Tag: Polityka

Czy tego chcemy czy nie, czy nam się to podoba czy nie, polityka niestety wpływa na naszą rzeczywistość. Częściej niestety wywołuje zgrzyt na twarzy, albo niesmak. Polityka potrafi sprawić, że w kieszeni otwierają nam się noże, a pięści zaciskamy mocniej, najczęściej z bezsilności. Wszech nam towarzysząca polityka.

Nie sposób się na nią obrazić, nie sposób stanąć wobec niej okoniem. Pozostaje próbować ją lepiej rozumieć,  Powinniśmy też czujnie przyglądać się „uprawiającym” ją politykom. Żeby przypadkiem nie poczuli się bezkarni i „wyjęci” spod obserwacji.

Czasem bezsilność prowadzi do determinacji, wiec dla części obserwatorów przychodzi moment, kiedy mówią dość i od biernego obserwowania, wchodzą do czynnej polityki.

Tu znajdziesz moje spostrzeżenia o polityce, politykach, władzy, także o języku, który jest w polityce wykorzystywany.

  • Niepokój…

    Czy nie czujecie się nieswojo, gdy jedynym człowiekiem, który głośno zadaje poważne pytania dotyczące tego, jak rządzi Platforma i co z tą upragniona władzą robi Rząd, Prezydent, Parlament – jest Janusz Palikot?

    Coraz dalej odchodzi PO od założeń, coraz dalej od realizacji i reformy tego, co niezbędne… coraz dalej.

  • Uwłaczający spektakl, uwłaczający aktorzy

    Nie mam dość czasu, chęci ani sił aby śledzić to, co nasze polityczne gwiazdki robią w kolejnych komisjach śledczych. Śmiem twierdzić, że nasi posłowie nie są w stanie rozwiązać żadnej sprawy, a jedynie robią co mogą, by stosując coraz bardziej żenujące chwyty, byle tylko zapisać się w naszej pamięci. Potrafią więc wskoczyć do jednej komisji na chwilkę, a gdy tylko pojawi się inna, medialnie ciekawsza, zmienić swoje zainteresowania i znowu móc błyszczeć przed telewizyjnymi kamerami… A wszystko to, za Twoje drogi czytelniku pieniądze. Nie za moje, nie za zarobki Twoich kolegów czy koleżanek. Z każdej zarobionej przez Ciebie złotówki część idzie na utrzymanie Państwa, a zatem jakaś część idzie na naszych mądralińskich. Tak, to Ty im płacisz… Myślałem, że lepiej potrafisz zdecydować, na co wydajesz swoje pieniądze… Dość dygresji, czas przejść do rzeczy.

    Żebyśmy nie mieli wątpliwości, moim zdaniem, teatrzyk jaki dziś zaprezentowała nam platforma wykorzystując posłów Sekułę i Urbańskiego, był żenujący. Poziom przedszkolaków okładających kolegów łopatką osiągnęli już dawno, dziś już nie zostało im nic, nawet z tego młodocianego wdzięku. Kiedy już nie ma błota którym można obrzucać, kiedy już nie ma o co się czepiać, postanowili udowodnić, że pani Beata Kempa nie jest prawnikiem. Taki był zamysł… nic nie wnoszący, nic nie zmieniający zamysł… Po co to komu? Nie wiem.

    Natomiast ja uczepię się jednego zdania pani poseł – na kolejne pytanie o to, jakie ma wykształcenie, na prośbę o to aby precyzyjnie określiła jaki ma dyplom odpowiedziała:

    Proszę o uchylenie tego pytania, ponieważ uwłacza ono mojej godności i mojemu wykształceniu.

    Nie rozumiem. Nie wiem w jaki sposób pytanie o to, co ktoś ma na dyplomie może mu uwłaczać… to tak, jakby hańbą było ukończenie studiów, tak, jakby pani posłanka wstydziła się tego, co ma na tym dyplomie napisane… Swoją drogą, z jakiegoś powodu zaciekle próbowała udowodnić, że nie przyzna się do tego… Po co? Jaka idea jej przyświecała? Wychodzi mi na to, że wystarczyło powiedzieć – jestem magistrem prawa administracyjnego. I tyle. Cała ta szopka została by zamknięta jednym, góra dwoma zdaniami. No ale w ten sposób nie było by show.. nie było by zaciekle nacierających oponentów i biednej pani posłanki, która dba o swoją cnotę…

