Blog

  • Wycena ludzkiego życia

    Miałem i powinienem był o tym napisać w piątek, czyli niedługo po tym, jak doszło do tragedii w Rudzie Śląskiej. Powinienem był też napisać w sobotę lub w niedzielę, bo wszystko co chciałem napisać przez te trzy dni zostało już powiedziane, a ja będę brzmiał, jakbym po innych powtarzał. Ale boję się, że jeśli nie napiszę tego dziś, jutro będę o kolejny dzień spóźniony.

    Generalnie, na hasło „górnik” w mojej głowie pojawia się okładka z Newsweeka z przed mniej więcej czterech jeśli nie pięciu lat. Wtedy to górnicy domagali się w Warszawie dopłat, albo zwolnień, albo czegoś innego. Efekt był taki, że w stolicy była zadyma, sejm oczywiście wszytko gładko klepnął (chyba byliśmy przed wyborami), a poniedziałkowy tygodnik na okładce dał wściekłego, czarnego górnika robiącego „porządki” wymachując wielkim kijem, a wszystko to zostało okraszone hasłem – DAWAĆ KASĘ! No i dali. Zawsze dają. Nie dawała tylko Thatcherowa, ale to było dawno, w innej rzeczywistości i wtedy to my byliśmy łamistrajkami. Górnicy dają radę wszystkim. Bo jest ich dużo, bo są silni, bo mają odpowiednią przeszłość. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby ktoś kiedyś postanowił się im przeciwstawić. Hasło Pacyfikacja Górników sprawia, że wszystkim polskim politykom dęba stają wszystkie włosy – na głowie, na karku, na plecach i gdzie tam jeszcze te włosy mają. Tylko Oleksemu nic nie staje. (Dygresja poniżej poziomu, ale nie mogłem się powstrzymać… ) No, ale on będzie kur… jak brzytwa.

    Nie zmienia to jednak faktu, że w piątkowe południe po informacji o wybuchu metanu w Kopalni, ukłuło mnie. Nie jestem specjalnie wrażliwym typem, ale w tej pracy jest coś, co mnie przeraża. Przyjmuję argument, że ryzyko jest tu nieodłącznym elementem – ale też za to ryzyko, górnicy są wynagradzani. Z jakiegoś powodu, wciąż taniej jest wysłać pod ziemię człowieka, a nie maszynę… Może to kwestia kosztów.. i wyprodukowania takiej maszyny i ewentualnej straty w wypadku.. yy.. w wypadku wypadku. Tak czy inaczej, codziennie ci ludzie schodzą kilometr pod ziemię. Wiecie ile to jest kilometr? Wiecie ile zajmuje Wam przejście jednego kilometra?

    Proponuję eksperyment myślowy. Przypomnij sobie, ile musiałaś/musiałeś iść do szkoły. Spróbuj na tej drodze, wybrać sobie odcinek o długości 1000 metrów – ponieważ 3 kroki to mniej więcej dwa metry, więc jest to odległość jaką przemierzasz w 1500 kroków. To naprawdę całkiem konkretny spacerek. To pięciokrotna długość boku krakowskiego rynku. Teraz wyobraź sobie, że cały ten dystans wypełniony jest ziemią, skałą i innymi świnstwami. I cały ten szmelc „postaw” sobie na głowie. Wyobraź sobie, że sufit o grubości 1000 metrów dzieli Cię od świeżego powietrza. Że jest ciemno, wilgotno, ciasno i zaczyna być piekielnie gorąco… Mnie się robi conieco klaustrofobicznie i bardzo, bardzo nieswojo. Bo tam nie ma ratunku. W zasadzie każdy, kto z takiej katastrofy wychodzi żyw, doświadcza cudu. Dlatego mnie coś tknęło.

    Podejrzewałem, że prezydent ogłosi żałobę – po prostu ma w tym lekkość. Irytowało mnie to, że media zwykle karmiące się takimi informacjami, wolały komentować do znudzenia wydarzenia związane z walką o to, kto wejdzie a kto nie wejdzie do gmachu tvp – to był temat dnia. Górnicy – nie warto się tym przejmować. Prezydent czekał – on ma czas. Przemówił w sobotę, ogłaszając żałobę narodową, która miała rozpocząć się… w poniedziałek. Bo… wcześniej wywołała by duże trudności organizacyjne. Tak więc od poniedziałkowego ranka smucimy się, ale wcześniej trzeba się bawić na dożynkach. Brzmi to absurdalnie, ale odnoszę wrażenie, że żałoba została ogłoszona od poniedziałku, bo w weekend Prezydent chciał sobie potańczyć i pokazać się z dobrej strony na dożynkach (co prawda wybory dopiero za rok, ale dla niektórych to _już_ za rok)… Cóż.. Prezydentowi się nie odmawia… Nie mniej jednak, dla mnie jest to mocno niesmaczne. A prezydent powinien się takich „niesmaczności” wystrzegać.

    Wreszcie.. może warto by się było nauczyć czcić ważne, smutne wydarzenia w sposób inny, niż ogłaszajac żałobę narodową. Nie chcę określania wartości tragedii na podstawie ilości osób, które zginęły. Nie chcę, by każda „grupowa” śmierć była od razu podstawą to obniżania flag i odwoływania masowych imprez. Chcę, by ludzie władzy (ale nie tylko oni) potrafili godnie oddać cześć ludziom, których okrutnie dotknął los. Tylko tyle i aż tyle.

