Tag: Telewizja

  • Dlaczego w ncplus House of Cards to tak po prawdzie domek z kart?

    Na początek muszę się pokajać. Bo jestem strasznym maruderem. Nic nie robię, tylko chodzę i marudzę. Jak mam wolną chwilę, to marudzę. A jak nie mam wolnej chwili, to marudzę bardziej, bo nie mam czasu marudzić. I się czepiam, ciągle się czepiam. I nawet jeśli czepiam się z jakiegoś powodu lub dlatego że na czymś mi zależy, to i tak nie idzie ze mną wytrzymać. Czasem… coraz częściej podziwiam tych, którzy ze mną wytrzymują, bo to nie może być łatwe. Sam ze sobą bym nie wytrzymał, to w zasadzie pewne. No ale dość ekspiacji. Czas – tu włącza się humor sytuacyjny – pomarudzić.

    Pisałem, że kupuję telewizor. Wspomniałem, że zostałem też abonentem telewizji cyfrowej. Czemu zostałem takim właśnie abonentem? No cóż… Przez wiele ostatnich miesięcy żyłem w błogostanie bez telewizji. Jeśli już coś oglądałem, to na wyraźne życzenie, zwykle po uiszczeniu jakiejś opłaty, co oznaczało że byłem szczęśliwie pozbawiony polskich produktów reklamowych i pseudoreklamowych. Już po zakupie telewizora miałem okazję zderzyć się reklamami przy VOD tvn’u i… wymiękłem. Olej, potencja, grypa plus kilka jeszcze innych niezapamiętanych przeze mnie motywów w krótkim bloku reklamowym i przerywanie materiału żeby mi tę reklamę wcisnąć, sprawiła, że chciałem krzyczeć / wyć / płakać. Wniosek? Chcesz mieć telewizję to płacz po zapłaceniu abonamentu. Chcesz mieć co oglądać, płać odpowiednio więcej i trzymaj kciuki żeby puszczali coś dobrego.

    Czemu nc+? Bo jestem masochistą i lubię tę naszą rodzimą pokraczną odmianę futbolu pooglądać. Lubię też pooglądać czasem jak grają w Anglii czy w Hiszpanii. I czasem na Ligę Mistrzów też zerknę. Do tego filmy / seriale i wybór wydawał się w zasadzie oczywisty. Koszty akceptowalne.

    Dodatkiem są serwisy VOD i w ramach jednego z nich – seriale. I tu miałem nadzieję, że gwiazdy zaczynają mi sprzyjać, ponieważ moja decyzja o wstąpieniu w grono abonentów zbiegła się z premierą nowego sezonu House of Cards i ta seria miała być dostępna właśnie na ncplusie. Cudownie. Będę oglądał super serial w super rozdzielczości na moim super (no bo jakże inaczej mogę myśleć o świeżym zakupie) telewizorze i to na legalu. Czy mógłbym chcieć czegoś więcej? Wydawać by się mogło, że nie… Ale znacie mnie, coś musiałem znaleźć;-)

    Co gorsza, nie musiałem bardzo szukać. Wytrwałem do daty premiery, odpalam, chce oglądać (nawet zaległem w pozycji horyzontalnej) i nagle słyszę że Frank Underwood mówi głosem polskiego lektora. Zasmuciłem się, ale pomyślałem, przecież to platforma cyfrowa, satelita, mogę sobie dobrać ścieżkę dźwiękową. Niestety, mimo najszczerszych chęci i wciskania wszelkiej możliwej kombinacji przycisków na pilocie, Frank nie chciał gadać głosem Kevina. Filutek. Ale to przecież niemożliwe (mój wewnętrzny głos nie tracił nadziei). Sprawdź instrukcję… cisza. Sprawdź serwis ncplus – cisza. Sprawdź forum serwisu ncplus – nikt nie zadał wcześniej mojego pytania.. Google też milczy w kwestii wyboru ścieżki dźwiękowej materiału VOD. Smuteczek.

    Dzieciaku Internetu, posłuchaj młodszych pokoleń, sprawdź siłę social media. Zapytaj na profilu ncplus, na pewno będą mogli Ci pomóc, na pewno znają odpowiedź na Twoje pytanie i okaże się ze jesteś technologicznym debilem.. Tzn jesteś technologicznym debilem, a teraz okaże się, że są na to dowody. A dowody chyba są, bo odpowiedź moderatora ncplus zabrzmiała kategorycznie:

    Wszystkie odcinki nowego sezonu „House of Cards” można ogląda również w oryginalnej wersji językowej.

