Blog

  • I jeszcze trochę kwiecia…

    W podobnej konwencji:

    02

    W zupełnie nie podobnej:

    03

    I zupełnie nie kwiatek

    02

    A najgorsze w tym wszystkim jest to, że zupełnie nie skromnie powiem, że mi się to podoba. To znaczy to co robię, i to jakie mam efekty. No co ja poradzę.. podoba mi się i już;)

  • Pomysły, próby i nauka. Albo przynajmniej próby.

    Spodobało mi się, więc sobie próbuję.
    Podejście pierwsze:
    02
    No dobra.. trochę przegiąłem i w zasadzie mało widać.
    Drugie:
    03
    Nieco lepiej, ale to jeszcze nie to…
    Trzecie (no bo w końcu musiało się udać;) ):
    05

    No. Jest nadzieja, że nie będzie ze mną całkiem źle. Tak, wiem, złudna.

  • Trzeba umieć przegrywać..

    Jest taki film, Dobry Rok, w którym stary doświadczony życiem człowiek uczy młodego adepta tenisa sztuki przegrywania, domagając się od niego, by ten po przegranym meczu, wykonał „taniec radości”, pointując, że zwycięstwo nic nie daje, za to porazka może wiele nauczyć. Film polecam każdemu, bo się go po prostu dobrze ogląda, podobnie jak przytoczoną tutaj naukę.

    Każdy chce wygyrwać. Każdy walczy o zwycięstwo. Każdy marzy o tytułach, zaszczytach i chwale. Każdy chce mieć co wpisać w cv, każdy… Problem polega na tym, że zwycięstwo jest tylko jedno i nie sposób go podzielić. Najlepszy jest jeden, cała rywalizująca reszta musi zadowolić się miejscem co najwyżej drugim. Taka jest okrutna rzeczywistość. Co więcej, przystępując do zawodów, zazwyczaj wiemy według jakich będziemy grali reguł. Co prawda, możemy nie mieć dość samozaparcia by studiować regulamin, nie mniej jednak jest on znany już od początku wspólnej zabawy. Biorąc w niej udział, zgadzamy się na te zasady, zakładając, że konkurenci również je znają i akceptują. Te zasady będą działały czasem na naszą korzyść, czasem nam wbrew. Od tego są. (więcej…)

  • Nie przeszkadzać!

    Nie, nie mnie. Nie przeszkadzać jest obserwacją do zeszłego tygodnia. Nie przeszkadzać w zabawie. Bo bawiący znacznie chyba lepiej wiedzą (a może tak im się tylko wydaje i takie sprawiają pozory), w co się gra, jakie są tej gry reguły, mają większe w niej doświadczenie i najnormalniej w świecie nie zamierzają odpuszczać ani przegrywać. Do ostatniego nie dopuszczą. Za dużo mogą stracić, więc nie cofną się przed niczym i nie ma takiego świństwa, przed którym mogliby się cofnąć.

    (więcej…)

  • Co to za obywatel, drze mi się za oknem?

    Przyznaję się bez bicia, tak wciąż trwa etap szału pt. mam aparat, mam aparat, mam aparat i co mi zrobicie? Więc tym razem z aparatem wyszedłem na balkon i poluję na tego obywatela, co mi sie za oknem drze w niebogłosy. Sam chciał, bo zwrócił moją uwagę, zapewne zwróciła, bo to – z gatunku sądząc -ona. Gniazdko sobie wije gdzieś pod moim oknem.. znaczy się, będzie głośno…

    01

    Dopytałem, choć przecież nie tego co na zdjęciu siedzi, że to sikorka. Niech będzie sikorka. Tylko dlaczego tak strasznie dziobem nadaje?

    Dwie inne fotki tej pticy tu: http://picasaweb.google.com/mphaust/ZaOknem

  • Pod pretekstem piłki

    Kolejna notka inspirowana doniesieniami znalezionymi w Dzienniku – jedyną moim zdaniem gazetę, którą można jeszcze czytać. Tym razem jednak bardziej chodzi o sedno informacji a nie o formę w jakiej została podana.

