Tytułem wstępu, jestem mieszkańcem zaściankowego, sztywnego i konserwatywnego do bólu Krakowa.
Staram się nie wypowiadać w temacie homofobii, chociaż jestem zatwardziałym heterykiem, a może właśnie dlatego, że nim jestem. Nie interesuje mnie to, kto z kim sypia i dlaczego właśnie z tym a nie tamtym osobnikiem. Wara mi od tego, it ain’t not my bussines. I odwrotnie – wara wszystkim (z wyjątkiem mojej żony), z kim sypiam ja. Nie uważam tego za chorobę, nie uważam tego za zboczenie, po prostu to moja prywatna sprawa.
Nie podoba mi się, kiedy z ust człowieka, który prowadzi kampanię przeciw homofobii padają słowa o tym, że będą prześladować Wojciecha Cejrowskiego za to, że ich nie lubi i nie boi się im tego prosto w oczy powiedzieć. Nie podoba mi się, że imć Biedroń wysyła kogoś do psychiatry dlatego, że ów ktoś ma inne zdanie i nie boi się go bronić.
Nie podobają mi się, używane przez imć Biedronia, określenia „pozbyliśmy się ich” rzucane pod adresem Giertycha czy Wierzejskiego. Ani z Giertychem, ani z Wierzejskim nie sympatyzuję, ale nie chcę, żeby w Polsce, ktokolwiek się kogokolwiek pozbywał ze względu na jego/jej poglądy.
Nie chcę być nawracany, leczony, poprawiany i uszczęśliwiany na siłę. Nie chce być prześladowany, tylko dlatego, że mam swoje zdanie. I nie, nie będę czytał swojemu dziecku bajki o dwóch homoseksualnych pingwinach, którą zamierza wydać imć Biedroń. Nie dlatego, że nie chcę szerzyć tolerancji, ale dlatego, że tolerancja nie oznacza narzucania innym i epatowania dotychczas nietolerowanymi zachowaniami.
I nie, nie jestem zazdrosny o popularność imć Biedronia. Mnie się imć Biedroń nie podoba.
Tekst powstał po lekturze artykułu na gazeta.pl
Dodaj komentarz