecież za rok nikt w Europie nie będzie się naszych drużyn bał. Bo jeśli ktoś kończy zabawę, zanim się ona zacznie, to postrachem może być chyba jedynie dla siebie.

    W tym roku gramy o przetrwanie. Zanurzamy się w naszą ligową rzeczywistość, aby już w lipcu (przetrwawszy wrzesień, listopad, grudzień, marzec, kwiecień, maj, czerwiec) móc spotkać się na ubitym polu z europejskimi szarakami. I łudzić się, że tym razem się uda dotrwać w Europie do września… choć do września…

    PS. Mam jeszcze małą dygresyjkę. Decyzją Trybunału przy PKOl, degradacja Widzewa została anulowana. Niestety, dla PZPN wciąż nie jest to argument, by przywrócić Ekstraklasę drużynie, która w zeszłym sezonie wywalczyła sobie awans na boiskach I ligi. Widzew będzie się sądził, a PZPN będzie udawał, że jego to nie dotyczy… A zabawnie będzie za rok. Co, jeśli Widzew nie awansuje bezpośrednio? Czy odbierze premiowane miejsce zwycięzcy I ligi? A może spadnie dodatkowa drużyna z Ekstraklasy? I czyje tak naprawdę miejsce, zajęła w obecnych rozgrywkach Cracovia… A może to Korona gra w najwyższej klasie dlatego, że PZPN lekce sobie waży jakiekolwiek reguły. A może.. Spokojnie, pytań nie zabraknie. A prawdziwie ciekawe odpowiedzi poznamy już… za rok.

    Tekst zostanie także opublikowany na serwisie 11.pl

  • Szybkie małe co nieco dla miłych gości

    Czasem jest tak, że nachodzą Cię goście. Czasem nawet Ci, których sam zaprosiłeś. Czasem nawet chciałbyś dam im coś dobrego do jedzenia, ale nie specjalnie masz ochotę stać nad miskami, garnkami, talerzami, patelniami, nożami i całą resztą kuchennego sprzętu, którym można nie tylko zrobić coś smacznego, ale także można sobie zrobić naprawdę dużą krzywdę.

    Potrzebujemy więc czegoś – efektownego, smacznego, łatwego w przyrządzeniu i – wyłącznie dla własnej satysfakcji – niekoniecznie na telefon. Bo wiecie, jak goście są głodni, to nie ma co szaleć, dobra pizza wystarczy w zupełności.

    Ja polecam i proponuję – smażony Camembert z odrobiną konfitury. Jak nie ma konfitury może być z dżemem i w zasadzie każdy dżem pasuje. (Inna bajka, że nie każdy Dżem śpiewa).

    Co potrzebujemy – dla pięciu osób potrzeba i wystarcza:
    5 Camembert’ów
    dwa jajka – których nie będziecie się bać rozbić…
    szklanka lub dwie mąki – może być poznańska, wrocławska, warszawska czy jaką tam macie w najbliższym sklepie.. przy czym raczej niekoniecznie ziemniaczana.
    bułka tarta
    Dżem / konfitura
    Olej do smażenia
    3 głębokie talerze, 1 patelnia, 6 widelców, 1 łyżeczka do dżemu/konfitur + talerze i sztućce dla tych co będą jeść.

    Camembert wygląda tak:
    01

    I nie, nie musi być to Camembert President’a. Może być dowolny inny – byle Wam smakował.

    W głębokich talerzach przygotowujemy kolejno – trochę mąki, rozbełtane jaja (razem białka z żółtkami) i bułkę tartą. Do jajek można dodać odrobinę przegotowanej wody – mało kto o tym wie, a się przydaje. Odrobina… to tak ze dwa małe łyki.

