Blog

  • Co tam w trawie lata?

    Krótko i na temat – owady. I bzyczą też. I jak wyglądają? O tak wyglądają.

    [nggallery id=15]

  • Facet w kuchni – Lasagne podlana sukcesem…

    Pół dnia w kuchni. Dosłownie. Oczy zalane łzami, niemal krokodylimi (forfiterowymi, rzekłby ktoś). Palce – ku zaskoczeniu ogółu – całe. Kuchnia też jakby nie całkiem zabrudzona. No i papu też jest… ale o papu za chwilę. (więcej…)

  • Fotografia – minął kolejny rok, nauczyłem się czegoś?

    Trudne pytanie… i to sam sobie stawiam. Rok temu zdjęcia robiłem Nikonem d60, z kitowym obiektywem 18-55. Teraz bawię się d90’tką z kitowym 18-105 i sigmą 70-300… W dalszym ciągu zbyt wiele rzeczy jest dla mnie ulotnych i nieuchwytnych, ale też powolutku chyba zaczynam coraz lepiej się z tym czuć i coraz większą frajdę samo fotografowanie mi sprawia.

    A czy się czegoś nauczyłem.. najprościej chyba porównać. Rok temu zrobiłem takie zdjęcia Ważce… W tym roku ustrzeliłem to…

    [nggallery id=10]

  • Bo w Krakowie hejnalistów mamy siedmiu…

    I wcale nie są to jakieś Krasnoludki, a przede wszystkim, nie ma wśród nich królewny śnieżki. Krakowscy hejnaliści to strażacy, i tak jak oni pełnią służbę 24 / 48 czyli pracują 24 godziny a potem odpoczywają 48. Codziennie i co godzinę odgrywają znany wszystkim hymn. Mówią też, że potrafią więcej, ale nie zawsze wypada. Wypada za to w każdą pierwszą sobotę miesiąca, kiedy specjalnie dla Papieża grają Barkę na dwa głosy.

    Widok mają piękny, jak jest dobra pogoda i odpowiednia widoczność, to nawet szczyty samiuśkich Tater widać. Tater akurat nie widziałem, ale zdjęcie z Tatrami owszem. To takie zdjęcie, na którym widać i rynek i Tatry.. jak bym takie zrobił, też bym się chwalił…

    [nggallery id=9]

    A jak by ktoś chciał, to może sobie też posłuchać… Hey now – hejnał:)

  • W czasie deszczu rycerze się nudzą

    Więc szukają sposobu i okazji by w szranki ze sobą stanąć i zmierzyć się w walce na miecze i inne ostre przedmioty. A kiedy jeszcze okazje mają robić to w pięknych, historycznych okolicznościach przyrody, cieszą się tym bardziej. I nawet deszcz im wtedy nie przeszkadza, wszak walczyć trzeba w każdych warunkach. Kilka zdjęć z pokazowego turnieju rycerskiego zorganizowanego w Krakowie, w Barbakanie.

    [nggallery id=1 class=”shutterset_%Rycerze%”]

    A, tak swoją drogą, Kraków pełen jest ludzi pozytywnie zakręconych. Zobaczcie dwóch takich, co chodzą po linie.

    Tak, zdjęcia nieustająco i niezmiennie wykonuję Nikonem D90 – gorrąco polecam, choć krzyże bolą, bo jak na sprzęt amatorski, to ciężki jest…

  • Nowe Sukiennice – w sumie można by.. ale po co?

    W pierwszych słowach tej notki, pozwolę sobie zaznaczyć, że ze mnie dupa, nie kulturysta i na obrazach znam się pobieżnie, to znaczy biegam i patrzę, jak mi się spodoba, to się zatrzymam i popatrzę. A że ostatnio mnie po muzeach ciągają (a raczej ciągać próbują), to i do Sukiennic wparować się udało. Bo nowe, wyremontowane, wypasione i w ogóle… No więc, czy było warto? Yyy… ee… Do Schindlera warto było na pewno… Na pewno warciej było…

    Dlaczego? Bo o Sukiennicach tyle się mówi. Że nówka sztuka, nieśmigana. Że po latach zbiory wróciły do Krakowa. Że wystawa wciąga i ma tyle „interakcji”. Że jest nowocześnie, nietuzinkowo i wspaniale. No po prostu cud, miód i orzeszki. Tylko jakby bez mleka.

