Blog

  • Getting Down Under – dzien 0

    To będzie długi dzień. Cholernie długi. Dość powiedzieć że zaczął się wczoraj o 17, a skończy jutro koło południa, a i to przy dobrych wiatrach. Wydawałoby się, że kiedy człowiek nic nie robi, w końcu albo czeka na samolot, albo czeka aż ten samolot doleci tam, gdzie człowiek zdąża, to się nie męczy. Ostatecznie jak bardzo męczące może być siedzenie? Otóż bardzo. A im dłużej człowiek czeka, tym bardziej się męczy i tym bardziej go ta podróż nuży. Co prawda, kiedy się już doczeka, to powinno się okazać, że ten cały wynikający z NICzego 'wysiłek’ był tego wart.. To się jednak dopiero okaże.

    Pisałbym po kolei, ale nie jest łatwo pokusić się o spójny, logiczny opis wydarzeń, kiedy głowa twierdzi, że jest godzina 11, zegary przekonują że jest 16, a tyłek mówi że nie na najmniejszego znaczenia to, która jest godzina, ważne że jemu – tyłkowi znaczy – jest ciężko i niewygodnie. A perspektywa kolejnej 'wysiedzianej doby’ przyprawia o dodatkową porcję niechęci.

    Pierwsza obserwacja… Między lotniskiem we Frankfurcie a tym w Bangkoku różnica jest mniejwięcej taka, jak między wysokiej klasy mercedesem, a tajską wersją automobilu. Tzn, są pewne podobieństwa. Są terminale, samoloty i obsługa, ale kiedy spróbować z tego dobrodziejstwa skorzystać, cóż.. Wtedy właśnie pojawiają się subtelne różnice. W Niemczech, nawet jeśli nie wiesz nic, nie znasz języka i tak naprawdę marzysz tylko o tym, aby znaleźć własny lot – wszystko wydaje się proste. Z punktu A idziesz do punktu B, wiedziony strzałkami opisanymi 'hey człowieku idący z A do B! Twoja droga jest TU’; a jak nie skumasz, to masz wokół siebie ludzi, którzy chętnie pomogą.

    Nie to, że Tajowie nie mają takich znaków i takiej ochoty niesienia pomocy zbłąkanym turystom. Rzecz w tym, że trudno im ufać… I znowu nie chodzi o to, że źle im z oczu patrzy, tylko oni jacyś tacy są sami nieprzekonani do tego, co mówią. Dość że z angielskim są raczej na bakier (odezwał się rozwydrzony europejczyk) to jeszcze mają swoje pomysły na wszystko. Co jest argumentem aby wejść do strefy bezcłowej? Boarding pass? Skądże, znacznie cenniejszy jest wydruk przypominający bilet, choć nieweryfikowalny. A próba zadania pytania o miejsce czekania na odlot, złożonego z więcej niż 6 angielskich słów kończy się rozbieganym wzrokiem pełnym niepokoju… No i jak tu się nie martwić, czy bagaż doleci tam, gdzie dolecieć powinien…

    Obserwacja druga – najlepszym komplementem dla kobiety jest prośba o wylegitymowanie się przy próbie zakupu alkoholu… Co prawda będzie się boczyć, ale za to w sercu miast krwi popłynie miód. Moja próba wytłumaczenia Stewardowi, że to moja własna, osobista żona spaliły na panewce, a jedynym argumentem skłonnym go przekonać był paszport. Odjął kobiecie 9 lat… Gdyby któryś silnik odmówił posłuszeństwa, moglibyśmy polecieć na energii jaką wzbudził ten prosty zabieg komplementacyjny…

    Wreszcie… Po raz pierwszy doświadczyłem mitycznego 'overbookingu’. Na dwie godziny przed odlotem, załoga poinformowała, że przewoźnik sprzedał więcej biletów niż ma miejsc i szuka Ochotników, którzy w zamian za coś więcej niż uścisk dłoni pilota zgodzą się na zmianę połączenia. I co ciekawe, ochotników było wielu… W sumie się nie dziwię, skoro za taką 'drobną’ uprzejmość można było zyskać voucher na śniadanie, jakiej upominki i – bagatelka – 600€. My się na to rozwiązanie nie załapaliśmy. I nie to, że nie próbowaliśmy. Po prostu naszych lotów nie opłacało im się przestawiać… Cóż… C’est la vie.

