Blog

  • Koszmar z ulicy Reymonta

    Gdyby parę lat temu zapytać kibica Wisły, czy wyobraża sobie jesień, w której jego ukochany klub nie rozgrywa meczu na swoim stadionie, w okienku transferowym nie sprowadza żadnego wartościowego piłkarza, z pucharów europejskich odpada zanim zakończą się rundy eliminacyjne, a do reprezentacji powoływanych jest jeden, góra dwóch piłkarzy z pod Wawelu, wyśmiałby nas. Gdyby dodać to tego wiosnę, którą Wisła zaczyna bez formy, bez bramek za to w goryczy porażek, będących konsekwencją nieudolnej gry drużyny – zrobiłby wielkie zdziwione oczy. Dodajmy jeszcze pikanterii, obnażmy wszystkie bolączki krakowskiego klubu – zabierzmy sponsora, marketingowców (choć w przypadku Wisły dotychczas każdy o nich słyszał ale ich działania nikt nie mógł wykazać) i prezesa. W ich miejsce dodajmy chaos organizacyjny, zamknięte przed kibicami trybuny i plagę kontuzji, których nikt nie mógł przewidzieć ani im zapobiec. Kilka lat temu taki obraz byłby skwitowany politowaniem – takie rzeczy mogą sie dziać w Szczecinie, Łodzi, Piotrkowie, ale nie u nas. Dziś także w Krakowie ta wizja to rzeczywistość.

    Kibice Wisły nie wiedzą już chyba, czy oglądając swoją drużynę doznają cierpienia bezsilnego frustrata, który chciałby coś zmienić, a nic zrobić nie może. Z niesmakiem obserwują grę swoich nieco wyblakłych po zimie gwiazd, które bez żadnego pomysłu kopią szmaciankę gdzieś tam przed siebie, byle dalej, byle jak. Obsewrują bezradnego trenera, który nie może skłonić swoich podopiecznych do szturmowych ataków, kiedy tego wymaga sytuacja i kiedy jest jeszcze do tego czas. Oglądają drużynę, która traci bramki, jakie jeszcze kilka miesięcy temu nie miałyby prawa się przydarzyć. Kibice rywali nie czują też satysfakcji z porażek wciaż jeszcze obecnego Mistrza Polski, bo jakaż frajda z „bić mistrza”, kiedy ów mistrz się słania na nogach a wyprowadzane przez niego ciosy sprawiają wrażenie nieudolnego polowania na muchy i taką też drzemie w nich siła.

    Tak słaba Wisła to nie tylko problem Cupiała, Skorży i spółki. To także problem całej ligi, która traci drużynę nie tak dawno jeszcze eksportową. Drużynę, która była magnesem przyciągającym kibiców na stadiony i przed telewizory. Drużynę, która sprawiała, że innym chciało się chcieć. Rywala, którego trzeba się było bać, rywala, który wymagał od przeciwników więcej, niż cała reszta ligowych szaraków. Ekstraklasa nie będzie silna, gdy w każdym sezonie będziemy mieli tylko jedną drużynę która potrafi grać w piłkę. Bycie najlepszym w Polsce to za mało, by czuć satysfakcję. Jak pokazuje przykład Wisły, nawet wieloletnia dominacja w naszej lidze nie gwarantuje ani rozwoju, ani stabilizacji, ani przyzwoitych występów w Europie.