    Sedno jest, znaczy się obrazy są. Można je nawet oglądać. Można nawet z plecakiem wejść na sale (choć niechętnie na to patrzą panie pilnujące) – pod warunkiem jednak, że plecak będzie wisiał z przodu. Czemu z przodu? Tego mi nie powiedziano, ale jak nie zawieszę z przodu, to mnie pani wygoni… No dobra, czas się przyglądnąć temu, co to nam kustosz zechciał pokazać. Przy wejściu można sobie zakupić nawet audioguide, który obsługę ma wielce intuicyjną:

    Klika pan jedynkę, potem jedynkę, potem zielone, znowu jedynkę i jedynkę. Potem wpisuje pan te cyferki co to są przy obrazkach i pan słucha. Jak by się pan zgubił (w tych jedynkach chyba) to koleżanki na salach pomogą.

    taką instrukcję usłyszałem przy wejściu i już wiedziałem, że będzie dobrze. Wchodzę  na salę, dopadam pierwsze dzieło, wklepuję ten ciąg jedynek a potem wartość podaną przy opisie i… cisza. Hmm.. jako, że audioguide pozwala na wprowadzenie 5 cyfr, a przy opisach są tylko 3, wpisuję 00 i te trzy cyfry i… cisza. Więc idę do pani opiekunki sali z pytaniem o co chodzi, dlaczego nie słuchać i jak to możliwe, że już zepsułem… No więc nie zepsułem. Po prostu tylko te obrazy, które mają przy opisie słuchaweczki, mają nam „coś do opowiedzenia”… Dobra. W tym miejscu zaznaczę, że mniej więcej co 10 obraz ma takie słuchaweczki. Jak się szybko okazało, nie wszystkie obrazy ze słuchaweczkami mają dograny opis „standardowy” a posiadają jedynie nagranie „dla dzieci”. Po przesłuchaniu jednego z nich, postanowiłem polować już tylko na standardowe, po przesłuchaniu standardowego, przestałem polować. W trosce o własne zdrowie psychiczne.

    Obrazów, jak to w galerii, naciupciane na metr kwadratowy do przesady. Światło – beznadziejne, bo zamiast oświetlać – odbija się od płócien i utrudnia oglądanie. Opisy – szczątkowe. Kto namalował, kiedy, na czym i jaki tytuł. Jakaś myśl w układzie na ścianach? Jakaś kolejność? Jakiś zamysł artystyczny? Niezauważalny dla tak niewprawnego oka jak moje. Na prawdę, brakowało mi tego, żeby zostać porwany w jakąś historię, w jakąś opowieść, której ilustracjami były by wielkie dzieła malarskie. A tu? Możemy sobie obejrzeć Rejtana Matejki, Ashauera Gottlieba, Kuszenie św. Antoniego i… pantofle muzealne. Serio, serio. W gablotce. Z opisem. I dzięki temu, jestem lepiej zorientowany z czego zostały owe pantofle muzealne zrobione, niż kto świętego Antoniego kusił.

    Sukiennice miały być multimedialne, tylko że tej multimedialności nie widać. To znaczy podobno są jakieś małe telefoniki, które można dostać przy wejściu, z pomocą których można zobaczyć więcej, niż same obrazy, a wszystko przy dziwnych stojaczkach, które żadnego opisu nie mają… No cóż, przy wejściu  o telefonikach nikt nie wspomniał, a sądząc po ilości ludzi, którzy te aparaciki trzymali (żadnej takiej osoby nie widziałem) nie byłem jedynym poszkodowanym. Jak by to powiedzieć… jak się nie będziecie chwalić, to się ludzie nie domyślą…

    Na koniec zostawiłem sobie smakołyk. Jednym z najważniejszych (a na pewno najbardziej znanych) dzieł, które można w Sukiennicach zobaczyć, jest Szał Podkowińskiego…. I wszystko jest w zasadzie dobrze, jest obraz, jest ściana, jest fajnie:

    Nieco z boczku…

    Ale jakby komuś przyszło do głowy zobaczyć go na wprost, to…

    Cosik jakby zasłania..