    Inna sprawa – świadkowie tych komisji robią wszystko, aby przejąć kontrolę nad tym przedstawieniem. Tak pani posłanka, a wcześniej pan poseł, postanowili odpowiadać na pytania ich interesujące. Nie chcieli odpowiadać zwięźle, prosto, klarownie – woleli grać rolę najmądrzejszych małpek w tym cyrku, zapominając, że w tej zabawie jakoś nie o to chodzi…

    Wniosek… nie oglądałem, nie oglądam i oglądać nie będę. Od czasu do czasu dotrze do mnie fragment tej żenady i znowu będzie mi wstyd, że takich orłów mamy w parlamencie…

    Przytoczony cytat zaczerpnąłem z materiału tvn24

    A na zakończenie pozwolę sobie zaprosić do obejrzenia gościa, który z bezceremonialnej żenady potrafi zrobić kabaret…

  • W tym kraju wszystkim wolno więcej?

    Ręce mi opadają. W zasadzie już opadły i tym sposobem dołączyły do opadniętej szczęki. Pamiętam słowa panów pOsłów, którzy twierdzą, że ich prawo nie dotyczy, lub też że immunitet jest wystarczającym argumentem do tego, aby bezkarnie łamać prawo. Robią więc z nas idiotów a z siebie święte krowy… Ale jak się okazuje, nie tylko oni…

    Dziś Maciej Maleńczuk, bez żenady za to z wrodzonym urokiem oświadczył widzom TVNu 24, że artystom wolno więcej. Panie Macieju – takiego wała. Może na scenie wszystko wam uchodzi, ale poza sceną, jesteście takimi samymi ludźmi jak my, szaraczki. Bez względu na to jak wielkie morze wódki wypijecie i jak wielką krechę wciągniecie, nie jesteście pojazdem uprzywilejowanym. Nie wolno wam kraść, gwałcić i rabować. Nie stoicie ponad prawem, ani ponad społeczeństwem. Sorry.

    Na dobranoc, ze specjalną dedykacją dla pana Macieja, ze szczególnym podkreśleniem faktu, że jest to fragment występu kabaretowego – piosenka o artystach:

  • Dziwny świat dziwnych listów – polemika w trzech aktach

    Akt I – wprowadzenie

    W dzisiejszym „Dzienniku Gazecie Prawnej” możemy przeczytać Apel podpisany przez 118 osób w którym autorzy domagają się, a może postulują o uwolnienie Marcina Rywina, nieco bardziej chyba znanego jako Syn znanego producenta filmowego. Marcin Rywin jest oskarżony o wręczanie łapówki, celem zdobycia opinii lekarskiej, celem zwolnienia ojca z więzienia. Co więcej, są publikacje prasowe, w których znajdujemy informacje jakoby Marcin Rywin przyznał się do wręczania takich łapówek.  To tyle jeśli chodzi o zarys historyczny.

    Pewna grupa osób, która tak z imienia jak i nazwiska wiele mi nie mówi, uznała, że formą nacisku(?) na sądy(?) lub opinię publiczną jest wykupienie całostronnicowej reklamy w jednym z dzienników, gdyż jako „taki stan rzeczy powoduje ich obywatelskie zaniepokojenie i zmusza do publicznego zadania pytań o tempo prowadzenia tego dochodzenia; o sens przedłużania aresztu pod pozorem mataczenia w sprawie czynów, do których miało dojść ponad cztery lata temu; o to czy środki stosowane wobec całej rodziny Rywinów są adekwatne do zarzucanych im czynów.”

    apel_marcin_rywin

    Drobna dygresja – zważywszy na fakt, że Marcin Rywin już polskie sądownictwo oszukał lub usiłował je oszukać (zakup fałszywych opinii lekarskich) nie dziwię się, że sąd obawia się mataczenia.

    Wracając zaś do sedna…

    Akt II – rozwinięcie, czyli to co ważne

    W ostatnim czasie w naszym kraju pojawiła się moda na listy. Prawie każdy „znany ktoś” może liczyć na ciepłe słowa od innych „znanych ktosiów”, którzy wystąpią w jego obronie, aby przypadkiem nie działa mu się krzywda. Podobne listy były pisane w obronie Ojca Marcina Rywina, dziennikarze bronią dziennikarzy, ostatnio mieliśmy list w sprawie Romana Polańskiego (choć już kilka tygodni później, niektórzy podpisani nie pamiętali co podpisywali). Wielu gotów jest świadczyć, poręczać, tłumaczyć. Po prostu w ogień skoczyć. Przy czym czasem mam wrażenie, że podobnie jak sus w żar, tak i wszystkie te publiczne demonstracje są rzadko kiedy przemyślane.