    Rzadko się cieszę gdy ktoś mi udowadnia, że się mylę, ale tym razem przyjąłem to za dobrą monetę. Zapytałem jak, zastosowałem zaproponowane rozwiązanie i Frank Underwood wciąż wyjątkowo płynnie gada po polsku. Aż dziw, że nie wykorzystali tego jego talentu w reklamach BZWBK (swoją drogą, w tej reklamie nie wykorzystali żadnego z talentów Spacey’a). Poskarżylem się moderatorom (taki byłem wredny) i polecili skontaktować się z obłsugą przez formularz. Formularze to zło, o czym już pisałem, tym bardziej zasmuciłem się, bo ten formularz to był lajfczat… a z tym wiele szczęścia ostatnio nie mam. Ale przynajmniej nie było kolejki oczekujących (albo jeśli była, to nie byłem o niej informowany).

    Komunikacja poszła zaskakująco sprawnie, niestety wnioski nie były przyjemne. Cytuję:

    Istnieje możliwość wyboru ścieżki dźwiękowej wyłącznie przy kolekcjach VOD+ zapisanych na dysku twardym dekodera. W przypadku korzystania z usługi netVOD+ brak jest takiej możliwości.

    Merde! zakląłem pod nosem wykazując się ubogim francuskim słownictwem i beznadziejnym akcentem. Zakląłem raz jeszcze, ponieważ:

    W ofercie platformy nc+ są dwa modele terminali umożliwiające korzystanie z usługi VOD+

    [ale oczywiście nie mój terminal]

    Podłączenie przenośnego dysku twardego nie pomoże

    Karma. Ewidentnie sobie na to zasłużyłem. No ale nie sądzicie, że to jednak trochę #smuteczek? Nie pytałem o tą możliwość przy wyborze dekodera, a pewnie bym się zastanowił. Nikt też mi nie powiedział, że seriale będą dostępne tylko z tłumaczeniem… No cóż, za dwa miesiące ta usługa zostanie mi wyłączona, w przeciwnym wypadku będę musiał za nią płacić. Płacić za możliwość oglądania filmów z lektorem. W takim wypadku oglądanie zakłócane byłoby zgrzytaniem zębów, a ja lubię swoje zęby, więc nie chcę nimi zgrzytać…

    Frank, nie mógłbyś czegoś w tej kwestii zrobić?

  • Żywot klienta współczesnego, czyli mój Fun (prawie pack) z Orange

    Wszystko zaczęło się od telefonu, jakich każdy z nas otrzymuje wiele. Dzień dobry, dzwonię do Pani / Pana z bardzo typową sprawą, czyli jest Pan naszym niewol.. abonentem i kończy się Panu umowa. W związku z tym chcemy Panu / Pani zaproponować cyrogr.. umo… bardzo korzystne warunki pozostania naszym niewolnikiem, tj. klientem. Zgodzi się Pan / Pani ze mną, że te doskonałe paragrafy sprawiają, że klaszcze pan uszami na sam dźwięk mego głosu…

    Tym razem okazało się, że kończy mi się umowa z Orange. Znaczy wkrótce się skończy. Znaczy jakoś za dwa miesiące. Mój największy problem, a zarazem moja największa wina polegała na tym, że nie byłem zainteresowany poszerzaniem oferty. Chciałem to, co mam, ewentualnie trochę taniej. I trochę szybciej, ale szybko się okazało, że szybciej się nie da. Co najwyżej mogę przedłużyć to co mam, na tych warunkach, które mam. Jak świadomie nie przedłużę, to umowa zostanie automatycznie przedłużona o kolejne pół roku. Innymi słowy, jeśli wybiorę bramkę A to wybieram opcję A, a jeśli spróbuję wybrać dowolną inną opcję, to okaże się, że i tak wybieram opcję A.

    Nie skorzystałem, podziękowałem, uznałem że czas poszerzyć horyzonty. W tak zwanym międzyczasie, okazało się, że będę kupował telewizor. Cudownie, pomyślałem, oto okazja, aby poszerzając swój pakiet usług wejść na cudowne oszczędzanie i mieć mniej za więcej. Albo na odwrót… Ponieważ jestem dzieckiem Internetu, wierzącym w to, że człowiek powinien sprawdzić to czy tamto samodzielnie zanim zacznie rozpaczliwie nagabywać Bogu-ducha-winną telefoniczną obsługę klienta, zacząłem od sprawdzenia co Orange ma dla mnie na swojej stronie. Szukałem, szukałem, nawet jakieś połączenie ofert znalazłem, ale wstyd się przyznać, przestałem rozumieć warunki i cenniki oferty. Wobec tego, ponieważ swego czasu widziałem na stronie pomarańczowych live chat uznałem, że to doskonałe rozwiązanie dla mnie, dziecka Internetu.