    To już nie jest to ani tak proste, ani tak oczywiste. Może więc nie mieli miejsca… Może nie wszystko może „oddychać”… Cóż.. jak by to ująć… powiedzieć…  przedstawić… Jak kto śpi, to mu przeszkadzać nie należy…

    i pieska nikt i nic zasłaniać nie powinien… można i tak.

    Prawdę powiedziawszy, po szerokiej i ciekawej kampanii outdorowej, spodziewałem się więcej. Spodziewałem się innowacji, rewelacji i wrażeń, które będą zapierały dech w piersiach. Dostałem klasyczne muzeum, które zachwytu choćby chciało, nie wzbudza. No bo jak może zachwycać, skoro nie zachwyca? Klasyczne już nie wystarczy… i choć dzieła są z przeszłości, to cała, w tym i muzealna rzeczywistość poszła do przodu. Sukiennice zostały tam, gdzie były.

  • Kto żyw – niech gna do muzeum

    W dobie narastających wymagań klientów, zachwytów nad warszawskim Muzeum Powstania Warszawskiego oraz przy zachwytach nad projektem muzeum II wojny światowej w Gdańsku, 10 czerwca otwarta została w Krakowie Fabryka Schindlera, ze stałą wystawą – Kraków w czasach okupacji. Komu się nie chce czytać więcej, powiem krótko. Niezależnie od tego, czy jesteś pasjonatem historii, czy kręci Cię wojna i czy lubisz kulturę, Fabryka Schindlera to pozycja obowiązkowa. To niewątpliwe Must See. To miejsce, która otwiera oczy szeroko zamknięte.

    Można wejść tam tylko na chwilę, albo spędzić tam długie godziny. Można oglądać Kraków z przed półwiecza, można zadumać się nad wspomnieniami dzieci, które doświadczyły wojny i okupacji. Można lepiej, niż na stronach podręcznika, zobaczyć, a nawet poczuć wydarzenia z września 1939roku i tych, które po wybuchu wojny nastąpiły.

    Zobaczyć Kraków w swastykach, wytapetowany w obwieszczeniach Trzeciej Rzeszy, wizytowany przez Adolfa… Flagę Zdobywców zatkniętą nad Wawelem czy posadzkę w nazistowski wzorek… To wszystko jest bezcenne i zmusza do refleksji. To przestroga, to nauczka, to także punkt odniesienia, do wszystkich problemów, które uznajemy za ważkie, kluczowe czy nawet decydujące o naszym życiu.

    Obraz, który na długo zostaje w pamięci:

    Jedna z "uliczek" Muzeum Schindlera – fabryka Emalia.

    Więcej o muzeum i wystawie znajdziecie na stronach MHK; I raz jeszcze powtórzę. Dla wszystkich Krakusów, to pozycja obowiązkowa. Zobaczycie Kraków, jakiego nie znacie… jakiego nie chcecie znać… Jakiego nigdy byście sobie nie wyobrażali…

  • Being Down Under – Spacerkiem po Brisbane

    Kilka kolejnych zdjec z bardzo odleglej galaktyki… Zeby nie bylo – tak, mam pelna swiadomosc ze nie ja jeden poluje tu na ladne obrazki z aparatem. Co wiecej, nie ja jeden robie to Nikonem, ale musimy miec tez swiadomosc, ze sa tez inni swietni fotografowie, ktorzy swoje zdjatka strzelaja innym sprzetem.

    [nggallery id=3]

    Wszystkie zdjecia wykonane niezawodnym i niepowtarzalnym aparatem D90. W jego obiektywie nawet Canonowcy wygladaja dobrze;P

  • Being Down Under – gdy w Australii pada deszcz…

    To musi on obyc oczywiscie olbrzymi. Co prawda powodzi udalo sie uniknac, ale i tak mokro jest. Podobno trafilismy na najwieksze sierpniowe opady od 123 lat… czy mi sie zdaje, czy ten rok po prostu obfituje w te zupelnie zbedne rekordy? A jesli dodac do tego zimny wiatr z poludnia (odnowy wiatr?), to ja bardzo przepraszam, ale tu zimno jest… brrr…

    Gdy wieje i pada ocean plata figle, prezy musluly i pokazuje jak wielka ma sile… I od razu jakby nieco bardziej mokro jest…