    Czy odmawiam komuś obywatelskiej postawy – byłbym ostatnim, który odważyłby się na taki ruch. Chciałbym natomiast przypomnieć, że zrobić można znacznie więcej, niż pisać list. Jak to? Bardzo prosto. Po pierwsze, te listy pisane są do kogoś. Tylko, że ten ktoś też nie jest znikąd, co więcej, można w dość jasny sposób przedstawić ludzi, którzy sprawują władzę i mają pieczę nad tym, jak stanowione i respektowane jest prawo w naszym kraju. To MY, obywatele, wybieramy sobie posłów, którzy stanowią prawo. To MY, obywatele oddajemy głosy na prezydenta, który ma stać na straży konstytucji. To MY, obywatele mamy prawo wyboru, z którego nie potrafimy skorzystać.

    To od nas zależy kto rządzi. Czasem możemy się mylić, czasem możemy błądzić, czasem możemy decydować głupio. Ale to od nas zależy, czy będziemy potrafili wyciągać wnioski z tego, co wokół nas się dzieje. Zamiast apelować w próżnię, zamiast bawić się w rolę ostatnich sprawiedliwych, może warto zadbać o to, aby nikogo więcej nie dotknęła taka sytuacja. Niezależnie od tego, jak ma na nazwisko, czy też jaka literka stoi za imieniem. Może zamiast pytać o adekwatność środków zastosowanych w sytuacji konkretnej, warto pokusić się o rozwiązania jasne, klarowne i niezależne od jakiegoś widzimisię  czy potrzeby politycznej chwili. Niezależne od tego kto rządzi. A w razie przekroczenia takich przepisów, jasne konsekwencje wobec tych, którzy ich nie dotrzymali.

    I wreszcie, kto ma zabiegać o to, aby o takich sprawach mówić, aby o takie zmiany walczyć, jak nie ludzie, którzy gotowi są wydać mnóstwo pieniędzy na jednostronnicowy apel. Bo jeśli zależy im tylko na tym jednym przypadku, a cała reszta jest okej, to to jest kolesiostwo*.

    Akt III – przeciągnięty w czasie epilog

    Sygnotariusze apelu zwracają także uwagę, na długość postępowania i czas jaki oskarżony spędził już w areszcie… Niejako w sukurs idzie temu dzisiejsza wiadomość Tok FM dotycząca sporu jednego z prawników ze Stalexport – firmą obsługującą Austostradę A4. Rzecz zaczęła się w 2007. roku kiedy Mariusz Fras odmówił płacenia na bramkach wyjazdowych autostrady. Stalexport oskarżyła go o wyłudzenia, ale sąd się z tą opinią nie zgodził. Teraz  Fras walczy o odszkodowanie, za czas jaki musiał czekać na opuszczenie bramek bez płacenia. Dziś ruszył nowy proces. Następna rozprawa odbędzie się w… lutym. I niech mi ktoś powie, że to nie jest nasza własna, rodzima paranoia…

    * No ale też wszyscy wiemy, że Kumple to grunt…

  • Kosztowne konsekwencje Big Zbig Show

    Nie znalazłem – jak na razie – dzisiejszej wypowiedzi pana europosła w formacie audio, słyszałem ją przelotnie w Tok.fm’ie i zamieszczę ją jeśli tylko gdzieś się pojawi. Nie mniej jednak przytoczę jej zapis, zamieszczony między innymi na stronach wp i interii, ponieważ nie rozumiem wielkiego zdziwienia Pana Zbigniewa.

    Całość dotyczy orzeczenia Sądu Najwyższego, który odrzucił wniosek Ziobry o kasację wyroku nakazującego mu przeproszenie doktora Garlickiego. Kosztowne przeproszenie, bo w tych telewizjach i tych mediach, które cytowały konferencję ówczesnego Ministra Sprawiedliwości. Ku zdziwieniu Pana Ziobry, występy w telewizji KOSZTUJĄ. I to nie mało, w tym przypadku rzecz rozbija się o 300 tysięcy złotych. Co zatem mówi pan Ziobro?