    Tekst do znalezienia tu: http://www.dziennik.pl/sport/pilkanozna/article379771/Niemcy_robia_z_Bonka_homofoba.html

    Otóż w niemieckiej ZDF 19 maja ma zostać wyemitowany film o homoseksualizmie w futbolu, który pokazuje jak trudny jest „coming out” na boisku i że są tacy co się nawrócili, są tacy którzy nie mają z tym problemów, i jest Boniek, który piep… tradycjonalistów i gejów po prostu nie lubi. Nic do nich nie ma, ale uważa, że prawdziwy związek to taki w którym jest Pan i Pani.

    Wolność słowa

    I po pierwsze, ja się z Bońkiem, przynajmniej w części, przynajmniej w tej kwestii zgadzam. Nie interesuje mnie to co kto robi w domu pod pierzyną (lub jak woli na pierzynie), ani z kim. Póki w świecie zewnętrznym nie oczekuje ode mnie jakiegoś handycupu tylko dlatego, że on właśnie pod tą lub na tej pierzynie, właśnie z tym kimś. Ale zgodnie z tytułem, wszystko to, jest tylko przyczynkiem co mojego spostrzeżenia.

    Otóż mamy wolność słowa. Możemy powiedzieć wszystko, pod warunkiem, że nie powiemy nic. A przynajmniej nic konkretnego. Żadnego mocniejszego – i to nie w znaczeniu wulgaryzmu, tylko w znaczeniu istoty – słowa. Najlepiej nie mieć własnego zdania, nie obnosić się z nim, nie pokazywać że coś się komuś podoba, lub nie. Nie można mieć własnego gustu i nie wolno niczego o nikim powiedzieć – nawet jeśli to prawda – bo ów człowiek poczuje się tym dotknięty i szkody psychiczne zniszczą jego życie rodzinne, osobiste, zawodowe, no po prostu świat mu się zawali na łeb. Bo on może robić co mu się żywnie podoba, a ja nie mogę mu tego prosto w oczy powiedzieć, bo jego to zaboli. Albo – co jeszcze lepsze – zaboli nie jego, ale jakąś wyimaginowaną organizację, lub środowisko, które zostało powołane właśnie do tego, by bronić tych biednych przed takimi szujami jak ja.

    Zachwyt obowiązkowy

    Nie mamy już niczego, co jak w każdym dobrym westernie, jest albo czarne albo białe. Co gorsza, nawet jeśli spytamy czy coś czarnego jest białe, dowiemy się, że „wiesz, rozumiesz, to oczywista oczywistość, że to tak naprawdę jest ciemno szare, nieco zabrudzone, nadmiernie zabrudzone, kolorystycznie nieokreślone” czy Bóg  jeden (dzięki – nomen, omen – Bogu, Bóg wciąż jest jeden, no chyba że coś się w tej kwestii zmieniło*) – wie co jeszcze.

    Musimy wszystkich lubić, wszystkich rozumieć, o wszystkich dbać. Nie wolno nam powiedzieć, NIE. To znaczy wolno, bo jak napisałem kilka akapitów wcześniej, wciąż mamy wolność słowa. Ale mając odwagę powiedzieć NIE, mając odwagę myśleć inaczej niż inni, skazujemy się na ostracyzm, wykluczenie, wytykanie palcami. Bo przecież nie wolno nam, krzywdzić innych własną opinią. Musimy być tolerancyjni.

    Granice wolności

    Żebyśmy się źle nie zrozumieli, nie domagam się z tego miejsca, by każdy każdego obrażał i z niego szydził. Nie w tym rzecz. Doskonale zdaję sobie sprawę, że są ludzie upokarzani ze względu na własne przekonania. Niszczeni w pracy ze względu na płeć, pochodzenie, wykształcenie lub dowolną inną cechę. I wiem, że tych ludzi trzeba bronić. Tyle tylko, że jak tak dalej pójdzie, więcej będzie grup bronionych niż tych, co ich mają bronić, istota sprawy zacznie się rozmywać, a Ci którzy tej pomocy będą potrzebować, jak zawsze zostaną pozostawieni samym sobie. Domagam się równouprawnienia. Nie ze względu na jedną z cech, ale biorąc pod uwagę wszystkie cechy. Wszytkie razem i każdą z osobna. Domagam się by było RÓWNO.