    W Bełchatowie Wisła zagrała słabo. W Krakowie, nawet jeszcze słabiej. Co gorsza, Wisła nie wierzyła w zwycięstwo. Zanim straciła bramkę, gnębiła i – co ważne – ośmieszała rywala akcjami przeprowadzanymi lewą stroną. Raz po raz tworzyła zagrożenie, które mogło i powinno zakończyć się golem. Po stracie bramki tak bardzo chciała szybko przenieść grę w pole karne, że do znudzenia próbowała dalekich wrzutek, a te były wodą na młyn defensywy Arki. Im dalej w las, tym było gorzej. Do wyrównania a nawet wygrania meczu było kilkadziesiąt minut. I co? I nic. Zamiast grać w piłkę, Wisła nie robiła nic. Nie było pomysłu, nie było dokładności, a co za tym idzie, nie było okazji do zdobycia bramki. Nie było niczego. Dość powiedzieć, że najskładniejszą bodaj akcją II połowy była kontra wyprowadzona przez piłkarzy Dariusza Pasieki na 10 minut przed końcem meczu…

    Nie chce mi się wierzyć, że złożona z dobrych lub bardzo dobrych piłkarzy drużyna, która poprzednią rundę kończyła z pięciopunktową przewagą, prowadzona w okresie przygotowawczym przez doświadczony sztab szkoleniowy, z dnia na dzień straciła umiejętność gry w piłkę. „Na farcie” można wygrać mecz lub dwa, ale nie zdobyć dwa mistrzowskie tytuły z rzędu. Jak na razie, to nie rywale pokonali Białą Gwiazdę. To Wisła przegrała swoje mecze, ale to nie oznacza, że przegrała rundę. Wciąż jeszcze najważniejsze mecze przed nią. Zapas zgromadzony w jesieni okazał się poduszką bezpieczeństwa, kołem ratunkowym, z którego czasem trzeba skorzystać. Wisła doszła do ściany, na której może polec, lub od której może się odbić. To nie jest czas na panikę – to jest czas, na pokazanie charakteru. Teraz trzeba uspokoić oddech, wziąć się w garść, zagryźć zęby i zacząć grać swoje. Do znudzenia, do bólu. Trzeba się obudzić, aby ten koszmar nie powtarzał się więcej. Okazja do pobudki za tydzień.

    Tekst zostanie opublikowany na 11.pl

  • Załatwiania Play’owej e-faktury ciąg dalszy

    Ostatnio pisząc  o próbie załatwienia sobie e-faktury, nie wspomniałem, że jestem człowiek leniwy i wygodny. Nie wspomniałem również, że nie oddaję swojego lenistwa bez walki, a jeśli tylko mogę nie wybierać się na pocztę, to zawsze z tego rozwiązania skorzystam.

    Podejście drugie tym różniło się od podejścia pierwszego, że poszedłem do innego punktu Play, dokładnie tego, w którym przystępowałem do tego operatora, z tą samą prośbą.

    Dzień dobry, chciałbym zamówić e-fakturę. Czy mogę to zrobić u Państwa?

    Odpowiedź brzmiała „Oczywiście” i już po chwili trzymałem w dłoni wydrukowany formularz, regulamin oraz mała żółtą karteczkę z adresem, na który miałem ów zestaw wysłać. EEee? „No musi pan to wysłać” Eeee?

    Zabieram papierki, odwracam się na pięcie, a ponieważ byłem w Galerii Krakowskiej idę do tego pierwszego punktu, w którym wszystko dało się załatwić, o ile miałbym wydrukowany formularz. I znowu:

    Dzień dobry, chciałbym zamówić e-fakturę. Czy mogę to zrobić u Państwa?

    Tak, pod warunkiem że posiada pan formularz. Na szczęście to, co zostało wydrukowane w poprzednim miejscu było odpowiednie i zostało przyjęte. Pani z Salonu była jakaś taka nieprzekonana, ale przyjęła. Potwierdziła nawet, że to już wszystko. To teraz czekam, na efekty… może maile wysyłane od Play dochodzą, bo maile wysyłane od Netii mają jakąś dziwną ścieżkę podróży…

    Wniosek – trzeba się nachodzić, ale można to załatwić bez skakania na pocztę. Małysz byłby dumny.