    Znalezienie livechatu nie jest oczywiste. Nadal nie wiem gdzie się pojawia i czemu czasem znika ani czemu nie widać go na stronie kontaktowej. W każdym razie czasem się pojawia. Można się zalogować swoim nr abonenta i już za chwileczkę już za momencik poznać rozwiązanie swojego problemu. W końcu tak rozumiem komunikat „rozmawiaj teraz”. Zdziwiłem się trochę, bo po oczach dostałem tym:

    Jeden z naszych przedstawicieli wkrótce do Pana/Pani dołączy. Jest Pan/Pani 4 w kolejce. Czas oczekiwania wynosi ok. 29 minut. Dziękujemy za cierpliwość

    Szybko stałem się 2gi w kolejce, po 2 osoby szybko uciekły. Minęło 5 minut, 10 minut, 15 minut a ja ciągle czekałem. Nie doczekałem się. Temat poszedł w zapomnienie.

    Wrócił dwa tygodnie później. Znowu uwierzyłem, że chat może więcej. Była niedziela wieczór. Kto normalny pisze do Orange w niedzielę wieczór? Nikt normalny, ale piszę ja, pisze Pan, Pani, społeczeństwo. Tym razem byłem 19. w kolejce, czas oczekiwania 98 minut. DZIEWIĘĆDZIESIĄT OSIEM MINUT czekania na czacie, aż ktoś się do mnie odezwie. Ale jestem wredna bestia, odpaliłem sobie jutuba albo inne paskudztwo i czekałem. Miałem wolną chwilę, więc napisałem o tym na FB, otagowałem #orange (w tym miejscu pragnę pozdrowić zespół Brand24 (albo Sotrendera, albo IRC, albo Bóg wie kogo jeszcze) i brygadę monitorującą sieć dla pomarańczowych, życzę miłej lektury. Wiem, że czytacie. Nie odpisujcie, serio, nie warto). Nothing personal. Ale skoro Orange się na moim profilu odezwał i spytał jak może pomóc – odpisałem. I zostałem skierowany na formularz na stronce Orange. Nie, dziękuję, postoję (skoro już i tak czekam na czacie). Nie ma gorszych rzeczy niż formularze na stronach www. Nie ma i już. Wie o tym każde dziecko Internetu.

    Odczekałem swoje 98 minut (plus minus ze dwa kwadranse… raczej plus), chat zaplumkał zgłosiła się miła pani z infolinii. Zadała mi chyba ze trzy pytania. Jak może pomóc, czy mam tylko jedną usługę i czy chcę szybszego Internetu (tak chcę, ale się nie da się) po czym najpierw zamilkła (dygresja i złośliwość z mojej strony, ale nasza rozmowa składała się głównie z milczenia i długiego czasu wpisywania treści jak „w czym mogę pomóc”), a potem dostałem komunikat, że jestem na końcu kolejki oczekiwania i że już za 50 minut ktoś z wielką przyjemnością zajmie się moim problemem. Ja Ciebie też drogie Orange, ja Ciebie też.

    Skoro nie działa czat, Social Media odsyłają do formularza, a żeby dzwonić na infolinię i słuchać Chopina nie mam ochoty, trzeba by spróbować rozwiązań offline’owego. Znaczy przyjdzie mi odwiedzić punkt obsługi klienta (tu powinno powiać grozą, powinna skądeś zostać rozpylona mgła, powinno się zrobić zimno, źle i smutno).