    – Ten wyrok jest bez precedensu, bo oznacza, że jeśli człowiek przekroczy granice wolości słowa, co może się zdarzyć np.: w emocjach, to skazuje się go de facto na konfiskatę majątku.

    – To w istocie konfiskata majątku i zabranie dorobku całego życia – mówił dodając, że prawdopodobnie będzie musiał sprzedać mieszkanie w Krakowie.

    O.. jej. Tak Panie Ziobro, prawdopodobnie będzie Pan musiał. I wie Pan co, nie żal mi Pana. Bo może następnym razem, zastanowi się Pan lub Pana koledzy po fachu (niezależnie od tego, do której należą partii) nad konsekwencjami wypowiadanych słów. A im mocniejsze słowa i im więcej kamer je rejestruje, tym większe powinny być konsekwencje. Wasze Immunitety nie są remedium na wszystkie popełniane przez Was wykroczenia. Za to co robicie przychodzi czasem zapłacić. I mam nadzieję, że Pan zapłaci. Dla przykładu.

    Nie może być tak, Panie Ziobro, że może Pan bezkarnie szkalować innych. Nie może być tak, że w każdej telewizji może Pan powiedzieć co tylko się Panu podoba a potem zgrywać idiotę i mówić że powiedział pan coś zupełnie innego, lub też, że się panu wypsło. Wypsnąć się może gdy nikt nie patrzy, a tu wszystko jest na widoku, wszystkie GWOŹDZIE leżały na stole. Nie pamięta Pan, co Pan mówił? Podejrzewa Pan polityczną manipulację? Niech pan sięgnie do kieszeni, może znajdzie się tam jeszcze to nagranie… W końcu była to chwila Pana tryumfu, na pewno zostawił ją Pan sobie na chwile politycznej niepogody.

    I wreszcie, Panie Pośle, propnuję posłuchanie kogoś, kto potrafi z wielką klasą dobierać słowa i skojarzenia. Specjalnie dla Pana, Wojciech Młynarski i „Róbmy swoje”. Polecam skupienie się zwłaszcza na suplemencie.

    Wróćmy słowom sens i treść!
    Twarz wróćmy słowu- bo bez twarzy
    Największe słowo nic nie waży!

    Aha.. jeszcze jedno Pośle. Wie Pan co trzeba robić, aby nie musieć opłacać takich kosztownych przeprosin? Wystarczy robić wszystko tak, aby nikogo za nic nie musieć przepraszać. I tego Panu życzę.

  • Najbardziej spalony dowcip dnia dzisiejszego…

    Pokojowy Nobel dla Baraka Obamy…

    króciutko tylko spytam – za co?

    A skoro zostajemy w konwencji czarnego humoru…

    Dlaczego Obama dostał pokojowego nobla? żeby wreszcie przestał mieszkać w baraku…

    Totalny żal.pl

  • Wam NIE wolno więcej!

    Nasi posłowie są rozczulający, a kiedy stają się europosłami, stają się po prostu bezczelni. Swego czasu pisałem o moim kłopocie z posłem Kłopotkiem. Dziś – nie pierwszy zresztą raz – ulubieńcem drogówki stał sie poseł Kurski, który ma w poważaniu przepisy ruchu drogowego, a nawet zwyczajną przyzwoitość.

    Pan EuroPoseł poruszał się z prędkością „dozwoloną plus”, oraz zaparkował tam gdzie mu się podobało, a że stanał na zakazie.. oj czepiamy się. Do tego policja, która go na tym złapała, musiała pokornie skulić uszy, ponieważ wielceszanowny pan Kurski nie miał skrupułów aby pochwalić się swoim Mandatem, który uchronił go od mandatu…

    Za przekroczenie prędkości o 39 kilometrów – pan poseł pomykał po Olsztynie z prędkością 109km/h (gdyby wprowadzono obostrzenie 50tki w mieście jechałby o jedyne 69 kilometrów szybciej niż pozwalaja na to przepisy) – obowiazuje mandat w wysokości 300 złotych. Za parkowanie w niedozwolonym miejscu, kolejnych kilka stów. A pan Poseł co? Z uśmiechem na ustach informuje, że Policja chciała mu pokazać skrót i uświetnić otwarcie jego biura poselskiego.. Czarujące.. Z drugiej strony.. skoro można bezkarnie podpiąć się pod przejazd kolumny pojazdów uprzywilejowanych, to kto by się przejmował ograniczeniami prędkości…

    Obywatelu! Wyborco! Przy najbliższej okazji, miej świadomość, kogo wybierasz. Miej świadomość, że ten człowiek, ma w poważaniu przepisy, które stanowi, które ma bronić, których ma przestrzegać. I ma Cię dokładnie tam, gdzie te przepisy. W dupie.