    Chcę być oceniany ze względu na to co potrafię i jakie są efekty moich działań, a nie na podstawie tego, że mam piękne brązowe oczy, ale uszy mi trochę odstają a nos mam jakiś taki.. no kurde nie przypasowany do formy ogólnej. I na tej podstawię zamierzam też oceniać innych. Bo nie chcę doczekać sytuacji, w której jakiś facete będzie mówił: „prawdziwy ograzm przeżywam tylko kiedy jestem z moim chłopakiem, a przelotne numerki mnie nie rajcują”, a ja nie będę mógł – nie wywołując oburzenia całego społeczeństwa, nawet jeśli przeceniam „siłę rażenia” moich słów, powiedzieć, że mi się to nie podoba. Bo nie podoba mi się i już.

    Zostańmy pod płaszczykiem pozorów

    Ostatni – obiecuję – akapit. W tekście padły słowa takie jak „ostracyzm” i „zawsze tak było”. Ponieważ skutecznie dbamy o pozory, czuję się troszeczkę jak w Wersalu, tylko na szczęście żadna pchła nie podszczypuje mnie pod peruką, a i do toalety można wychodzić bez skrępowania. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to zawszę, ostracym – starożytna grecja, i Wersal – nie tak już całkiem wspólczesna Francja. Wniosek – mogę sobie prosić, mogę sobie myśleć i sobie uważać. Widać w naszej naturze jest to, aby żyć pozorami. Aby szukać norm, i wszystko co poza przyjetą normę wystaje, rżnąć równo. Bo łatwiej nam poszerzyć normy, niż przyjąć, że trzeba tolerować także to, co się nie mieści w głowie ogółowi.

    * choć w istocie w trzech osobach… przyznaję się, to była zagrywka nie do końca przemyślana…

  • Raz drugi…

    Ponieważ nowa zabawka cieszy i daje dużo radości, cykam jak głupi, mając nadzieję, że nie całkiem głupio… Tak czy inaczej, trzy szybkie:

    01

    p03

    18

    Cała reszta, jeśli ktoś zainteresowany, do zobaczenia na http://picasaweb.google.com/mphaust/Czchow16_05_2009#

    I zgodnie  (i godnie) z prośbą takiej jednej, starałem się ograniczyć użycie lampy błyskowej.. prawie się udało;)

  • Pierwszy raz…

    No i stało się.. wziąłem do ręki aparat i zacząłem – jak głupi – pstryk, pstryk, pstryk… I taki efekt dało pierwsze spotkanie z D60…

    02

    o1

  • Kogo oglądać chcą kibice Wisły?

    Tego dawno przy Reymonta nie było. Dawno nie było kolejek do kas, dawno nie sprzedano wszystkich biletów na pniu, w ciągu niespełna sześciu godzin, dawno włodarze klubu nie mogli liczyć na komplet widzów na stadionie przy okazji meczu. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce kilka lat temu, kiedy do Krakowa przyjechał – w ramach eliminacji Ligi Mistrzów – Wielki, Królewski, Real. Potem nie udało się już wzbudzić takich emocji, a ostatnio o wypełnione po brzegi trybuny było ciężko.

    Nie udało się to Barcelonie, ani Tottenhamowi. Nie udało się Lechowi ani Cracovii, choć w Krakowie wszyscy wiedzą, że święta Wojna to rzecz święta i trzeba na niej być. No nie tym razem. Co więc się stało, że udało się wszystko sprzedać? Czy w maju gramy w Europejskich Pucharach? Czy Wisła ruszyła z wielką transferową ofensywą? Czy może rozpoczęto na szeroką skalę działania marketingowe? No nie do końca. Do Krakowa w niedzielę przyjeżdża Legia. Tak, ta sama Legia, która po 30 minutach meczu z Lechem straciła siły, ta sama Legia, która z targanym finansowymi problemami ŁKSem wygrała dzięki samobójczej bramce w ostatniej minucie doliczonego czasu gry. Do Krakowa przyjeżdza zmęczony, słaby a co więcej osłabiony lider, ale to właśnie jego chcą oglądać kibice.