    Próbowałem mniej więcej 7 razy zostać obsłużonym w różnych punktach Orange. Popyt na usługi tej firmy jest tak znamienity, że niezależnie od punktu obsługi kolejki wypełniają punkty obsługi. Obsługa zaś jest tak znakomita, że albo w trosce o dobro klienta podaje mu telefon mówiąc – pan to sobie wyjaśni na infolinii, albo we trzy osoby próbuje rozwiązać prawdziwy problem prawdziwego klienta, jakim jest przesłanie kontaktów z telefonu A na telefon B bez utraty danych, za pomocą karty SIM, bo wszystkie inne metody zawiodły. A skoro wszystkie metody zawiodły, to sprawa robi się tym ciekawsza, więc konsultanci przekazują sobie prawdziwego klienta z prawdziwym problemem z rąk do rąk ze słowami „weź, Ty spróbuj”. A ja czekam. Od kwadransa bez mała. W zasadzie od dwóch, bo wcześniej był Pan, który musiał zarejestrować swoją kartę, ale widzi Pan, u nas ta usługa potrwa 48 godzin, więc niech się pan zastanowi czy aby na pewno pan tego chce. Był też drugi klient, który potrzebował roamingu, no ale do roamingu jest potrzebna konsultacja z infolinią – niech pan dzwoni… A jeszcze w międzyczasie (czas był na tyle długi, że nie trudno się było dostać w „między”) pojawiła się klientka, która chciała doładować swój telefon (jak zawsze) i przedłużyć okres ważności konta na 90dni (jak zawsze) ale zrobiła to w innym punkcie (niż zawsze) i teraz przedłużyli jej ważnośc tylko na 50dni i NIECH PAN TO TERAZ ODKRĘCI. Co Pan zrobił? Posłusznie wybrał numer na infolinię. Klientka starsza, telefon też niemłody, więc zrobiło się głośno. Tak głośno, że aż inny konsultant zaczął na nią krzyczeć, że on tu przecież pracuje. Komentarz miałem na końcu języka ale… przemilczałem i z tego domu wariatów wyszedłem.

    Każda z 7dmiu moich wizyt wyglądała mniej więcej tak ja ta. Z innych dowiedziałem się między innymi, że w Orange nie może wyłączyć usług sms premium w punkcie, bo my tu świadczymy inne usługi. Dowiedziałem się też, że na zapleczu konsultanci znikają bezpowrotnie (może piją jakieś ziółka?). I że mojego czasu i mojej cierpliwości nikt mi nie odda. Stracone. Było minęło. Ale telewizji od tego operatora nie wezmę. W sumie nic nowego od nich nie wezmę. Bo jakby się coś zepsuło… to jeno płacz i zgrzytanie zębów mi pozostanie. A umowa na Internet przedłuży się sama.

    A wiecie co jest najlepsze? Że żeby zamówić praktycznie tę samą usługę (telewizję sat) tyle że bez funpacka, czyli bez udziału Orange potrzebuję dosłownie 25 minut. Bez kolejek, bez czekania, z bardzo miłą obsługą. Nikt nie krzyczał, nikt nie wykopywał, nie miałem ochoty uciekać. Przyszedłem, powiedziałem czego chcę, dostałem co chciałem, jestem klientem* nc+. (O tym dlaczego jestem ich klientem i dlaczego nie wszystko jednak takie super – wkrótce). I co, dało się? Dało się. Orange… naprawdę pokombinujcie jak obsługiwać lepiej, bo Was zjedzą. Nie jesteście sami na rynku, nie macie bezkonkurencyjnej oferty. Nie macie serca, a i rozumu u Was jakby coraz mniej. Ale tak jak usługi Play polecam każdemu (i kilka osób już do nich przeniosłem) tak do Was przekonywać nie mam zamiaru. Ale to też chyba jasno wynika z całego mojego przydługiego tekstu.

    *Jestem strasznym klientem. Marudzę, narzekam, myślę, piszę, wymagam. Ale też płacę. Regularnie. I tyle ile trzeba. Więc może jednak warto ze mną rozmawiać?

    Swoją drogą, z tym Internetem u mnie coś mocno nie podrodze… Jak sobie pomyślę o przebojach z Netią…

  • Facebooka (raczej kiepski) pomysł na budowanie relacji

    Wkrótce mi się oberwie, że się uwziąłem. Wciąż ten Facebook i ten Facebook i ciągle tylko Facebook. No dobra, mogę pisać o Facebooku, albo nie pisać wcale. A jak piszę, to przynajmniej trochę mi lżej, więc piszę dalej. Taka autokuracja.