  • Peja przeprasza, nie wiedział co czyni

    Oświadczenie Peji w sprawie zdarzeń z zielonogórskiego koncertu

    Zdaję sobie sprawę z tego, że ciężko się człowiekowi taką akcję tłumaczyć i że nie ma takich sformułowań, które mogłby by zatrzeć wrażenie jakie pozostawił po sobie na scenie Pan Artysta. Ale to także nie znaczy, że trzeba robić z nas idiotów…

    „Chciałbym zapewnić, że nie było moją intencją wywoływanie jakichkolwiek negatywnych emocji publiczności, a na pewno nie nawoływanie do przemocy.”

    Nie no.. oczywiście, pożądny z Ciebie facet. Przecież Ty nigdy w życiu nie obraziłbyś 15 latka słowami – Ty kur..! Ty dziwko! Ty Pedale… Ty Frajerze… Nigdy w życiu nie nakłaniałeś nikogo do reakcji słowami „Rozjeb… frajera w chu…” i nie dorzuciłeś poniewczasie słów „Tak giną frajerzy” i „Wszystko na mój koszt”. Ty tego nie powiedziałeś, ja tego nie słyszałem. Zdawało mi się.

    „Moje zachowanie było wynikiem emocji i silnego wzburzenia w skutek prowokacyjnego zachowania jednego z uczestników koncertu.”

    Mam na to prostą radę. Na przyszłość proponuję przed koncertem mieszankę z melisą. W sumie też zielona.

    „Nie przewidziałem gwałtowności reakcji tłumu oraz tego, iż zdarzenia przybiorą taki obrót.”

    Nie wiem w takim razie po co to wszystko krzyczałeś? W pustkę? Poza tym.. czy to był naprawdę Twój pierwszy koncert?

    „Jestem świadom, iż na artyście ciąży wielka odpowiedzialność, obejmująca także panowanie nad emocjami w sytuacjach podobnych do tych, jakie miały miejsce podczas koncertu w Zielonej Górze. Przyznaję, że tego wieczoru nie udało mi się sprostać temu zadaniu, za co jeszcze raz wszystkich przepraszam.”

    Masz rację. Ciąży odpowiedzialność. Masz rację, nie sprostałeś. Masz za co przepraszać.

    „Chciałbym zwrócić uwagę, że przez lata mojej działalności artystycznej brałem udział w wielu akcjach charytatywnych i nigdy nie odmawiałem pomocy potrzebującym. Ufam, że to negatywne zdarzenie nie przekreśli tego wszystkiego, co Ryszard Andrzejewski zrobił dobrego.”

    Pamiętaj równocześnie, że wszystko co robisz dobrego nie jest usprawiedliwieniem ani zasłonką dla takich akcji, jak ta, którą przeprowadziłeś w Zielonej Górze. Bo tak stawiając sprawę, można odnieść wrażenie, że każdy Twój udział nastawiony był na to, żeby wykupić i wykpić się z każdego idiotyzmu jaki jeszcze może Ci się zdarzyć popełnić. A to chyba nie o to chodzi.

    Kiedyś bardzo nielubiany przez otoczenie człowiek podzielił się ze mną jedną zasadą – Wykreśl ze swojego słownika słowo „Przepraszam” i od dziś rób wszystko tak, żebyś nie miał już nigdy za co przepraszać.

    Na zakończenie sugestia dla rodziców – sprawdzajcie od czasu do czasu, czego i kogo słuchają Wasze dzieci. Na wszelki wypadek.

  • Nie dać się sprowokować…

    Tekst zawiera zwroty wulgarne. Nie chcesz – nie czytaj.

    Od rana w mediach słychać było o zdarzeniu jakie miało miejsce przy okazji Zielonogórskiego koncertu Peji. Raper zachęcił tłum stojący pod sceną do pobicia jednego ze słuchaczy, który mu się nie spodobał – takie były pierwsze doniesienia. Potem zrobiło się ciekawiej.

    —————————
    Dygresja i słowo wyjaśnienia

    Nie znam się ni cholery na polskim hip-hopie. Nie słucham, nie cytuję, nie potępiam – nie znam się. O samym Peji słyszałem w życiu może ze dwa razy, ani mnie on ziębi, ani grzeje. Więc czego znowu zabieram głos w sprawie, która mnie nie dotyczy.. Bo to wciąż wolny kraj i wciąż wolno mi mówić co myślę i jak pewne sprawy widzę. Nawet wtedy, gdy nie jestem w nie zamieszany.
    —————————

    Potem usłyszałem Hirka Wronę, który w zasadzie trochę Peję tłumaczył, trochę rozumiał, wykazywał, że znaczenie ma to z jakiego środowiska muzyk.. wykonawca.. artysta.. Peja się wywodzi. I że to niby może coś tłumaczyć.

    Następnie zderzyłem się z wypowiedzią Liroya, który z kolei utrzymuje, że Peja został sprowokowany i mógł w ten sposób zareagować.

    I tu mózg mi stanął w poprzek.

    Jestem w stanie sobie wyobrazić, że piętnastoletni chłopak stojący pod sceną i pokazujący „fuck you finger” artyście jest irytujący i średnio na poziomie. Ale mam też wrażenie, że Gwiazdor powinien znaleźć lepsze rozwiązanie, niż krzyczeć w jego stronę ze sceny:

    Ty, kurwo pedale, jak ja rapowałem ty dziwko, to tyś nie wiedział kur… jak się masz wysrać kurwa w nocnik… ty kurwo… Wiecie co robić, wiecie co z nim zrobić? Rozjebać w chuj… wszystko na mój koszt…

    Hirek Wrona mówił w tvn24, że Peja może się tłumaczyć że to fragment koncertu… no ja się na taki koncert nie wybiorę… *

    Więc ta „kurwa”, ten „pedał”, ten „chuj”.. miał 15 lat. Piętnaście. PIĘTNAŚCIE!!!! Ja rozumiem, że za bardzo rozgarnięty nie był, i nie wiem kto mu na ten koncert pozwolił wejść, ale nie wyobrażam sobie czym mógł sobie zasłużyć, na taką ripostę ze strony wielkiego pana rapera. Naprawde są lepsze sposoby… Swego czasu tvn pokazywał chyba materiały z akcji detektywa Rutkowskiego, który uwielbiał pytać „Wiesz z kim tańczysz”? Bo mam wrażenie, że Peja naprawdę zobaczył w tym nastolatku równego sobie przeciwnika…

    Zachowanie publiczności – wiwatującej na kolejne bluzgi lecące ze sceny, poniżej krytyki. Wnosząc z pisków były tam też kobiety… No to jest mi przykro, ale z tymi paniami wolałbym nie mieć nic wspólnego.