    Po pierwsze, fundujemy serowi (seru?) kąpiel w rozbełtanych jajkach. Kąpiel raczej krótką, zapoznawczą;)
    02

    Po pierwszej kąpieli, wrzucamy ser do talerza z mąką, i w tej mące go tarzamy (dzięki jajom, trochę mąki się przykleja, bez jaj mielibyśmy dużo mniejsze szanse):
    03

    Teraz ser znowu trafia do jajek. Tym razem musimy być nieco dokładniejsi, zadbać o to, żeby kąpiel była pełna i żeby jajka były na całej powierzchni sera. W razie czego, można delikatnie poklepać powierzchnię widelcem. Kiedy już mamy Camemberta oblanego jakiem, wrzucamy go do bułki tartej:
    04

    Obtaczamy całego dokładnie i odkładamy na bok, aż będziemy mieli wszystkie porcje gotowe. Odłożyć można na talerz, na deskę, lub na papierek w którym Camemberta kupiliśmy:

    05

    Kiedy już wszystkie porcje mamy gotowe, na dużą patelnię lejemy dużo oleju (na tyle dużo, żeby móc w nim „utopić nasz ser”) i rozgrzewamy go do wysokiej temperatury. Sery wkładamy dopiero na rozgrzany olej, od czasu do czasu obracając:

    06

    Tak, mieliśmy pięć porcji a na patelni tylko cztery serki.. Nie, nie zapomnieliśmy o niczym i nie, nie stało się nic nieprzewidzianego. Po prostu patelnia okazała się za mała.. Na szczęście i z tym sobie poradziliśmy. Sery smażymy tak długo, aż się zarumienią lub pozłocą (jak kto woli). Trwa to zwykle od trzech do pięciu minut, w zależności od tego, jak bardzo mieliśmy rozgrzany olej. Efekt ostateczny jest taki:

    07

    Teraz można nałożyć odrobinę konfitury i konsumować. Miało się tu jeszcze pojawić zdjęcie rozkrojonej porcji z której ser się wylał, ale niestety tak goście jak i kucharz byli głodni i zjedli zanim fotograf zdążył powiedzieć smacznego…

    Kurcze… zrobiłem to wczoraj a znowu mi ślinka cieknie.. Taki ser to doskonała przystawka. Lekka, smaczna i naprawdę prosta w przygotowaniu.

  • Taki gej nie jest okej

    Tytułem wstępu, jestem mieszkańcem zaściankowego, sztywnego i konserwatywnego do bólu Krakowa.

    Staram się nie wypowiadać w temacie homofobii, chociaż jestem zatwardziałym heterykiem, a może właśnie dlatego, że nim jestem. Nie interesuje mnie to, kto z kim sypia i dlaczego właśnie z tym a nie tamtym osobnikiem. Wara mi od tego, it ain’t not my bussines. I odwrotnie – wara wszystkim (z wyjątkiem mojej żony), z kim sypiam ja. Nie uważam tego za chorobę, nie uważam tego za zboczenie, po prostu to moja prywatna sprawa.

    Nie podoba mi się, kiedy z ust człowieka, który prowadzi kampanię przeciw homofobii padają słowa o tym, że będą prześladować Wojciecha Cejrowskiego za to, że ich nie lubi i nie boi się im tego prosto w oczy powiedzieć. Nie podoba mi się, że imć Biedroń wysyła kogoś do psychiatry dlatego, że ów ktoś ma inne zdanie i nie boi się go bronić.

    Nie podobają mi się, używane przez imć Biedronia, określenia „pozbyliśmy się ich” rzucane pod adresem Giertycha czy Wierzejskiego. Ani z Giertychem, ani z Wierzejskim nie sympatyzuję, ale nie chcę, żeby w Polsce, ktokolwiek się kogokolwiek pozbywał ze względu na jego/jej poglądy.

    Nie chcę być nawracany, leczony, poprawiany i uszczęśliwiany na siłę. Nie chce być prześladowany, tylko dlatego, że mam swoje zdanie. I nie, nie będę czytał swojemu dziecku bajki o dwóch homoseksualnych pingwinach, którą zamierza wydać imć Biedroń. Nie dlatego, że nie chcę szerzyć tolerancji, ale dlatego, że tolerancja nie oznacza narzucania innym i epatowania dotychczas nietolerowanymi zachowaniami.

    I nie, nie jestem zazdrosny o popularność imć Biedronia. Mnie się imć Biedroń nie podoba.