    Magazyn Brief we wrześniu wydał dodatek poświęcony Facebookowi, a w nim oprócz wielu fantazyjnych liczb i cyferek pokazujący siłę i potęgę Fejsbunia, jest także wywiad z Diego Olivą, regionalnym szefem FB na Europę. W tym to wywiadzie można dowiedzieć się jak zdaniem ludzi Marka zmienia się reklama oraz jak ma się reklama na fb do reklamy w tv. Prosz:

    (…) teraz nie tworzymy 30 sekundowego spotu zaplanowanego na 6 miesięcy emisji, który kręcimy i jest gotowy. Trzeba się przestawić na produkowanie setek kreatywnych kawałków, które będą wyświetlane przez kilka sekund na urządzeniach mobilnychj czy na komputerze a potem znikną. Należy też zwiększyć częstotliwość, nie budujemy historii w 30 sekundowym spocie, ale przez setki kawałków połączonych ze sobą (…)

    Drogi Facebooku, jesteś co prawda nowym medium, jesteś nową rzeczywistością, ale nie jesteś telewizją, a nawet jeśli to w najlepszym razie niszową telewizją tematyczną. Chociaż może jeszcze inaczej – najbliżej Ci do platformy cyfrowej – udostępniasz swoje pasmo każdemu, kto zapłaci a klient (odbiorca) decyduje co ogląda. To znaczy mógłby decydować, gdyby nie to, że decydujesz za niego.

    Proponujesz tworzenie setek kreatywnych historii, które mają tworzyć spójną całość i budować pozycję marki. Tylko że to trochę tak, jakby oczekiwać od widza który przez kilka godzin skacze po kanałach, na każdym zostając kilka sekund, że będzie pamiętać co widział we wtorek 9 września o godzinie 13:27; Pytania na poziomie posłów z komisji śledczej, przed którą niektórzy chcieli nawet zatańczyć i zaśpiewać. Drogi Fejsbuniu, bez szans. Przy tej ilości wszechogarniającego mentalnego spamu, nie do zrobienia.

    Nie jesteś też serwisem wideo, aby przed materiałem który chcę obejrzeć wyemitować reklamę. Spróbuj to zrobić, a ludzie trzasną drzwiami szybciej, niż się tego spodziewasz. To co wybaczamy jednym, nie zostanie wybaczone komu innemu. Chociaż znając życie, w pogoni za monetyzacją pokusisz się o to. Aby zobaczyć moją sweetfocię musisz zobaczyć tę 15 sekundową reklamę. Ta, siur, ofkors.

    Widzisz drogi Fejsie. Nie jesteś miejscem do tego aby na nim tworzyć historie. Twój pomysł timeline’a dla stron nie zażarł (a miało być tak pięknie). Nie sposób na Twoich łamach wygodnie przeglądać treści chronologicznych (a tego historie wymagają). Oczywiście że mało kto umie historie opowiadać, ale Ty tego zdecydowanie nie ułatwiasz. A jeśli już jakąś historię do opowiedzenia będę miał, to łatwiej zrobić mi to na swojej stronie, w swoim filmiku lub w dowolnym innym miejscu gdzie mam pełną kontrolę nad tym, co opowiadam. A jeśli historia będzie dobra, to Ty drogi FB będziesz jedynie miejscem / komunikatorem dzięki któremu ludzie moją historią podzielą się z innymi. Ale jeśli historia będzie naprawdę dobra, to i fejsbuk nie będzie im potrzebny, bo będą o niej rozmawiać. I to jest efekt, który chcę osiągać. Taki mój mały prywatny święty Graal.

    No, to się uzewnętrzniłem.

    I jeszcze słówko, które biorę także bardzo mocno do siebie:

  • [65-?] Debilotele

    Przez ostatnich kilka tygodni byłem człowiekiem – jak się okazuje – szczęśliwym. Na tyle zajętym, że nie miałem wiele czasu na głupoty, To znaczy miałem go wystarczająco dużo, aby robić różne mało istotne rzeczy, ale na szczęście nie miałem czasu, który mógłbym poświęcić telewizji. Idealnym rozwiązaniem był rzutnik – chcę coś obejrzeć – sięgam po dvd i cieszę się swoim małym kinem w moim własnym domu. Oczywiście, repertuar średnio nowy, ale wszakże nie można mieć wszystkiego. Za to towarzystwo doprawdy znakomite. Rzutnik oddałem, i w akcie desperacji kilka dni temu zerknąłem, czy może jest coś ciekawego w tivi. Nie było. Dzień później, nie było. Przedwczoraj – nie było. Wczoraj… na wczoraj były zaplanowane dwa wielkie hity telewizyjne. Takie uderzenie wyprzedzające by Polsat i TeVauPe. Wyprzedzające, bo dziś z kolei zaatakuje nas TVN… I wiecie co, strasznie jest…

