3 - tyle minut czytania

Już o to chyba kiedyś pytałem – czym się różni kryminał skandynawski od amerykańskiego? Otóż bardzo prosto, w amerykańskim kryminale zaczyna się od morderstwa, potem jest śledztwo, a na końcu jest rozwiązanie. A w skandynawskim? W skandynawskim wszystko zaczyna się od mgły, mrozu i ogólnej chlapy. A potem leci jak w amerykańskim:)

Oczywiście, Millenium Larsona po pierwsze rozbudziło wielki apetyt, a po drugie postawiło bardzo wysoko poprzeczkę. No i jak dobry kryminał, wyszło poza łamy samej powieści, nagle okazało się, że wcale nie jest pewne, czy autor jest autorem i czy przypadkiem czytelnik, aby w pełni mógł zrozumieć co (nie)autor miał na myśli, potrzebuje do książki klucza. Zaraz po Larsonie otworzył się wysyp podobnych książek. Oczywiście, nie znaczy to wcale, że wcześniej nie było niczego, wcześniej był Kurt Wallander stworzony przez Mankela, ale o nim przydała by się osobna notka. Aby zaspokoić wielki głód skromnej części społeczeństwa – przypominam, wg badań Biblioteki Narodowej, jedynie 12% polskieog społeczeństwa czyta 6 i więcej książek rocznie – zaczęto ściągać skandynawskich pisarzy na tony. Lackberg, Marklund, Persson, Nesbo, Nesser – wszyscy oni zagościli na półkach naszych księgarni. I każdemu z nich, moim zdaniem, daleko do klasy Larsona. Ale o dwóch autorach i dwóch seriach tu wspomnę.

Po pierwsze, Leif GW Persson zaprasza w zupełnie inny świat, a może raczej ten sam świat, za to w zupełnie innym stylu. Na obwolucie „Między tęsknotą lata, a chłodem zimy” przeczytałem, że zdaniem Bartosza Węglarczyka jest to lepsze niż historia Lisbeth i Blomkvista.. Nie jest. Ale też dopiero w połowie drugiego tomu zrozumiałem, że nie jest to też tak złe, jak mi się z początku wydawało. Persson zaprasza w świat karykatury, satyry i szydery. W świat bez znieczulenia, gdzie prawie każdy policjat to pijak, erotoman i debil. W najlepszym razie faszysta. Długo przyszło mi wchodzić w ten klimat, ale jak już się człowiek rozezna i wyczuje, jest co smakować. Warto przeczytać, choćby po to, aby poznać Szwecję z nieco innej perspektywy.

Po drugie Nesbo, czyli cięta norweska riposta na szwedzkie dania. Niezła. Co prawda akcja dość wolno się rozwija, ale jak już człowiek przysiądzie, to nie będzie mógł się oderwać. Bo to smaczne.. okazuje się, że historia rozpitego komisarza z Oslo, który nie słucha sie nikogo i nader często łamie wszelkie obowiązujące zasady, który pakuje się w trudny związek z piękną kobietą, a do tego traci bliskich przyjaciół… no ta historia jest ciekawa. A to wystarcza. Swoją drogą, po tym opisie, mam wrażenie, że Nesbo po prostu wsadził House w rolę gliny, a zamiast vikodyny wsadził mu w rękę flaszkę. Wychodzi na to, że my lubimy takich bydlaków, pod warunkiem jednak, że nie będziemy zmuszeni zetknąć się z nimi twarzą w twarz…

Ciekawe co jeszcze wyłoni się z tej północnej, wilgotnej mgły…

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.