    Zachowanie ochrony? Hello… zadyma pod sceną, biją nastolatka a wy co? Stoicie prężąc dumnie bicepsy? Za to wam płacą? Nie powinniście byli chłopaka wpuścić ani tym bardziej dopuścić do jego pobicia. Brawo…. brawo…

    Pointa.. dawno dawno temu, były gorsze czasy i byli tekściarze, którzy potrafili pisać tak, że chce się cytować…

    Niejaki Krzysztof Daukszewicz radzi – Nie dać się sprowokować…

    Nad miasteczkiem mrok zapadał, kiedy szedłem przez ulicę,
    nagle facet mnie dopada, ni to bandzior, ni to szpicel.
    Już dochodzi, już go czuję, a ja w strachu, nie bez racji,
    przecież w kraju teraz tyle rozmaitych prowokacji.

    Nie dać się sprowokować, tylko spokój, tylko
    nie dać się sprowokować, myślę sobie, nie dać się sprowokować.

    Tekst piosenki

    * ja wiem że to brzmi nieprawdopodobnie, ale jak ktoś nie wierzy, niech zerknie w sieć. Filmik z zajścia można zobaczyć chociażby tu: http://odsiebie.com/pokaz/5529320—6238.html

  • Cmentarne wizje po raz drugi

    Potrzebowałem dzisiaj wyjść i pstryknąć. Czułem fizyczną potrzebę. Trochę łaziłem bez sensu, trochę bez celu, ale potrzebowałem ją zaspokoić.. Połowicznie się udało – nauczka na przyszłość – pamiętać o iso.. tylko tyle i aż tyle..

    A efekty są dwa.. bez rewelacji, ale i bez żenady.. chyba.. okaże się z pewnej perspektywy czasowej…

    Wizja Męska
    01

    i Kobieca
    02

    Następnym razem postaram się bardziej;)

    Więcej (i większych) zdjęć znajdziecie w galeriach

  • Hulaj dusza, piekła nie ma!

    Dziś Kielecki Sąd Rejonowy wydał wyrok, w zasadzie bez rozpatrywania sprawy, ponieważ główni oskarżeni przyznali się do winy i razem z prokuraturą ustalili karę, jaka została im zasądzona. Dariusz W. – 3 lata w zawieszeniu na 5, do tego grzywna w wysokości 100 tysięcy złotych i zakaz pracy w profesjonalnym futbolu. No brzmi bardzo groźnie, tylko czy aby na pewno?

    Po pierwsze, Sąd w uzasadnieniu wyroku podał, że korupcja w Koronie Kielce była zjawiskiem na szeroką skalę. Oskarżeni podczas ustawiania meczów mieli wręczyć co najmniej 44 tysiące złotych łapówek, a usiłowali kolejne 69 tysięcy, stąd takie kary. Rozumiem zatem, że ustawienie sobie awansu przy zielonym stoliku a następnie przyznanie się do winy, co oznacza równocześnie przyznanie się do oszukania kilkunastu tysięcy kibiców, to czyn który nie wymaga kary odbytej w więzieniu. Skąd mi się wzięło te kilkanaście tysięcy? Mówimy o trzeciej lidze, gdzie każdej drużynie kibicuje aktywnie kilkaset osób, a przy szesnastu drużynach o takiej mniej więcej ilości mowa. Wniosek – oszukiwać można nawet na szeroką skalę, można z wszystkich piłkarzy, działaczy, kibiców robić idiotów. Więzienie się nie należy.

    Po drugie – 100 tysięcy złotych kary. Ciekaw jestem, czy Sąd wiedział, jakie wynagrodzenie Dariusz W. otrzymał za awans do wyższej klasy rozgrywkowej… Nie mniej, nie więcej, tylko 120 tysięcy złotych premii. Mam więc wrażenie, że Państwo po prostu uznało, że od tego awansu należy im się działka. Dasz nam 5/6 swojej premii i jakoś się dogadamy. Nie mówimy nic o naruszeniu zarobków Dariusza W. jako trenera Korony w tamtym sezonie, ani w sezonie kolejnym, gdzie płacono mu również „ekstraklasowo”. Nie twierdzę wcale, że te 100 tysięcy to kara mała, śmiem twierdzić, że jest ona niewspółmiernie mała. To troszkę jak mandat, upomnienie. Jeśli Pan Trener był równie obrotny w inwestycjach jak w piłce, nie powinien tej kary specjalnie odczuć.

    Wreszcie mamy 3 letni zakaz udziału w organizacji profesjonalnych zawodów sportowych. Ciekaw jestem, czy to równocześnie oznacza zakaz prowadzenia treningów… zakaz działania w futbolu? I tak z ciekawości, gdzie w Polsce zaczyna i kończy się profesjonalny futbol. Ekstraklasa jest rzekomo profesjonalna, pierwsza liga również, oznacza to zatem, że pan Trener może zacząć pracować od drugiej ligi.. Chwila moment… gdzie pracował pan Trener, gdy ustawił cały sezon?