    …czytaj dalej »

  • Piękne panie w Dzień Dobry TVN

    Coś mi się zdaje, że wyjdę na szowinistę. Co prawda tylko w potocznym tego słowa znaczeniu i zapewne tylko wobec tych, którzy kochają być politycznie, a może przede wszystkim, obyczajowo poprawni. Żeby jednak się pogrążyć, otwarcie przyznam, że mam słabość do pięknych kobiet, a jeśli urodę potrafią poprzeć inteligencją staję się wobec nich bezbronny. Zapewne nie ja jeden. W poprzedni weekend TVN postanowił widzów (raczej nie mnie, bo ja żadnych poranków nie oglądam) towarzystwem dwóch uroczych dam. Pierwsza odmieniła Kazimierza Marcinkiewicza, druga będzie odmieniać PZPN.

    Zobaczmy co ma do powiedzenia Izabela Marcinkiewicz. To znaczy Iza Marcinkiewicz, to znaczy Isabell Olchowicz-Marcinkiewicz. Mam nadzieję, że się nie pomyliłem. Jeśli się pomyliłem, to sorry…

    Chociaż, czego ja się czepiam. Pomijając, że o tej pani  nie mam żadnej wiedzy poza tym, że jest żoną pewnego nauczyciela fizyki, który swego czasu był naszym premierem. TVN zapewne chciało mi ją przybliżyć, a tu zonk. Pani nie włada bezbłędnie językiem polskim, choć rzekomo pisze wiersze. Nie ma nic do powiedzenia, co tym bardziej nie wróży specjalnie jej poezji… Ona sama zupełnie nie wiedziała co jest grane wokół niej i w najmniejszym stopniu nie interesowało ją, że dobiera się do niej (albo to ona się do niego dobierała) były premier. Może chodziło o jego intelekt. A może o jego pozycję, w końcu Kaziu nie jest byle kim, a Bankowcem. A dla niej przecież liczy się jej własna kariera.. Nie twierdzę, że małżeństwo jest dla niej sposobem na karierę, ale wiem na pewno, że gdyby nie fakt z kim sypia, nikt nigdy by o niej nie usłyszał. Oczywiście, mogę się mylić, ale tego już się nie dowiemy, choć nie zdziwię się, jeśli Kaziu będzie za jakiś czas musiał leczyć swoje złamane, ubrane w jeans, serce.

    Na deser nowa pani rzecznik PZPN.

    W sumie, powinienem zakończyć na pierwszym słowie pierwszej odpowiedzi na pierwsze pytanie jakie zostało zadane. Inna sprawa, że poprzedni rzecznik zostawił tak ubitą ziemię, że Nowa Twarz Centrali traktowana jest jako zbawienie. Co ciekawe, w rozmowach z nią, więcej się mówi o pani rzecznik niż o instytucji której rzecznikuje. Wynikać to może z dwóch powodów – albo niewiele jest na ten temat do powiedzenia (brak tematów związanych z PZPN? Niemożliwe…), albo… znacznie bezpieczniej jest rozmawiać o tej właśnie osobie. Z niewiadomych powodów lansujemy Panią Agnieszkę, zapewne większych głupot niż Redaktor Atlas nie zrobi, a przynajmniej jest na co popatrzeć. Pod warunkiem jednak, że nie włoży fioletowych rajstop:

    W tym miejscu powinienem się powstrzymać od dorzucania kolejnych materiałów. Chciałem nawet wrzucić legendarną już chyba wypowiedź Kingi Rusin o tym czym jest PR, ale wychodzi na to że ten zjawiskowy materiał po prostu zniknął z sieci.. Cud, istny cud…

    Mam tylko jedno pytanie. Co w tym towarzystwie robi Bartosz Węglarczyk. Rozumiem, że pokusa wystąpienia przed milionami widzów w porannym show jest nie do odparcia, nie mniej jednak mam wrażenie, że biedny musi się składać i kombinować jakie tu zadać pytanie, aby zostało ono zrozumiane przed rozmówcę i co-prowadzącą ten show. Z ogromną przyjemnością czytam Endgame i staram się lepiej poznać świat korzystając z wiedzy jaką Bartosz Węglarczyk dysponuje i dlatego właśnie tak przykro patrzeć, co z niego zrobił TVN.. no cóż, widać, że to magia telewizji:)

    Dla kontrastu, przykładowa wypowiedź Bartosza Węglarczyka.