  • 18. kolejka Ekstraklasy to kolejka zwycięzców

    Długo czekaliśmy, długo ostrzyliśmy sobie ząbki i oto jest. Ekstraklasa wraca do gry, piłkarze wracają na boiska, kibice na trybuny, transmisje do dekoderów. Zapowiada się uczta dla fanów futbolu, tym smaczniejsza, że jak już nadmieniłem, oczekiwana. Przed pierwszą kolejką, każdy wierzy w wygraną, każdy jest pewien swoich trzech punktów. W końcu wszystko i tak zweryfikuje dopiero boisko, rywal mógł się jeszcze do rozgrywek nie przygotować, a nam wszystko się może udać. Do tegośmy się przecież przygotowywali.

    Odra musi wygrać. Nie po to ściągnęła 13 zawodników, nie po to obiecała wysokie premie aby dać plamę w pierwszym meczu 2010. roku. O nie, co to, to nie.

    Lechia musi wygrać. Przecież to będzie tylko potwierdzenie formy, którą Lechia pokazała na wiosnę. Zresztą Lechia w okresie przygotowawczym utarła nosa sparingpartnerom.. co prawda to może świadczyć też o klasie rywali, ale na Odrę musi wystarczyć. Po prostu musi.

    Cracovia musi wygrać. No przecież wracają do Krakowa, i co z tego że na Hutnik. Poza tym, dobry początek rundy sprawia, że łatwiej się gra. W jesieni trzeba było dużo czasu, żeby wydostać się ze strefy spadkowej, więc teraz trzeba sobie zapewnić kilka spokojnych dni. Poza tym, jak wiadomo Legia zwykle nie potrafi dobrze wejść w rundę…

    Legia musi wygrać. Po pierwsze aby zadać kłam tezie, że Wojskowi nie potrafią dobrze wejść w rundę. Po drugie dlatego, że mają pięć punktów straty do Wisły, i aby ten dystans zmniejszać, trzeba wygrywać. Co więcej, muszą pokazać, że nie tylko Chinyama może dla (L) bramki strzelać. A Mucha przecież tak łatwo goli nie puszcza.

    Korona musi wygrać. Ostatnio na inaugurację rozgromiła Polonię i wszyscy byli dumni. Wszyscy pamiętają to uczucie i chcą je sobie odświeżyć. Co więcej, będą chcieli pokazać, że ustabilizowali formę, z którą na jesieni było różnie. No i grają u siebie.

    Jagiellonia musi wygrać, bo w końcu wypadałoby wygrać na wyjeździe. Nowy rok, nowa runda – idealne warunki do rozpoczęcia nowych zasad. Poza tym, muszą wygrać, aby złapać pewien dystans nad miejscami zarezerwowanymi dla spadkowiczów. No i mają luz psychiczny po tym, jak wygrzebali się z – 10 punktów, które wisiały nad nimi od sierpnia do grudnia.

    GKS musi wygrać. Będą chcieli się odegrać za końcówkę sezonu 2007, gdzie Wisła odebrała im nadzieję na mistrzostwo. I nic tak nie cieszy, jak utrącenie korony faworyta. No i drużyna Ulatowskiego będzie chciała pokazać, że trochę gorsza końcóweczka poprzedniej rundy, to był tylko wypadek przy pracy i Bełchatowian stać na kolejną serię zwycięstw.

    Wisła musi wygrać. No nie ukrywajmy, po prostu musi. Chociażby dlatego, że rywalom (Legia, Lech, Ruch) łatwiej jest gonić – mają większą motywacja, niż Wiśle uciekać. Głupio sie potknąć w blokach, znacznie lepiej jest pokazać już na pierwszych metrach, że cała reszta stawki nie ma czego szukać w tym biegu. Ponadto, piłkarze mogą chcieć udowodnić, że wszystkie publikacje prasowe głoszące, że koniec Wisły jest blisko, są wyssane z palca. Inna sprawa, że każda porażka przybliży ów koniec nieubłagalnie.

    Polonia Bytom musi wygrać. 7me miejsce w lidze zobowiązuje. Poza tym, wszyscy patrzą na polonistów z przymrużeniem oka i przez palce, więc najwyższy czas zmusić tych wszystkich do tego, by przecierali oczy ze zdumienia.