    Przewód korupcyjny miał być okazją do oczyszczenia środowiska. Zważywszy na to, że zarzuty postawiono 299 osobom (tak tak, niedługo pęknie 300) a końca przekrętów nie widać, okazja została chyba zmarnowana. A w uszach brzmią mi wciąż słowa prezesa Listkiewicza, który mówił że sytuacja opisywana przez Dziurowicza to bzdura, a w każdej rodzinie trafiają się czarne owce jak w pprzypadku sędziego F…

    W uszach brzmią mi także wciąż słowa piosenki Kabaretu Skeczów Męczących… Na rozstaju dróg.. stoi Dariusz Wu… on wskaże Ci drogę…

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=RNgiDnRc1x8]

    Materiał powstał z wykorzystaniem danych zgromadzonych na blogu piłkarskamafia.blogspot.com

    Tekst został opublikowany na serwisie 11.pl

  • Czy na sali Mamy Talent?

    Wczoraj do naszych telewizorów wrócił Tvn’owski „Mam Talent”. Po ciekawych występach pokazanych w pierwszej edycji, tej jesieni ostrzyłem sobie zęby na więcej. Mój apetyt został rozbudzony także występami z brytyjskiej edycji, którą świat zapamięta przede wszystkim z eksplozji talentu Susan Boyle. Przed telewizorem zasiąść nie mogłem, ale od czego jest sieć. Tvn na swoich stronach (http://mamtalent.plejada.pl) pokazuje fragmenty sobotniego programu, dokładnie 7 framgentów. Skoro zdecydowali się na taką liczbę (z blisko półtoragodzinnego programu (wliczając reklamy), to oznacza to, że będą to best of the best lub worst of the worst… Znając specyfikę tego programu w pierwszym odcinku powinniśmy poznać faworytów, z którymi będziemy aż do Grande Finale. Powinniśmy poznać tych, których będziemy chcieli przez najbliższe tygodnie śledzić i tych, za których będziemy chcieli trzymać kciuki. Pierwszy odcinek Mam Talent powinien zaskoczyć, rozkochać i przykuć do telewizora. Yyyy.. na podstawie tego co tvn serwuje na plejadzie, nic z tego.

    Nie mogę powstrzymać się od porównań z wersją brytyjską.
    Raz – sama Susan Boyle, która była dźwignią BGT 2009 – tvn jak na razie, nikogo takiego nam nie zaproponował, chociaż próbowali:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=i6rZEvneYPU]
    (jeśli się filmik nie wczyta, można obejrzeć na plejadzie: http://mamtalent.plejada.pl/23429,wideo,,114980,taki_byl_pierwszy_odcinek_mam_talent,aktualnosci_detal.html)

    – Chłopaku, wyglądasz jak aspirant pączek a chcemy Ciebie słuchać więcej (Wojewódzki). Chłopaku trafiasz w serce (Foremniak)… Yyy… No nie do końca. To, że ktoś wygląda jak pasztet bez makijażu (kolejny chłyt materkingowy – wszyscy kochamy kopciuszków) ale okazuje się, że potrafi spiewać, nie wystarczy. Szkoda, że gość decyduje się śpiewać po angielsku, choć akcentem się zdradza… Czy my naprawdę nie mamy żadnych piosenek, które chwycą za serce, tylko musimy rzeźbić z przebojami zza wielkiej wody?

    Mamy w tvn’ie utalentowane akrobatycznie dziecko, tylko nie wiedzieć czemu, jak patrzę na tę parę akrobatów, zwłaszcza na maleńką dziewczynkę, to przypominają mi się wszystkie filmy o tym, jak maltretowane są w cyrku zwierzęta. I nie wiedzieć czemu, ta sześcioletnia dziewczynka przypomina mi taką właśnie maltretowaną istotkę. No ale Show Must Go On, więc „jesteście bajkowi”… O really?

    Mamy też chwilę grozy i panów zabawiających się czymś istotnie groźnym. Ponieważ groźne jest wbijanie sobie gwoździa w nozdrza i kładzenie się na desce z gwoździami.. nie no, ja bardzo przepraszam, ale takie rzeczy to robi nieumalowany fakir na prawie każdym obozie dla dzieci. Jak zobaczyłem gościa, który przypina sobie składane krzesełko do uszu, to zamiast się przestraszyć, uśmiechnąłem się pod nosem, bo to było troszkę nieudolne… tak, znowu się czepiam i oczywiście nie, nie umiem tak zrobić. Ale ja się nie pcham to programu tv… Zresztą ten wielki pain, który obiecywali performerzy dość jednoznacznie obśmiała Foremniak, pozwalając rzucić w siebie strzałką.. buuuuu…

    Kolejna rzecz, w sumie dość jasny punkt programu, bo bardzo dobre – muzycznie – wykonanie „Tanich Drani” w wykonaniu małoletnich jeszcze braci. Muzycznie super, kostiumowo super, aktorsko… znowu moim zdaniem – słabiutko. Brakowało płynności i luzu, była trema i skupienie jak na kibelku, co nie zmienia faktu, że te chłopaki mają przed sobą przyszłość, bo kiedy już skończyli „występować” pokazali się z nieco bardziej przyjemnej strony. Plus dla nich:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=R0lS2N4knIE]

    (i znowu jeśli się filmik nie wczyta – zerknijcie na plejadę: http://mamtalent.plejada.pl/23429,wideo,,115006,taki_byl_pierwszy_odcinek_mam_talent,aktualnosci_detal.html)

    Chociaż z drugiej strony, nie mogę nie porównać ich do małoletniego tancerza z BGT – jasne, występują w zupełnie innych dziedzinach – od którego zachowania scenicznego mogą się uczyć, uczyć, uczyć…

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=fyr0e_wt_PA]