    Czy mnie to dziwi? W najmniejszym stopniu. Rozumiem, że dla sympatyków Wisły niedzielny pojedynek to starcie ze „znienawidzonym”, odwiecznym rywalem. To – bez względu na wszystko – będzie wielki mecz. Zadbają o to kibice, zadba telewizja, a i piłkarze zrobią wszystko aby w tym meczu wszystko było „naj”. Oczywiście, tu kibiców zachęca rywal, stawka, znaczenie wyniku dla całosezonowej rywalizacji. Czemu się więc czepiam?

    Czepiam się, bo chciałbym wiedzieć, dlaczego tak rzadko? Dlaczego tak rzadko na krakowskim stadionie jest komplet? Dlaczego najlepsza – jak podkreślają to wszyscy w Stolicy… Małopolski 🙂 – drużyna w Polsce wszystkie bilety sprzedaje na jeden mecz w sezonie? Mam wrażenie, że to wydarzenie burzy wszystkie wymówki, po jakie można by sięgnąć.

    * Bo Kraków to miasto dwóch drużyn – zgadza się, ale jak widać nie przeszkadza to kibicom. Bez względu na lokalnego rywala, w niedzielę będzie komplet.
    * Bo wciąż pokutuje opinia, że na stadionach dzieją się straszne rzeczy – wszyscy zainteresowani wiedzą, że na stadionach nie dzieje się nic strasznego od dawna, a nawet jeśli taka jest powszechna opinia – w niedzielę będzie komplet.
    * Bo kibiców przyciągają wyniki – rzecz jasna. No ale z tym najlepsza drużyna w kraju nie powinna mieć problemów. Poza tym, od kilku lat Wisła regularnie gra o mistrzostwo, a pierwszy od dawna komplet będzie w niedzielę.
    * Bo na promocję trzeba wydawać pieniądze – zgoda, ale można też wydawać mniej i działać planowo. Poza tym, przy wielkich meczach, promocja dzieje się sama. Magia Rywala przyciąga, przyciąga Liga Mistrzów, Barcelona, Derby.. no tak, ale komplet będzie w niedzielę.
    * Bo kibiców odstraszają ceny – na niedzielny mecz – hitowy – ceny wyższe niż zazwyczaj. W porównaniu z cenami biletów na mecze Pucharu Polski czy Pucharu Ekstraklasy nawet kilkakrotnie. I co? I komplet będzie w niedzielę.

    Mam wrażenie, że kibice w Krakowie nie są aż tak złośliwi lub leniwi aby przez cały sezon czekać na tylko jeden mecz. Raczej pokazuje, że potrzebny jest impuls aby chcieli przyjść i dopingować Białą Gwiazdę. Tym razem impulsem jest Legia. Ale to przecież nie jedyny dostępny bodziec. Wystarczy zacząć dbać o odpowiednią stymulację. I warto zacząć dbać już, bo niedługo do zapełnienia będzie nie 20, a 35 tysięcy krzesełek.

    Tekst został zamieszczony także na http://www.11.pl/o_pilce_ale_bez_pilki/kogo_ogladac_chca_kibice_wisly/

  • Kto zapłaci za rozbudzone nadzieje?

    Idziemy na mistrza, walczymy o punkty, zdobędziemy bramki – takie – choć oczywiście nie dosłowne – słowa pojawiają się często przed sezonem, przed rundą, kolejką, a czasem nawet przed samym meczem. A potem? No zwykle jest jak zawsze to co zawsze. I jest też tak, że przynajmniej jedna strona musi z goryczą w głosie przyznawać ze nie wyszło tak, jak miało wyjść i że następnym razem, ze już w przyszły weekend, że kolejna runda – ba, najbliższy sezon na pewno należeć będzie do nas. A kibic? Cóż.. prawie wszystko kupi.