    Śląsk Wrocław musi wygrać. Trener Tarasiewicz chyba przełknął już to, że nie został selekcjonerem i ma teraz całą rundę by dobitnie wykazać, że to był błąd. Poza tym, Śląskowi, tak jak Jagielloni, potrzebne są punkty zdobyte na wyjeździe. Na przełamanie, na dobry początek rewanżu. Na pochybel!

    Arka musi wygrać. W końcu z jakiegoś powodu zmieniali murawę, w końcu w zeszłej rundzie zaczęli już nawet całkiem fajnie grać, więc teraz trzeba pokazać, że efektywność idzie ramię w ramię z efektownością. Poza tym nic tak nie motywuje jak oddech grupy spadkowej.

    Ruch musi wygrać, bo inczej okaże się, że to co wygrali w jesieni to był tylko fart, łut szczęścia i przypadek. Co prawda Niedzielanowi może się już tak bardzo nie chcieć, chociaż może wciąż kusi go tytuł najlepszego strzelca. No i głupio by było już w pierwszym meczu stracić dystans do czołówki, a tym samym stracić perspektywę gry w pucharach. Nie. Trzeba zagryźć zęby i wygrać.

    Zagłębie musi wygrać, bo jak nie wygra, to się okaże, że wyniki zrobił tylko Smuda, a kto grał nie ma żadnego znaczenia. I nawet jeśli do dobry prognostyk dla reprezentacji, to szefostwu KGHM’u może to nie wystarczyć. Cała zima na miejscu spadkowym daje do myślenia. Zobaczymy, co wymyślił Bajor i Spółka.

    Piast musi wygrać, bo z kim mają wygrać, jeśli nie z drużyną, która okupuje 15. miejsce. Chyba tylko z drużyną, która zajmuje 16. miejsce. Poza tym, o Piaście mówi się mało, a jak głosi rosyjskie powiedzienie – ciszej jedziesz, dalej będziesz. To takie proste.

    Polonia Warszawa musi wygrać. Bo nowy trener, bo sparingi pokazały, że się da, bo nie można zaliczyć takiej wtopy jak w 1. kolejce. Bo Prezesowi marzy się marsz w górę tabeli, a bez zwycięstw tego sobie wyobrazić nie można. Bo jak Prezes jest zły, to nie płaci, a jak nie płaci, to nie jest zapłacone.

    Lech musi wygrać, bo Lech jest skazany na Mistrza. Co prawda na razie ma 8 punktów straty do Wisły i 5 do Legii, co oznacza że musi wygrać 3 mecze więcej niż rywale aby wdrapać się na ekstraklasowy tron. Podobno w Poznaniu wszystko jest już gotowe. Są podstawy, są plany, są perspektywy, jest rozwój. Brakuje tylko tytułu, a jak napisał J.R.R. Tolkien – każda wielka przygoda zaczyna się od pierwszego kroku.

    A na koniec drobna uwaga dla wszystkich grających. Aby wygrać mógł ktoś, ktoś przegrać musi. To tyczy się Olimpijczyków (sorry Adam, sorry Justyna), to tyczy się także piłkarzy. Co prawda można też zremisować, ale nie po to czekaliśmy blisko trzy miesiące, aby teraz zadowolić się remisami.

  • Czy w naszym kraju…

    … można pisać tylko hagiografie? Przez media przewala się kolejna burza związana z biografią kogoś mniej lub bardziej znanego. Tym razem na tapecie jest Kapuściński. Mieliśmy proces, wyrok, a teraz mamy tysiące komentarzy. Mało kto tą książkę czytał, ale każdy ma swoją opinię. Nie wiem, co w niej jest, bo nie czytałem. Słyszę natomiast, że autor jest rzetelny, że ma warsztat, że do tematu podszedł uczciwie. Zdaje się, że poszedł nazbyt odważnie – pokazał człowieka. A mógł przecież wynieść na ołtarze, laurkę zrobić…

  • Play’owi minus też się niestety należy

    Blisko półtora roku temu zmieniłem operatora. Przez długie lata byłem związany z Plusem, potem w międzyczasie flirtowałem z Orange, ale ze względu na to jak tam się traktowało klientów, postanowiłem przenieść numer i pożegnać się bez żalu. Było to jeszcze z zamierzchłych czasach, gdy trzeba było płacić za tą przyjemność, ale cóż – takie są koszty przyjemności.