    Wnioski. Na lotnisku czas płynie wolniej, człowiek męczy się szybciej, a nawet jeśli uda mu się gdzieś przyczaić i zdrzemnąć, to nawet ten sen jest jakiś taki… Ulotny. No nic – najwyższy czas przestać marudzić. Trzeba twardym być, nie miętkim i przetrwać. No nic, do przeczytania, do jutra.

  • Getting down under – dzień -1

    Ten rok staje się bardzo, ale to bardzo podróżniczy. Po styczniowej wyprawie do Hurghady, czas wybrać / wyrwać się gdzieś dalej.. Dużo dalej. Tak daleko, że dalej wybrać się ciężko.

    Na dzień przed wyjazdem stają przed człowiekiem dziwne pytania i nader dziwnie merdają pytajnikami. Co ze sobą zabrać, a nawet istotniejsze – czego ze sobą nie brać. Co będzie potrzebne, a co lepiej kupić na miejscu i wreszcie kwestia kluczowa – jak te wszystkie rzeczy spakować, aby zmieścić się w limicie 20stu kilogramów. Co samo w sobie nie jest rzeczą łatwą, a gdy współpodróżnikiem jest piękna kobieta, która ma swoje potrzeby – ubraniowo-butowo-kosmetyczne, staje się to niemal niewykonalne.

    Noc przed wylotem można też snuć plany – czego spodziewam się po podróży, co planuję z niej przywieźć i czy na pewno mam wystarczająco dużą kartę pamięci w aparacie… Na wszelki wypadek chyba dokupię jeszcze jedną…

    Noc przed wylotem zastanawiam się, jak uda mi się przetrwać najbliższe 72 godziny, ponieważ zapowiadają się trzy bardzo męczące doby… No cóż, w końcu pierwszy raz będę usiłował dostać się na najprawdziwszy koniec świata…

    Noc przed podróżą czas na przegląd zabieranego sprzętu. Laptop zostaje na miejscu. Co jak co, ale jeśli tylko jest to możliwe, to wolę oszczędzić sobie dodatkowych 3kilogramów. W podróż zabieram więc niemal wszystko mający telefon, którym znacznie łatwiej pisze się takie wpisy, niż na pięknie grającym produktem nadgryzionego jabłka. Po prostu są takie sytuacje, w których aż chce się krzyknąć klasyczna qwerty rulez!

    Noc przed podróża człowiek ma ostatnią okazję aby wyspać się we własnym łóżku. I właśnie wtedy żona proponuje, że może by się tak jednak przepakować raz jeszcze…

    No cóż, przetrwamy… Mam nadzieję… Póki co jednak, Australio gotuj się! Nadchodzimy!
     
     

  • Nocne pytanie…

    Czy warto jest czytać książki, nie warte polecenia?

  • Mam wybór, więc ich pierdolę

    Podobno nadchodzi święto demokracji. Podobno o to walczyło poprzednie pokolenie, abyśmy teraz mogli z podniesioną głową, zgodnie z własnym sumieniem podejmować wybory dotyczące naszego dziś i jutro. Podobno walczyli o to, abyśmy mogli wybierać swoich ludzi na najwyższe funkcje w Państwie. Podobno.

    Podobno w pierwszej turze głosuje się zgodnie z własnym sumieniem, a w drugiej to rozum przejmuje ster. Podobno… słucham serca przed niedzielą i serce mówi – wal się. Tu nie ma człowieka, na którego warto stracić swój głos. Nie ma.