    Urokliwego pana Posła, wraz z komentarzem Policji można posłuchać na stronach TVN24

  • Internet – tu nie wystarczy być

    Powolutku, choć naprawdę wielkimi krokami, zbliżają się do nas wybory. Zawsze jakieś wybory się zbliżają, tym razem zbliżają sie wybory polityczne. Nigdy nie jest za wcześnie na wybory parlamentarne – przecież wystarczy rozwiązać parlament. Gorzej z wyborami prezydenckimi, tu trzeba czekać całą kadencję. Tak czy inaczej, powolutku dają o sobie znać przyszłoroczne wybory. Zaczyna się robić bagienko, zaczynają się kręcić aferki, jest czym zająć media. Tak… Kampania już niedługo rozkwitnie.

    Rozkwitnie zapewne także w Internecie, w końcu to ważne medium. Będziemy mieli walkę na spoty, słowa, docinki i takie tam. Dlatego też każdy się do interneta pcha. Bo powiedziano, że trza być. Jak być? A to zupełnie inna kwestia.

    Każdy ma coś do powiedzenia. Każdy ma dostęp do tych samych, praktycznie darmowych narzędzi. Skończyła sie era blogów, ponieważ świat przyspieszył i nikt już nie ma czasu na pisanie całymi zdaniami (a może nikt już nie ma nic do powiedzenia w całym zdaniu) i nastała era mikroblogów*. Co to są te mikroblogi i jak je jeść i dlaczego warto z nimi być za pan brat, w sposób miły łatwy i przejrzysty wyjaśnia Paweł Loedl

    Rzecz w tym, że tu (w InterneTU) nie wystarczy być. Trzeba jeszcze mieć coś do powiedzenia. Nie wystarczy mieć konto na Twitterze, Facebooku czy NaszejKlasie. Oczywiście, czynnym politykom jest łatwiej – dostają bonus za bycie celebrytą, za to że mają znane nazwisko i każdy chce.

    — Dygresja —
    Warta zobaczenia prezentacja Pawła Tkaczyka o reputacji w sieci:
    Prezentację obrobił i wrzucił w sieć MediaFun
    — End Of Dygresja —

    Każdemu politykowi marzy się bycie Barackiem Obamą. Każdy więc potulnie zakłada konto na Twitterze i twittuje, ponieważ to jest remedium na całe zło… No to zerkam. Barack ma na Twitterze 2 miliony 296 tysięcy followerów. Nasi politycy – Richar Henry Czarnecki 126, Zbigniew Girzyński 156, Sławomir Nowak – 541… porażająca siła rażenia, chociaż Nowaka cytowali już w TVN24… Swoją drogą, nie bardzo wiem czemu politycy ukochali sobie Twittera… Casus Obamy? Być może… Ale tak jak w Polsce bardziej popularna od Facebooka jest Nasza Klasa, Gadu Gadu od MSN Messengera, tak większą siłę oddziaływania będzie miał zapewne Blip niż Twitter (ale jak to ktoś powiedział, tam można snuć bajeczki, na Blipie trzeba by się zmierzyć z trudniejszą opozycją…)

    Internet działa troszeczkę inaczej, niż tradycyjne media. Po pierwsze, to nie jest kanał do komunikacji, tylko do rozmowy. Po drugie, tu wszystko co dobre/śmieszne/istotne rozchodzi się szybko, a cały syf musi zostać odseparowany (znowu, przyznając rację Pawłowi Tkaczykowi – zaczynamy coraz skuteczniej filtrować treść). Tu nie wystarczy zrobić filmik okraszony iście bawarskim dowcipem, by tłumy piały z zachwytu. Tu nie wystarczy wpleść w oświadczenie treści antyniemieckie, by oszalał cały internetowy świat. Tu wszystko zostaje zapamiętane i wszystko zostaje zweryfikowane. Szybko. Być może dla naszych polityków za szybko.

