Tag: warto przeczytać

  • Przeczytane: Alex i Ofiara, czyli kryminały po francusku*

    O kryminałach Pierre Lemaitre’a słyszałem ledwie kilka razy. Wspomniał o nich ktoś w biurze, nie do końca pamiętając nazwisko autora, wspomniał o nim Zygmunt Miłowszewski opisując losy Teodora Szackiego. Ale te wzmianki miały widać w sobie coś z obietnicy i to całkiem niezłej obietnicy. Teraz, po ich przeczytaniu, z prawdziwą przyjemnością mogę polecić je dalej;)

    Co wyróżnia powieści Lemaitre? Jak mało kto potrafi wodzić czytelnika za nos. O ile w przypadku wielu, wielu kryminałów można spodziewać się rozwiązania jakie przygotował dla nas autor i od pewnego momentu rolą czytającego jest towarzyszyć i kibicować bohaterom w ich nierównej walce, o tyle u francuza nigdy nie wiadomo, z której strony przypuszczony zostanie atak na nasze założenia, kiedy wpuści nas w maliny, a kiedy pociągnie za jakąś wajchę i trzeba będzie raz jeszcze mozolnie składać misterną układankę poszlak.

    Nie ma tu wielkich intryg, spisków służb specjalnych. Nie ma mgły ani przeintelektualizowanych czarnych charakterów. Ale i tak opisane zbrodnie są nietuzinkowe i zuchwałe, a autor zagłębia się w mroku ludzkiej natury i nurza się z lubością w fantazjach ociekających obrzydliwością. Nie buduje wielkich konstrukcji, nie zasypuje odbiorcy zbędnymi opisami, oddaje raczej klimat wielkiego miasta, w którym „zło” jest… obecne… Zło, które towarzyszy nam jak sąsiad, którego w zasadzie nie znamy, o którym nic nie wiemy, ale jest zaskakująco bliski. Zło jest zaskakująco namacalne i… cóż, normalne. A potem z każdym zdaniem, stroną, rozdziałem atmosfera staje się gęstsza i dużo bardziej nieprzyjazna. I pojawia się dreszczyk… i nie opuści nas już nawet o krok.

    Akcja wciąga, bohaterowie zarysowani ledwie kilkoma kreskami stają się naszymi przyjaciółmi, a ich problemy naszymi problemami. Nie wiedzieć kiedy mija godzina, druga, trzecia czytania, za oknem ciemno, w mieszkaniu cicho a Ty obiecujesz sobie, że jeszcze tylko jeden rozdział, jeszcze tylko jeden…

    Pokuszę się o mało wyszukane porównanie – kryminały Lemaitre’a są jak ogr, mają warstwy. Więc kiedy myślisz, że już wszystko znasz i ogarniasz, odsłaniają się nowe smaki i konteksty. Wydawca postanowił nie być gorszy i przewrotnie chronologicznie pierwszy tom trylogii o inspektorze Verhoevenie postanowił wydać jako ostatni, więc teraz znając już finał historii, będę się dowiadywał jak to się wszystko zaczęło…

    Tak więc ja sięgam po „Koronkową robotę” a Wam już teraz gorąco polecam „Alex” i „Ofiarę”

    *Kryminały co prawda napisane po francusku, ale na całe szczęście przetłumaczona na polski, bo w przeciwnym razie wiele bym nie zrozumiał…

  • Przeczytane: „Sen o potędze”, który budzi wiele wspomnień

    Mateusz Miga spisał historię Wisły Kraków pod panowaniem Bogusława Cupiała. Dla mnie to opowieść o tyle wyjątkowa, że opisuje nie tylko tytułowy sen, ale przede wszystkim budzi wiele wspomnień. Nie tylko dlatego, że Biała Gwiazda to klub, którego losom się przyglądam, ale dlatego że jako „ultras” (a za takiego się przez lata uważałem) a następnie przez blisko trzy lata pracownik klubu, byłem jeśli nie uczestnikiem to przynajmniej bliskim świadkiem wielu opisanych w książce zdarzeń.