    Nie zagłosuję, na człowieka, który przez ostatnie tygodnie stara mi się udowodnić, że nie jest Jarosławem Kaczyńskim i to ma być rzekomo jego największa zaleta. Nie oddam głosu na Jarosława Kaczyńskiego, bo jest Jarosławem Kaczyńskim, który potrafi zmieniać zdanie gdy tylko jest to dla niego wygodnie. Nie zaznaczę Napieralskiego, który moim zdaniem nie ma mi nic do zaproponowania. Nie wybiorę żadnego innego kandydata, bo oni wszyscy mogą zrobić jeszcze mniej. Dziękuję, postoję.

    Wybory nie są plebiscytem piękności. Nie powinny się sprowadzać do okrągłych słówek, ładnych uśmiechów i wyprasowanego garniaka. To ma być WYBÓR. Kupując cokolwiek wartościowego, rozważam, sprawdzam, analizuję. Doszukuję się wszystkich plusów i minusów. Decyduję. Tu mam mdły obrazek pokazany przez szybkę i wybór ograniczony do samych niesmacznych dań, na widok których, zbiera mi się na wymioty.

    Więc NIE panowie kandydaci. Tak jak WY macie mnie w dupie, tak i ja będę miał w poważaniu Was. Nie będę kreseczką w Waszym rzędzie dusz. Nie postawicie mnie przed ścianą, że Teraz K… My. Nie odbierzecie mi prawa, nie zabierzecie Mi święta, nie wybierzecie za mnie. Mój plan na niedzielę – pójdę, odbiorę kartę i NIE ZAGŁOSUJĘ, na żadnego z Was, bo żaden z Was nie jest wart mojego głosu.

    I cóż z tego, że moje votum zginie jak kropla w oceanie lub źdzbło w stogu siania? Nie robię tego dla Was, nie robię tego dla innych. Robię to dla siebie. Wybieram.

  • Majowe porządki

    Po pierwsze, robię porządki ze zdjęciami, bo to przecież niepoważne, żeby się wszystko tak długo ładowało. Dlatego odpowiednio zmniejszam. Większe obrazki będą od czasu do czasu trafiać na picasę.

    Po drugie, foto w ogóle przenoszę gdzie indziej:] Gdzie indziej to znaczy na MojaFotografia.com; Za jakiś czas zapewne zrozumiem, że to był zły pomysł, zła decyzja i że wszystko powinienem mieć w jednym miejscu, nie mniej jednak, jest ze mną jakoś tak, że mnie nosi i przeprowadzam się we wciąż nowe miejsca. Tak więc nowe zdjątka będą trafiać tam.

    PS Dziś zasłyszane – czy Stanisław Dziwisz to po angielsku Steve Wonder? Niestety nie do końca, w końcu Steven to Stefan, c’nie?

  • Pierwszy sprawdzian Henryka Kasperczaka

    Trener, który 15 marca objął Wisłę Kraków był dla kibiców i obserwatorów najpierw wielkim zaskoczeniem, a potem wielką niewiadomą. Zaskoczył wszystkich, w końcu nikt się nie spodziewał, że Henry, który z Wisłą rozchodził się w wielkich bólach, wróci na Reymonta i obejmie I drużynę. Ale też nie jest to ten sam trener, który w 2002 ogrywał Parmę i Schalke, ani trener który w 2004 roku opuszczał Białą Gwiazdę pozostawiając ją w zimie z wielopunktową przewagą nad rywalami. Obecny Henryk Kasperczak to wielka niewiadoma, przygnieciona przede wszystkim wynikiem osiągniętym rok temu z zabrzańskim Górnikiem.

    Jaki więc jest nowy Kasperczak? Najbliższy mecz będzie pierwszą szansą na znalezienie odpowiedzi. To pierwszy poważny mecz Wisły z nowym starym trenerem. Wszystkie ważne starcia tego sezonu Wisła przegrywała – i Levadia, i Lech, i Cracovia, i Legia i znowu Lech. Podobnie było w poprzednim, gdzie większość kluczowych spotkań kończyło się goryczą – przedwczesne pożegnanie z europejskimi pucharami, porażki z Legią (superpuchar), z Legią w lidze, z Lechem w pucharze i w lidze. Czy tym razem będzie inaczej? Czy może być inaczej?