    Niestety, choc wielu probuje, niewielu potrafi na fale sie zalapac… To taka obserwacja moja wlasna. Ja wiem, ze z brzegu to wszystko ladnie i latwo wyglada, ale jak juz sie ktos na taka pogode wybiera szamotac z żywiolem, to powinien cos raczej potrafic, a nie wychodzic z zalozenia, ze najlepiej spac z wysokiego konia… na szczescie sa tez tacy, ktorym sie udalo…

    Sa tez tacy, ktorzy wzieli sie na sposob. Ich nie interesuje wiatr, fala, czy inne trudnosci. Sa to po prostu ludzie, ktorzy postanowili chodzic po wodzie… i wiecie co… po prostu dotchczas ludzie nie wiedzieli z jakim sprzetem nalezy sie do tego zabrac…

    [nggallery id=4]

    Wszystkie zdjecia zostaly zrobione niezastapionym Nikonem D90.

  • Being Down Under – kilka zdjec z Airlie Beach i WhitSunday Islands

    Na poczatek odrobina prywaty. Wydaje mi sie, ze podroz powrotna (1124 km w ~13h, ze srednia 90km/h w kraju ktory nie ma nic wspolnego z Niemcami) jest calkiem niezlym personal best. Tym bardziej, ze przyszlo mi jechac pod prad.. caly czas;) No i wreszcie zrozumialem o co chodzi Clarksonowi z tymi przyczepami campingowymi.. To troszke tak, jak z dowcipami o Garfieldzie. Smiesza wszystkich, ale prawdziwe ich znaczenie doceniaja jedynie wlasciciele siersciuchow. I tak samo jest z tym nieszczesnym „karawaningiem”. Dopiero kiedy na dluzszej trasie przychodzi czlowiekowi cierpliwie wlec sie za taka przyczepa, rozumie dlaczego TopGear’owi prowadzacy maja ochote zniszczyc wszystko, co z tym jest związane…

    Zanim jeszcze zdjecia, slow kilka o drogach. Po pierwsze, wcale nie sa rewelacyjne, po drugie wcale nie sa szerokie, po trzecie strasznie sa glosne. Szum przeokrutny.

    A kiedy przyjdzie wieczor, slonce zachodzi i w ciagu doslownie kilkunastu minut robi sie ciemno… Wtedy dopiero robi sie zabawnie, bo a) jedziesz z predkoscia 80 – 110 km/h, b) w odleglosci kilkudziesieciu metrow od Ciebie jedzie kolejne auto, c) drogi sa nieoswietlone i wreszcie d) z kazdej strony moze zaatakowac Cie kangur. A te wszystkie cudowne australijskie znaki ktore opisalem wczesniej? Well… totalnie niewidoczne, za dlugie do przeczytania przy takich warunkach i czasem nastawionych jest kilka w jednym miejscu – totalny absurd. Nocnej jazdy po Australii zdecydowanie nie polecam.

    Ostatnie spostrzezenie odnosnie australijskich kierowcow. Z jednej strony super zdyscyplinowani, jak wspominalem, nie wyprzedzaja kiedy nie ma do tego warunkow, nie przekraczaja predkosci i uprzejmi sa w zasadzie do bolu. Co prawda uwielbiaja skrecac bez sygnalizacji, wjezdzac przed Ciebie gdy nie ma tam miejsca, nie potrafia przewidziec ze lewy pas zaraz sie skonczy i trzeba wpuscic jadace tam samochody, i kiedy zjezdzaja z glownej drogi, w zasadzie nie interesuje ich to, ze ktos moze jechac z naprzeciwka. Przeciez zdaza… a ta dluga przyczepa ktora za soba wleka.. coz.. sciesniaj, sciesniaj… A najciekawsze jest to, co robia w miescie. Ograniczenie predkosci do 60km/h, swiatla, zielone a ci rura do przodu, kto pierwszy. Dobijaja do 60tki i hample.. kto ich tu tego nauczyl?

    A teraz czas na obiecane zdjecia… Kilka obrazkow z Airlie Beach:

    [nggallery id=5]

    Wszystkie zdjecia zrobione zostaly niezawodnym i niepowtarzalnym Nikonem D90 (naprawde mi za to nie placa:P ) Jedyna wada (?) Nikona jest to, ze ten akurat model nie jest wodoodporny.. ale za to dzielny jest:)