    Od jakiegoś czasu słyszę, że PiS chce podbić serca internautów. Nie udało się ich zlekceważyć, nie udało się ich obrazić ani ośmieszyć, to teraz będziemy ich w sobie rozkochiwać. Tymi samymi metodami, rzecz jasna. Tylko ja nie jestem pewien, czy Internautów ktokolwiek pytał o zdanie. Nie wystarczy powiedzieć – od dziś jesteśmy z Wami. Nie wystarczy szydzić z konkurentów, by zdobyć poklask. Trzeba mieć coś konstruktywnego do powiedzenia. Podstawowa zasada Internetu. Tu nie chodzi o to, żeby coś wrzucić w sieć i przecież jesteśmy tak genialni, że to zadziała jak wirus. Tu to działa troszkę, jak szukanie „sposobu na blondynkę”. Trzeba zrozumieć, co jest dla niej ważne, trzeba wiedzieć, jak będzie tego szukać, wreszcie trzeba to wprowadzić w sieć tak, żeby sama to znalazła i uznała za interesujące. I – to prawda – znacznie łatwiej pójść do dowolnej TV, siąść przed dowolną kamerą i zacząć nawijać panu dziennikarzowi makaron na uszy. No i jaki efekt od razu…

    Odnoszę wrażenie, że nasi politycy nie mają pomysłu na to, jak sieć wykorzystać. Powielają cudze schematy naiwnie wierząc, że to wystarczy. Nie wystarczy. Internet ma w sobie coś z PR’u. Trzeba znać rozwiązania innych, żeby wiedzieć co jest dobre, ale także po to, aby przypadkiem nie zrobić idealnej kopii czegoś, co już w danym środowisku funkcjonuje, bo to się nie sprawdzi. Fakt – NaszaKlasa nie jest innowacyjnym pomysłem w skali świata, ale w Polsce była pierwszym serwisem, który zagospodarował tą konkretną niszę. Żaden inny serwis społecznościowy (żeby nie wiem jaką miał funkcjonalność) nie podbije serc kopiując schematy NaszejKlasy. Trzeba wymyślić coś nowego i tym zdobyć serca internautów. A na to naszych polityków nie stać. Każdy ma bloga, więc żaden się nie wyróżnia. Każdy ma mikrobloga, ale żaden sie nie wyróżnia. A to chyba nie o to chodzi, aby być polityce takim, jak każdy.

    *W sprawie ery mikroblogów – oczywista bzdura. Mikroblog nie wypiera blogu. On tylko dramatycznie zmienia sposób komunikowania światu nowych informacji. 140/160 znaków wystarczy, żeby sprzedać ciekawostkę, temat, myśl, ale nie wystarczy do tego, aby temat wyczerpać. Mikroblog to po prostu doskonałe miejsce, aby nawiązać kontakt, zaciekawić odbiorcę i sprzedać mu nasze przemyślenia. Taka skuteczniejsza i prostsza metoda, niż zwykły kanał rss, przywiązania do siebie odbiorcy. No i pozwala na dialog, zamiast jednostronnej komunikacji.

  • Wycena ludzkiego życia

    Miałem i powinienem był o tym napisać w piątek, czyli niedługo po tym, jak doszło do tragedii w Rudzie Śląskiej. Powinienem był też napisać w sobotę lub w niedzielę, bo wszystko co chciałem napisać przez te trzy dni zostało już powiedziane, a ja będę brzmiał, jakbym po innych powtarzał. Ale boję się, że jeśli nie napiszę tego dziś, jutro będę o kolejny dzień spóźniony.

