5 - tyle minut czytania

Lubimy podpatrywać innych. Przyglądać się cudzym zachowaniom, podziwiać ich śmiałość lub krytykować bezczelność. Patrząc tylko na jakiś fragmencik cudzej rzeczywistości, jesteśmy przekonani, że temu komuś na pewno jest lepiej, na pewno jest łatwiej i na bank jego działania przynosi lepsze efekty. Jesteśmy przekonani, że jego wątpliwości są mniejsze, lub nie ma ich wcale. Skupiając się na tym, co widzimy, przychodzi nam do głowy, że może warto się zainspirować.. A kiedy inspiracja nie wystarcza, próbujemy naśladować, nawet kopiować. 

Z jakiegoś przedziwnego powodu, dość łatwo przychodzi nam kwestionowanie swoich wyborów (cholera, a może to tylko ja tak mam… ) Swojej intuicji (o tym miał być cały wpis… i będzie). Kiedy najważniejszy jest dla nas szybki efekt, korci nas wejście w cudzą formę. Równocześnie przekładamy formę nad treść. Bo to się sprawdziło, bo to działa, bo tędy droga. Czy aby na pewno?

Próba wiarygodnego odwzorowania kogoś obcego jest… karkołomna. Prawdopodobieństwo powodzenia raczej niewielkie, za to ryzyko dopuszczenia się karykatury znaczne. A jednak zafascynowani rzekomymi efektami osiąganymi przez kogoś innego lecimy w to rozwiązanie. jak ćma do ognia. Będzie bolało.

Tego wpisu możesz odsłuchać, bo autor lubi się bawić w radio

Rezygnacja z Ja.

Kiedy próbujesz naśladować kogoś, starasz się go odczytać, odgadnąć jego wybory. Nawet nie wiesz, na ile świadomie to robisz. Masz bardzo niepełny zbiór danych, ale walczysz. Widzisz urywek i próbujesz powtarzać te same ruchy, te same gesty, te same słowa. Zapominasz, że takie rzeczy to wychodzą tylko Al’owi Pacino w „Zapachu Kobiety”. Pamiętajmy o tym, że Al jest jeden;). Nie bardzo wiesz, czemu masz się tak zachowywać, ale robisz to, bo On to tak robił. Albo prawie tak. Lekceważysz nawet to, że możesz wyglądać śmiesznie, przecież na początku każdy zachowuje się pociesznie. Jak nabiorę ogłady – mówisz sobie – to będzie działać bez zająknięcia.

Zresztą, pytasz, czy przypadkiem nie na tym polega nauka? Na powtarzaniu przez uczniów działań swoich mistrzów? Nauka tak. Ale w nauce jest Mistrz, który pokazuje, tłumaczy, koryguje. Czasem bije po rękach. Chociaż nie, w dobie wychowania bezstresowego, to ostatnie nie ma zastosowania. Choć przypuszczam że Mistrza czasem korci. Kiedy próbujesz naśladować, zwykle wielu rzeczy nie rozumiesz i nikt Ci nie pokazuje kuchni. Naprawdę mała szansa powodzenia. Choć musze przyznać, są tacy, którzy nauczyli się machać nunczakiem z telewizji. Czyż nie, Arvind?

To, co jest ważne w byciu sobą, to to, że wiesz, co robisz. Wiesz dlaczego. Wiesz, co i z czego wynika. Znasz cel, znasz wątpliwości, znasz motywacje. Wiesz, jakie popełniłeś błędy. Rozumiesz mechanizm. Im lepiej rozumiesz, tym większe prawdopodobieństwo, że działanie przyniesie zamierzony efekt. Nie robisz czegoś dlatego, że gdzieś to widziałeś, ale dlatego, że to ma przynieść określony efekt. Nawet jeśli czasem te dwie zupełnie różne ścieżki prowadzą do tego samego miejsca, to śmiem twierdzić, że jedynie świadome wybory mogą nam zapewnić swego rodzaju powtarzalność. We are what we repeatedly do… czy coś.

A nawet gdyby bycie kimś innym dawało korzyści…

No cóż.. Może i tak bywa. Można cały czas grać. Udawać, Pozować. Przywdziewać pozy. Przychodzi taki moment, kiedy stajesz przed lustrem i trzeba opuścić maskę. Może być też tak, że jest tak mocno do Ciebie przyklejona, że wydaje się to niemożliwe. Tylko że… kogo próbujesz oszukać. Świat już się oszukać udało, ale stojąc twarzą w twarz z samym sobą kłamać trudniej. Można chować się za uśmiechem, ale przecież Ty siebie znasz. Udawanie kogoś, naśladowanie kogoś, podpatrywanie kogoś, próba bycia kimś… to musi męczyć.

Zresztą… po co… Dla jakich korzyści warto tak oszukiwać innych i siebie. To, czego nas rzekomo współczesność uczy, to tego, że liczy się autentyczność, a każda blaga zostanie wcześniej czy później odkryta. Im lepiej kłamiesz, im lepsze to daje efekty, tym bardziej jesteś na widoku, tym bardziej prawdopodobne jest, że ktoś Cię rozczyta.

Przypadłość nie tylko ludzka

To nie dotyczy tylko ludzi, to w nawet większym stopniu dotyczy firm, marek, produktów. Wszyscy nasłuchaliśmy się i naczytaliśmy się o tym, że firma musi mieć swoją osobowość, musi mieć swoją historię, musi czymś porywać swoich klientów. No może i musi. Co prawda najpierw musi mieć produkt, który ludzie chcą kupować za cenę, którą ludzie są skłonni zapłacić, a potem może mieć historię. I dobrze by było, żeby miała swoją historię, a nie historię taką jak ktoś inny.

Nie można w koło Macieju powtarzać, że chcemy mieć obsługę jak Apple (bo my w europie środkowej nie mamy pojęcia, co to znaczy apple’owska obsługa klienta), albo komunikację jak Oreo (najlepiej za piątaka). Nie wystarczy wpisać pracownikom do umów o pracę, że mają być ambasadorami marki, aby to przynosiło właściwy efekt. Nie tędy droga. Nie ma skrótu. Ewentualnie jest propaganda, ale to jest kosztowne i ludzie to potrafią rozczytać.

„Bycie jak …” pozwala szybko zrozumieć, ale aby to wdrożyć potrzeba konkretów, a nie tylko porównań. Najlepiej posłuchać tego, co w danej firmie już jest, a nie próbować wdrażać czegoś całkiem obcego. Bo to jak przeszczep. Albo się uda, albo organizm odrzuci… A wtedy problemy mogą być nawet większe. Dużo bezpieczniej jest znaleźć i wykorzystać coś, co w danej firmie już jest obecne. Tylko że wtedy trzeba uwierzyć w siebie, a nie tylko wierzyć w cudzy marketing…

Historii firmy nie powinien pisać marketer, a to, że to się czasem udaje (Dębowe Mocne, Dog in the fog), nie jest dowodem na to, że każdy to potrafi i może zrobić. A do tego, choć Dębowe i Dog miały mocne wejścia na rynek, to grzecznie spytam kaj one teraz są, e? Historia wymyślona to nie to samo, co historia opowiedziana. I tak, każda firma ma historię, ale nie wiedzieć dlaczego, wiele firm ma pokusę, aby opowiadać cudze bajki, jako swoje. I po co to komu…

Swoją drogą, czym się będziemy wyróżniać, kiedy już wszyscy będziemy tacy sami?

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.