    W tym miejscu od razu zaznaczę, że dużą rolę w zmianie operatora miał człowiek, który mnie w Play obsługiwał. Sympatyczny, zorientowany, pomocny. Nie blokując innych klientów przegadaliśmy ofertę i wybraliśmy coś, co mnie wtedy satysfakcjonowało. Wydałem straszną kasę na telefon (zwłaszcza w dobie słuchawek za złotówkę) ale miałem to co chciałem i byłem, w zasadzie wciąż jestem zadowolony. Czasem zdarzają się dziury zasięgowe (ale mimo, że wszysy operatorzy chwalą się 99% pokryciem, to i tak dziury im się przytrafiają), miałem drobne problemy przy pierwszym Sylwestrze z jakimś dziwnym roamingiem wewnętrznym, ale jak dotychczas wszystko było ok, nawet wszystko było super.

    Jakiś czas temu, Play zaczął lansować E-fakturę. Nie jestem specjalnie ekologiczny, ale też szczególnie nie jest mi potrzebny comiesięczny rachunek przesyłany przez operatora. Pomyślałem sobie – dobra nasza. Zgłaszam się. Do zgłoszenia potrzebny jest wypełniony wniosek i wysłanie go pocztą. Tu pojawił się problem, bo ja leniwy jestem, łazić mi się specjalnie nie chce, a już zwłaszcza na poczcie, gdzie ostatnią rzeczą, która ma jakąś wartość, jest mój czas.

    Uznałem, że będąc przy okazji w jakimś centrum handlowym, po prostu podejdę do punktu Play i tą e-fakturę zamówię. Podszedłem, poprosiłem i zostałem pożegnany. To znaczy powitany zresztą też, pytaniem czy mam ten oto wniosek wydrukowany. Que? Pani postała nade mną minutkę, popatrzyła z wyrzutem i powtórzyła – załatwimy tą sprawę, jak pan przyjdzie z wydrukowanym wnioskiem… No to sobie poszedłem, zauważając jedynie, że przy podpisywaniu umowy, nie musiałem przyłazić z samodzielnie przygotowanym egzemplarzem, a drukarki w tej firmie, podobnie jak wszystkie dane niezbędne do wypełnienia takiego wniosku, dostępne są w punkcie obsługi. O jakże naiwne wysnuwałem wnioski.

    Drobna, acz w moim mniemaniu dobra, rada dla Play. Nie idźcie tą drogą. Wystarczyła odrobina dobrej woli i sprawa byłaby załatwiona. Wy mielibyście kolejnego na e-fakturze, a ja miałbym to z głowy… a tak, macie minusa. A jak sami doskonale wiecie, właśnie takie minusiki sprawiają, że człowiek zmienia usługodawców…

  • Niesmak

    Tak mnie ostatnio nachodzi, że im dłużej przychodzi mi patrzeć na naszych polityków, tym bardziej mi się zbiera na wymioty. Rośnie mi gula tuż pod krtanią, i boję się, że pewnego razu po prostu nie wytrzymam, i na widok tej czy innej posłanki, tego czy innego posła, żółć się poleje. Na całe szczęście, jestem szaraczkiem i mój paw nikogo nie obejdzie. Gorzej (dla nich), jeśli będzie to początek epidemii. W końcu taka reakcja jest zdecydowanie jednoznaczna.

  • Czy modlę się do JPII?

    Nie… Jakoś nie. Nawet mi to do głowy nie przyszło… Bluźnię?