    Generalnie, na hasło „górnik” w mojej głowie pojawia się okładka z Newsweeka z przed mniej więcej czterech jeśli nie pięciu lat. Wtedy to górnicy domagali się w Warszawie dopłat, albo zwolnień, albo czegoś innego. Efekt był taki, że w stolicy była zadyma, sejm oczywiście wszytko gładko klepnął (chyba byliśmy przed wyborami), a poniedziałkowy tygodnik na okładce dał wściekłego, czarnego górnika robiącego „porządki” wymachując wielkim kijem, a wszystko to zostało okraszone hasłem – DAWAĆ KASĘ! No i dali. Zawsze dają. Nie dawała tylko Thatcherowa, ale to było dawno, w innej rzeczywistości i wtedy to my byliśmy łamistrajkami. Górnicy dają radę wszystkim. Bo jest ich dużo, bo są silni, bo mają odpowiednią przeszłość. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby ktoś kiedyś postanowił się im przeciwstawić. Hasło Pacyfikacja Górników sprawia, że wszystkim polskim politykom dęba stają wszystkie włosy – na głowie, na karku, na plecach i gdzie tam jeszcze te włosy mają. Tylko Oleksemu nic nie staje. (Dygresja poniżej poziomu, ale nie mogłem się powstrzymać… ) No, ale on będzie kur… jak brzytwa.

    Nie zmienia to jednak faktu, że w piątkowe południe po informacji o wybuchu metanu w Kopalni, ukłuło mnie. Nie jestem specjalnie wrażliwym typem, ale w tej pracy jest coś, co mnie przeraża. Przyjmuję argument, że ryzyko jest tu nieodłącznym elementem – ale też za to ryzyko, górnicy są wynagradzani. Z jakiegoś powodu, wciąż taniej jest wysłać pod ziemię człowieka, a nie maszynę… Może to kwestia kosztów.. i wyprodukowania takiej maszyny i ewentualnej straty w wypadku.. yy.. w wypadku wypadku. Tak czy inaczej, codziennie ci ludzie schodzą kilometr pod ziemię. Wiecie ile to jest kilometr? Wiecie ile zajmuje Wam przejście jednego kilometra?

    Proponuję eksperyment myślowy. Przypomnij sobie, ile musiałaś/musiałeś iść do szkoły. Spróbuj na tej drodze, wybrać sobie odcinek o długości 1000 metrów – ponieważ 3 kroki to mniej więcej dwa metry, więc jest to odległość jaką przemierzasz w 1500 kroków. To naprawdę całkiem konkretny spacerek. To pięciokrotna długość boku krakowskiego rynku. Teraz wyobraź sobie, że cały ten dystans wypełniony jest ziemią, skałą i innymi świnstwami. I cały ten szmelc „postaw” sobie na głowie. Wyobraź sobie, że sufit o grubości 1000 metrów dzieli Cię od świeżego powietrza. Że jest ciemno, wilgotno, ciasno i zaczyna być piekielnie gorąco… Mnie się robi conieco klaustrofobicznie i bardzo, bardzo nieswojo. Bo tam nie ma ratunku. W zasadzie każdy, kto z takiej katastrofy wychodzi żyw, doświadcza cudu. Dlatego mnie coś tknęło.

    Podejrzewałem, że prezydent ogłosi żałobę – po prostu ma w tym lekkość. Irytowało mnie to, że media zwykle karmiące się takimi informacjami, wolały komentować do znudzenia wydarzenia związane z walką o to, kto wejdzie a kto nie wejdzie do gmachu tvp – to był temat dnia. Górnicy – nie warto się tym przejmować. Prezydent czekał – on ma czas. Przemówił w sobotę, ogłaszając żałobę narodową, która miała rozpocząć się… w poniedziałek. Bo… wcześniej wywołała by duże trudności organizacyjne. Tak więc od poniedziałkowego ranka smucimy się, ale wcześniej trzeba się bawić na dożynkach. Brzmi to absurdalnie, ale odnoszę wrażenie, że żałoba została ogłoszona od poniedziałku, bo w weekend Prezydent chciał sobie potańczyć i pokazać się z dobrej strony na dożynkach (co prawda wybory dopiero za rok, ale dla niektórych to _już_ za rok)… Cóż.. Prezydentowi się nie odmawia… Nie mniej jednak, dla mnie jest to mocno niesmaczne. A prezydent powinien się takich „niesmaczności” wystrzegać.

    Wreszcie.. może warto by się było nauczyć czcić ważne, smutne wydarzenia w sposób inny, niż ogłaszajac żałobę narodową. Nie chcę określania wartości tragedii na podstawie ilości osób, które zginęły. Nie chcę, by każda „grupowa” śmierć była od razu podstawą to obniżania flag i odwoływania masowych imprez. Chcę, by ludzie władzy (ale nie tylko oni) potrafili godnie oddać cześć ludziom, których okrutnie dotknął los. Tylko tyle i aż tyle.