    Na zakończenie słówko o jurorach. Niewątpliwie dobrze się bawią. Niewątpliwie, wykorzystują świetną okazję do promocji samych siebie (bo wszakże to oni najwięcej na tym show zyskują). Ale mam też takie dziwne spostrzeżenie, że tvn’owscy jurorzy mają w sobie coś z komentatorów polskiej ekstraklasy. Tak jak oni muszą powtarzać jak wyjątkowe widowisko oglądamy, jak fantastycznych mamy wykonawców, jak niepowtarzalnej chwili jesteśmy świadkami, bo bez ich zapewnień, nikt by się tego nie domyślił…

    Tak reasumując… na podstawie materiału udostępnionego przez TVN, zabrakło mi w naszym rodzimym show jakiegoś… flow… a może po prostu zabrakło mi Flawless:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=0QvCAvOZHzs]

    Tak swoją drogą, po tym występie padło pytanie do chłopaków z ekipy Flawless – what’s the aim here? I padła najpiękniejsza w swej prostocie odpowiedź. Chase the dream, not the competition.. To chyba dobre motto;)

    A tak przy okazji, chyba się robię strasznym zgredem…

  • Leo! Co? Thank You!

    Zgodnie z zasadą, że na pochyłe to każdy potrafi wskoczyć, a najlepszym wróżkiem jest ten, co opisuje wczorajsze wydarzenia, dziś wszyscy będą jechać po selekcjonerze (kilku innych pojedzie po prezesie Lato, któremu klasy i gracji może pozazdrościć niejedna baletnica). A ja? A ja znowu wbrew.
    Jeszcze wczoraj do Leo pretensji miałem w bród – za język, za decyzje, za brak decyzji, za styl i brak stylu równocześnie, za selekcję i selekcji zaprzestanie.. W zasadzie mogłem mieć do niego żal o wszystko (za co także dziękuje). Ale dziś..

    Chciałbym podziękować Leo za to, że zdołał pokazać polskim piłkarzom, że mogą wygrać z teoretycznie silniejszym rywalem, ale też udowodnił im, że z każdym można przegrać i nawet San Marino może napędzić stracha naszej nieustraszonej Husarii.

    Dziękuje za to, że dał nam, kibicom, smak emocji gdy nasi odnoszą wielkie zwycięstwo. Za to, że dał awans na euro, dał satysfakcję z pokonania Portugalczyków, Belgów czy Czechów i że z taką gracją sprowadził nas na ziemię niejako udowadniając, że to były zwycięstwa na wyrost, za które teraz płacimy i będziemy płacić jeszcze długo.

    Dziękuję za to, że przez ostatnie lata, gdy polskie zespoły raz po raz próbowały znaleźć dno europejskiej piłki (czasem nawet to dno od dołu opukując), potrafił przykryć ów pucharowy marazm zupełnie niezrozumiałą pierzynką reprezentacyjnych sukcesów, oraz że potrafił nas teraz z niej bezlitośnie odrzeć, pokazując, że nie dość że jest za krótka, to też jest na kredyt i że trzeba spłacać za nią i raty i odsetki, a płacić trzeba w euro…

    Dziękuje za to, że chciało mu się szukać zdolnych młodych piłkarzy i dawać im reprezentacyjną szansę, niezależnie od tego jakiego klubu barw bronili. Również za to, że wielokrotnie pokazał, jak wiele brakuje naszym rodzimym ligowcom do zawodników, którzy nie łapią się na ławkę przeciętnych zachodnich (i wschodnich) drużyn. No i za to, że przypomniał nam, że polski piłkarz niezależnie od (niedys)pozycji i tego gdzie (nie)gra, potrafi popełniać błędy jak junior.

    Dziękuje za awans na Euro, bo strasznie by było głupio, gdyby 40milionowy naród grał w tym turnieju tylko dwa razy – pierwszy i ostatni – jako współorganizator imprezy. Dziękuje też za to, że odpadając z walki o Mistrzostwa Świata, dał nam prawie trzy lata na przygotowanie się do walki o prymat w Europie. Jak było widać wczoraj, te trzy lata będą nam potrzebne.

    Dziękuje za to, ile pieniędzy 'wyssał’ z Centrali. Przynajmniej te pieniądze nie zostały wydane na naszych leśnych dziadków, ale też dziękuje za to, że w trosce o zdrowie psychiczne naszych wielkich działaczy, zabrał ich na wczasy do Austrii i RPA.

    Wreszcie dziękuje za to, że tyle razy miałem o kim pisać, dając ujście własnej wrodzonej złośliwości, ale także za to, że tym razem piszę o nim po raz ostatni.

    Tekst został także opublikowany na 11.pl

  • Krakowskie Smaki – o Mamma Mia jakie dobre, tylko czemu trzeba tyle czekać?

    O Trattoria Mamma Mia miałem wspomnieć niedługo po wpisie poświęconemu Pimiento Argentino Grill, ponieważ w Mamma Mia byłem po raz pierwszy tego samego dnia i było smacznie. Naprawdę bardzo smacznie. Kelner co prawda przed przyniesieniem rachunku wspomniał coś o wylizywaniu talerzy do czysta, ale jako że mieliśmy wtedy naprawdę dobry humor po naprawdę dobrym jedzeniu, zostało mu to wybaczone, a rachunek wzbogacony został wskazanym i wcale nie bagatelnym napiwkiem.

    Do pisania o Tattorii po raz drugi zabierałem się kilka tygodni temu, zaraz po drugiej wizycie, gdy po raz kolejny rozsmakowałem się w Gnocchi verdi ai quattro formaggi, które są po prostu pyszne. Nie wyszło. Oczywiście nie zabrakłoby odrobiny uszczypliwych uwag poświęconych ilości czasu potrzebnego na realizację zamówienia, ale na pewno przyznałbym rację sloganowi widniejącemu na Menu Tratorri – Restauracja godna polecenia. Dziś także polecam, podkreślając jednak drobne ale… i o tym dzisiaj przeczytacie.