    Czasem jednak ma dość. Mają dość kibice Lecha. Miało być tak pięknie – efektowne zwycięstwa, tym piękniejsze że wyrywane rywalom w końcówkach spotkań, miały być Puchary i Europa u stóp, miała być przewaga w lidze, miał być pokazujący innym ligowcom plecy lider i mistrz na zakończenie pięknego sezonu. A jest? Seria remisów. I z Wisłą, i z Legią, i z Ruchem Chorzów, i z Arką, i z Górnikiem rozdzielone zwycięstwem nad Piastem. W końcówce rzecz jasna. Kibice zaczynają mieć dość. Przez cały mecz wierzą i robią co mogą by dodać piłkarzom skrzydeł, ale po ostatnim gwizdku nie szczędzą swoim ulubieńcom gwizdów. Jak na razie tytuł Lechowi nie odjechał, choć Franciszek Smuda i Spółka sprawiają wrażenie, jakby go przestali gonić. Pytanie co powiedzą kibicom, którzy na mistrzostwo czekają? A sezon przecież miał należeć do nich…

    Lech walczy o szczyt tabeli. Podobny cel był stawiany przed Górnikiem. Wszystko miało być pięknie, po sezonie zapoznawczym, Allianz jasno określił oczekiwania i położył na stole konkretne pieniądze. Rozbudzone apetyty kibiców nie zostały zaspokojone, a na cztery kolejki przed końcem, w Zabrzu trwa walka nie o to by w jesieni 2009 przyjechała Europa, ale żeby ekstraklasa nigdzie nie odjeżdżała. Mimo wszystko, kibice mają mnóstwo cierpliwości, ale też potrafią dosadnie powiedzieć, na czym im zależy. W meczu z Legią byli bezpośredni – Było lepiej! Ja pier… bez pieniędzy, było lepiej! – niosło się po stadionie. Nie bali się użyć także dosadniejszych słów – Materiał tylko dla czytelników dorosłych:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=zNH9Ive-a-8&hl=pl&fs=1]

    Kibice wytrwali, wciąż tłumnie stawiają się przy Roosvelta i wspomagają swoich. Górnik zaczął wygrywać. Pytanie brzmi czy późno, czy za późno. W zależności od tego jaka będzie odpowiedź na to pytanie, tak kibice mogą zachować się po ostatnim meczu. Albo nastąpi czas gorzkich rozliczeń, albo wszyscy w Zabrzu będą pragnęli o tegorocznych rozgrywkach zapomnieć jak po koszmarnym śnie.

    Kibice bywają zmienni. Najlepiej to widać w Warszawie – nie chcę wchodzić w szczegóły sporu na linii klub – kibice; nie mniej jednak, kibice uznali że najwyższy czas zawiesić, jeśli nie zrezygnować na stałe z protestu. Efekty – punkt z Lechem, trzy punkty z ŁKSem i najlepsze w kraju perspektywy w walce o Majstra. Co prawda Warszawiaków czeka w najbliższą niedzielę wyjazd do Krakowa, ale sądzę, że tak długo jak długo zespół Jana Urbana będzie się w walce o prymat liczył, doping na Łazienkowskiej będzie. Pytanie brzmi co stanie się w przypadku, gdy noga się jednak powinie – a patrząc na formę a może przede wszystkim kondycję Legionistów, jest to mimo bliskiego finiszu bardzo możliwe.

    W Krakowie piłkarze także walczą o tytuł. Kibiców Wisły nikt nie rozpieszcza, ani włodarze głusi na głosy domagające się wzmocnień zespołu, ani piłkarze, którzy tracą punkty w spotkaniach z rywalami teoretycznie skazanymi na pożarcie. Dzięki (nie)dyspozycji innych pretendentów do Mistrzostwa Wisła wciąż się liczy. Kogo kibice uznają winnego, jeśli w czerwcu nie będą dumnie nosić koron na głowach?

    Klub to nie tylko wyniki, premie, piłkarze, działacze To także, a raczej przede wszystkim kibice. To oni przeżywają każdy mecz, to dla nich istnieje ten sport. Warto z nimi pracować uczciwie. Bo wierzą, trwają i mimo nie jednej dziegciu łyżki wracają. Ale nie zapominają tak łatwo, jak mogło by się to niektórym wydawać.

    Tekst został także opublikowany na http://www.11.pl/o_pilce_ale_bez_pilki/kto_zaplaci_za_rozbudzone_nadzieje