    Może. Pod jednym warunkiem – że Wisła zagra inaczej, niż we wszystkich dotychczasowych kluczowych spotkaniach. Nie wyjdzie na mecz, z założeniem – jakoś to będzie, coś wymyślimy. Nie da się zaskoczyć przeciwnikowi. Wyjdzie i zawalczy o punkty, o zwycięstwo, o dominację. Nie musi bez opamiętania rzucić się na Kolejorza, ale musi w tym meczu narzucić swój styl gry. Musi dominować przez całe spotkanie, a nie przez pierwszy lub ostatni kwadrans. Musi pokazać, że liderem jest nie z przypadku i w konsekwencji głupich strat punktów przez rywali, ale z powodu umiejętności i klasy własnej. Aby zostać mistrzem, Wisła musi pokazać, że potrafi wygrywać również ważne mecze, a sobota jest do tego pierwszą i najlepszą okazją.

    Okazją również dla Henryka Kasperczaka, który potrzebuje tego zwycięstwa, aby zamknąć usta niedowiarkom i sceptykom. Kasperczaka, który musi pokazać, gdzie leży kluczowa różnica między jego Wisłą, a Wisłą Macieja Skorży. Kasperczak musi pokazać, że prowadzony przez niego zespół znów może być nieobliczalny, nieprzewidywalny i zwycięski. Że krakowski mikroklimat służy mu lepiej niż śląski, a wpadki z ostatnich lat były jedynie czasową obniżką formy, a nie trwałą tendencją spadkową.

    Łatwo nie będzie. Niezależnie od klasy rywala, Wisła boryka się z własnymi problemami. Z dziurą w obronie, z poszukującym formy Sobolewskim, z nieskutecznym Brożkiem (nie traktujmy tego, co pokazał w ostatnim meczu jako przełamanie, a raczej jako podstawę do luzu psychicznego, który na przełamanie może pozwolić). Z zagubionym Jirsakiem, nie pokazującym pełni swoich możliwości Łobodzińskim, z szalonym Małeckim. Tylko że… większość z wymienionych ma na swoim koncie co najmniej dwa tytuły mistrzowskie, większość to reprezentanci Polski… a to zobowiązuje. Po prostu zamiast szukać problemów, trener musi znaleźć rozwiązania. Od tego przecież jest. I zobaczymy, czy nieplanowana, blisko dwutygodniowa przerwa w rozgrywkach została dobrze wykorzystana. Czy była czasem potrzebnym do lepszego poznania i poukładania drużyny. Jeśli właśnie było, Henry udowodni, że stary człowiek wciąż może. W przeciwnym razie, niewygodnych pytań może być z każdym dniem więcej.

    I wreszcie ostatnim zmartwieniem Białej Gwiazdy jest to, że jedyne czego potrzebuje Lech aby w sobotę być trudnym rywalem, to grać swoje…

  • Wiosna panie sierżancie…

    Jakoś nie mogę przestać;)

    [nggallery id=21]

    No i proszę, jak wiele radości może dać dobry aparat;) Dzień w dzień przekonuję się, że D90 to dobry wybór był:)

  • Ruda Paskuda…

    Jak człowieka wyniesie poza centrum wydarzeń, to może napatoczyć się na…

    [nggallery id=22]

  • Drugi dzień z D90, czyli krakowscy „men on wire”

    Zaczyna się groźnie, ale tak to jest, jak człowiek weźmie do rąk zabawkę:D Zresztą, dziś w Krakowie taki dzień. Wyszło słońce, zrobiło się cieplej i ludzie zaczęli od razu różne dziwne rzeczy robić. Niektórzy nawet postanowili zakpić sobie z tego padołu i chcieli udowodnić, że mogą balansować nad ziemią, z drobną jedynie pomocą…

    Jednym przychodziło to z dużą radością, drugim przychodziło to z wielkim luzem…

    [nggallery id=23]

    Panowie… Wielki, ogromny, olbrzymiasty szacun za to co potraficie i za uśmiechy, które rozdajecie przy tym wszystkim gapiom;)

    Więcej zdjęć możecie zobaczyć także w galerii SlackWParkuJordana

  • Nikon D90*, czyli najbardziej rozchwytywany towar w Krakowie**

    Wymyśliłem sobie, że kupię sobie aparat. Długo chodziłem, długo krążyłem, trochę poczytałem. Popytałem lepiej znających się w temacie kolegów, potem znowu wróciłem do czytania i uznałem, że mnie nie stać. Popracowałem, pokombinowałem i wróciłem do rozpoznania tematu.