    Chcąc zjeść niedzielny obiad w miłej restauracji, razem z moją lepszą połową i moimi rodzicami wybraliśmy się do Mamma Mia. Rezerwacja została wcześniej złożona, byliśmy o czasie, stolik czekał. Stolik dostaliśmy nienajlepszy, nieco ciemny, na szczęście nie na tyle ciemny żeby mieć problemy z wczytaniem się w menu, które dość szybko dostaliśmy. Wybór był w zasadzie prosty – filet z soli, filet z ło(so)sia, polędwiczki wieprzowe i Lazagnia ze szpinakiem. W ramach dodatków – szpinak z czosnkiem x 2, talarki ziemniaczane, frytki, napoje. Przystawek – brak, zup – brak. Jednodaniowy obiad. Jak widać nic wyszukanego.

    Otrzymawszy napoje przystąpiliśmy do rozmowy. Szybki przegląd tematów codziennych, kwestia wakacji tych co były i tych co będą, chwila rozmowy o polityce, o edukacji w krajowej szkole (gdzie jak się okazuje uczeń drugiej klasy gimnazjum ma w tygodniu 4 (słownie cztery) lekcje języka polskiego i o koszcie zwiększenia tej ilości. Rozmowa została na chwilę zawieszona, ponieważ zwolnił się stolik z dostępem do okna, który postanowiliśmy zająć. Po tej “przeprowadzce” wróciliśmy do rozmów. Znowu wróciliśmy na chwilę do wakacji, do polityki, do rzeczywistości nas otaczającej, zaczęliśmy szybko ustalać plany na zbliżający się tydzień… czas mijał, napoje się upłynniały, my czekaliśmy.

    Na pierwszej stronie menu znajduje się informacja, że ze względu na przygotowywanie potraw ze świeżych składników, na dania gorące czeka się około 20 minut. My zaczęliśmy łowić wzrokiem kierowniczkę sali po minutach czterdziestu. Udało się, bardzo sympatyczna pani nas przeprosiła za tak długi czas oczekiwania, poprosiła nas o jeszcze chwilę cierpliwości i zapewniła nas, że robi wszystko, aby zmotywować kucharzy do szybszej realizacji zamówień i że w tej chwili to cała obsługa jest jak na szpilkach, żeby nas jak najszybciej obsłużyć. Ponieważ nie zdecydowaliśmy się na dodatkowe napoje, raz jeszcze przeprosiła i poprosiła o cierpliwość.

    Wróciliśmy do rozmowy, która nie pochłaniała nas tak bardzo, jak obserwacja sali i sprawdzania kto z tych, co przyszli po nas, już dostał zamówienie, a kto tak jak my czeka. Mijały kolejne minuty, zaczęliśmy żartować o Hells Kitchen, także o tym co dobrego mamy w lodówkach, ale po kolejnym kwadransie perspektywa dalszego czekania “w ciemno” wydała się nam mocno nieatrakcyjna. Po kolejnych pięciu uznaliśmy, że najwyższy czas pożegnać się z restauracją, obsługą i zamówionym obiadem. Zaczęliśmy się podnosić i…

    Zamówienie dotarło. Co prawda na raty, ale wyglądało na tyle apetycznie, że postanowiliśmy zjeść i nie zawiedliśmy się. Sola – zgodnie z obietnicą kelnerki – była niewielka, ale za to smaczna. Filet z ło(so)sia świetnie przyrządzony, polędwiczki wieprzowe przygotowane – tu słowa mojej Mamy, kierowane do Taty – tak jak lubisz, lasagna – naprawdę pyszna i w zasadzie rozpływająca się w ustach. Co prawda w szpinaku mało było czosnku, ale za to frytki były prima sort. A talarki ziemniaczane… no właśnie.. z talarkami ziemniaczanymi był taki problem, że ich nie było. W ich miejsce dostaliśmy gnochi… Spytaliśmy czy gnochi to talarki i kiedy już wiedzieliśmy, że nie, postanowiliśmy nie ryzykować i zamiast na talarki czekać, zjeść to co już nam podano.

    I było pysznie. I smacznie. Wszystko dobrze przyprawione, estetycznie podane, wszystko ciepłe i w zasadzie wszystko w tempie błyskawicznym znikało nam z talerzy. To, że wyglądało apetycznie udowadniała nam bzycząca nad talerzami mucha. Na szczęście tylko raz postanowiła przysiąść się do szpinaku i to w zasadzie już gdy się kończył, ale coś co może zostało by niezauważone w nadmorskiej knajpce, trudno było ignorować akurat w krakowskiej restauracji z aspiracjami. Fakt, to drobiazg, ale jest to drobiazg dość niesmaczny i chyba jednak eliminowany*.

    Powtórzę – było pysznie. Może godzinne oczekiwanie to sposób kucharza, na to by wszystkim smakowało. W końcu już od dziecka się nam tłumaczy, że to głód, ach głód najlepszym jest kucharzem. I niewątpliwie jest… Tyle tylko, że gdyby danie dotarło parę minut później, moglibyśmy się o tym nie przekonać…

    Chciałbym podkreślić obecność bardzo sympatycznej kierowniczki sali i zapewne jej decyzję o rabacie do rachunku, który miał nam osłodzić wyczekiwanie. Na przyszłość sugerowałbym podanie klientowi drobnej, nieodpłatnej przekąski, zapewne posmakowało by lepiej. I upewnienie się, czy wszystko co znajdowało się na rachunku (talarki) znalazło się na stole klienta.