  • Nowe Tvp Info – zabrakło kasy na klasę?

    Przed chwileczką obejrzałem fragment nowej porannej audycji TVP INFO prowadzonego przez Igora Zalewskiego, gościa, którego skąd innad lubiłem tak z czasów kiedy był naczelnym Filmu, jak i z czasu kiedy prześmiewał co i kogo się tylko dało we Wprost. Odnoszę jednak wrażenie, że w telewizji proponowana przez niego formuła się nie sprawdza. Może dlatego, że kiedy człowiek pisze, ma możliwość potem to czy tamto skreślić, poprawić, wycyzelować. Na wizji nie zawsze się da.

    Igor Zalewski zaprosił do studia Millera i panią od mody po to, żeby porozmawiać o zakazach stosowania niektórych symboli, w tym symboli socjalistycznych. Przy prezentacji koszulki z PZPR spytał czy się Panu Premierowi łezka w oku nie kręci, a skoro nie, to oznacza to, że Pan Premier jest cynikiem… Odnoszę wrażenie, że taka uwaga mogła by przejść u cioci na imieninach, w studiu telewizji aspirującej do miana informacyjnej raczej nie pasuje. No ale pan redaktor musiał być oburzony, że zaproszony gość nie chciał z nim rozmawiać… Tak mi przykro, nie złapał pańskiego poziomu, panie redaktorze. Inna sprawa, że może były Premier wie, że trudno się ogrzać w blasku TVP Info…

    Temat rozmowy, poziom prowadzenia – niziutki. Swego czasu Zalewski z Mazurkiem prowadzili w tvp2 lekką jazdę i ten program też nie zyskał sympatii widzów, i chyba stąd obecność tego akurat redaktora w nieco niszowej trójce…

    Drugim prowadzącym poranki w TVP Info ma być Rafał A. Ziemkiewicz. Też go lubiłem, zwłaszcza za prozę. Nieco zmieniłem sposób postrzegania RAZ’a po tym jak mu w TVP „wycięli Durczoka” i wyemitowali kilka bluzgów na przewodniczącego państwowej komisji wyborczej o czym już zresztą pisałem.

    Swoją drogą, tak sobie myślę, że żadna z komercyjnych stacji (no może Superstacja… ale ona nie aspiruje do bycia traktowana poważnie) nie pozwoliłaby sobie na taki poziom żenady… Ale może Zalewskiemu chodziło o to, żeby na oburzonym Millerze zrobić sobie darmową reklamę w Internecie… Gazeta.pl już podchwyciła, zapewne inni też się na ten smakowity kąsek rzucą, więc może… Inna bajka, że Miller przynajmniej pokazał klasę – on w tym cyrku uczestniczył nie będzie.

  • Czy na sali Mamy Talent?

    Wczoraj do naszych telewizorów wrócił Tvn’owski „Mam Talent”. Po ciekawych występach pokazanych w pierwszej edycji, tej jesieni ostrzyłem sobie zęby na więcej. Mój apetyt został rozbudzony także występami z brytyjskiej edycji, którą świat zapamięta przede wszystkim z eksplozji talentu Susan Boyle. Przed telewizorem zasiąść nie mogłem, ale od czego jest sieć. Tvn na swoich stronach (http://mamtalent.plejada.pl) pokazuje fragmenty sobotniego programu, dokładnie 7 framgentów. Skoro zdecydowali się na taką liczbę (z blisko półtoragodzinnego programu (wliczając reklamy), to oznacza to, że będą to best of the best lub worst of the worst… Znając specyfikę tego programu w pierwszym odcinku powinniśmy poznać faworytów, z którymi będziemy aż do Grande Finale. Powinniśmy poznać tych, których będziemy chcieli przez najbliższe tygodnie śledzić i tych, za których będziemy chcieli trzymać kciuki. Pierwszy odcinek Mam Talent powinien zaskoczyć, rozkochać i przykuć do telewizora. Yyyy.. na podstawie tego co tvn serwuje na plejadzie, nic z tego.