    PS Swoją drogą, sobie wybrałem temat, na inaugurację krótkiej formy…

  • Immunitet czyli lek na całe zło…

    Jak się okazało senatorzy, czyli parlamentarzyści zasiadający w Izbie Zadumy, nie uznali za stosowne uchylić immunitetu swojemu koledze, Krzysztofowi Piesiewiczowi. Wydaje mi się, że musieli długo nad tą decyzją dumać.

    Po co posłowi / senatorowi Immunitet? To takie rozwiązanie, które gwarantuje „wybrańcowi narodu” bezpieczeństwo i gwarancję nietykalności w chwili, kiedy pełni swoje obowiązki. To znaczy, jeśli poseł uzna, że trzeba przekroczyć prawo aby chronić demokrację, albo uzna, że jego obowiązkiem jest obrona wyborców, może zasłonić się Immunitetem i wszyscy mogą mu skoczyć. Równocześnie nikt nie może go ciągać po sądach, oskarżać pod byle pretekstem – wybraniec ma pozostać nietykalny.

    Równocześnie, izba w której obradach wybraniec uczestniczy może znieść ten „listek figowy” w chwili, gdy uzna to za zasadne. Prokuratura przedstawia zarzuty i argumentuje dlaczego składa taki wniosek. Sejm lub Senat poddaje go pod głosowanie. W przypadku Piesiewicza senatorowie uznali, że nie należy go uchylać, gdyż

    Inna decyzja oznaczałaby dla opini publicznej, że Senator Piesiewicz jest winny

    cytat za Senatorem Mieczysławem Augystynem – równocześnie, jak rozumiem, jest to dowód na to, że Immunitet oznacza Niewinny… a – za Senatorem Zbigniewem Romaszewskim –

    Cały wniosek opiera się na zeznaniach szantażystów

    Zgoda – oczywiście nagranie wideo nie jest żadnym dowodem…

    Pan Senator stoi przed zarzutem, że posiadał kokainę i proponował ją innym… W którym miejscu znajduje tu zastosowanie immunitet? Pojęcia nie mam.. no ale najważniejsi są koledzy.

    Kawałek ze specjalną dedykacją dla pana Senatora:

    Wydaje mi się, że znacznie lepszym pomysłem było by stawienie czoła zarzutom. Wciągnął kreskę – to trzeba za to ponieść konsekwencje, jeśli wrabiają go, to jest czysty jak łza i ma z tego samą korzyść. Takie chowanie się za urząd, nie przystoi… ale nie wymagajmy od naszych „wybrańców” zbyt wiele…

  • Wspomnienie lata zimą, czyli kilka kolejnych zdjęć z Hurghady

    To już chyba będzie koniec wspominek z Egiptu… Chyba, bo jeśli o mnie chodzi, to nigdy nie można być niczego pewnym. Na pierwszy ogień dorzucę zdjęcie zrobione przy świątyni Hatszepsut. Skały, błękit, księżyc a wszystko na jednej fotografii… a co, jak szaleć, to szaleć.

    [nggallery id=6]

  • A w Krakowie zima…

    To zakrawa na pewną schizofrenię… przedwczoraj chowałem się przed słońcem i skwarem, dziś robię co mogę by ustrzec się przed zimnem… Jakiś czas temu, chyba jeszcze w zeszłym roku udało nam się zorganizować zakończoną sukcesem wyprawę na kopiec Piłsudskiego, dziś postanowiliśmy zdobyć schowany w śniegu kopiec Kościuszki…

    Zresztą nie ważne jest to, jak wyglądał sam kopiec, nieco ważniejsze jest to, co z kopca było widać:

    Jak klikniesz w obrazek, to zrobi się naprawdę duuuuży:)

    No… w zasadzie to tyle… czyli graba, znaczy się… Heyah;]

    Brrr… jak tu zimno…

    PS Uwieczniłem także młodego adepta wschodnich sztuk walki…