    Krok pierwszy, selekcja wstępna. Wymyśliłem sobie, że przesiadając się z D60 będzie to Nikon D5000, D90. Koledzy przekonywali mnie, że co tam Nikon, w branży liczy się tylko Canon, a w tej wadze chodzą EOS 500D i 550D… Ok. Poszukałem, poczytałem i wyszło na to, że na papierze owszem. Wziąłem do ręki Canony i jakoś nie leżały… wziąłem do ręki D5000 – też jakoś tak dziwnie.. byłem niepocieszony.

    Poszedłem do sklepu znanej, popularnej sieci fotograficznej, przedstawiłem swój wybór, a sprzedawca uznał, że co tam Nikon, co tam Canon, teraz liczy się tylko Alfa… jakby wybór do tego był za mały… Potem na szczęście wszyscy, których pytałem na hasło „lustrzanka Sony” uśmiechali się bardzo szeroko, zrozumiałem, że to był żarcik.

    Aby skrócić wywód, powiem tylko że wziąłem do ręki D90 i się zakochałem. Wszystko na miejscu, odpowiednia waga, obsługa wydawało się że też, tylko cena znaczna… znowu zacząłem kombinować… kombinować… i zebrałem;) Zebrałem, więc trzeba było wydać.. w pierwszym sklepie zestawu z obiektywem 18-105 nie ma. W drugim, nie ma. W trzecim, nie ma… Grrr… Ale jutro może będą…

    Niepocieszony zerkam w sieć, i widzę że Ci co tak strasznie soniaka lansują, sprzedają też (chyba dla picu) Nikony. Cena za zakup w Internecie dopuszczalna, co prawda dopłaca się za odbiór osobisty (WTF?) ale ciągle jest to rozsądny koszt. Ponieważ chciałem mieć go JUŻ, więc biorę gotówkę w garść i jadę…
    Pytam czy mają – mają. Za ile – za tyle – stówa więcej niż w sieci.. hmmm..

    – To może ponegocjujemy?
    – No nie bardzo.

    – Ale… w sklepie w centrum sprzedają go taniej…
    – To niech pan idzie tam.

    – Ale w waszym sklepie internetowym mogę go kupić taniej
    – to niech go pan zamówi, i przyjedzie tu wtedy

    – Ale może cena zależna jest od tego, czy zapłacę gotówką, czy kartą?
    – mnie to nie interesuje…

    – Wie pan.. mi zależy na tym, żeby w czymś ten aparat nosić… może tu znajdziemy płaszczyznę porozumienia?
    – No nie sądzę.

    Jak nie, to nie. Pożegnałem pana bez satysfakcji, z pieniędzmi w kieszenie. Jeden dzień mnie nie zbawi przecież, a nie będę się upierał, że ja chcę u niego zostawić ponad trzy tysiące złotych. Jak by mi sie fotografia spodobała, to pewnie chciałbym kupić jakieś akcesoria, obiektywy, lampy w przyszłości.. no cóż… Nie, to nie. Najwyraźniej tej branży kryzys nie tyka.

    Poczekałem jeszcze jeden dzień i kupiłem. Strasznie dużo funkcji, strasznie mądra instrukcja, strasznie daleka droga przede mną. Ale frajda nieziemska też;) A ponieważ zapadła noc, tylko takie zdjęcie udało mi się „cyknąć”:

    Zdjęcie królewskiego zamku na wawelu nocą

    I taaaaak. Zdjęć będzie więcej:D

    * Nikon D90 + Nikkor 18-105 VR
    ** Nie poparw