    Trattorię ze względu na dobrą kuchnię polecam. Aby mieć jednak czyste sumienie, sugeruję aby nie iść tam będąc głodnym. Nawet lekko głodnym. Wizyta tam powinna być odpowiednio wcześniej zaplanowana i nie bójcie się tego, że w chwili przekraczania progu restauracji lub też przy składaniu zamówienia nie czujecie lekkiego nawet ssania.

    Spokojnie, zdążycie zgłodnieć.

    * Nie tylko Trattoria miewa problemy z muchami. Posłuchajcie:
    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=ZvzlMDaAjVk]

  • Odpowiedzialny jak… Leo…

    Relacje z wczorajszego meczu nie pozostawiają złudzeń. Leo Beenhakker wziął odpowiedzialność za wyniki Polskiej Reprezentacji… Szok. Naprawdę, jestem w szoku. Po raz pierwszy chyba, spotkałem się z trenerem który z taką szczerością na konferencji prasowej wziął na siebie odpowiedzialność za grę i wynik drużyny, którą prowadzi. Przecież wszyscy wiemy, że dużo większa odpowiedzialność spoczywa na barkach magazyniera, fizjoterapeuty, pani która dba o czystość powierzchni poziomych a nawet pani pogodynki, która nie przewidziała z wystarczającą dokładnością, że w sobotę może padać. Nie.. tym razem Leo zrobił Coming Out i powiedział, że odpowiedzialny jest on. Nie dość że się nie spodziewałem. Nawet mi to do głowy nie przyszło.

    Tak swoją drogą, nie bardzo wiem za co odpowiedzialny jest trener, jak nie za wyniki swojej drużyny. Może za przygotowanie psychofizyczne i taktykę przeciwnika? No to tym razem też nie wyszło. „Nie spodziewałem się, że Irlandczycy zagrają tak skutecznie w obronie” (rozumiem że nieskuteczność w ataku została przewidziana z dokładnością do jednej bramki…). Przypuszczam, że sztab liczył na to, że do Chorzowa przyjechali kelnerzy, którzy mają problem z odpowiednim ustawieniem w defensywie. Zerkam w wyniki eliminacji – Irlandczycy stracili 7 bramek w 8 meczach. My, tak samo jak liderująca grupie Słowacja – osiem w siedmiu. Z tego powodu założenie o słabej defensywie rywala do mnie nie dociera, wnioskuję zatem, żę liczyliśmy na cud, dobre wiatry i niedyspozycję rywala. Dobrze, że nie usłyszeliśmy – gdybyśmy grali z San Marino wygralibyśmy 11:0… No.. tylko, że nie graliśmy z San Marino.. Swoją drogą, Leo nie bierze odpowiedzialności za dobór rywali, nie?

    Leo nie kończy – „dobrze graliśmy przez ostatnie 30 minut” – ciekawe, czy kiedy ktoś zlecał mu prowadzenie Reprezentacji, powiedział mu, że tym razem – zupełnie niespodziewanie – mecze trwają trzy razy dłużej. Taki drobiażdżek.. bo jak się okazuje, 30 minut „gry” może nie wystarczy. Zwykle nie wystarcza.

    Wreszcie, trener „nie sądzi żeby Słowenia była trudniejszym rywalem, a poza tym w tej grupie każdy może wygrać z każdym”. Jak rozumiem, oznacza to równocześnie, że Słowenia może wygrać z nami.. czysto teoretycznie.. I kolejna rzecz, coś mi się zdaje, że Słoweńcy będą umotywowani. Grają u siebie, z rywalem który ma tyle samo punktów co oni, co więcej, z rywalem, z którym zremisowali w pierwszym meczu eliminacji. Co prawda, możęmy też założyć, że Słoweńcy już nie chcą zdobywać punktów w tych eliminacjach… Mimo wszystko, zważywszy na to, że nasi piłkarze rozegrali wczoraj mecz o wszystko (czego specjalnie nie było widać) i na zgrupowaniu raczej odpoczywają niż ćwiczą, czeka nas naprawdę wyjątkowa środa. Proponuję wszystkim kibicom zaopatrzenie się w zestaw środków rozweselających, bo kto wie, za co tym razem odpowiedzialność weźmie trener.

    A jeśli ktoś wytknie mi, że naprawdę wciąż mamy szanse na awans i zamiast pyszczyć i czepiać się słówek, powinienem mocno trzymać kciuki za naszych, odpowiem… no co ja mu odpowiem? Że mam nadzieję, że w środowy wieczór to on będzie miał rację. Nie mniej jednak, zbyt wiele eliminacji kończyło się dla nas meczem o zachowanie matematycznych szans. Znacznie bezpieczniej jest po prostu wygrać wszystkie poprzednie.

    Tekst zostanie opublikowany także na 11.pl

  • Galerianki, czyli moja z myślami bitwa

    W sieci zahuczało. W jakiej sieci zapytacie? Ano w naszej, rodzimej. Zahuczało (może na razie cichutko i nieśmiało, ale uwierzcie mi, że już niedługo trafi to na pierwszą stronę gazeta.pl – mogę się o to założyć) za sprawą pracy dyplomowej pani (panny?) Katarzyny Rusłaniec o wdzięcznym tytule „Galerianki”. Jest to etiuda o… tytułowych galeriankach właśnie. Kim one są? To małoletnie jeszcze dziewczątka, które w pogoni za dobrem doczesnym – takim jak telefon, puder czy kawałek kiecki – gotowe są sprzedać swoje wdzięki i ciało. No to już chyba wiecie, dlaczego huczy.