    Tekst powstał po lekturze artykułu na gazeta.pl

  • Internet od Netia – Internetu nie ma, ale kasa ma być

    No.. to się doczekałem na tą fakturę, co to miała być u mnie ho ho ho ile temu (ale wiecie, e-maile wolno chodzą). Nadana została 18 sierpnia, do mnie trafia 22giego.. powtórzę, trafia do mnie e-mailem. Jak Netia ma takie łącza, to ja się nie dziwię, że oni mi nie mogą zapewnić zamówionego transferu… W każdym razie..

    We wstępniaku do faktury czytam:
    Miło nam powitać Państwa w gronie Klientów Netii. Serdecznie dziękujemy za okazane nam zaufanie. Satysfakcja Klientów z naszych usług jest dla nas bardzo ważna, dlatego dołożymy wszelkich starań, aby byli Państwo zadowoleni z wyboru oferty Netii.

    I pisze to do mnie pan Maciej Czajkowski, p.o. Dyrektora Obsługi Klienta.

    To ja mam dla Pana, Panie Macieju, jedną prośbę. Pan sobie przeczyta moją opowieść i dowie się Pan, dlaczego nie jestem już w gronie Państwa klientów, dlaczego już wam nie ufam, dlaczego w du… szy mam wasze starania, którymi skutecznie pokazujecie, że w du… szy macie moją satysfakcję, wreszcie nie, nie jestem zadowolony z wyboru Netii.

    Panie Macieju, ja wiem, że ktoś Panu ten tekst ułożył i że nie mam pan wglądu w każdą, tym bardziej moją, sprawę. Ale Panie Macieju, moja odpowiedź, jak Pan widzi (gdyby się kiedyś zdarzyło, że Pan ją przeczyta) nie jest schematyczna.

    I nie, jakoś nie widzę powodu płacić za coś, czego Wy nie byliście w stanie dostarczyć, o czym sami zresztą wiecie najlepiej. Za tak zrealizowaną przez Was usługę nie byłbym skłonny zapłacić nawet złotówki. Dla zasady. Choć pewnie na te złotówki stracimy trochę nerwów.. coś mi się tak wydaje….

  • Internet od Netia – mam wolność wyboru, więc rezygnuje

    Dziś kończy się krótki etap w moim życiu związany z Netią. To było drugie podejście. Pierwsze było dawno temu, kiedy jeszcze byli telefoniczne linie dostępowe a modemy z gracją piszczały oznajmiając – oto nawiązujemy połączenie. Teraz modemy milczą, czasem świecą radośnie diodkami, czasem się też łączą.

    Moja przygoda z Netią zaczęła się na początku sierpnia, kiedy zgłosiłem chęć poznania ich oferty. Pierwsze trudne pytanie – co mogą mi zaproponować. Jest na ich stronie formularzyk, czy w Twojej okolicy możemy świadczyć taką a taką usługę. Tak. W Twojej okolicy działamy na naszych łączach, więc możesz dostać 4mbit/s w bardzo dobrej cenie. Super. Proszę się ze mną skontaktować i to szybko. Skontaktowali się szybko, potwierdziliśmy, że w mojej okolicy działa ta usługa i że w razie jak by co, to będzie się dało nawet przepustowość zwiększyć – super. To czekamy.

    Najpierw była zabawa z modemem, numerem abonenta i infolinią, potem Internet zaczął się pojawiać i równie szybko znikać, a ponieważ zabawa w chowanego spodobała mu się, więc trwała dalej. Póżniej pojawił się technik, który chociaż bardzo chciał zrozumieć, nie rozumiał, i chociaż bardzo chciał pomóc, nie potrafił, więc miał się ze mną kontaktować ktoś inny. Zaraz potem jak technik wyszedł, nie wiedzieć dlaczego Internet się pojawił, a niedługo później równie szybko zniknął.

    To by było do środy. Od wtorku cisza, choć jak dowiedziałem się z dzisiejszej rozmowy telefonicznej, podejmowane były próby skontaktowania się ze mną. Dziwne. Zwykle, jak ktoś próbuje, to się do mnie dodzwania. Gorzej, kiedy zapomina oddzwonić, choć to obiecał. W każdym razie rzekomo wszystko zostało pozamieniane, tyle tylko, że dalej nie działa. Tak nam przykro.