    „Sen” to świetna lektura, widać ogrom pracy włożony przez Mateusza, doskonale oddaje zawirowania wokół klubu, jego upadki i wzloty. Wyjaśnia kilka sytuacji, które przez lata obrosły w mit (jak choćby rzekomą bójkę w szatni po meczu z PAO), przypomina najjaśniejsze punkty minionych 18 lat, przedstawia głównych bohaterów dramatu, choć brakuje głosu właściciela. Szkoda, że nie udało się do niego dotrzeć.

    Jedyny niedosyt który przychodzi mi do głowy, choć to żaden do „Snu” przytyk, to skupienie się wyłącznie na perspektywie piłkarskiej, a przy Wiśle wiele się dzieje „dookoła”, zwłaszcza w warstwie kibicowskiej (kibicowskiej, nie kibolskiej). I tam też drzemie ogrom ciekawych historii i barwnych postaci. Cóż, to zapewne materiał na zupełnie inną opowieść.

  • Przeczytane: Ścieżki chwały

    Z Jeffreyem Archerem „znamy” się już kilka książek. Zaczęło się parę lat temu od „Co do grosza” – polecam, potem był „Kołczan pełen strzał” – ciekawy zbiór opowiadań. Potem kilkuletnia cisza przełamana „Więźniem urodzenia”, który choć warsztatowo niezły i czytało się go nieźle, był tak bardzo bliski Hrabiego Monte Christo że aż bolały zęby, co odbierało przyjemność z lektury. Prawie dwa lata temu, na wakacjach sięgnąłem po „To cut a long story short”, czyli kolejny zestaw opowiadań i się z Archerem przeprosiłem;)

    Za to ścieżki chwały, to zupełnie inna opowieść… To fabularyzowana historia grupy śmiałków, która odważyła się zdobyć Czomolungmę. To także historia o miłości, przyjaźni, rywalizacji i chorobliwej potrzebie spełniania marzeń, nawet tych, którym towarzyszy mroźny oddech niebezpieczeństwa.

    Archer pisze tak, że ciężko się oderwać. Co więcej, pisze tak, że rozbudza wyobraźnię czytelnika, wciągając go w samo centrum wydarzeń. Czytając „Ścieżki chwały” raz po raz trzeba sobie przypominać o tym, że to tylko fabuła inspirowana pewnymi faktami, a nie dokument. To wizja autora, a nie prawda historyczna. Ale tak porywająca, że aż chce się wierzyć, że miała miejsce a opisywani bohaterowie byli własnie tacy, jakich poznajemy ich na kartach powieści. Archer sprawia, że chcę sięgnąć po losy podobnych jak Mallory śmiałków, którzy mieli dość odwagi czy też głupoty, będąc przy tym na tyle bezczelni, by sięgać po niezdobyte.

    Warto spróbować – wciąga;)

  • Przeczytane: Steve Jobs

    Podobno wszyscy to teraz czytają – taki wysyp poświąteczny. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale dobra wiadomość jest taka, że przynajmniej ludzie coś czytają i że nie jest to Fakt. Nie sądzę, aby biografia Steve’a Jobsa odmieniła czyjeś życie, natomiast pozwoli mu z bliższej odległości spojrzeć na faceta, który odmienił nasz świat. Nie robił tego w białych rękawiczkach, ani z uśmiechem na ustach. Nie robił tego też bezbłędnie i niejednokrotnie niszczył wszystko (w tym siebie) co nie zgadzało się z jego wizją. Ale to dzięki niemu mamy takie fajne gadgety 😀

    Isaacson napisał książkę, której podtytuł mógłby brzmieć „Niedaleko pada Apple od Steve’a”… cholernie zintegrowane światy. Warto przeczytać, ale całość jest jak produkty z Cuppertino – należy je podziwiać, ale nie należy próbować zaglądnąć do środka – z założenia wewnątrz też jest wszystko idealne. To tak samo historia Apple jak historia Jobsa… bez zdrapywania farby i lakieru, bez zdejmowania obudowy i bez sprawdzania jaki tak naprawdę był Steve… Biograf chyba postanowił tą ocenę pozostawić czytelnikowi..

    Polecam.