    Nie mogę powstrzymać się od porównań z wersją brytyjską.
    Raz – sama Susan Boyle, która była dźwignią BGT 2009 – tvn jak na razie, nikogo takiego nam nie zaproponował, chociaż próbowali:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=i6rZEvneYPU]
    (jeśli się filmik nie wczyta, można obejrzeć na plejadzie: http://mamtalent.plejada.pl/23429,wideo,,114980,taki_byl_pierwszy_odcinek_mam_talent,aktualnosci_detal.html)

    – Chłopaku, wyglądasz jak aspirant pączek a chcemy Ciebie słuchać więcej (Wojewódzki). Chłopaku trafiasz w serce (Foremniak)… Yyy… No nie do końca. To, że ktoś wygląda jak pasztet bez makijażu (kolejny chłyt materkingowy – wszyscy kochamy kopciuszków) ale okazuje się, że potrafi spiewać, nie wystarczy. Szkoda, że gość decyduje się śpiewać po angielsku, choć akcentem się zdradza… Czy my naprawdę nie mamy żadnych piosenek, które chwycą za serce, tylko musimy rzeźbić z przebojami zza wielkiej wody?

    Mamy w tvn’ie utalentowane akrobatycznie dziecko, tylko nie wiedzieć czemu, jak patrzę na tę parę akrobatów, zwłaszcza na maleńką dziewczynkę, to przypominają mi się wszystkie filmy o tym, jak maltretowane są w cyrku zwierzęta. I nie wiedzieć czemu, ta sześcioletnia dziewczynka przypomina mi taką właśnie maltretowaną istotkę. No ale Show Must Go On, więc „jesteście bajkowi”… O really?

    Mamy też chwilę grozy i panów zabawiających się czymś istotnie groźnym. Ponieważ groźne jest wbijanie sobie gwoździa w nozdrza i kładzenie się na desce z gwoździami.. nie no, ja bardzo przepraszam, ale takie rzeczy to robi nieumalowany fakir na prawie każdym obozie dla dzieci. Jak zobaczyłem gościa, który przypina sobie składane krzesełko do uszu, to zamiast się przestraszyć, uśmiechnąłem się pod nosem, bo to było troszkę nieudolne… tak, znowu się czepiam i oczywiście nie, nie umiem tak zrobić. Ale ja się nie pcham to programu tv… Zresztą ten wielki pain, który obiecywali performerzy dość jednoznacznie obśmiała Foremniak, pozwalając rzucić w siebie strzałką.. buuuuu…

    Kolejna rzecz, w sumie dość jasny punkt programu, bo bardzo dobre – muzycznie – wykonanie „Tanich Drani” w wykonaniu małoletnich jeszcze braci. Muzycznie super, kostiumowo super, aktorsko… znowu moim zdaniem – słabiutko. Brakowało płynności i luzu, była trema i skupienie jak na kibelku, co nie zmienia faktu, że te chłopaki mają przed sobą przyszłość, bo kiedy już skończyli „występować” pokazali się z nieco bardziej przyjemnej strony. Plus dla nich:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=R0lS2N4knIE]

    (i znowu jeśli się filmik nie wczyta – zerknijcie na plejadę: http://mamtalent.plejada.pl/23429,wideo,,115006,taki_byl_pierwszy_odcinek_mam_talent,aktualnosci_detal.html)

    Chociaż z drugiej strony, nie mogę nie porównać ich do małoletniego tancerza z BGT – jasne, występują w zupełnie innych dziedzinach – od którego zachowania scenicznego mogą się uczyć, uczyć, uczyć…

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=fyr0e_wt_PA]

    Na zakończenie słówko o jurorach. Niewątpliwie dobrze się bawią. Niewątpliwie, wykorzystują świetną okazję do promocji samych siebie (bo wszakże to oni najwięcej na tym show zyskują). Ale mam też takie dziwne spostrzeżenie, że tvn’owscy jurorzy mają w sobie coś z komentatorów polskiej ekstraklasy. Tak jak oni muszą powtarzać jak wyjątkowe widowisko oglądamy, jak fantastycznych mamy wykonawców, jak niepowtarzalnej chwili jesteśmy świadkami, bo bez ich zapewnień, nikt by się tego nie domyślił…

    Tak reasumując… na podstawie materiału udostępnionego przez TVN, zabrakło mi w naszym rodzimym show jakiegoś… flow… a może po prostu zabrakło mi Flawless:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=0QvCAvOZHzs]

    Tak swoją drogą, po tym występie padło pytanie do chłopaków z ekipy Flawless – what’s the aim here? I padła najpiękniejsza w swej prostocie odpowiedź. Chase the dream, not the competition.. To chyba dobre motto;)

    A tak przy okazji, chyba się robię strasznym zgredem…