    — Dygresja —
    Czy ja się na filmach znam? Na reżyserce? Na tematach tabu? Na aktorstwie? Na sieci? Yyyy.. czy ja się znam na czymkolwiek? Ni cholery. To czego się czepiam i po cholerę wypowiadam się? Bo to czy się znam, nie jest ważne. Ja dzielił się będę swoimi luźnymi spostrzeżeniami. Podobać się nie muszą. Ja się podobać nie muszę. Jak się zacznę podobać, znaczy, że coś jest nie tak. (A jeśli chcecie poczytać ciekawe teksty o filmach, odsyłam na 8mm.blox.pl; jak to się przyjęło mówić, dziewczyny dają radę.
    — End of Dygresja —

    — Dygresjyjka —
    Mogło się zdarzyć, że Ty, czytelniku nie widziałeś jeszcze „Galerianek”. W sieci dostępna jest wersja pierwsza, 30 minutowa. Reżyserka przygotowała wersję pełnometrażową.. tego się nieco boję, ale o tym za chwilę.. na razie trzy linki do trzech kolejnych części:
    1) http://www.youtube.com/watch?v=WijE55-58tw

    2) http://www.youtube.com/watch?v=bwm-Qn8UKHs
    3) http://www.youtube.com/watch?v=pgfr5RT0ZbM

    Zachęcam do obejrzenia. Po pierwsze w zasadzie warto – w jakimś stopniu film skłania do myślenia, a po drugie dlatego, żebyśmy wiedzieli o czym piszę.
    — End of Dygresyjka —

    Zatem do rzeczy…

    Brawa dla autorki za podjęcie tematu. Choć pokazane w etiudzie zjawisko nie jest niczym nowym, trzeba wiele odwagi aby zdecydować się pokazać je na małym czy wielkim ekranie. Trzeba mieć pomysł i dość smaku żeby nie wyszedł film softporno ( chyba właśnie usłyszałem jęk zawodu części widzów i czytelników 🙂 ). Za to więc biję autorce brawo. Także za to, że spróbowała pokazać beznadziejną codzienność współczesności. I… w zasadzie tyle. Chociaż nie. Postawię jeszcze plusa za brak happy endu. Trudno, w dobie amerykańskiej poprawności, zdecydować się na mało baśniowe zakończenie. Minusów niestety dostrzegam nieco więcej…

    O aktorach i ich grze nie wspominam, bo jak powiedział mój znajomy, przecież nie o to tu chodzi. Za to postawię cięższy zarzut – sztampowość. Pomysł na film – niezły, ale scenariusz i wątki.. strasznie wtórne…

    Szydzenie z koleżanki bo ma stary telefon? Uszczypliwości siostry, puszczalskość matki, obojętność ojca i niedoceniona miłość.. bleh… Potrzeba akceptacji, presja otoczenia, brak perspektyw i potrzeba zaspokojenia „na skróty” własnych zachcianek – a wszystko to pokazane tak dosłownie i tak dosadnie, że aż niesmacznie. Może autorce chodziło o dobitność, ale to samo można było osiągnąć mniej „topornymi” metodami.

    Dziewczynka puszcza się ze znajomym taty koleżanki i to doświadczenie – choć początkowo się tego brzydzi (takie odniosłem wrażenie) – jest tak wspaniałe, że zmienia cały jej światopogląd. Od teraz zamiast się uczyć biologii będzie poznawać fizjologię i kształcić własne umiejętnośći seksualne… WTF?? Następnym razem, to prośba do reżysera, proszę nieco głębiej (pogrzebać w temacie) i pokazać to nieco inaczej (niż wszyscy).

    Jestem pewien, że zaraz podniosą się głosy z prawej i z lewej, że oto rośnie nowe pokolenie młodych zdolnych reżyserów, którzy nie boją się trudnych wyzwań i poważnych tematów. Zgoda. Tylko proszę, aby Ci reżyserzy nie brali się za chwytliwe tematy i obrabiali je po łebkach, tylko po to by zostać dostrzeżonym w społeczeństwie. Proszę o dobre kino, a nie kino jedynie bazujące na skandalicznym zjawisku. Proszę o reżyserów, którzy mają coś do powiedzenia i potrafią to powiedzieć.

    Na koniec wreszcie uwaga, którą powinienem i postaram wcielić w życie. Jeśli tylko można, należy coś robić krótko i zwięźle. Kiedy ma się argument, wystarczy wytłuścić go w jednym zdaniu. Galerianki są także filmem pełnometrażowym.. to ja się grzecznie pytam po co, skoro w Etiudzie są zbędne momenty? Czy naprawdę ktoś miał pomysł na zapisanie aż tylu kilometrów taśmy?

    A.. i jeszcze na zakończenie drobiażdżek. Dlaczego napisałem, że warto obejrzeć i do jakiego skłania myślenia? Warto się zastanowić, co zrobić, żeby takich historii było jak najmniej. Jak zadbać o to, by kurewstwo nie było sposobem na zabicie czasu, czy też fajną rozrywką. Co zrobić, żeby lepiej rozumieć ludzi i to co czują. Wreszcie, a jaki sposób przebić się przez barierę obojętności naszego, czasem najbliższego, otoczenia. Także naszą obojętność. Dlatego warto.

    Aktualizacja: Cytowany wcześniej znajomy podrzucił mi linka do trailera:

    I tak po jego obejrzeniu, to autorka NIE miała pomysłu na 90minut filmu. Obawiam się, że będziemy mieli do czynienia ze Skandalizującym gniotem, czyli skok na kasę, bo przecież społeczeństwo kocha skandale. Po obejrzeniu etiudy dopuszczałem wersję long.. a teraz? Ojej… miał być taki ładny debiucik, a wiele wskazuje na to, że będzie po prostu Złooooooo…


    Aktualizacja 7.09 – poprawiony link do pierwszej części Galerianek