    Okazało się, że na tych łączach, nie można świadczyć mi usługi. Pomimo wcześniejszego sprawdzenia, instalacji i kolejnej wizycie technika, przepięciu wszystkiego co było możliwe, po trzech tygodniach okazało się, że jest nam przykro, ale nie da się (chociaż według informacji o dostępności na stronie netia, da się jak najbardziej). Uhyhm… A co się da? Możemy panu zaproponować połączenie dwa razy wolniejsze od tego cośmy się umawiali, za te same pieniądze. Yhy… (tym razem kot z Cheshire wyszedł mi jakoś blado).

    To może ja skorzystam z wolności wyboru i podziękuję za tą naszą umowę. Dobrze, wysyłamy do pana pismo, a usługa zostanie zdezaktywowana (choć nie została nigdy na dłużej aktywowana), pod koniec kolejnego okresu rozliczeniowego, czyli we wrześniu.

    Powiem tak.. jeśli każą mi płacić za coś, czego nie dostarczyli, to będzie śmiesznie. Wtedy chyba zwrócę się do nich z prośbą, o zwrócenie mi kosztów próby połączenia z nimi. A co.. jak się bawić, to się bawić.

    Niestety, nie miałem okazji zostać szczęśliwym posiadaczem Szybkiego Internetu od Netia. I szkoda.

  • Internet od Netia – w zasadzie, to mi się już nie chce

    Kiedy zaczynałem pisać tą historyjkę, miałem nadzieję, że to będzie króciutki pościk z happyendem. Anegdotka, która się opowiada znajomym przy jednym większym albo jednym głębszym. Nigdy nie sądziłem, że będę sobie spisywał taką nie całkiem ciekawą historę pewnej instalacji… No ale cóż…

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=dmyL9GUG1Jo]

    W poniedziałek był technik z firmy A, wysłany przez Netię, który zorientował się, że nic nie może zrobić, więc zgłosił problem firmie B, podwykonawcy Netii, która miała się ze mną kontaktować. Sytuacja była taka, że nie mogliśmy się dokonać synchronizacji, jego modem/mój roturer po podpięciu wydłużał długość połączenia o 4 kilometry, a sygnału nawet nie było na najbliższym słupie.

    Potem technik wyszedł, Internet się pojawił, byłem happy, ale ledwie trzy godziny później wróciliśmy do punktu wyjścia, czyli bez połączenia z serwerem Netii za to na łączu ex providera. Miałem czekać do wczoraj, aż się ktoś ze mną skontaktuje.

    Telefon ok. 14 z firmy B. Czy ja to ja, czy ja mam ten problem, kiedy możemy się spotkać – po 18? (bo tak wracam po pracy) lub dnia następnego. To ja zaraz zadzwonię. Zaraz trwa do dziś, do godziny 11:16. Swoją drogą, ciekaw jestem, po co im jestem, skoro połączenia nie ma rzekomo na słupie, a do słupa dojście jest z ulicy a nie z mojego mieszkania.. Poza tym, byłem grzeczny za pierwszym razem – czekałem, byłem grzeczny za drugim razem – czekałem. Teraz, to może oni zechcą w jakimś stopniu dostosować się do mojego planu dnia, chociaż w dalszym ciągu jestem skłonny ustalić termin i się go trzymać. Tylko, że trzeba go ustalić, a nie dzwonić z nadzieją – to my będziemy u pana za kwadrans.

    Jest środa. W sumie całkiem nie brzydka środa. Internetu brak, kontaktu brak, przyszłość nieznana. A mi się po prostu nie chce.

    Dam znać gdyby coś się zmieniło. W którąkolwiek ze stron.

  • Internet od Netia był, ale już go nie ma.

    To znaczy wciąż jestem na umowie. Od czasu ostatniego wpisu – a to było ledwie 3 godziny temu – Internet zdążył zniknąć. W takim razie czekam do jutra do wieczora, a potem, sorry gregorry, chyba jednak skorzystam z Wolności Wyboru, gryząc swój własny podkulony ogon, powiem, że ta zabawa to nie dla mnie.

    NIE INTERESUJE MNIE WIĘCEJ SPRAWDZANIE CZY INTERNET NA PEWNO BĘDZIE, BO KTOŚ MA TAKĄ OCHOTĘ.

    To tyle. Do jutra.